Tendencje globalistyczne a sprawa zachowania polskiej
integralności i tożsamości narodowej

Autor: Stefan Wojtkowiak
 
 
Dyskusje dotyczące przystąpienia Polski do Unii Europejskiej to temat silnie obciążony emocjami politycznymi o zabarwieniu głęboko ideologicznym, wynikającym z patriotycznej racji stanu. Utrudnia to racjonalną i chłodną analizę. Próba omawiania tych spraw oznacza wkroczenie na emocjonalne pole minowe. Bowiem Polacy są narodem, który zachowuje w nieprzeciętnym stopniu historyczną pamięć i wysoki poziom świadomości etnicznej. Jesteśmy też narodem, którego świadomość nader mocno kształtował kult przeszłości, zamkniętej w grobach narodowych bohaterów i dziełach romantycznych poetów.

Wypowiadane są różnorodne opinie, że wejście Polski do zjednoczonej Europy zasadniczo zmieni sytuację narodu polskiego w aspekcie zachowania jego integralności i tożsamości narodowej. Istotnie wpłynie też na stan jego świadomości oraz patriotyzm, być może wypłucze również naszą narodowo-kulturalną tożsamość. Nastąpią bowiem niekorzystne przemiany obyczajowe.

Formułowane są obawy, że w obliczu przekształcenia się państw narodowych w nowy organizm - najpierw unijny, europejski, potem w globalny, nastąpi zanik poczucia związku z własnym państwem i własnym narodem - z jego interesami, czyli także zanik polskiego patriotyzmu.
 
Integracja Europy związana będzie z migracją ludzi. W jej wyniku nastąpi wolny przepływ nie tylko miejsc pracy i pracowników, lecz również dzieł, idei, postaw i obyczajów. Masowe wędrówki migrantów sprawią, że Europa bardziej będzie przypominać Stany Zjednoczone i powoli przeobrazi się w społeczeństwo wielokulturowe.
 
Wielość języków, kultur, świadomości i religii w zjednoczonej Europie, zdaniem niektórych ludzi, miałaby być czynnikiem niekorzystnym. Inni znów widzą to jako zjawiska pozytywne, podkreślając, że to jedynie dwie ostatnie wojny światowe były zagrożeniem dla tych wartości.

Powodem do licznych dyskusji są pomysły trójstopniowego skonstruowania Europy. W jego rezultacie narody i państwa narodowe zostałyby wzięte w kleszcze między strukturami ogólnoeuropejskimi a regionalnymi, czyli tzw. euroregionami, które okrakiem, poprzez granice narodowych państw, obejmą obszary dwóch lub nawet kilku krajów (np. euroregion karpacki miałby objąć pewne obszary Polski, Słowacji, Węgier, Rumunii i Ukrainy). Wzmacnianie takich lokalnych struktur i licznych samorządów istotnie osłabi centralną władzę narodowego państwa, z drugiej strony także osłabioną przez instancje ogólnoeuropejskie. Tak więc rola państwa narodowego - nawet tak dużego jak Polska - będzie w sporym zakresie umniejszona. Na tym tle powstają pytania czy zjednoczona Europa będzie federacją, konfederacją czy też unią ojczyzn?

Stawiane są pytania, jakie będą wzajemne relacje europejskiej i światowej świadomości i edukacji historycznej, czy globalizacja kultury zniszczy kultury narodowe i lokalne? Istnieje problem, czy globalizacja oznacza narzucenie światu amerykańskich wzorców kulturowych, gospodarczych i społecznych, czy też może ukształtują się one na zasadzie syntezy.

Na tle powyższych problemów rodzą się pytania o dużych konsekwencjach ideowych. Czy najpierw jestem człowiekiem a potem Polakiem, czy też najpierw Polakiem a potem człowiekiem? Do tego dodawana jest przez niektórych kwestia: czy chce być przede wszystkim chrześcijaninem, czy też europejczykiem?

Humorystyczne zabarwienie do pewnego stopnia ma pytanie, gdzie winny się mieścić centralne władze zjednoczonej Europy: w Brukseli, Paryżu, Watykanie, Berlinie (największe miasto w centrum Europy), Warszawie (miasto położone w samym środku Europy), a może na Wall Strett. Ważną kwestią jest także sprawa relacji między krajami o wielkich różnicach rozwojowych, co ostatnio ujawniło się w sporach o dopłaty do rolnictwa oraz w sprawie prawa do wykupu ziemi.
Pada wreszcie pytanie: czy globalizacja jest przede wszystkim zagrożeniem dla ludzkości, czy też historyczną koniecznością?

Wyostrzonemu traktowaniu problematyki narodowej i suwerenności narodowego państwa sprzyja aktualna sytuacja gospodarczo-społeczna. Powoduje ona, że w Polsce możemy liczyć się z poważnym zagrożeniem odrodzenia się ksenofobii a nawet rasizmu. Sprzyja ona także bardziej zdecydowanemu podziałowi na euroentuzjastów i eurosceptyków. Mamy w Polsce ponad 3 miliony bezrobotnych z dalszą tendencją wzrostu oraz kilku milionów zbędnych ludzi na wsi. Licząc z rodzinami jest to jedna trzecia zaludnienia kraju zepchnięta na społeczny margines. Napływ do kraju cudzoziemskiego kapitału oraz akty reprywatyzacyjne, w których korzyści często odnoszą, lub w perspektywie mają odnieść, ludzie niepolskiego pochodzenia, pobudzają tendencje skrajne, w tym również nacjonalistyczne i rasistowskie. Wspierają je grupy społeczne, które najbardziej tracą na przemianach ustrojowych, pracownicy likwidowanych zakładów, mieszkańcy wsi i ludzie z wielkomiejskich dzielnic nędzy. Bowiem brak bezpieczeństwa socjalnego i poczucie, że nie mogą na nic wpłynąć, wywołują lęk, a lęk budzi agresję, także a nawet przede wszystkim wobec ludzi obcych.

Aktualna ranga problematyki narodowej a zarazem duże skomplikowanie nawet podstawowych pojęć w świadomości naszego społeczeństwa (w tym również u wielu ludzi wysoko wykształconych) wymaga, by zacząć wywody od obszerniejszego wyjaśnienia takich pojęć jak naród, rasa ludzka i etnogeneza. Co w tej materii mówi nauka, a co przyjmują mające społeczny obieg mity.

I. Naród i rasa - podstawowe pojęcia

1. Pojęcie narodu

W literaturze naukowej i politycznej termin „naród” jest nader różnie rozumiany i definiowany. Występuje on co najmniej w trzech znaczeniach. Naród bywa rozumiany jako wspólnota polityczna, jako zbiorowość obywateli państwa, która osiągnęła wysoki stopień organizacji politycznej i kultury. Jest to pojęcie typowe m.in. dla niektórych krajów Europy Zachodniej. Angielski termin „nation” oznacza przede wszystkim przynależność państwową i to bez względu na przynależność etniczną danego obywatela. W takim znaczeniu funkcjonuje pojecie „naród szwajcarski” (4 języki). Zbliżony sens ma określenie „naród amerykański” (w faktycznym rozumieniu: obywatele Stanów Zjednoczonych Ameryki). Podobnie miały funkcjonować pojęcia „naród radziecki” czy „naród jugosłowiański”. Tak też przedstawia się sprawa wielu narodów w czarnej Afryce i w Indiach. Również preambuła naszej Konstytucji mówi „my Naród Polski - wszyscy obywatele Rzeczypospolitej”. W przedstawionym tu opracowaniu takim znaczeniem słowa naród nie będę się zajmować.

W drugim, innym rozumieniu naród jest wyprowadzany z grup krewniaczych. Wyraźnie wyraża to łacińskie „gens”, lub słowiańskie „rod” (stad zresztą wzięły się słowa „narod” i „naród”. Naród wyprowadza się tu z reguły od legendarnego protoplasty, praszczura. Wiara we wspólne pochodzenie była zawsze silnym spoiwem solidarności. Zakorzeniona w więziach pokrewieństwa, jednoczyła niepiśmienne klany i plemiona, greckie fratrie, rzymskie rody, chińskie wielkie familie i europejskie rodziny szlacheckie. Wiara ta zakłada często pogląd, że wszyscy pochodzący od wspólnego przodka, mają tę samą krew lub uczestniczą w jakiejś na wpół mistycznej esencji... Przekonaniu temu towarzyszy z reguły założenie, że wszyscy pochodzący od tego samego przodka są do siebie, mimo indywidualnych odchyleń, tak pod względem biologicznym, jak i psychicznym podobni i różnią się zasadniczo od potomstwa innych przodków. Przekonanie to stanowi zalążkową postać doktryn rasowych, które rozwinęły się najpierw w społeczeństwach plemiennych”i. Takie pojmowanie narodu prowadzi więc do twierdzeń o „narodowej krwi” lub „polskiej rasie”ii. Pogląd taki z reguły skłania do idealizacji własnego narodu i deprecjacji innych narodów, do niechęci, antagonizmów oraz wrogości lub nawet wojen między narodami.

„Teoria przodków” nic jest do końca nieścisła, ma pewne podstawy w przeszłości historycznej. Z reguły jednak rzekomy „praszczur” nie był przodkiem całego narodu, lecz jedynie naczelnikiem lub władcą hordy. Jednak w narodowy język, narodową kulturę i narodową świadomość najczęściej wrasta się poprzez swoich rodziców. Stąd rodzi się potoczne przekonanie o narodowym pochodzeniu. Bywają jednak przynależności narodowe dokonywane w drodze wyboru. Często mieszani narodowo rodzice, wybierając język jaki będzie używany w domu, przyjmując odpowiednie wzory kulturowe typowe dla określonego narodu, w istocie rzeczy decydują także o narodowości swego potomstwa. Znamy jednak z historii wcale liczne przypadki wyboru narodowości na podstawie nieraz odległego pochodzenia. Bywało tak nawet dopiero po uświadomieniu sobie tego faktu. Niekiedy bywał to wybór materialnie mniej korzystny. Ogólnie jednak teoria pochodzenia od wspólnego przodka (przodków) nic ma mocnych podstaw naukowych.

W trzecim pojęciu, typowym zwłaszcza dla Europy Środkowej, mówi się, że naród to „utworzona w procesie historycznym trwała wspólnota ludzi, która powstała w wyniku współżycia jednostek, rodzin i grup w określonych warunkach przyrodniczo-biologicznych oraz ukształtowała rozumiane przez siebie i przekazywane z pokolenia na pokolenie:
1) potrzeby, emocje i wyobrażenia,
2) język,
3) środki i sposoby ich zaspakajania”iii.

Podkreśla się, że naród to kategoria dynamiczna, powstała i przekształcająca się w procesie historycznym, jednak trwała. Akcentuje się wspólność losów dziejowych, kultury, języka, terytorium, życia ekonomicznego, wspólny układ psychiczny, świadomość przynależności do wspólnoty, dążenie do posiadania własnego państwa, wolę bycia narodem. Nie podnosi się pochodzenia od wspólnego przodka. Przyjmuje się, że jest to fikcja. Narodu nie należy więc utożsamiać ani z rasą ani z plemieniem. W odróżnieniu od rasy, którą wyróżniają określone zewnętrzne cechy biologiczne, naród jest kategorią nie biologiczną lecz społeczną. Historycznie narody kształtowały się z ludzi rozmaitych ras i plemion.

