Publikujemy trzy teksty znanych autorów, profesorów filozofii, nauczycieli akademickich. Tekst prof. Zdzisława CACKOWSKIEGO, długoletniego wykładowcy, a także rektora Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie, zatytułowany Filozofia człowieczeństwa, którego część pierwszą publikujemy poniżej, wprowadza w sposób przejrzysty w złożony krąg problematyki istoty człowieka i człowieczeństwa (część drugą tekstu zamieścimy w numerze następnym). Z kolei tekst prof. Jana SZMYDA, długoletniego wykładowcy Akademii Pedagogicznej im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, dotyczy fundamentalnych problemów polskiej szkoły w złożonej rzeczywistości współczesnego czasu, kwestii czyniących dziś jakże aktualnymi wskazanie naszych wielkich przodków zawarte w znanych słowach: Takie będą Rzeczypospolite, jakich młodzieży chowanie. I wreszcie tekst prof. Lecha OSTASZA, nauczyciela akademickiego w Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie, podejmuje wciąż żywy problem istoty religii. a zwłaszcza poszukiwania odpowiedzi czy religia zgodna z naturą człowieka jest bądź może być w jego życiu wewnętrzną potrzebą.


O człowieczeństwie
 
Autor: Zdzisław Cackowski
 
 

1.?Człowieczeństwo: stan, rola, wartość, godność?


?Człowieczeństwo nie jest stanem, z którym przychodzimy na świat. To godność, którą trzeba zdobyć. Godność bolesna. Zdobywa się ją zapewne za cenę łez? (Vercors Zwierzęta niezwierzęta).

W Konferencji, w której kiedyś brałem udział, doszło do bardzo interesującej, ale i trudnej dla mnie, wymiany zdań, a kłopot tej dyskusji, polegał na tym, że jeden z dyskutantów mówił o człowieczeństwie jako stanie rzeczy, drugi zaś jako godności.

Sądzę, że człowieczeństwo ? wbrew dyzjunktywnej sugestii zacytowanych przeze mnie zdań Vercorsa ? jest zarówno stanem, jak i godnością.

Człowieczeństwo jest stanem, co pozwala o człowieku i człowieczeństwie mówić w języku przyrodniczym, przedmiotowym, w każdym razie w języku do przyrodniczego zbliżonym. Więc człowieczeństwo kształtowało się i rozpoznawane jest przez: wyprostowaną postawę, uwolnienie od funkcji lokomocyjnej jednej pary kończyn, ustawienie obu oczu w jednej płaszczyźnie, pokrycie się (przynajmniej częściowe) przestrzeni wzrokowej i przestrzeni operacyjnej/manipulacyjnej.

Drugą stroną tego ludzkiego stanu rzeczy jest nowy świat, którego wyjściową nowością była po prostu zwyczajna ilość, to znaczy większa rozległość i różnorodność. Otwierała się w ten sposób przed nowym gatunkiem duża przestrzeń. Bo przecież świat z pozycji wyprostowanej jest większy od świata z pozycji czworonożnej.

A ta różnica w wielkości, to z jednej strony więcej szans, więcej możliwości pozytywnych, ale nade wszystko, oznacza to więcej zagrożeń, z którymi trzeba sobie radzić. Większe bogactwo czynników korzystnych w dużym świecie staje się realnością dopiero przez redukcję czynników groźnych.

Wspomnieć jeszcze wypada, że poprzez pionizację i uwolnienie od funkcji lokomocyjnych jednej pary kończyn, a przez to wygenerowanie perspektywy (możliwości) działań ręcznych i ? zwłaszcza ? narzędziowych, otwierała się też perspektywa (dzisiaj wiadomo, że perspektywa ta się zrealizowała) podwojenia przestrzeni: na przestrzeń zwierzęcą, wyznaczaną przez zasięg narządów własnego organizmu, narządów sterowanych proprioceptywnie nakładać się zaczęła coraz rozleglejsza przestrzeń narzędzi, przedmiotowych środków działania, które sterowane są nie proprioceptywnie, ale ekstraceptywnie. Rodził się przez to wielki problem koordynacji tych dwóch rodzajów przestrzeni, z których druga zyskiwała coraz większą przewagę nad pierwszą.

