Polska transformacja - Próba bilansu i nowa perspektywa

Autor: Leszek K. Gilejko


Dokonanie bilansu polskiej transformacji nie jest sprawą łatwą. Ogólnie można stwierdzić, że efekty są bardzo zróżnicowane, niejednoznaczne. Więcej pozytywów jest w sferze ekonomicznej niż społecznej, chociaż i na tym obszarze można je odnotować. Nie popełnimy, więc pewnie zbyt dużego błędu, jeśli powiemy, że transformacja systemowa okazała się nie tylko konieczna, ale generalnie efektywna. Polska z przełomu XX i XXI wieku jest zasadniczo inna niż ta z początków instytucjonalnej transformacji. W porównaniu z innymi krajami, zwłaszcza z tymi, które wraz z nami weszły w roku 2004 w skład UE, Polska zajmuje dobrą pozycję. Nie we wszystkich dziedzinach utrzymała pozycję lidera, ale w ogólnym bilansie utrzymuje się na podium najlepszych. Świadczą o tym dane dotyczące postępu prywatyzacji, tworzenia infrastruktury rynkowej, wzrostu gospodarczego, a przede wszystkim – czego nie uwzględniają standardowe analizy ekonomiczne – informacje o rozwoju przedsiębiorczości. Powstanie blisko dwumilionowej zbiorowości przedsiębiorców, właścicieli, co prawda przede wszystkim małych firm i innych podmiotów, utrzymywanie się na liście preferencji i aspiracji „pracy na swoim”, mimo świadomości ryzyka i niesprzyjających warunków startu (biurokratyczne blokady), było i pozostaje niewątpliwym efektem transformacji.
 
Chociaż rodowody „powracającej klasy” są, jak wiadomo, bardzo różne, a źródła posiadania, zwłaszcza najbogatszych, mówiąc delikatnie „nie bardzo legalne” bądź wynikające z renty władzy, to jednak Polska biznesowa stała się faktem.
 
Sformułowana niedawno opinia przez przedstawicieli zespołu opracowującego na podstawie szerokich badań coroczne diagnozy społeczne, że Polacy radzą sobie lepiej niż władza, znajduje właśnie potwierdzenie w liczebności i strukturze Polski biznesowej.
 
Drugim efektem transformacji jest niewątpliwie rewolucja edukacyjna – wielki skok w zakresie liczby studentów. Jest on również wyrazem pozytywnego splotu ekonomicznych i społecznych efektów. Z jednej strony jest bowiem wyraźnym przyspieszeniem ku nowoczesności, tworzeniu społeczeństwa postindustrialnego, informacyjnego, a z drugiej – czynnikiem kreującym postawy oraz fundamentem tworzenia i rozwoju kapitału ludzkiego.
 
Stanowi to jednocześnie wielkie wyzwanie i wiąże się z potrzebą zwiększenia dynamiki gospodarczej, przyspieszenia wzrostu gospodarczego. Specjaliści podkreślają i alarmują, że „w okresie najbliższych czterech lat liczba absolwentów szkół wyższych osiągnie blisko 1,7 mln osób. Większość z nich pojawi się na rynkach pracy w poszukiwaniu zatrudnienia. Racjonalne zatrudnienie tego wielkiego potencjału wiedzy, kwalifikacji, talentów i ambicji stwarza unikalną szansę polskiej gospodarki. Uwarunkowane to jest utworzeniem, co najmniej 1 mln nowych miejsc pracy, co powinno być najwyższym priorytetem społeczno-gospodarczym współczesnej Polski” .
 
Wynika stąd konieczność wyraźnej prozatrudnieniowej strategii rozwoju, co nie jest wcale sprawą prostą, gdyż jak na razie konkurują z nią wariant wzrostu gospodarczego bezzatrudnieniowego oraz podejmowanie wysiłków, zwłaszcza ze strony pracodawców, na rzecz liberalizacji stosunków pracy. Dla Polski wyzwanie to ma przy tym szczególne znaczenie z uwagi na wciąż wysoką stopę bezrobocia i niski poziom aktywizacji zawodowej tworzący specyficzny przykład wzrostu bezzatrudnieniowego.
 