Jak pisze wybitny znawca problemu Jerzy Szacki „Pierwszy problem, który w dyskusji o narodach niezmiennie się pojawia, to problem ich początku, istnieją bowiem od dawna dwa przeciwstawne stanowiska w tej sprawie. Według pierwszego, narody istnieją od niepamiętnych czasów, wywodząc się raczej z natury niż z historii społeczeństw ludzkich, według drugiego natomiast są one formą uspołecznienia, która pojawiła się stosunkowo późno i bynajmniej nie wszędzie, gdziekolwiek żyją ludzieiv”. Przeważa tu opinia, że cechy narodów kształtowały się zwolna jeszcze w epokach przedkapitalistycznych. Jednakże cechy te istniały wówczas w stanie zalążkowym i zawierały jedynie możliwości ukształtowania takiego lub innego narodu w przyszłości, w określonych sprzyjających warunkach. Możliwości te przekształcały się w rzeczywistość dopiero w okresie rozwijającego się kapitalizmu z jego narodowym rynkiem, z jego ośrodkami gospodarczymi i kulturalnymi. W związku z powyższym podkreśla się również, że dzieje społeczeństwa ludzkiego dzielą się na bardzo długi okres, gdy narody nie istniały, oraz stosunkowo krótki okres ich istnienia.

Do podstawowych komponentów pojęcia naród należy świadomość narodowa, czyli poczucie przynależności do określonego narodu. Świadomość bycia narodem z reguły rodzi się jako świadomość elitarna. Jej upowszechnienie w masach następuje stopniowo w rezultacie oświatowej i propagandowej działalności ze strony społecznych elit. W Polsce poczucie przynależności narodowej rodziło się stopniowo, poczynając od średniowiecza (głównie wśród szlachty), później wśród części mieszczan, raczej dopiero od XIX w., w miarę postępów oświaty, objęło również chłopów.

Podobnie jak termin „naród” bliskoznaczne, lecz często różne znaczenie ma także termin „narodowość”. Używa się go niekiedy zamiennie z określeniem „naród”. Kiedy indziej oznacza on jedynie przynależność do dawnego narodu lub też. jest nazwaniem jeszcze przednarodowych wspólnot etniczno-kulturowych okresu feudalnego.

2. Nauka antropologii a narody i rasizm

Antropologia zajmuje się - obok innej problematyki - także zróżnicowaniem rasowym ludzkości, czyli różnorodnością budowy fizycznej ludów zamieszkujących poszczególne obszary świata. Francuski uczony Georges Cuvier (1769-1832) w 1798 r. wprowadził słynny podział ludzkości na trzy wielkie rasy: białą, czarną i żółtą. Obecnie niektórzy antropolodzy wyróżniają osiem ras ludzkich, co jednak jest jedynie większym uszczegółowieniem podziału wprowadzonego przez Cuvier'a. W ramach ludzkich ras wyróżnia się bardziej szczegółowo typy antropologiczne. Wyróżnikami ras i typów antropologicznych są zwłaszcza: a) kolor i odcień koloru skóry, b) wzrost (wysoki, niski), c) budowa ciała (krępa, szczupła), d) kształt czaszki (zwłaszcza stosunek długości do szerokości), e) stopień i rodzaj zarostu (włosy proste lub kędzierzawe, stopień zarostu twarzy u mężczyzn), f) kolor włosów (brunet, blondyn, rudy, szatyn, płowy), g) kształt nosa (prosty, orli, zadarty, płaski), h) kształt i rozmiar uszu, i) kolor oczu (niebieskie, ciemnobrązowe - niemal czarne, oraz rodzaje pośrednie: piwne lub zielone), j) grupa krwi, k) kształt warg, l) kształt powiek ocznych, ł) wrodzone właściwości psychiczne. Polski uczony Jan Czekanowski (1882-1965) wprowadził podział ludności Europy na cztery zasadnicze typy antropologiczne (nordyczny, armenoidalny, laponoidalny i śródziemnomorski) oraz sześć typów pośrednich.

Antropolodzy dzielą się na: a) zwolenników stałości ras i b) zwolenników koncepcji ewolucji. Pierwsi traktują rasy ludzkie jako odwieczne o na zawsze ukształtowanych cechach wyróżniających. Drudzy twierdzą, że rasy ludzkie są wytworem oddziaływania środowiska geograficznego i warunków życia oraz biologicznych mutacji. Pierwsi zakładają realność istnienia czystych ras i typów antropologicznych. Nawet przy mieszanych przodkach genetyka, ich zdaniem, miałaby prowadzić w kolejnych pokoleniach do odrodzenia się osobników czystych rasowo. Drudzy wskazują, że granice między poszczególnymi rasami ludzkimi i typami antropologicznymi są z reguły nieostre. Bowiem zarówno badanie szkieletów z dawnych cmentarzysk jak też obserwacje ludów współczesnych dowodzą daleko posuniętych i trwałych zróżnicowań rasowych. Tak w dalekiej przeszłości jak i obecnie etnosy językowe dość systematycznie wykazują, iż jednocześnie stanowią duża mozaikę rasową i najczęściej także kulturową. Faktycznie bowiem od zarania dziejów istnieją rozległe strefy kontaktowe, gdzie występują z reguły populacje mieszane, osobnicy najczęściej posiadają cechy aż kilku typów antropologicznych (tzw. „kombinacje mozaikowe”). Wiele spraw dotyczących antropologii pozostaje dotąd bez odpowiedzi.

Istnienie ras ludzkich i typów antropologicznych jest zjawiskiem obiektywnym. Toteż uznawanie tych faktów, mówienie o nich nie jest wcale rasizmem. Natomiast rasizmem jest, gdy - wychodząc z fizjologicznych lub psychicznych zróżnicowań ludzi - usiłuje się dowodzić wyższości lub wyjątkowości własnej rasy względnie typu antropologicznego uosobionego w określonym narodzie nad innymi rasami i narodami.

Rasiści - tak w przeszłości jak również niektórzy obecnie - zakładali, że związany wspólnym językiem i kulturą naród jest niemal tożsamy z rasą, przyjmując tym samym, iż swoista kultura musi być produktem odrębnej rasy. Skrajny rasizm prowadzi do prób dyskryminowania a nawet wyniszczenia ludzi innych ras. Przykładowo w ujęciu ideologii hitlerowskiej Niemcy mieli być „narodem panów” (Herrenvolk). W latach II wojny światowej doprowadziło to do holocaustu (wyniszczenia całego narodu żydowskiego), lecz nie był to w dziejach świata odosobniony wypadek. Destruktywne skutki ideologii hitlerowskiej w dużym stopniu zdyskredytowały pogląd, że narody są tożsame z rasami.

Z badań antropologicznych wiadomo, że dzisiejsi Słowianie (a także Polacy) są bardzo zróżnicowani pod względem antropologicznym i kulturowym. Być może nasi pradawni przodkowie sprzed kilku tysięcy lat byli nieco mniej zróżnicowani, ale nie jest to pewne. „Jedyna cecha, która z jednej strony jest wspólna wszystkim Słowianom, a z drugiej strony różni ich od wszystkich innych ludzi na ziemi, jest język, a nie rasa, kultura czy jakikolwiek inny czynnik”v.

II. Etnogeneza narodu polskiego - mity a rzeczywistość historyczna

W zwięzłym opracowaniu nie można w miarę obszernie i kompetentnie przedstawić całej tematyki związanej etnogenezą naszego narodu. Można tylko w skrócony sposób przedstawić co w tej sprawie mówi podstawowa literatura naukowa.
 
1. Pojecie etnogenezy

Przez słowo etnogeneza rozumiemy proces wyodrębniania, kształtowania i różnicowania się grup etnicznych (np. Germanów, Słowian, Bałtów, Celtów) oraz narodów (np. Francuzów, Niemców, Czechów, Polaków). Problematyka etnogenezy poszczególnych narodów należy do zagadnień bardzo spornych. Dlatego też szeroko jest dyskutowana nie tylko przez etnologów, lecz również przez archeologów, historyków, lingwistów, antropologów, etnografów a nawet przedstawicieli niektórych nauk przyrodniczych. Interesuje ona również socjologów i filozofów. Zwłaszcza w odniesieniu do czasów przedpaństwowych (czyli w praktyce przede wszystkim w sprawie początków poszczególnych ludów) problematyka ta raczej nie wyszła dotąd poza sferę wielorakich hipotez. Słowo etnogeneza może też być rozumiane trojako.

Dla wielu ludzi oznacza ono bowiem jedynie proces najwcześniejszego ukształtowania się grupy etnicznej poprzez zespolenie hord, plemion czy szczepów we większą wspólnotę. Na tym proces etnogenezy miałby się zamykać.

W innym znów pojęciu rzecz polegałaby wyłącznie na ustaleniu pierwszych protoplastów (praszczurów) rzekomo jednolitego rasowo zespołu etnicznego.

Natomiast liczni uczeni wskazują na ciągłość jako podstawowy element procesu kształtowania się wspólnot etnicznych i narodów. Bowiem, ich zdaniem naród jest zjawiskiem historycznym, podlega zarówno prawom rodzenia się jak i dalszym przemianom. Procesy narodotwórcze, procesy formowania się narodów prowadzą bowiem do późniejszych dalszych przeobrażeń narodów już uformowanych. Stale odbywają się procesy dobrowolnej lub przymusowej asymilacji, do danego narodu, obcego żywiołu etnicznego. Dokonuje się stale również proces utraty części własnego elementu etnicznego na rzecz innego narodu. Staje się tak poprzez stałą emigrację, jak również poprzez narodowo mieszane małżeństwa, zwłaszcza na etnicznych pograniczach. Tak wiec proces etnogenezy w takim pojęciu jest zjawiskiem trwałym, nigdy nie kończącym się.

Narody jakby stale stawały się na nowo, są coraz to inne co do swego składu antropologicznego.Wzbogacają się też o elementy kultury nabywane od innych narodów. Zwolennicy tego stanowiska twierdzą, że wszystkie wspólnoty etniczne - plemiona, ludy, narody powstają w toku historii, ulegają zmianom, zmieniają swe cechy i właściwości. Zarówno zlewają się jak i dzielą. Etnogenezę rozpatruje się wiec nie jako zjawisko jednorazowe, podczas którego naród kształtuje się jak gdyby od razu i pozostaje nadal bez zmian. Przeciwnie proces etnogenezy pojmuje się jako stały. W jego toku oblicze etniczne danej wspólnoty zmienia się stopniowo i nader powoli, lecz stale.

Jeśli chodzi o same początki formowania się narodów, to nader wielkie znaczenie ma sprawa tzw. substratu językowego i kulturowego. Niemal w każdym kraju w przeszłości dziejowej miała miejsce taka sytuacja, że na obszar już zasiedlony napływała ludność mówiąca innym językiem oraz o innej kulturze materialnej i duchowej. Przewagę uzyskiwał element napływowy, narzucając swą kulturę, język i przeważnie swą nazwę. Jednak, w wyniku zmieszania się ludności, w języku i kulturze takiej populacji pozostawały ślady po pierwotnych mieszkańcach kraju. Taki pierwotny podkład językowo-kulturowy w nauce nazywa się substratem. W dziejach niektórych krajów takie zjawiska kolejnego nakładania się języka i kultury zdarzały się nawet kilkakrotnie, co nader gmatwało proces etnogenezy a obecnie komplikuje badania naukowe.