Z człowieczeństwem generowanym poprzez stany rzeczy wiążą się role, funkcje oraz wartościowanie człowieka i człowieczeństwa poprzez te funkcje i role. Tu wartość człowieka zależy od ról w życiu zbiorowym i jego pozycji w zbiorowości ludzkiej: władny ? podwładny, majętny ? wywłaszczony, silny ? słaby, mądry ? głupi. Chodzi tu więc o człowieka faktycznego, o człowieka z krwi i kości, którego nazwiemy tu ? nieco umownie ? człowiekiem socjologicznym.

O rozwoju człowieczeństwa więc decydowały stany rzeczy o charakterze biologicznym, o jego wartości decydował społeczny rynek, rynek społeczny hierarchizujący ceny różnych ról i funkcji, choć nader często do tego shierarchizowanego porządkowania wartości ludzkich ról zatrudniano samego Pana Boga.

Wedle Kanta wartość ma zawsze określoną cenę, wartość zaś bezcenna ? wyższa, najwyższa ceny nie ma, nie da się na cenę przełożyć, Taką wartość nazywał Kant godnością.

Człowieczeństwo, to godność, godność zdobywana, zdobywana za cenę łez. Vercors ma rację. A standardy tej godności wyznacza kultura. Kultura? Jaka kultura? Kultura danej epoki. A skoro tak, to trzeba traktować człowieczeństwo jako godność w kategoriach historycznych. Godność ludzka jest nie tylko, i nie przede wszystkim, odkrywana, rozpoznawana... Ona jest przede wszystkim tworzona przez człowieka, tworzona wraz z tworzeniem i poprzez tworzenie realnych stosunków społecznych oraz kultury. W tym znaczeniu przyjmuję tu tezę, wedle której standardy człowieczeństwa wyznaczane są przez kultury kolejnych epok. Oczywiście, każda z kolejnych epok zawiera w swoich standardach człowieczeństwa coś z przeszłości, ale też i coś własnego.

Filozofowie w swoich formułach, nawet gdy zdają się one ? te formuły ? nie mieć nic wspólnego ze stanami rzeczy, które składają się na stan faktyczny danej epoki, przecież zawsze jakoś po swojej ziemi chodzą.

Nawet Sokrates, gdy miarą człowieczeństwa (godności ludzkiej w najbardziej wysublimowany sposób pojmowanej) czynił poznanie prawdy i okrywanie dobra (bo przez prawdę szło się, wedle niego, do rozpoznania dobra, a rozpoznawszy je nie można było czynić zła, zaiste, nic można już było! Wbrew Owidiuszowi (Video meliora, proboque, deteriora sequor), nawet on przecież był uwikłany (także tą swoją arystokratyczną doktryną) w przyziemne walki polityczne. Godność prawdziwą zdawały się wyznaczać jakby ponadziemskie zasady, ale w jej użytkowaniu zawsze ziemskie, żeby nic powiedzieć przyziemne, kryteria swoje interesy i interesiki załatwiały.

Dzisiejszy fenomenolog (R. Ingarden) określa człowieczeństwo, godność ludzką, albo powołanie człowieka jako powołanie do poznawania prawdy, czynienia Dobra i tworzenia Piękna (IR, s. l3). Samo niebo! Jakże ono dalekie od ludzkiej rzeczywistości, tej codziennej, małej i marnej, Ale miałbym przecież jakiś argument na rzecz tego wspaniałego ideału, argument nie sprowadzający się do norm, ale przywołujący faktyczne ludzkie dążenia: przecież to prawda, że każdy rodzic marzy o tym, by jego dziecku było dobrze i żeby ono było dobre, żeby czyniło dobro. Jest to faktyczne marzenie każdego dobrego rodzica, który dopiero w obliczu niemocy gotów jest przyzwolić (ale też nie każdy!), aby jego dziecko zabiegało o to, by mu było dobrze ? niezależnie od dróg do tego stanu prowadzących.