Z tym wiąże się nie tylko istnienie, ale i utrwalanie nadal rozległej sfery ubóstwa i niedostatku, rozwijającej się marginalizacji. Można przy tym stwierdzić, że tworzą się podstawy jego nowego czy drugiego syndromu. Jeśli w latach 90. syndrom polskiej biedy wyrósł gwałtownie pod wpływem negatywnej kumulacji takich czynników, jak: bezrobocie (przynajmniej jednej osoby w rodzinie), niskie kwalifikacje (wykształcenie), liczba osób w rodzinie (rodziny wielodzietne) i miejsce zamieszkania (małe miasta, wieś), to na początku obecnej dekady coraz silniej dawały znać o sobie sektor niskich płac oraz wzrastająca niepewność pracy. Działo się to zwłaszcza w sektorze prywatnym, który stał się dominujący także w zakresie ofert pracy. Nastąpił w związku z tym gwałtowny wzrost dysproporcji między zyskami, wydajnością i wynagrodzeniami. „Udział wynagrodzeń w wartości dodanej (płaca plus zyski) zmniejszył się z 87% w 2003 roku do 68% w 2005 r. We współczesnym, cywilizowanym świecie takich relacji nie można odnotować” .
 
Wielkim więc problemem dla polskiego społeczeństwa i polskiej gospodarki pozostają zrodzone bądź zaostrzone kwestie społeczne. Polska budżetowa stała się obszarem wyzwań i konfliktów, a złożoność tego zjawiska wiąże się z ogólniejszym problemem finansów publicznych. Te strukturalne asymetrie między sferą ekonomiczną i społeczną, ukształtowane nowe struktury, a zwłaszcza nadal występująca tendencja do polaryzacji społeczeństwa ponownie postawiły na porządku dziennym pytanie o przyszłość, o perspektywę. W ostatnich latach społeczeństwo wzięło dwa razy udział w jej wyborze: w wyborach 2005 roku i przyspieszonych wyborach jesienią 2007 roku.
 
W 2005 roku zwyciężyła partia krytyki III RP, obiecująca Polskę solidarną, działania na rzecz odrzuconych, przeciwko układom politycznym i gospodarczym powstałym w wyniku porozumień Okrągłego Stołu, a także prywatyzacji, z której korzystali przede wszystkim ludzie starej nomenklatury i różni „cwaniacy i kombinatorzy” nie tylko z „komunistyczną przeszłością”. W wyborach tych, w których frekwencja była najniższa z dotychczasowych (40,37%), najwięcej głosów oddano na PiS. Były to głosy zwłaszcza osób starszych, mniej wykształconych, mieszkających na prowincji, w Polsce Wschodniej i Południowo-Wschodniej, czyli na obszarach tzw. Polski „B”.
 
Wybory z jesieni 2007 roku były zasadniczo odmienne. Po pierwsze, frekwencja wyborcza była wysoka (55,3%) – bliska udziałowi Polaków w historycznych wyborach z 1989 roku (62,7%). Po drugie, udział w wyborach wzięła przede wszystkim nowa formacja: młodzi, wykształceni, wsparci dodatkowo publicznością wielkomiejską. Po trzecie, wybory miały – jak słusznie podkreślali komentatorzy – charakter plebiscytowy. Chodziło w nich o przeciwstawienie się naprawom Rzeczypospolitej przy pomocy szeroko rozbudowanych służb specjalnych i prowadzeniu polityki nastawionej krańcowo skrajnie na orientacje rozliczeniowe. W ocenach publicystycznych podkreśla się, że: „Wielu obywateli podchodziło do tego plebiscytu bardzo emocjonalnie, uważając, że jeśli PiS wygra te wybory, to Polska ugrzęźnie na wiele lat [...] w nieustającej awanturze i demagogii” .
 
Jesienne wybory 2007 r., poza niewątpliwie sprawą najważniejszą, czyli odrzuceniem przez większość społeczeństwa programu, a zwłaszcza praktyki naprawiania III RP w wydaniu PiS, ujawniły wysoką polityczną aktywność młodego pokolenia wyborców. Sytuacja ta w kontekście dotychczasowych ocen efektów i kosztów transformacji rodzi dwa bardzo istotne problemy.
 