2. Dawne dziejopisarstwo polskie o etnogenezie narodu polskiego

Już ludy starożytne interesowały się swymi domniemanymi początkami. Chciano odsłonić tajemnicę pochodzenia poszczególnych narodów. Czyniono to na podstawie tradycji ustnych, jak też tekstów pisanych. Bodaj wyróżnili się tutaj Żydzi, którzy stworzyli Biblię (Stary Testament).

Narody słowiańskie, cywilizacyjnie o wiele młodsze, chciały także udowodnić, że nie ustępują w niczym innym współczesnym ludom. Starano się również wykazać swój autochtonizm na ziemiach aktualnie zajmowanych.

Polscy kronikarze, chcąc nadać Polsce jak najdawniejszą i najbardziej chlubną metrykę urodzenia, wywodzili szczep polski od starożytnych lub biblijnych bohaterów. Wzory brano z Biblii, gdzie podaje się całą genealogię narodu żydowskiego od Abrahama, Izaaka, Jakuba i jego synów. Właśnie według Starego Testamentu wszystko zaczyna się od kolejnych protoplastów. Tym samym stylem posłużyli się pierwsi kronikarze krajów słowiańskich.

Pierwszym był ruski kronikarz Nestor, który już na początku XII w. w „Powieści dorocznej” pisał: „Po zburzeniu wieży i po rozdzieleniu narodów zajęli synowie Semowi wschodnie kraje, a synowie Chamowi kraje południowe, Jafetowi zaś zajęli zachód i kraje północne. Od tych siedemdziesięciu i dwu narodów był naród słowiański z Jafetowego plemienia... Po mnogich zaś latach siedli byli Słowianie nad Dunajem... Gdy bowiem Włosi naszli Słowian dunajskich... i ciemiężyli ich, Słowianie owi przyszedłszy siedli nad Wisłą i przezwali się Lechami”vi.

Pierwszy polski kronikarz Anonim zwany Gallem (początek XII w.) zaczął jeszcze opis polskich dziejów od oracza Piasta. Natomiast Wincenty Kadłubek (przełom XII-XIII w.) cofnął naszą historię w odległą przeszłość, czyniąc Kraka równoczesnym Aleksandra Macedońskiego. Sto lat późniejszy franciszkanin, zwany Mierzwa lub Dzierżwa, w swej kronice genealogię Polaków wyprowadził od potomków Jafeta.

Przez całe średniowiecze i znacznie później, gdyż aż do początków Odrodzenia w dziejopisarstwie polskim przetrwała bezkrytycznie genealogia biblijna. Uzupełniono ją podaniem o trzech braciach: Lechu, Czechu i Rusie, mitycznych protoplastach, od których miały się wywodzić trzy słowiańskie narody: polski, czeski i ruski. Ilustrują to teksty z „Kroniki Wielkopolskiej" oraz z „Roczników...” Jana Długosza. W „Kronice” czytamy: „Otóż w najstarszych księgach piszą, że Panonia jest matką i kolebką wszystkich narodów słowiańskich... powiadają, że ci Panończycy, nazwani tak od Pana, wywodzą się, jak mówią od Janusa, , potomka Jafeta... Z tych więc Panończyków pochodzili trzej bracia, synowie Pana władcy Panończyków, z których pierworodny miał imię Lech, drugi Ruś, trzeci Czech... Słowianie zaś mówią różnego rodzaju językami, które wzajemnie rozumieją, chociaż w niektórych wyrazach różnią się one nieco, a przecież wzięły początek z mowy jednego ojca Sława, skąd też Sławianie... Warto zaś wiedzieć, że Słowianie i Niemcy pochodzili podobno od dwóch braci, Jana i Kusa, potomków Jafeta... Gdy zaś Lech ze swoim potomstwem wędrował przez rozległe lasy, gdzie [teraz] istnieje królestwo polskie... rzekł „Zbudujemy Gniazdo!” Stad i owa miejscowość aż do dzisiaj zwie się Gniezno...”vii. Natomiast Długosz pisał: „... synowie Jafeta wreszcie podzieleni na siedemnaście języków całą Europę objęli w wieczne władanie... Pierwszym zaś człowiekiem z rodu Jafeta, który przybył do Europy był Alan z trzema synami... Trzeci zaś syn Alana, mianowicie Negno, miał czterech synów, ich zaś imiona: Wandal, od którego nazwani zostali Wandalowie, których teraz zwie się Polakami... [Negno zaś] z synami, powinowatymi i krewnymi swymi osiadł najpierw w Panonii... Do tego rozrośli się do tak pokaźnej liczby, że królestwa, które posiadali byli, wydawały im się za szczupłe... Dwaj przeto synowie Jana, potomka Jafeta, Lech i Czech... Podążyli więc... w sąsiednie i najbliższe ziemie w kierunku na zachód... Lech zatem, pożegnawszy swego młodszego brata Czecha, odjechał... z poddanymi, krewnymi... znalazłszy kraj bardzo rozległy... w nim osiadł i kraj ten dziedzictwem i posiadłością dla siebie i potomstwa swego jako pierwszy ustanowił”viii.

Dopiero od XVI w., a głównie od XIX w., nauka polska stopniowo zaczęła odchodzić od legend o pochodzeniu narodu polskiego od wspólnego przodka. Dochodzono do wniosku, że średniowieczne ujęcia są fikcją literacką, nie mającą nic wspólnego z historyczna rzeczywistością. Jednak jeszcze w 1881 r. wybitny historyk z uniwersytetów we Lwowie i Krakowie prof. Stanisław Smółka pisał: „Jedna bowiem krew płynęła w żyłach ludności, szeroko rozsiadłej miedzy grzbietami zachodnich Karpat, Sudetów i Karkonoszów, a wybrzeżem Bałtyku, w porzeczach Wisły, Odry i u środkowego i dolnego biegu Łaby, ludności według rozlicznych ognisk osiedlenia na wiele plemion rozbitej, a wspólnym mianem lechickiego szczepu objętej”ix.

Inna jednak rzecz, że w warunkach braku własnego państwa i walk o niepodległość wiara we wspólność pochodzenia spełniała duża rolę w cementowaniu więzi narodowej. Gra ta wiara również obecnie sporą rolą w obiegowych poglądach pewnych grup społecznych, lecz często już wyraźnie negatywna. Są ludzie, którzy postulują uzależnienia praw obywatelskich od plemiennych korzeni.

Od XIX w. badania nad etnogenezą Słowian, a także narodu polskiego, wyzbyły się motywacji religijnej (biblijnej). Kierowano się motywacją naukowo-poznawczą chęcią objęcia pełnej prawdy. Doszły jednak znów przesłanki zewnętrzne - umotywowania ideologiczne wynikające z potrzeb społecznych lub politycznych. Poszczególne teorie i koncepcje rodziły się bowiem nie tylko z refleksji intelektualnej, lecz również z „potrzeby serca”.

Nauka niemiecka często wciągana była w nurt różnych kombinacji o zabarwieniu politycznym. Wykorzystując fakt przewędrowania poszczególnych plemion germańskich przez liczne kraje Europy wielu niemieckich uczonych usiłowało dowieść praw niemieckich do tych terenów. Odpowiedzią nauki polskiej była teoria autochtonizmu Słowian na ziemiach nad Odrą i Wisłą na ponad tysiąc lat przed naszą era. Jednak w kontrowersji niektórzy uczeni polscy głosili teorię autochtoniczną, zaprzeczającą m.in. słowiańskości Biskupina.

Wiele sporów nastąpiło także z nauką rosyjską głoszącą hasła panslawizmu. Według nacjonalistycznych koncepcji rosyjskich wszystkie słowiańskie strumienie miały zlać się w jednym rosyjskim morzu. W odpowiedzi w Polsce kwestionowano pełną słowiańskość Rosjan (rasową, językową i kulturalna). Bowiem niektórzy polscy nacjonaliści twierdzili, że Rosjanie (dawniej zwani często Moskalami, w odróżnieniu od Ukraińców i Białorusinów) stoją rasowo niżej od innych narodów słowiańskich, w tym także Polaków. Głoszono, że Rosjanie faktycznie nie są Słowianami, lecz rasową mieszaniną ludności czudzkiej (dawnych mieszkańców okolic Moskwy i Petersburga, zanim osiedlili się tam przybysze słowiańscy) i najeźdźców mongolskich, tylko z niedużą domieszką elementów słowiańskich przybyłych z Rusi Kijowskiej.

3. Nowożytna i współczesna nauka o etnogenezie Słowian

Poczynając od XIX a zwłaszcza w XX w. w nauce stopniowo załamał się nurt wyjaśniający pochodzenie narodów w kategoriach rasy, wspólnych przodków itp. Zwłaszcza antropolodzy i archeolodzy doszli już do zgodnego wniosku, że co najmniej w Europie (lecz chyba także na całym świecie) wszystkie grupy etniczne i narody są niejednorodne pod względem rasowym, są amalgamatem antropologicznym. Ani jeden ze współczesnych narodów europejskich nie zachował czystości rasowej. Potwierdzają to zarówno badania czaszek i innych kości z dawnych prehistorycznych i historycznych cmentarzysk, jak również współczesne badania antropologiczne (np. poborowych do wojska).

Do badań nad etnogenezą, czyli procesem wyodrębniania się i różnicowania Słowian, a tym samym również Polaków, włączyli się lingwiści, antropolodzy, archeolodzy, botanicy i etnografowie, uzupełniając skąpe w odniesieniu do początkowych dziejów źródła historyczne.

Niektórzy językoznawcy już w XVIII w. zwrócili uwagę na pokrewieństwo języków słowiańskich z wielu innymi używanymi w Europie i Azji. Profesor Uniwersytetu Berlińskiego Franz Bopp (1791-1867), wychodząc od sanskrytu, w 1816 r. dowiódł istnienie w przeszłości jednego języka, z którego wyszły wszystkie języki nazywane indoeuropejskimi. Hipotezę o wspólnym pochodzeniu tych języków oparł na podobieństwach, które wykrył w ich słownictwie i strukturze gramatycznej. Bowiem Bopp opracował gramatykę porównawczą języków indoeuropejskich.