Zawsze więc jest pewien rozziew między ideałami człowieczeństwa danej epoki a jej realiami, zawsze ideały godnościowe wyrywają się ku niebu, ale też każda epoka ma swoje środki sprowadzania ideałów na ziemię, niekiedy nawet do poziomu bruku. Ten rozziew między ideałami a realiami maksymalizowany jest przez sublimacje i maksymalizację ideałów w różnych systemach normatywnych: filozoficznych, teologicznych, moralizatorskich, religijnych..., które pomijają realia faktycznego życia człowieka i widzą człowieka tylko jako abstrakcję, jako istotę, która sprowadza się czy to do ?całokształtu stosunków społecznych? (K. Marks), czy od Boga pochodzącej duszy, czy do poznawania Prawdy i tworzenia Dobra oraz Piękna (R. Ingarden)... W przeciwieństwie więc do człowieka faktycznego tutaj mówi się o człowieku istotowym, którego można by ? znowu nieco umownie ? nazwać człowiekiem fenomenologicznym.

Chrześcijańskie średniowiecze miało jak gdyby jednorodny standard człowieczeństwa, standard uniwersalny, bo wyznaczany przez duszę od Boga darowaną każdemu: Stworzyłeś nas bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie? (Aug, s. 27).

A przecież tę równość człowieczeństwa, daną wszystkim jednakowo poprzez dar Boskiej duszy, rozsadzały realia ziemskie, społeczne. ?Niechrześcijanin nie jest pełnym człowiekiem, prawa człowieka, a wśród nich ochrona przed niewolnictwem, przysługuje tylko chrześcijanom? (GJ, s. 161).

Ale i wśród chrześcian pojawia się zróżnicowanie, zróżnicowanie zmieniające się, tak co do mocy jak i charakteru, wraz z przemianami cywilizacyjnymi i kulturowymi. W czasach dominacji kultury monastycznej, pisze Giovanni Micooli, ?...jedynymi prawdziwymi chrześcijanami byli mnisi? (GJ, red., s. 54). Klasztory upowszechniały przekonanie ?...o wyłącznym posiadaniu przez monastycyzm prawdziwie autentycznego chrześcijaństwa...? (GJ, red., s. 58). ?Czy w tej tak arystokratycznej i elitarnej koncepcji dochodziły do głosu również świadomość istniejącej rzeczywistości, trudności chrystianizacji i rosnącego kryzysu, który dotykał instytucje cywilne i kościelne? Wydaje się to możliwe, a nawet, prawdopodobne. Działo się to jednak kosztem odizolowania się czy raczej zamknięcia przed ludźmi i problemami swoich czasów i prowadziło do proklamowania wyższości stanu łaski, wyższości, będącej sztywnym przekonaniem o prymacie własnego statusu? (GJ, red. s. 63).

Jakże to ważny i powszechnie występujący splot: chwała łaski i boskości podszyta motywem własnego arystokratyzmu, własnej, egoistycznej wyższości.

Stopniowo ten monastyczny arystokratyzm był ograniczany, bo kolejno o dostęp do chrześcijaństwa, do Boskiej łaski i człowieczeństwa zabiegały ? coraz skuteczniej ? inne stany: rycerstwo, cechy rzemieślnicze, w tym nawet kupcy. A cechy były tu szczególnie ciekawym przykładem jedności podwójnego uwikłania, podwójnych aspiracji i dążeń: dążeń doczesnych ? przez doglądanie obowiązków i praw rzemiosła; dążeń ku człowieczeństwu, co wtedy oznaczało troskę o Bożą łaskę, o zbawienie; cechy bowiem były równocześnie stowarzyszeniami zawodowymi, ale także bractwami, jakby bractwami zakonnymi.