Problem pierwszy dotyczy korekty wariantu transformacji, a być może poszukiwania nowego paradygmatu lub odpowiedzi na pytanie, czy wynik wyborów oznacza zwycięstwo wariantu liberalnego nad socjalnym, zwycięstwo rynku, konkurencji i prywatyzacji sektorów dotychczas chronionych nad polskim modelem społecznej gospodarki rynkowej wzbogaconym przez europejskie standardy socjalne.
 
Problem drugi dotyczy roli młodszych pokoleń w życiu publicznym i w dalszym rozwoju transformacji, a przede wszystkim odpowiedzi na pytanie o trwałość tej obecności. Inaczej mówiąc, czy jesień 2007 r. była jednorazowym buntem przeciwko uwikłaniu całego społeczeństwa w spory o przeszłość, w różne odmiany ksenofobii i zaściankowości, ostrą krytyką atmosfery nieomal powszechnej podejrzliwości, czy też sygnałem trwałego wejścia ludzi młodych na scenę polityczną.
 
Odpowiedzi na obydwa pytania są ze sobą ściśle związane. Perspektywa zmian, korekty wariantu transformacji zawiera bowiem w sobie zarówno program, w tym docelowy model, jak i siły sprawcze, środowiska i grupy społeczne, które będą go popierały, będą ich społeczną bazą. Z dyskusji prowadzonych na początku obecnej dekady wyłaniała się nowa wersja korekty asymetrii, nierównowagi i polaryzacji wynikających z przewagi neoliberalnej praktyki w pierwszej dekadzie. Nazywano ją koncepcją ładu efektywnościowo-dystrybutywnego, a jej autor W. Nieciuński podkreślał, że „taką formę kapitalizmu efektywności gospodarczej i sprawiedliwości społecznej, umiarkowanych nierówności i rozsądnej opiekuńczości można określić jako ustrojowy kompromis demokratyczno-liberalny i socjalny” .
 
Ład ten miałby się opierać na zasadzie równości różnych sektorów gospodarczych, oczywiście z przewagą sektora prywatnego, ale jednocześnie na zachowaniu znaczącej roli sektora publicznego, zwłaszcza w zakresie usług publicznych, oraz utrzymaniu redystrybucyjnych funkcji państwa na rzecz wyrównania społecznego, wspierania ogólnych rozwojowych potrzeb (np. edukacji i nauki). Według tej koncepcji „państwo nadal rozporządzałoby wystarczającymi środkami usuwania ułomności rynku, a demokratyczne uczestnictwo obywatelskie chroniłoby system przed przewagą zarówno rynku, jak i państwa” .
Tak zarysowany model perspektywiczny tworzy zapewne najogólniejsze ramy, można powiedzieć warunki brzegowe, w ramach których proporcje między rynkiem a zakresem i charakterem interwencjonizmu państwa i społeczeństwa mogą być i zapewne będą różne, zmieniające się w zależności także od innych, zwłaszcza międzynarodowych czy globalnych uwarunkowań.
 
Wybór modelu pozostaje więc nadal sprawą aktualną i ważną, a jego kształt musi się opierać na optymalnych proporcjach między efektywnością gospodarczą i sprawiedliwością społeczną, uwzględniając konkretne warunki i zasady brzegowe. Wiąże się to z odpowiedzią na drugie pytanie o głównych aktorów drugiej dekady transformacji, a właściwie bliskiej już przecież perspektywy dekady następnej.
W drugiej dekadzie nastąpiła wyraźna zmiana aktorów. Wykwalifikowanych robotników i profesjonalistów zastąpili przedsiębiorcy (klasa biznesu), nowe elity polityczne i profesjonaliści, których udział w transformacji i jej efektach był znacznie większy niż głównych aktorów pierwszej fazy (przełom lat 70/80 i 80/90). Biorąc pod uwagę korektę transformacji w kierunku „na lewo”, pisaliśmy o aktywnej roli w tym zwrocie zorganizowanych „oddziałów klasy robotniczej” zlokalizowanych w strategicznych branżach podlegających restrukturyzacji, w nowych wielkich spółkach produkcyjnych z udziałem kapitału zagranicznego, o „ludziach” z małych miast. Jak stwierdziliśmy, w środowiskach pracowniczych utrwaliła się opcja umiarkowanych reformatorów. Preferowany przez tę większość model ładu społecznego to przyjazna gospodarka rynkowa charakteryzująca się – poza poparciem rynku, racjonalnej prywatyzacji – dwiema ważnymi cechami, a mianowicie: przeciwdziałaniem bezrobociu lub, inaczej mówiąc, aktywną polityką zatrudnienia oraz formułując „uczenie” gradacyjnym, a nie dychotomicznym zróżnicowaniem dochodów.
 