Języków indoeuropejskich, nazywanych niekiedy aryjskimi (w sensie wyłącznie lingwistycznym, nigdy rasowym) używają liczne ludy zamieszkałe w Azji (przeważnie rasa żółta) i w Europie (rasa biała)x. W Azji są to podrodziny językowe: irańska (języki: perski, pusztuński - inaczej afgański, tadżycki, kurdyjski, osetyński i inne) i indyjska (języki: hindi, bengali, bihari, pandżabi, marathi i inne). Dość często języki indoaryjskie i irańskie łączone są w jedną podrodzinę językową określaną jako indoirańska, co uzasadnione jest ich bliskim pokrewieństwem. Do tej podrodziny zalicza się również wymarłe języki awesty i sanskryt. W Europie do języków indoeuropejskich przynależą językowe podrodziny: romańska (języki: łacina, od której powstały wszystkie pozostałe jak włoski, sardyński, retoromański, francuski, prowansalski, hiszpański, kataloński, portugalski, rumuński, mołdawski i niedawno wymarły dalmatyński), germańska (języki: angielski, niemiecki, flamandzki, holenderski, fryzyjski, duński, szwedzki, norweski, islandzki, jidysz, oraz wymarły w średniowieczu gocki), słowiańska (języki: rosyjski, białoruski, ukraiński, polski, kaszubski, słowacki, czeski, górnołużycki, dolnołużycki, słoweński, serbochorwacki, bułgarski, macedoński oraz wymarły w XVIII - XIX w. połabski) celtycka (języki: iryjski, walijski, bretoński, mański oraz wymarłe szkocki, galijski i inne), bałtyjska (języki: litewski, łotewski, oraz wymarłe pruski i jaćwieski). Ponadto są to w Europie odosobnione języki: grecki, albański i ormiański (armeński). W przeszłości były jeszcze w tej rodzinie językowej, wymarłe już dawno, języki: iliryjski, dacki, tracki, hetycki i tocharski. W wyniku nowożytnych działań kolonizatorskich i ruchów migracyjnych języki indoeuropejskie szeroko upowszechniły się w całej Ameryce, Australii i na południu Afryki (zaliczamy do germańskich afrikans - język Burów). Wśród mnóstwa rodzin językowych, jakie istnieją obecnie na świecie, rodzina indoeuropejska jest tą, która wykazuje największy rozwój. Aktualnie tymi językami mówi jedna trzecia ludzkości.

Wyniki badań Boppa dowodzą, że wszystkie narody używające jednego z języków indoeuropejskich w jakimś stopniu wywodzą się z jednego pranarodu indoeuropejskiego (inaczej aryjskiego). Musiał też mieć ten pranaród jedną wspólną praojczyznę. Późniejsze wielokierunkowe migracje Indoeuropejczyków oraz wchłanianie przez nich najrozmaitszego innego substratu etnicznego utrudniają dzisiaj uczonym lokalizację tej siedziby. Dlatego różnie lokalizuje się terytorium krystalizacji językowej Praindoeuropejczyków. Jedni uczeni mówią o Azji Środkowej, inni o pograniczu azjatycko-europejskim. Spotkać można także opinie, że to była Europa Środkowa. Przeważają jednak wypowiedzi, że było to jednak bardziej na wschodzie. Wypada tu dodać, że wspólnota indoeuropejska dotyczyła sfery językowej. Już wtedy wchodziły w jej skład chyba głównie pasterskie hordy i plemiona o niejednolitych cechach rasowych a nawet przynależące do różnych grup kulturowych. Dawniej najczęściej sadzono, że do wykształcenia się języka praindoeuropejskiego doszło w neolicie. Obecnie padają opinie, że miało to miejsce już w mezolicie (średnia epoka kamienna). Uczeni nie potrafią bliżej określić ludu, który tym językiem się posługiwał, ani też nie wiedzą, z jaką kulturą materialną należy go powiązać. Ta językowa wspólnota przetrwała na pewno do V tysiąclecia p.n.e. Najpóźniej w III tysiącleciu p.n.e. ludność indoeuropejska uległa rozproszeniu. Rozpad następował drogą falową i w różnych kierunkach. Odłamy ludności aryjskiej przedsiębrały wyprawy zdobywcze, opanowywały różne terytoria i osiedlały się tam obok ludności nieindoeuropejskiej już wcześniej tam mieszkającej. Często trwały walki, lecz bodaj częściej następowało wzajemne przemieszanie się z dawniejszymi mieszkańcami. Następowało też dalsze wymieszanie rasowe. Wchodzono we wzajemną wspólnotę językową, zwyciężał przeważnie język aryjski, lecz część słownictwa zapożyczano od pierwotnych mieszkańców. W II tysiącleciu p.n.e. ludy indoeuropejskie pojawiły się w Indiach, w Azji Mniejszej, na Bałkanach, w Italii i prawdopodobnie również w Europie Środkowej. W rezultacie tych wszystkich procesów następowało stopniowo coraz większe zróżnicowanie zarówno antropologiczne jak i językowe poszczególnych ludów wywodzących się ze wspólnego aryjskiego pnia.

Europa była stale zamieszkana od czasów ustąpienia lodowca, czyli od ok. 12 tys. lat p.n.e. Zdaniem licznych uczonych na południu Europy, aż po Wyspy Brytyjskie i Półwysep Iberyjski, osiadły podówczas ludy w nauce nazywane obecnie umownie azjanickimi i jafetyckimi. Ich językowa kontynuacja do dzisiaj maja być Baskowie w Pirenejach oraz Gruzini i niektóre inne ludy na Kaukazie. Natomiast północne obszary Europy zasiedlały plemiona czudzkie (inaczej ugro-fińskie). Ich językową kontynuacją do dzisiaj są m.in. Finowie, Karelowie, Estończycy, Węgrzy (ci ostatni nad Dunajem nie są odwieczni) oraz inne ludy na północy Rosji. Zdaniem niektórych badaczy ludy czudzkie miały pierwotnie zamieszkiwać także obecne ziemie polskiexi. Przeważa jednak opinia, że zamieszkiwał tu inny lud nieindoeuropejski, którego etnosu nie znamy.

W epoce neolitu i brązu sytuacja etniczna w Europie, a także nad Odrą i Wisłą, była nader płynna. Różnorodne fale etniczne przewaliły się przez różne obszary. Rozmaitymi drogami, przez długie stulecia napływały kolejne ludy indoeuropejskie: plemiona greckie, trackie, iliryjskie, italskie, celtyckie. Potem weszły plemiona germańskie a następnie wenedzkie (przez niektórych uważane za słowiańskie a przez innych za lud odrębny).

Tak jak większość obszarów europejskich, także ziemie polskie były stale terenem żywych ruchów migracyjnych. Już od czasów starszej epoki kamiennej przez obecne terytorium Polski przesuwały się liczne grupy ludzkie (hordy, plemiona, ludy - zależne od epoki w której przybywały). Po łowcach mamutów (bliskich już antropologicznie człowiekowi współczesnemu) w okresie polodowcowym i później na obszar dzisiejszej Polski napływała ludność z południa (m.in. kultury ceramiki wstęgowej rytej, malowanej i promienistej), zachodu (m.in. kultury amfor kulistych i pucharów dzwonowatych) oraz wschodu (m.in. kultury ceramiki sznurowanej i strzyżowska). Ten trwający wiele tysięcy lat proces migracji niekiedy prowadził do wyparcia lub wyniszczenia niektórych wspólnot etnicznych. Częstsze jednak było trwanie osadnictwa tych różnych ludów w „mozaikowym” rozproszeniu. Ludy trudniące się łowiectwem i rybołówstwem spychane z reguły były na obszary mniej żyzne, lesiste i bardziej nawodnione. Plemiona rolników-hodowców wybierały tereny ziem lessowych i innych żyznych a łatwych do uprawy. W toku dziejów te różne ludy często walczyły między sobą, lecz częściej jeszcze współżyły i integrowały się kulturowo i językowo. Przedmiotem międzyplemiennego handlu bywały nie tylko towary, lecz obdarowywano się także kobietami. Zgodnie z obyczajami ludów pierwotnych dochodziło również do zakładania małżeństw czasowych z przybyszami. Kontakty biologiczne prowadziły do zmian rasowych w składzie poszczególnych plemion. Od III w. przed naszą erą i poprzez pierwsze wieki n.e. przez ziemie nad Odrą i Wisłą znów przepłynęły fale ludności celtyckiej, germańskiej, scytyjskiej, huńskiej i awarskiej. Po wszystkich pozostały ślady w antropologicznym składzie mieszkańców Polski.

Biorąc pod uwagę stosunkowo duże pokrewieństwo języków słowiańskich i bałtyjskich w nauce założono, że ok. 1900 r. p.n.e. czyli w epoce brązu z praindoeuropejskiej rodziny językowej wyodrębniła się wspólnota językowa nazywana Prabałtosłowianami. Lecz jeszcze przed 1000 r. p.n.e. ze wspólnoty tej wydzieliły się plemiona, z których wywodzą się obecne narody bałtyjskie oraz plemiona, z których - po zmieszaniu się z ludnością przedindoeuropejską i staroeuropejską - wykształcili się Słowianie. Niektórzy przyjmują jednak, że język prabałtosłowiański nie istniał a Prabałtowie i Prasłowianie jednocześnie wyodrębnili się ze wspólnoty praindoeuropejskiejxii. Duże powinowactwo języków bałtyjskich i słowiańskich miałoby natomiast wynikać jedynie z długotrwałego sąsiedztwa.

Wiadomo, że przodkowie Słowian ze swych pierwotnych siedzib do centrum Europy przybyli jako jedna z ostatnich fal migracyjnych. Jednak wśród historyków, archeologów i językoznawców brak jest zgodności zarówno na temat etnogenezy, czy ukształtowania się i trwania języka prasłowiańskiego, jak i gdzie faktycznie mieściła się ich europejska praojczyzna. Pomimo trwającej sto kilkadziesiąt lat dyskusji nad problemem prakolebki Słowian stanowi to ciągle przedmiot sporów w nauce.

Zwłaszcza wśród uczonych polskich dawniej przeważał pogląd, że gdzieś na 1200 lat p.n.e. na obszarze nad Wisłą i Odrą wytworzyła się językowo i kulturowo wspólnota etniczna, którą nazywamy Prasłowianami. Przyjęto więc, że charakter prasłowiański miała już rozwinięta na terenie dzisiejszej Polski, kultura łużyckaxiii. Przy tym ciągłość osadnicza, kulturowa i etniczna miała być zachowana nieprzerwanie, aż do uformowania się państwa polskiego. Niektórzy archeolodzy datują powstanie tej prasłowiańskiej wspólnoty na 1000 r. p.n.e. i rozciągają ją na tereny od Odry aż po środkowy Dnieprxiv. Natomiast obecnie niektórzy archeolodzy przesunięcie osadnictwa słowiańskiego na ziemie obecnej Polski datują na czasy dużo późniejsze a nawet na przełom starożytności i wczesnego średniowiecza. Wcześniejszej siedziby Słowian autorzy ci dopatrują się na obszarze dzisiejszej północnej Ukrainy (od wschodu Karpat, nad Prutem, Dniestrem, Bohem poprzez Wołyń, środkowy Dniepr aż po Don)xv.

Jeżeli przyznamy zgodność z dziejową rzeczywistością pierwszej lub drugiej z powyżej wyłożonych koncepcji, to dla naszego zagadnienia kwestia ta nie posiada dużego znaczenia. W każdym bądź razie Słowianie nie byli pierwszymi mieszkańcami ziem nad Odrą, Wartą i Wisłą. Jednak archeolodzy znajdują liczne dowody przetrwania na ziemiach dzisiejszej Polski reliktów przedsłowiańskiej ludności, która zachowywała swoje charakterystyczne cechy kulturowe jeszcze dość długo po osiedleniu się Słowian. Przybysze osiedlali się często obok istniejących już osiedli dawnej ludności lub nawet w tych samych osiedlach. Słowianie współżyli z resztkami dawnej ludności i stopniowo ją asymilowalixvi. Do dzisiaj zachowane zostały liczne nazwy rzek, jezior a nawet miejscowości, które są pochodzenia przedsłowiańskiego a nawet przedindoeuropejskiegoxvii. Dowodzi to zachowania na naszych ziemiach nieprzerwanej ciągłości ustnej, a więc i osadniczej. Potwierdza to wszystko, że również przedsłowiańscy mieszkańcy ziem nad Odrą i Wisłą są naszymi przodkami, jednak przede wszystkim w sensie biologicznym, a tylko w niewielkim stopniu w sensie językowym.

