Krajobraz po wyborach prezydenckich

Autor: Jerzy J. Wiatr
 

Wybory prezydenckie 2015 roku przejdą zapewne do historii jako tak zwane ?wybory krytyczne?. Pod tym terminem w naukach politycznych rozumie się wybory, które w zasadniczy sposób (i na dłuższy czas) zmieniają kształt sceny politycznej, na nowo wyznaczają linie podziałów. Nie jest jeszcze pewne, ale jest bardzo prawdopodobne, że jesienne wybory parlamentarne potwierdzą tę zmianę, nawet jeśli nie przyniosą Prawu i Sprawiedliwości takiego sukcesu, jaki dziś działaczom tej partii wydaje się zagwarantowany.

W maju tego roku dokonały się trzy zmiany o bardzo głębokim charakterze. Pierwszą z nich było przełamanie dominacji Platformy Obywatelskiej ? formacji wywodzącej się z dawnej opozycji demokratycznej końcowego okresu PRL, zarazem jednak partii o niewyraźnym kształcie ideowym, bardziej spojonej sprawowaniem władzy niż wspólnymi ideami. Platforma wywodzi się (także personalnie) z tej części dawnej opozycji demokratycznej, która doszła do władzy w 1989 roku, wróciła do niej w 1997 i ponownie w 2007 roku. W sumie formacja ta sprawowała władzę przez szesnaście lat, a więc przez ponad 60% historii Trzeciej Rzeczypospolitej. W jej obecnej postaci formacja ta rządzi Polską ósmy rok, a wydawało się, że rządzić będzie jeszcze przez wiele lat. Tak przynajmniej sądzili przywódcy tej formacji butnie oświadczając, że ?nie mają z kim przegrać?. Przegrana Prezydenta Komorowskiego i ostry spadek poparcia dla PO rejestrowany w sondażach oznaczają, że dominacja tej formacji zbliża się do końca. Jest to zmiana o bardzo poważnych konsekwencjach. Platforma i wspierany przez nią prezydent przegrali dlatego, ze przeżyła się dotychczasowa formuła rządzenia; połączenie pragmatycznego, raczej bezideowego sposobu rządzenia z eksponowaniem historycznych zasług z okresu walki przeciw systemowi PRL. W ostatnich latach ? a także w tych wyborach ? dodatkowym uzasadnieniem władzy PO było ustawiczne podkreślanie zagrożenia, jakim jest powrót do władzy ekipy Jarosława Kaczyńskiego. Ta formuła już się wyczerpała. Bronisław Komorowski znakomicie tę formułę reprezentował i dlatego przegrał.

Drugą istotną zmianą jest wkroczenie na scenę polityczną młodego pokolenia, które głosując przeciw partii władzy w szczególnie wielkim stopniu poparło Pawła Kukiza ? rockmana i populistę, który na dobrą sprawę sam nie wie, co z tym poparciem zrobić. Głosy najmłodszych wyborców były przede wszystkim głosami sprzeciwu wobec tego wszystkiego, co nas otacza. Zbyt długo młodzi ludzie słyszeli z ust przedstawicieli elity politycznej, że są ?roszczeniowi? i że nie potrafią się dopasować do nowych wymagań rynkowej gospodarki. Znaczna ich część powiedziała elicie politycznej ?dosyć?. Ci zbuntowani młodzi wyborcy często nie wiedzą, czego chcą, ale wiedza, że nie chcą tego, co było dotąd: rosnącej przepaści między beneficjentami wielkiej przemiany i tymi, którzy pozostali w tyle, skostnienia ?klasy politycznej?, w której człowiek czterdziestoletni (a tym bardziej młodszy) jest traktowany jako zbyt jeszcze młody, by mógł odgrywać poważniejszą rolę.

Trzeci moment to klasowy podział, który niezwykle ostro zaznaczył się w tych wyborach. Bronisława Komorowskiego ? sądząc z wyborczego sondażu IPSOS ? poparli przede wszystkim przedsiębiorcy, kadra kierownicza i wysoko kwalifikowani specjaliści, a w układzie przestrzennym ? mieszkańcy wielkich miast. Rolnicy, robotnicy, bezrobotni, uczniowie i studenci w ponad 60 procentach głosowali (w drugiej turze) na Andrzeja Dudę. To pierwsze po 1989 roku wybory, w których podział klasowy wystąpił tak ostro.

Na tle takiej interpretacji wyborów prezydenckich musi paść pytanie o losy lewicy. Poniosła ona klęskę. Kandydatka SLD z nieco ponad dwuprocentowym poparciem to dzwon alarmowy. Inne ugrupowania lewicy ? poza Twoim Ruchem ? nie potrafiły nawet zebrać stu tysięcy głosów niezbędnych dla zarejestrowania kandydata, a kandydat Twojego Ruchu Janusz Palikot otrzymał jeszcze mniej głosów niż Magdalena Ogórek. To nie porażka, to klęska.

Można rozmaicie wyjaśniać, co się stało. W sytuacji, gdy w kraju dojrzała wola wielkiej zmiany, lewica ? cała lewica, a nie tylko SLD ? okazała się niezdolna do tego, by stać się skutecznym wyrazicielem tej woli. To nie jest tylko sprawa niefortunnej decyzji kierownictwa SLD, by na kandydatkę tej partii wyznaczyć osobę nie tylko mało znaną i niedoświadczoną, ale także głoszącą poglądy bardzo dalekie od najszerzej nawet rozumianej lewicowości. To także ? a nawet powiem, przede wszystkim ? skutek zamknięcia się całej lewicy w problemach dnia wczorajszego, rezygnacji z poważnej pracy programowej, pogrążania się w niekończących się sporach personalnych, które już nikogo (poza działaczami partyjnymi) nie interesują. W rezultacie wygranym majowych wyborów jest formacja jednoznacznie prawicowa, klerykalna i aż nadto często ulegająca podszeptom nacjonalistycznym. Stało się to w kraju, w którym mają miejsce poważne i bardzo ciekawe procesy sekularyzacji ? najsilniejsze w młodym pokoleniu.

Za ten stan rzeczy ponoszą odpowiedzialność politycy lewicy. Wszyscy, choć zapewne nie wszyscy w tym samym stopniu. Problem jednak dziś nie polega na wytaczaniu oskarżeń, nawet najbardziej uzasadnionych. W październiku rozstrzygnie się to, co zaczęło się w maju. Podzielam zdanie profesora Jacka Raciborskiego (Gazeta Wyborcza, 29 maja br.), że ?jeśli wygra strategia otwartości... to gdzieś tam jest perspektywa prawdziwego sukcesu?. Jeśli Polska nie ma na wiele lat stać się państwem rządzonym przez obóz łączący klerykalizm z nacjonalizmem i społeczną demagogię z polityką historycznych rozliczeń, konieczna jest wielka mobilizacja sił postępowych. Wymaga to spełnienia trzech warunków. Po pierwsze: wielkiego porozumienia wyborczego całej, bardzo szeroko rozumianej, lewicy. Po drugie: jasnego i intelektualnie pogłębionego programu zmiany, z którym lewica mogłaby iść na wybory a po wyborach na tej podstawie budować trwałą współpracę wszystkich sił postępowych. Po trzecie: woli walki i wiary w to, że nic jeszcze nie jest definitywnie przesądzone. Dobry wynik wyborczy zjednoczonej lewicy mógłby spowodować, że Polska po październikowych wyborach będzie inna niż ta, która dziś wyłania się z propagandy zwycięskiego obozu.

Przekonany jestem, że warto spróbować.
 
 
Res Humana nr 4/2015, s. 1-2