W jednej natomiast sprawie, ale bardzo ważnej, odnotowywano w polskim społeczeństwie brak wyraźnej odmienności poglądów, a mianowicie w kwestii ograniczania zróżnicowania dochodów.
 
Młode pokolenie wyborców, które rozstrzygnęło o wynikach jesienią 2007 r. nie jest grupą w znacznej części już pracującą. Niemała ich część to studenci. Pracujący profesjonaliści i inteligenci, chociaż stanowią odrębną warstwę, nową klasę średnią, grupę społeczno-zawodową, są podzieleni i zróżnicowani. Są wśród nich urzędnicy, osoby zatrudnione w usługach (edukacja, zdrowie, nowa ekonomia), należące do wolnych zawodów, przedsiębiorcy oraz menedżerowie obecni w Polsce biznesowej, rynkowej i budżetowej. Stąd biorą się ich korporacyjne interesy, często nawet sprzeczne, konflikty – również pokoleniowe. Jak zauważa wielu autorów, warstwa inteligentów i profesjonalistów w miarę „zurzędniczenia” traciła niezależność i poczucie tożsamości. Na pytanie, czy straciła typowy dla nowych klas średnich etos profesjonalistów, trudno odpowiedzieć, chociaż biorąc pod uwagę nie malejącą, ale wzrastającą liczbę uczestników różnych form kształcenia podyplomowego, można powiedzieć, że etos ten utrzymuje się nadal.
 
Wśród celów i wartości młodego pokolenia, zwłaszcza młodych profesjonalistów, na pewno znajduje się ucywilizowanie świata, w którym żyjemy, rozwijanie i upowszechnianie standardów jakości życia, w tym społecznego dobrobytu, przeciwdziałanie ubóstwu i marginalizacji. Sam zresztą indywidualizm ma różne oblicza.
 
Ofertą dla wszystkich, a zwłaszcza dla profesjonalistów i pracowników mających co najmniej średnie wykształcenie, jest partycypacja, udział w zarządzaniu. W Polsce za sprawą neoliberałów znad Wisły jest lansowany pogląd, że partycypacja pracownicza to relikt socjalizmu związany z państwowym przedsiębiorstwem. A przecież wiadomo, że najbardziej rozwinięte systemy rzeczywistego udziału pracowników w zarządzaniu ukształtowały się w europejskich krajach Zachodu, a partycypacja pracownicza znalazła się na jednym z ważniejszych miejsc europejskiego standardu stosunków pracy.
 
Polska perspektywa, dalsze dokonywanie niedokończonych przecież zmian, a w szczególności niezbędnych korekt nabrała nowego wymiaru. Jest to wymiar europejski, spleciony dodatkowo z grą w skali globalnej, z postępującym procesem globalizacji i jego skutkami.
 
Ta europeizacja polskiej transformacji jest z kolei też przynajmniej dwuwymiarowa. Jeden jej wymiar obejmuje przede wszystkim sferę ekonomiczną, łącznie z rynkiem pracy. Gospodarka, reguły jej funkcjonowania, otwarcie, konkurencja, liberalizacja, zwiększenie efektywności i obniżanie kosztów to przecież wielkie wyzwania stające przed całą Europą, a przed krajami transformacji w szczególności. W krajach tych lista i złożoność wyzwań jest o wiele bogatsza, a rozwiązywanie trudniejsze. Dylemat „Europy dwóch szybkości” jest szczególnie ostro zarysowany właśnie w sferze ekonomicznej. Ale istnieje przecież nie mniej ważny drugi wymiar – wymiar społeczny, w którym chodzi o obronę standardów europejskiego modelu socjalnego.
 