Przedstawiony powyżej zarys ruchów migracyjnych na ziemiach polskich w czasach starożytnych całkowicie przeczy poglądowi o pochodzeniu Polaków od „wspólnego przodka” („wspólnych przodków”). Problem nader złożonej etnogenezy narodu polskiego znajduje też potwierdzenie w jego strukturze antropologicznej. W rozkopywanych grobach z wczesnego średniowiecza znajdują się kości przedstawicieli wszystkich typów antropologicznych występujących w Europiexviii.
Z kolei dodać trzeba, że już w początkach średniowiecza z ziem nad Wisłą i Odrą wyszły duże fale ludności słowiańskiej, które skolonizowały obszary nad Łabą, Czechy, tereny nad Dunajcem i zachodnia część Półwyspu Bałkańskiego.

4. Przemiany etniczne nad Odrą, Wartą i Wisłą w procesie dziejowym

W historiografii polskiej przyjmuje się, że po okresie wędrówek ludów, od VI w. n.e. nastąpiła stabilizacja osadnictwa na ziemiach nad Odrą, Wartą i Wisłą, co doprowadziło do uformowania terytoriów opolnych i plemiennych oraz pierwszych państewek.

Na ziemiach polskich ukształtowało się szereg skupisk osadniczych, z reguły izolowanych od innych leśnymi obszarami bezludzi. W oparciu o te skupiska wykształciły się opola. Miały one od l do 2 tysięcy mieszkańców, osiedlonych z reguły w kilkunastu małych wsiach. Przed X w. na ziemiach polskich istniało ok. 500-600 grodów stanowiących ośrodki opoli. Członków opola wiązała nie wspólność pochodzenia, lecz związek terytorialny, technika uprawy roli oraz wynikające z tego prawa i obowiązki.

Na obszarze szeregu blisko obok siebie położonych opoli już od VI w. na ziemiach polskich powstawały prymitywne organizacje polityczne nazywane plemionami. Plemiona wytworzyły się na gruncie bliskości terytorialnej, w oparciu o więzi sąsiedzkie, były więc formacjami o wyraźnym obliczu geograficzno-osadniczym. Plemion nie można uważać za twory statyczne, ich rozwój przestrzenny wynikał głównie z dynamiki osadnictwa. Toteż, ze względu na warunki geograficzne, na ziemiach polskich ukształtowało się szereg organizacji pośrednich między opolem a plemieniem. Łącznie na ziemiach polskich prawdopodobnie było ok. 50 plemion (wg niektórych autorów 60). Informacje o usytuowaniu w terenie określonych plemion są ogólnikowe. Nie potrafimy też stworzyć niekwestionowanej mapy opoli i terytoriów plemiennych ani też pierwszych państewek na obszarze późniejszej Polski. Bardzo mało dochowało się także polskich nazw plemiennych, odnoszą się one głównie do Śląska. Plemiona zamieszkujące ziemie nad Odrą, Wartą i Wisłą, chociaż pod wieloma względami różniące się pomiędzy sobą, to na tle innych ludów Europy były sobie bliskie językowo i kulturowo. Stało się to później przesłanką umożliwiającą powstanie zjednoczonego państwa.

Niektóre z plemion wyrastały z czasem do roli przewodniej wobec sąsiadów. W ten sposób powyżej od plemion zaczęły się wytwarzać jednostki nazywane w nauce związkami ponadplemiennymi, wielkimi plemionami, grupami plemiennymi, plemionami złożonymi lub szczepami. Skupienie plemion odbywało się najczęściej drogą przemocy. Niekiedy do dobrowolnego zespolenia skłaniały poczucie zagrożenia obcymi najazdami, bliskość językowa, obyczajowa lub religijna. Walki ze wspólnymi wrogami umacniały więzi międzyplemienne. Państewka plemienne i ponadplemienne zaczęły się formować na przestrzeni od VI do pierwszej połowy X w. Gdy w drugiej połowie X w. tworzyło się państwo ogólnopolskie znajdowały się one na różnym stopniu rozwoju. Jedne z tych państewek były jeszcze organizacjami obejmującymi jedno plemię (niekiedy nawet niewielkie), inne natomiast były już związkami ponadplemiennymi.

Proces formowania jednostek ponadplemiennych, przebiegający nierównomiernie i z dużą swoistością na poszczególnych obszarach Polski, był nader długotrwały i na znacznym terenie nie został zakończony w oparciu o siły wewnętrzne danego terytorium. W Małopolsce związki ponadplemienne utworzyli Wiślanie i prawdopodobnie także Lędzianie (ośrodek w Sandomierzu), na Mazowszu - Mazowszanie, w Wielkopolsce - Polanie, na Kujawach - Goplanie, na Śląsku - Ślężanie i prawdopodobnie także Opolanie. Na Pomorzu powstały dwa związki ponadplemienne z ośrodkami u ujścia Odry i Wisły. Proces ten przerwało uformowanie piastowskiego państwa ogólnopolskiegoxix. Powstanie tego państwa stało się nader ważnym czynnikiem uformowania się także polskiego narodu. Naród polski, podobnie jak inne europejskie narody, zaczął się formować poczynając od średniowiecza. Tworzył i rozwijał się nasz naród na podłożu wspólnoty losów dziejowych.

Naród polski stale trwał przez stulecia, lecz jednocześnie zmieniał się, stawał się inny na przestrzeni wieków, poprzez średniowiecze, czasy nowożytne i najnowsze aż do naszych dni. Również w okresie istnienia polskiej państwowości i polskiego narodu otrzymaliśmy duże uzupełnienie demograficzne poprzez dopływ obcych elementów. Także kultura i język polskiego narodu ulegały w toku tysiącletnich dziejów znaczącym i różnorodnym zmianom. Podczas łupieskich wypraw na kraje sąsiednie już piastowscy wojowie uprowadzali jeńców i barańców i osiedlali ich we własnych włościach lub posiadłościach książęcych. Tylko niekiedy takie nazwy miejscowości jak: Czechy, Litwa, Sudawki, Morawce, Niemce, Połówce, Prusy, Rusko, Serby, Węgry czy Żmudź i zbliżone potwierdzają prowadzenie osadnictwa branieckiego (jenieckiego) na ziemiach polskich. Brańcy i jeńcy, osadzeni indywidualnie lub pojedynczo rodzinami, już w następnym pokoleniu z reguły zatracali swą etniczną odrębność. Natomiast osiedlani zbiorowo w większej liczbie rodzin czasem przez kilka pokoleń zachowywali swój język i własne obyczaje a ślad ich pochodzenia pozostał na stałe w nazwach osad.

Od XII w. w Polsce upowszechniła się kolonizacja prowadzona „obyczajem wolnych gości”. Pierwszymi obcymi kolonistami osadzonymi na ziemiach polskich „obyczajem wolnych gości” byli Walonowie i Flamandowie. Szybko pojawili się także Włosi. W II dziesięcioleciu XIII w. w niektórych okolicach Śląska, następnie na innych terenach Polski pojawili się osadnicy niemieccy i serbołużyccy.

Od czasów rozdrobnienia dzielnicowego zwłaszcza w miastach śląskich i wielkopolskich coraz żywiej osiedlali się Żydzi (w 1264 r. otrzymali pierwsze przywileje). Ich liczebność znacznie wzrosła w XIV w., gdy znajdowali poparcie ze strony władzy królewskiej. Za Stefana Batorego ludność żydowska na obszarze całej Rzeczypospolitej miała liczyć 80-100 tys. (3,5% ogółu populacji państwa). W połowie XVII w. w Rzeczypospolitej mieszkało ok. 500 tys. Żydów (w przybliżeniu 5% ogólnej liczby ludności). W 1792 r. liczba Żydów w Polsce sięgała 900 tys. (ponad 10% ogółu ludności). Żydzi w bardzo niewielkim stopniu ulegali polonizacji. Jednak przy tak dużej liczebności na przestrzeni wieków także takie zjawisko miało miejsce. Zwłaszcza poprzez ożenki z córkami bogatych Żydów sporo „żydowskiej krwi” dostało się w żyły polskiej szlachty. Raczej sporadycznie dotyczy to również polskiego mieszczaństwa a niekiedy także chłopstwa. Jak podaje Jan Długosz, Kazimierz Wielki miał nadać szlachectwo i spore włości swym naturalnym synom urodzonym przez Żydówkę Esterkę. Według dziejopisa stali się oni protoplastami dwóch rodzin szlacheckich.

Z przyczyn ekonomicznych, religijnych lub politycznych do Rzeczypospolitej dość licznie napływali także Anglicy, Czesi, Francuzi, Hiszpanie, Karaimi, Ormianie, Słowacy, Szkoci, Szwedzi, Tatarzy, Węgrzy, a niekiedy nawet Turcy, Arabowie, Persowie, Grecy, Słowianie bałkańscy, Czerkiesi i Murzyni. Po części osiedlali się oni jako rolnicy po wsiach, głównie jednak w miastach. W okresie XV-XVIII w. element cudzoziemski wszedł faktycznie do wszystkich warstw społecznych naszego kraju, od magnatów i szlachty poczynając, poprzez duchowieństwo i mieszczan, do chłopstwa i ludzi „luźnych”. Przybysze, osiedlając się, tworzyli niekiedy zwarte grupy, które nawet po polonizacji długo zachowywały liczne cechy własnego języka i obyczaju. Jednak na większości ziem dawnej Rzeczypospolitej szybko wtapiali się w środowisko i polonizowali także niemieccy i holenderscy chłopi oraz wołoscy pasterze.

Przez całe stulecia trwała silna ekspansja żywiołu polskiego na wschód i północny wschód, na ziemie wcześniej ruskie, pruskie, jaćwieskie i litewskie. W jej toku uległo polonizacji wiele pierwotnie niepolskiej populacji tamtych obszarów (głównie szlachta, w części chłopi i mieszczanie).

W toku długich dziejów język i kultura, uznana przez nas za rdzennie polskie, obficie czerpały ze źródeł obcych. Polskie słownictwo ogromnie wzbogaciło się zapożyczając wiele słów greckich, łacińskich, hebrajskich, niemieckich, ruskich, czeskich, francuskich, włoskich i innychxx.

W czasach przedrozbiorowych na zmianę charakteru i oblicza narodu polskiego znaczący wpływ wywierały zwłaszcza takie zjawiska jak wprowadzenie chrześcijaństwa, kolonizacja na prawie niemieckim, rozwój folwarku pańszczyźnianego, rozwój kultury Renesansu, przesuniecie granic państwa z zachodu na wschód, germanizacja ziem nadodrzańskich i nadbałtyckich. O wpływie obcych na kulturę polska w czasach I Rzeczypospolitej Janusz Tazbir napisał m.in.: „Strój szlachecki z tego okresu, złożony przecież z elementów tureckich stał się strojem narodowym, a noszenie go uchodziło za wyzwanie rzucone zaborcom. Powielany później na setkach tysięcy pocztówek, występujący stale w popularnej literaturze ułan był symbolem narodowego wojska, ...a chłopska sukmana - prastarych i rodzimych tradycji polskiego folkloru lub też kościuszkowskich żołnierzy... A przecież większość z użytych przez nas poprzednio rzeczowników pochodzi ze Wschodu. Z tureckiego wzięli się bowiem zarówno ułan (ogłan, czyli chłopiec), jak sukmana (od czehman - sukno), a nawet sam bohater (od bahadyr, za pośrednictwem ruskim)”xxi.