Więc ciągle się ze sobą kojarzyły, wzmacniały wzajemnie lub ograniczały dwie płaszczyzny, dwa poziomy ludzkiego życia i losu: ludzkie konkretne role, determionowane i wartościowane przez przyziemne interesy, przez ?społeczny rynek? (ta warstwa człowieczeństwa da się zawsze jako tako opisać w kategoriach ?stanów rzeczy?) oraz wzniosłe ideały, które ciągle ku jakiemuś niebu (teologicznemu, metafizycznemu, moralizatorskiemu) wzlatywały, niekiedy osiągane w tych wzlotach wyżyny zdawały się nie mieć żadnego związku z nizinami, a przecież nigdy te nieba od ziemi i przyziemności oderwać się całkiem nie potrafiły.

Odrodzenie dało impuls antropocentryzmowi, otworzyło perspektywę człowieka twórczego, homo creator. Tworzenie ducha (sztuka, nauka), a dalej tworzenie nowych rąk (technologia), tworzenie nowych porządków społecznych. A z tego wszystkiego wyłaniało się człowieczeństwo jako boskość twórcze: człowiek ? kowal swojego losu, ba ? nie tylko losu, ale samej istoty swojej (człowiek najpierw jest, a dopiero potem, jako jego własne dzieło, wyłania się jego istota, jego człowieczeństwo; to taki właśnie sens ma zacytowana na początku tego tekstu formuła Vercorsa). Z czasem teologia się nawet ku tej boskiej, autokreatywnej mocy zniżyła, albo też człowiek ku Boskim wyżynom swoje człowieczeństwo dźwignął. Człowiek ? uczestnik boskiego procesu tworzenia. Jeszcze trochę a sam Bóg okaże się bezradny, o ile nie wspomoże go moc twórcza człowieka.

Czy nie za wysoki ten lot w przestworza? Czy nic zakończy się on wielkim upadkiem? Wykluczyć tego nie można. Quidquid in altum fortuna tulit, ruitura levat /Cokolwiek Los wydźwignie w górę, wszystko potem poniży/ (SLA, s. 618). Za chwilę do tej sprawy powrócę, gdy trzeba będzie powiedzieć, w jaki sposób bogowie gubią ludzi.

Więc gdzie jest prawda o człowieku i człowieczeństwie? Jak ją uchwycić, czy w kategoriach stanów rzeczy, czy w kategoriach godności, czy w jednym i drugim, w ich splocie wzajemnie się ograniczających oddziaływań?

Czyba to ostatnie. Ale nade wszystko, człowieczeństwo nie zdaje mi się ani stanem, ani godnością raz na zawsze określoną. Jest ono ciągle w ruchu. Nie jest tylko, ani nawet przede wszystkim odkrywane. Ono jest ciągle tworzone, a to tworzenie nie ma jednego kierunku, nie wznosi się ono jedynie ku Boskości, ale też spada od czasu do czasu, pogrąża się w brudzie i podłości. Ludzkie Ja ma zawsze datę, powiada I. Meyerson, twórca francuskiej szkoły psychologii historycznej (MI, s. 151).

Pełna rzeczywistość człowieka i człowieczeństwa znajduje się więc chyba między wyżej zarysowanymi dwiema skrajnościami, ? między idealizacją człowieka fenomenologicznego a płaską (aktualnością człowieka socjologicznego.

Wedle jakiego programu przygotowywać człowieka do życia wśród ludzi: czy przygotowywać go do życia wśród ludzi faktycznych, ?socjologicznych?, czy też do życia wśród ludzi ?fenomenologicznych?, to znaczy określonych i zdefiniowanych istotowo, określonych/zdefiniowanych przez normy i ideały DOBRA, PIĘKNA I PRAWDY?

Człowiek wychowany skutecznie w pierwszy sposób będzie umiał żyć wśród realnych ludzi, ale będzie też obciążony wieloma wadami. Człowiek drugiego typu będzie aniołem, ale nic będzie mógł żyć.

Tego dylematu nie potrafię inaczej rozstrzygnąć, jak tylko przywołując Arystotelesową regułę: Medio tutissimus ibis!
 
 
Res Humana nr 2/2015, s. 7-10