Europejski wymiar transformacji wyraża się także w tym, że Polska znalazła się w ogólniejszym procesie napięć i konfliktów charakterystycznych dla Europy pod koniec lat 90. i na przełomie poprzedniej i obecnej dekady.
 
O ile pod koniec lat 60. i w latach 70. charakterystyczną cechą, obok tradycyjnych konfliktów przemysłowych czy walki między kapitałem a pracą, była „rewolucja służb publicznych”, o tyle w początkach obecnej dekady zarysowały się nowe pola sporów i napięć. Obszarami konfliktowymi, kreującymi nowe ich pola stały się właśnie sektor publiczny oraz sfera socjalna, a zwłaszcza wyrównawcze funkcje państwa.
 
Przedmiotem napięcia, określanego jako starcie między wspólnotowymi a skrajnie liberalnymi koncepcjami, stał się model ładu społeczno-gospodarczego. Jeśli w poprzedniej strukturze konfliktów głównymi podmiotami byli biznesmeni (pracodawcy) i pracownicy (pracobiorcy) oraz ich reprezentacje, a raczej na drugim planie państwo (władza publiczna), to obecnie w ramach sektora publicznego państwo (władza publiczna) znalazło się na pierwszym planie jako mniej czy bardziej wyrazisty „pracodawca”. Na to nowe pole konfliktu nakłada się, nawet go zaostrzając, druga oś, której krańce stanowią państwo i zagrożone destabilizacją bardzo liczne grupy społeczne. Ma to miejsce w najważniejszych krajach Unii Europejskiej, zwłaszcza tam, gdzie prawa i transfery socjalne były duże, a sam sektor publiczny pozostaje wielosegmentowy.
 
Badacze przemiany we współczesnych społeczeństwach europejskich krajów wysoko rozwiniętych podkreślają, że tradycyjny konflikt przemysłowy odchodzi w przeszłość. Pojawiają się natomiast nowe pola napięć. Na czołowym miejscu wymienia się oczywiście spory związane z wykluczeniem społecznym i marginalizacją.
 
W krajach transformacji mamy do czynienia z jednej strony z utrzymywaniem się „tradycyjnego” obszaru konfliktowego obejmującego przede wszystkim kluczowe w dawnym systemie branże przemysłowe (przemysły węglowy, zbrojeniowy, hutnictwo) oraz – tak jak wszędzie – przedsiębiorstwa sieciowe (energetyka, transport i poczta), a z drugiej z przesuwaniem się – jak w całej Europie – centrum konfliktu do sfery usług publicznych. Świadczą o tym dwie listy strajków i innych form kontestacji. Jedną tworzą stare branże przemysłowe (węgiel, hutnictwo) i przedsiębiorstwa sieciowe (energetyka, transport, zwłaszcza kolejowy), drugą natomiast edukacja i zdrowie. Wpisują się na nią również inne służby i instytucje publiczne: sądownictwo, izby skarbowe, celnicy, policjanci itp.
 

Przykład Polski jest w tym względzie szczególnie charakterystyczny ze względu na rozmiary gospodarki i społeczeństwa, a zwłaszcza większe niż w innych nowych krajach znaczenie tradycyjnych przemysłów, a także poziom społecznego zróżnicowania (wciąż znaczne bezrobocie i sektor niskich płac).
 
Dla Prawa i Sprawiedliwości, jak pokazał czas rządów tej formacji, interesy przegranych i zagrożonych były i pozostają tylko „narzędziem walki” o władzę, a nie programowym celem. Konieczne jest zatem uformowanie się takiej lewicy politycznej, która swoją tożsamość będzie budować na dwóch przede wszystkim postawach: na programie rozwiązywania polskich kwestii społecznych, partycypacji i podmiotowości pracy oraz na udziale w obronie Europy socjalnej.

Res Humana nr 3/2009, s. 17-21