Okres rozbiorowy przyniósł obcą administrację i wojsko, a także napływ urzędniczego elementu niemieckiego i rosyjskiego oraz wpływ tych kultur i języków na obyczaje i mowę Polaków. Z czasem jednak, mimo zaborów, procesy polonizacyjne objęły wielu potomków austriackich, rosyjskich a nawet pruskich urzędników. W czasach zaborów i powstań liczna była emigracja polityczna i zarobkowa żywiołu polskiego. Emigranci najczęściej zatracali swój język, kulturę i w kolejnych pokoleniach narodową świadomość. Tylko czasem zachowywali pamięć polskich korzeni. Trendy emigracyjne tylko w niewielkim stopniu odmieniło odzyskanie niepodległości po I wojnie światowej.

Etniczną mapę ziem polskich w XIX w. zauważalnie zmodyfikowało powstanie kilku dużych okręgów przemysłowych. Z obcych krajów napływali tam kapitaliści oraz kadra techniczna, po części także robotnicy (Niemcy, Żydzi, Francuzi, Belgowie, Anglicy, Włosi, Czesi, Rosjanie). Z czasem spora cześć tych ludzi spolszczyła się.

Pełną integrację narodową Polacy uzyskali po II wojnie światowej. Odbyło się to w płaszczyźnie geograficznej, gospodarczej, politycznej, społecznej i kulturalnej. U podstaw tego procesu leżały: powrót do piastowskich granic, zagłada większość Żydów polskich, ucieczka lub wysiedlenie większości innej ludności niepolskiej. W pierwszych latach po II wojnie światowej państwowe władze polskie dążyły, by w Ojczyźnie skupić całość polskiego narodu. W Polsce miało starczyć ziemi, pracy i chleba dla wszystkich Polaków, w przeszłości zmuszonych do emigracji. Organizowano więc repatriację ludzi polskiego pochodzenia z zagranicy. Do lego dochodziły ruchy migracyjne w kraju (głównie ze wschodu na zachód oraz ze wsi do miast). Stosunkowo nieliczne mniejszości narodowe, poprzez przejmowanie języka polskiego oraz dość częste mieszane ożenki, niekiedy integrowały się i asymilowały z Polakami. Nawet nieliczni Żydzi pozostający w Polsce przestali być społecznością zamknięta, kultywująca, tylko własną tradycję i własny język. Wytworzyła się w miarę jednonarodowościowa struktura etniczna państwa polskiego.

Dodatkowo zadziałały takie czynniki jak postęp naukowo-techniczny oraz upowszechnienie oświaty i kultury. Po II wojnie światowej zaznaczyło się też oddziaływanie masowej kultury miejskiej. Powszechność radia, telewizji i prasy niweluje odrębności kulturowe dzielnic. W szczególności duże ośrodki miejskie, przyciągające wielkie masy ludności dawniej wiejskiej, wpływają na ujednolicenie kulturowe kraju. W dużym stopniu zanikły też lokalne gwary językowe. W języku polskim obserwuje się giniecie wielu wyrazów a jednocześnie mnożą się kulturowe wzory oraz obcojęzyczne zapożyczenia, głównie z angielskiego.

* * *

Z powyżej podanych informacji płynie jeden wniosek: współcześni Polacy stanowią wynik krzyżowania się; tych wszystkich ludów, które na przestrzeni kilku tysięcy lat na nasze ziemie docierały. Wszystkie warstwy społeczne w Polsce mają duże przymieszki „krwi obcej” czego wcale nie należy się wstydzić ani opłakiwać. To co powyżej powiedziane nie przekreśla historycznych i patriotycznych więzi pomiędzy współczesnym a dawnymi pokoleniami narodu. Bowiem nie ma polskiej rasy, ale jesteśmy wspólnotą języka i kultury oraz wspólnotę państwowa, która nasi przodkowie stworzyli i wywalczyli.

  1. Polskie narodowe kontrowersje wobec perspektywy globalizacji

Wobec perspektywy globalizacji, a zwłaszcza wejścia do Unii Europejskiej, wypowiadane są nader różne poglądy, często zupełnie sobie przeczące i nic dające się pogodzić. Te liczne i bardzo rozbieżne opinie skłonny jestem zaszeregować do trzech przeciwstawnych szkół myślenia, które trzeba określić jako: etnocentryczna, kosmopolityczna i historyczna. Podział ten zupełnie nie pokrywa się z politycznym podziałem istniejącym w naszym narodzie w latach 80-tych. Wśród zwolenników każdej z tych szkół można znaleźć zarówno byłych członków PZPR, jak też członków lub sympatyków „Solidarności”. Jest więc to podział zupełnie nowy, odmienny. Znajduje natomiast w dużym stopniu pokrycie w obecnym układzie polskich partii politycznych.

1. Szkoła etnocentryczna

Spotykamy w Polsce w miarę licznych zwolenników zachowania państwa narodowego, przeciwstawiających się zwolennikom ponadnarodowego liberalizmu i programowej globalizacji. Ich zdaniem zachowanie izolowanego od świata suwerennego państwa jest niezbędnym czynnikiem istnienia i dalszego rozwoju naszego narodu. Postawę te skłonny jestem nazywać etnocentryczną, co w naszych warunkach równa się z polonocentryzmem. Postrzegają oni globalizację jako zagrożenie, ograniczenie naszej tożsamości narodowej. Bowiem dla etnocentryków naród jest czymś odwiecznym. W ich przekonaniu wywodzi się w zasadzie w całej swej podstawowej masie od jednego wspólnego przodka. Dla ludzi o takiej postawie więź narodowa jest czymś obiektywnym i niezależnym od subiektywnej woli jednostek, a naród jest wartością nadrzędną ponad wszystko. Bywa niekiedy, że prowadzi to do narodowego fanatyzmu i nacjonalizmu a nawet rasizmu. Ludzie tacy skłonni są często przedstawiać się jako „uczciwi patrioci” lub „prawdziwi Polacy”. Etnocentryzm jest zjawiskiem odwiecznym, występował już wśród pierwotnych plemion i znajduje swą kontynuację w społeczeństwach cywilizowanych. Wyraził się też w wyolbrzymianiu zalet własnego narodu, łączy się z przekonaniem o wyższości własnego narodu wobec innych.

W Polsce współczesnej zwolennicy etnocentryzmu stanowią w miarę dużą grupę obywateli z reguły o konserwatywnym, nacjonalistycznym sposobie myślenia. Najczęściej prezentują też postawę społeczną polegającą na kierowaniu się w swych poglądach i postępowaniu z tradycją jako najwyższą wartością. Odrzucają więc wszystko to co obce kulturowo. Przeciwnicy zarzucają zwolennikom etnocentryzmu i tradycjonalizmu, że ich pozornie duża wiedza historyczna jest ukształtowana nie tyle przez naukowa historiografię, co głównie przez tradycyjną edukację rodzinną, literaturę piękna, czy filmy. Składają się na nią stereotypy zakotwiczone w potocznej świadomości, opartej na dość powierzchownych strzępach wiedzy rzeczywistej oraz legendach, mitach i symbolach.

Zwolennicy etnocentryzmu najczęściej identyfikują się z Kościołem rzymskokatolickim i to w jego właściwie fundamentalistycznej wersji. Zbiega się to z poglądem księdza Mieczysława A. Krąpca, który pisał: „...Religia chrześcijańska, katolicka, stała u podstaw tożsamości narodu polskiego, jego wolności i prawa do suwerenności w obliczu niekatolickich zaborczych sąsiadów: Rosji i Prus - Niemiec... z Kościołem, który był i jest w trudnych czasach ostoją jedności narodu, jego dążeń do suwerenności, niezależności i racjonalnego ułożenia sobie spraw publicznych...,,xxii. Toteż w orientacji tej przeważa opinia, że w Polsce będzie dobrze tylko wtedy, gdy wszyscy Polacy nawrócą się na katolicyzm. Jednym z koronnych argumentów przeciwko przystępowaniu do Unii u zwolenników etnocentryzmu jest daleko posunięta na zachodzie Europy liberalizacja obyczajów, w tym reguł życia seksualnego, co pozostaje w wielkiej sprzeczności z zasadami głoszonymi przez Kościół rzymskokatolicki. Powstaje więc tu nader istotny dylemat: czy jestem chrześcijaninem, czy europejczykiem?

W świadomości i deklaracjach zwolenników etnocentryzmu niezwykle wysokie miejsce zajmuje pojęcie ojczyzny. Wszyscy powinniśmy być tam, gdzie jest nasza ojczyzna. Poza ojczyzną człowiek jest pozbawiony normalnego życia. Tu tylko cieszy się on godnością ludzką i prawami, tu jedynie może być szczęśliwy. Ojczyzna wiąże człowieka świętymi więzami. Należy kochać ojczyznę, być posłusznym jej nakazom. Należy się jej zupełnie poświęcić, miłować ją w sławie czy w nieszczęściu, być wdzięcznym za jej łaskawość, również jak za surowość. Należy przede wszystkim umieć umrzeć za ojczyznę. Ojczyzna, czyli suwerenne państwo narodowe to najlepsza forma organizacji dla społeczności o wspólnym pochodzeniu, języku, historii i kulturze. Potrzeba przede wszystkim bronić ojczyznę - „matkę-ziemię”. Na tym tle rodzi się tendencja do izolacjonizmu, czyli nie wchodzenia w międzynarodowe powiązania. W tym duchu w listopadzie 2001 r. wypowiedział się biskup Józef Zawitkowski: „...nie będzie granic, wymieszają się ludzie, pójdziemy do obcych, obcy kupią nasza ziemię. Nie będzie naszej ojczyzny...”xxiii.

Wielu autorów podkreśla, że polski etnocentryzm powiązany z nacjonalizmem grał i nadal gra pozytywna rolę w dziejach Polski, służąc budzeniu narodowej godności, zaspakajając potrzebę wspólnoty oraz w przeszłości w walce o państwową suwerenność. Był on i jest podstawą dla ideologii miłości i przywiązania do ojczyzny, lojalności wobec niej oraz poczucia więzi społeczno-kulturowej z narodem. To dzięki takim postawom Polacy nie sąnarodem, który kiedykolwiek stracił pamięć, który kiedykolwiek zrezygnował ze swej państwowości. Aktualnie jest też to uczucie ważnym czynnikiem mobilizującym do służby na rzecz kraju.

Zgłaszając obawy wobec propozycji akcesu do Unii Europejskiej etnocentrycy jednocześnie odwołują się do całej epopei walk o zachowanie polskości, zwłaszcza w okresie zaborów. Przypominają łzy rozpaczy towarzyszące zmaganiom o zachowanie polskości zagrożonej przez zaborców, pokłady zgryzoty przeżywanej przez XIX-wiecznych powstańców, walkę o polski język, o utrzymanie każdej piędzi polskiej ziemi. Przypominają nazwiska Tadeusza Kościuszki, Piotra Wysockiego, Romualda Traugutta, Tytusa Działyńskiego, Michała Drzymały, Hipolita Cegielskiego, Piotra Wawrzyniaka, którzy - wobec perspektywy globalizacji-zapewne przewracają się w grobach.

Etnocentrycy zaznaczają, że w zjednoczonej Europie nie będzie granic, ludzie się wymieszają. Polacy przeniosą się do obcych krajów, obcy przyjdą do Polski, nauczą nas obcego języka, wykupią nasza ziemię za swoje pieniądze. Przypominają też, że poziom stopy życiowej w Polsce zależy od właściwej proporcji między liczba osób w wieku przedprodukcyjnym, produkcyjnym i poprodukcyjnym. Globalizacja miałaby przynieść dalsze pogłębienie się spadku przyrostu naturalnego w Polsce. Padają słowa, że płyniemy do Unii, a tam maja najwyżej jedno dziecko. Wzorując się na Zachodzie szybko wymrzemy jako naród. Sprawy tej nie rozwiąże jedynie repatriacja Polaków ze Wschodu. Konieczna stanie się imigracja cudzoziemców, głównie azjatów. Grozi to zmianą składu etnicznego Polski, upadkiem naszego narodu. Nakazem patriotycznym, ratowaniem podstaw trwania i rozwoju wspólnoty narodowej miałoby być pozostanie w państwowym i narodowym odosobnieniu.

W minionych latach ze strony niektórych etnocentrystów padały niekiedy pomysły stworzenia, zamiast związków z Zachodem, bloku słowiańskiego z Czechami, Ukrainą i państwami bałtyckimi, oczywiście bez Rosji. Miało to być tzw. NATO-bis.Pomysły te jednak stopniowo zanikły. Ostatnio wielu niedawnych przeciwników Unii zaczyna przyznawać, że Polska faktycznie nie ma alternatywy, że my jednak musimy iść do zjednoczonej Europy. Jeśli przed niewielu laty arcykatolickie Hiszpania i Portugalia nie miały dylematu, my także nie możemy mieć. Katolicyzm polski nie jest przeszkodą dla globalizacji. Wyrazem tej nowej tendencji ze strony kółkościelnych jest m.in. wypowiedź biskupa Jacka Jezierskiego: „...generalnie Kościół w Polsce, jak i Stolica Apostolska, jest za integracją, która byłaby na podstawach sprawiedliwych, partnerskich, przy uszanowaniu tradycji poszczególnych narodów, a także przy poszanowaniu pewnego wiana, które każdy naród wnieść potrafi w tę wspólnotę”xxiv. Szybko jednak padają zastrzeżenia, że „nie pójdziemy na kolanach” „nie musimy popadać w skrajność”. Rodzi się tu jednak wątpliwość, że „nie na kolanach” w praktyce faktycznie miałoby znaczyć: „albo po naszemu albo wcale”. Byłby to więc pewnego rodzaju dyktat z tej strony, która jest słabsza.

Wielu eurosceptyków pojawiło się w nowym Sejmie RP. W pewnym stopniu postawę taką przejawiają Polskie Stronnictwo Ludowe, oraz Prawo i Sprawiedliwość. Jednak najbardziej krytyczne czy wręcz wrogie nastawienie do integracji z Unia Europejska prezentują zwłaszcza Liga Polskich Rodzin i Samoobrona. „Chcemy współpracy z państwami Unii, ale jako podmiot niezależny” - stwierdził Roman Giertych, wiceprzewodniczący LPRxxv. Jego zdaniem, Polska jako kraj chrześcijański nie powinna jednoczyć się z UE, która ze swego ducha nie jest chrześcijańska. „Zdecydowanie opowiadamy się za wypowiedzeniem układu stowarzyszeniowego i renegocjacją naszych stosunków gospodarczych z UE, ponieważ utrzymywanie obecnego stanu rzeczy jest dla Polski katastrofalne” - uważa Antoni Macierewiczxxvi.

Wybitnie wrogie nastawienie do integracji stale prezentuje zwłaszcza środowisko „Naszego Dziennika”. Profesor Rafał Broda pisał tam w końcu stycznia br.: „Centralizacja władzy w UE, wyraża tendencje do budowy superpaństwa i tłumienie narodowej różnorodności, to zubożenie Europy... Wyraźne tendencje do ujednolicenia kultury i obyczajów, które mają tworzyć złudne poczucie jedności, w gruncie rzeczy przekształcają narody w łatwo sterowalne „zasoby ludzkie” bezmyślne, przyjmujące narzucane im mody i nastawione na nieograniczoną konsumpcję... Nie ma w historii Europy żadnego systemu ideologicznego, który mógłby zastąpić chrześcijaństwo w roli fundamentu spajającego życie społeczne. Wszelkie próby takiego zastąpienia zawsze kończyły się tragicznie... Każdy naród zasługuje na to by być suwerenem swoich najważniejszych spraw, gospodarzem we własnym domu - w przeciwnym razie tworzy się potężne źródło konfliktów. Unia Europejska wyklucza utrzymanie suwerenności, bo dzisiaj już nikt nie ukrywa, że chodzi o likwidacje państw narodowych... Ta próba naśladowania Stanów Zjednoczonych skazana jest na niepowodzenie, bo w Europie mamy zupełnie inne warunki początkowe... W Europie mamy prawie wyłącznie rdzenną ludność, ukształtowaną w długiej i burzliwej historii w grupy narodowe, wrośniętą korzeniami w swoją ziemię, swoją tradycje, kulturę i obyczaje... Polacy nie powinni mieć tutaj żadnych złudzeń - całe doświadczenie „współpracy” Polski z krajami UE po 1989 roku to ciąg działań skierowanych na kolonizację naszego kraju... Wejście Polski do Unii Europejskiej w dzisiejszych warunkach to otwarcie szybkiego procesu likwidacji państwa polskiego, przekształcenie Polski w rejon europejski i wielkie zagrożenie dla przetrwania naszego Narodu... Dzisiaj przede wszystkim musimy uniknąć historycznego błędu, jakim byłoby przystąpienie w obecnych warunkach do Unii Europejskiej - to byłoby trudne do naprawienia, byłby to prawdziwy skok w przepaść”xxvii.

W tej samej gazecie ksiądz Czesław S. Bartnik dzień później napisał: „...Otóż po Maastricht II w 1992 roku nastąpił rodzaj przewrotu strukturalnego w ideologii UE, która odwróciła się całkowicie od tradycji i dziedzictwa religijnego Europy, a zwróciła się ku ateizmowi ekonomicznemu, ku liberalizmowi we wszystkich dziedzinach, ku ideom masońskim... Przy tym Zachód germańsko-romański nie zna duszy słowiańskiej... Masoneria wabi do siebie pieniędzmi. Obecnie zdobywa duże znaczenie w Polsce i gdzie indziej... Najpierw alternatywa, jest zachowanie suwerenności, wolności i tożsamości. Alternatywa dobrowolnego pójścia w niewolę jest odmowa wstąpienia do Unii, jak to robi Szwajcaria”. Czy nie znajdzie się dziś u nas człowiek - nie wykluczam żadnej partii, byle bez zdrady - który jak Piłsudski, de Gaulle otwarcie, ofiarnie i profetycznie poderwałby skołowany Naród i rozerwał to diabelskie koło ciemności, matactwa i handlowania suwerennością? ...Zachód jawi się nam coraz bardziej jako niewiarygodny i wręcz kolonizatorski...”xxviii.

W polskiej klasie politycznej, a nawet w wyższej hierarchii biskupiej, etnoccntrycy - przeciwnicy integracji europejskiej są wyraźnie w mniejszości. Mają jednak szerokie możliwości artykułowania swych obaw i zastrzeżeń, gdyż znajdują znaczny posłuch w dość licznych kręgach społeczeństwa, zwłaszcza na wsi.

2. Szkoła kosmopolityczna

Zasadniczym przeciwieństwem etnocentryzmu jest postawa kosmopolityczna, nie licząca się z tradycją i narodową tożsamością. Wyraża się ona w przekonaniu, że zasady organizacji państw narodowych są przestarzałe, a więzi narodowe nieistotne. Kosmopolici uważają się za obywateli całego świata, łącząc to z biernością wobec własnego narodu i niepoczuwaniem się do współodpowiedzialności za jego losy. Przyjmuje się tu, że narody są czymś „wymyślonym” skonstruowanym odgórnie, często pod wpływem przypadkowych okoliczności. Przynależność narodową można „wybrać” tak jak wybiera się przynależność do różnych organizacji, lub całkowicie ja odrzucić.

Postawy kosmopolityczne ulegały wielokierunkowej ewolucji oraz zmieniały także swoją społeczną i polityczną treść wraz z rozwojem ludzkości a zwłaszcza w związku z kształtowaniem się więzi i świadomości narodowych w poszczególnych krajach.

Kosmopolityzm zrodził się jako idea jeszcze w schyłkowym okresie dziejów starożytnej Grecji, która rozbita była na wiele miast-państw. Wypowiadali ją greccy cynicy (V-IV w. p.n.e.) i stoicy (III w. p.n.e.), którzy nazywali siebie „obywatelami świata” protestując przeciwko etnocentryzmowi i partykularyzmowi panującymi podówczas w Grecji. Nie uznawali oni granic państwowych, potępiali wszelkie urządzenia społeczne i państwowe, uważając je za konwencjonalne. Wierzyli oni, że można stworzyć idealne społeczeństwo, państwo ogólnoświatowe zbudowane w sposób racjonalnyxxix.

Do wątków myślowych o wspólnocie ogólnoludzkiej wyrastającej ponad lokalne państwa nawiązywali często myśliciele Odrodzenia, wiążąc ją z ideami ogólnoludzkiej kultury. W czasach Oświecenia do koncepcji kosmopolitycznych znów powrócili liczni filozofowie głoszący tezy o „równości natury ludzkiej” i „praw naturalnych” wszystkich ludzi, idee tolerancji religijnej i narodowej oraz postępu całego „rodu ludzkiego”.

Pejoratywnego znaczenia termin „kosmopolityzm” nabrał szczególnie w XIX w., gdy - zwłaszcza w Europie - uformowały się nowoczesne narody o silnym poczuciu wspólnej więzi. Odrzucali kosmopolityzm podówczas zarówno ludzie o orientacji postępowej, jak i konserwatywnej. Jednak pod koniec XIX w. w sukurs kosmopolityzmowi przyszedł pacyfizm - ruch społeczny i polityczny dążący do wyeliminowania wojny jako sposobu rozstrzygania konfliktów wewnętrznych i międzynarodowych, traktujący wojnę nie jako patriotyczną powinność, lecz krwawy absurd. Podnieta dla tego ruchu były okrucieństwa wojen XIX w. Gdy na przestrzeni niewielu lat Prusy wygrały trzy wojny: z Danią (1864), Austrią (1866) i Francją (1870-1871) sukcesy te jedni przypisywali zdolnościom feldmarszałka Helmuta von Moltke, a drudzy - wspaniałej organizacji pruskiego Sztabu Generalnego, to trzeci - nie bez powodu - twierdzili, że wojny te wygrali przede wszystkim pruscy nauczyciele historii. Bowiem wychowując w duchu patriotyzmu, tak jak w żadnym innym kraju, faktycznie wszczepiali młodzieży ogromny ładunek niemieckiego nacjonalizmu i szowinizmu. Znajdowało to wyraz również w postawie pruskich żołnierzy i przynosiło pruskie zwycięstwa. Biorąc te zjawiska pod uwagę kosmopolici i pacyfiści kwestionowali walory patriotycznego wychowania i odrzucali potrzebę nauczania narodowej historii. Propagowali też pokój i potępiali wszystkie wojny bez względu na ich przyczyny i charakter, tak zaborcze jak również wyzwoleńcze.

Duży asumpt kosmopolityczne i pacyfistyczne idee uzyskały na tle okrucieństw reżimów faszystowskich i holocaustu a zwłaszcza nieszczęść spowodowanych I i II wojną światową.

Współcześnie zwolennicy kosmopolityzmu głoszą, że zasady suwerenności narodowej i niepodległości państwowej są przestarzałe. Bowiem hamują one rozwój wszechstronnej współpracy międzynarodowej. Era narodów zbliża się wiec do końca. Twierdzą, że rozwój światowego rynku, komunikacji i kooperacji międzynarodowej na bezprzykładną dotąd skalę, zawiązywanie regionalnych unii i zjednoczeń, organizacji ponadnarodowych, szerzenie się kosmopolitycznej kultury masowej i inne zjawiska wykluczają możliwość dalszego narodowego odosobnienia i kultywowania bez końca narodowej odrębności. Przed kilkoma tygodniami amerykański politolog Benjamin Barber w wywiadzie dla tygodnika „Polityka” stwierdził: „Idea suwerenność narodowej należy do XIX a nie do XXI wieku... Był czas na deklaracje niepodległości, teraz jest czas na ogłoszenie Deklaracji Wzajemnej Zależności. Nie mamy wyboru miedzy jednym a drugim”xxx.

Zwolennicy kosmopolityzmu głoszą: „niech ubywa języków, niech ubywa folkloru i różnic narodowościowych” „inny język, inny alfabet, inne nabożeństwo albo inna dieta, pamięć innych bitew i innych pieśni - to wszystko są tylko znaki rozpoznawcze wspólnot: własnej i obcych”xxxi. Podkreślają też, że współczesna globalizacja powoduje przepływ ludzi, dzieł, idei, miejsc pracy, postaw i obyczajów. W tej sytuacji tylko zjednoczona Europa stawić może czoła pladze nacjonalizmów i partykularyzmów, które przez wieki ją pokawałkowaną skłócały i rujnowały; jak również bronić przed zagrożeniami z zewnątrz.

Idee kosmopolityczne znajdują swój wyraz współcześnie również w postawach wcale licznych Polaków. Są wśród nas ludzie, którzy sądzą, że polskość nie jest wartością na tyle istotną, by uparcie jej bronić. Otwarcie też negują znaczenie podziałów narodowych i wszelkie zobowiązania jednostki wobec narodu. Cechuje ich również obojętny stosunek do polskiej historii narodowej.

Kosmopolityzm znajduje też wyraz w łatwych decyzjach emigracyjnych, zabiegach o obce obywatelstwo czy beznarodowym wychowaniu potomstwa. W 1993 r. podczas badań przeprowadzonych przez Wojskowy Instytut Badań Socjologicznych co trzeci żołnierz, służby zasadniczej otwarcie przyznawał, że „patriotyzm nie ma dziś racji bytu”. Wydaje się, że takie postawy negatywne wobec idei patriotyzmu mogły jednak rodzić się w opozycji wobec czystego w wychowaniu wojskowym wiązaniu patriotyzmu z czynami wojennymi, poświęceniem zdrowia i życia dla ojczyzny. Według ludzi o postawie kosmopolitycznej jest to „pedagogika grobów i krzyży” nie odpowiadająca wyzwaniom nowych czasów.

Zdaniem zwolenników kosmopolityzmu wejście Polski do Unii Europejskiej skutecznie będzie zapobiegać cywilizacyjnej zapaści naszego kraju. Niesie to jednak konsekwencje w odniesieniu do sprawy narodowości i patriotyzmu.

3. Szkoła historyczna

W pojmowaniu sprawy narodu i jego przyszłych losów w polskim życiu politycznym najliczniejsi są zwolennicy historycznej szkoły myślenia. Są oni zdania, że naród, będący wielką wspólnotą kultury, języka i tradycji, jest wartością społecznie przydatną i pożyteczną w wymiarze trudnym do przecenienia. Powszechnie czują się z narodem związani, darzą go głębokim uczuciem, chcą zachować jego trwałe istnienie. W takim ujmowaniu interesującego nas problemu zasadniczo więc różnią się od kosmopolitów.

Naród jest wspólnotą, która trwa przez stulecia. Zdaniem zwolenników historycznej szkoły myślenia w tej kwestii nie jest to jednak trwanie statyczne, lecz dynamiczne. Pojęcie narodu w toku dziejów zmieniało swoją treść i tę treść będzie również zmieniać w przyszłości. Zaczątki narodów istniały już w bardzo wczesnych okresach dziejów w postaci rodów, hord, plemion, szczepów a następnie ludów i narodowości. Jednak w pełni narody zostały ukształtowane dopiero w epoce kapitalizmu. W postaci całkowicie dojrzałej najwcześniej wykształciły się one w Europie. Niekiedy wypowiadane są sądy, że - jeśli narody są tworem historycznym - to są również tworem przemijającym. Jeśli kiedyś narody powstały, to w przyszłości nastąpi czas gdy narody przeminą. Jednak przede wszystkim narody, nadal trwając, będą zmieniać swoje obyczaje, kulturę, zasób słownictwa, stosunki społeczne, poziom rozwoju ekonomicznego a także stosunek do innych narodów, zwłaszcza do sąsiadów.

Zwolenników historycznego rozumienia pojęcia narodu cechuje patriotyzm, czyli miłość i przywiązanie do ojczyzny jako kraju, w którym się urodzili, którego są obywatelami. Prezentują też jedność i solidarność z narodem polskim, poczucie więzi społecznej i wspólnoty kulturowej z innymi członkami narodu. W potrzebie gotowi są podporządkować i poświecić dążenia osobiste sprawom narodu i ojczyzny. Przyjmują jednak, że świadomość narodowa i związany z nią patriotyzm są zjawiskiem historycznym. Pojęcia te zmieniają się z epoki w epokę, nabierają coraz to nowej treści. Zmieniają się i wzbogacają, gdyż zmieniają się warunki gospodarcze, polityczne, społeczne i kulturalne, w których żyje społeczeństwo. Elementy etnicznej świadomości i patriotyzmu występowały już w dawnych czasach, gdy ludzkość wychodziła ze stadium wspólnoty pierwotnej, a członkowie jednego plemienia przeciwstawiali własną mowę i własne obyczaje innym ludom. Szczególnego znaczenia nabrał patriotyzm w czasach nowożytnych, w okresie gdy formowały się narody i państwa narodowe.

Zwolennicy historycznego ujmowania losów polskiego narodu są zdania, że nie możemy sio skazać na izolację w Europie, bo stwarzałoby to nadzwyczaj niekorzystną sytuację dla Polski. W perspektywie prowadziłoby to do zubożenia, nędzy, masowej emigracji i w konsekwencji do szybkiego upadku narodu, a następnie do jego zaniku. Pytają wprost: co by się stało z nami, jeśli do Unii wstąpią wszystkie kraje ościenne z wyjątkiem Białorusi i Polski? Integracja Polski z Unia Europejska jest więc w takim rozumieniu nakazem patriotycznym.

Twierdzi się więc, że przeciwnicy integracji Polski z Unią Europejską działają w gruncie rzeczy przeciwko interesom narodu. Bowiem jednoczenie się Europy jest cywilizacyjną koniecznością, gdyż nie da się „uciec przed duchem czasu”. Bowiem najwyższa stawka w tej kwestii jest „nasz rozwój gospodarczy, standard życia obywateli, postęp cywilizacyjny i kulturowy. Lepsze życie dla nas i dla naszych dzieci...”xxxii. Umacnianie naszego narodu zależeć bowiem będzie w zjednoczonej Europie od witalności i dynamizmu polskiej gospodarki, tempa jej rozwoju i wzrostu konkurencyjności.

W promowaniu podkreśla się też to, o czym jeszcze przed laty pisała wybitna historyczka Wanda Moszczeńska, że poszczególne skupiska narodowe „komunikują się coraz żywiej z analogicznymi środowiskami społecznymi innych krajów. Kontakty skupisk ludzkich zagęszczają się z biegiem czasu i zacieśniają. Ogólnie rzecz biorąc, zmiany zachodzące w życiu ludzkim sprawiają, że człowiek odrywa się coraz bardziej od rodzimego środowiska geograficznego. Postępy techniki wyzwalają go z więzów przestrzeni krępujących ludzkość w początkowych fazach rozwoju. Tendencja rozwojowa dziejów prowadzi w tempie coraz bardziej przyspieszonym w kierunku scalania życia dziejowego, w znaczeniu coraz ściślejszej i bardziej wszechstronnej współzależności rozsianych na kuli ziemskiej skupisk ludzkich. Rzeczywistość dziejowa przeobraża się coraz bardziej w dzieje ludzkości”xxxiii. Ta coraz bardziej zacieśniająca się terytorialna współzależność prowadzi do wzajemnego wzbogacania się poprzez przyjmowanie wartościowych pierwiastków zewnętrznych. Jest wiec niedobrze, gdy określony naród zastyga w archaicznym zaścianku. Polska raczej zyska spełniając rolę tranzytową między różnymi krajami Europy. W tym układzie następować będą istotne zmiany w kulturze i obyczajach Polaków. Nie oznacza to jednak rezygnacji z polskiej tożsamości, z poczucia że jesteśmy odrębnym narodem, z lojalności wobec Ojczyzny, która ekonomicznie będzie się umacniać.

Takie pojmowanie naszego problemu w swych licznych wypowiedziach wielokrotnie potwierdzili i potwierdzają liczni przedstawiciele naszego życia politycznego. Tylko dla przykładu przytaczam kilka z tych wypowiedzi. Zdecydowany zwolennik integracji Bronisław Geremek powiedział, że „polskie doświadczenie, jak mało którego innego kraju wchodzącego do Unii, jednoznacznie przemawia za tym, że to wejście do UE wręcz wzmacnia polską suwerenność, będąc gwarancja naszej niepodległości. W filozofii Unii rezygnacja z praw i prerogatyw nie oznacza ich oddania tylko wspólne ich sprawowanie. Polska, żeby utrzymać swoje naturalne miejsce w Europie, musi się zmodernizować. Ale brak nam własnych środków na to, aby modernizacji dokonać przy niskim koszcie społecznym. I właśnie wejście do UE może złagodzić społeczne koszty modernizacji... wewnątrz UE zostały w ostatnim okresie uruchomione mechanizmy, które działają samoczynnie i zespalają Unię. Chodzi o wprowadzenie wspólnej waluty, o powołanie europejskiej armii... i o wspólną politykę bezpieczeństwa i zagraniczną. Można się zastanowić, czy chcemy wejść do takiej mocno zespolonej wewnętrznie Unii. Moja odpowiedź wynika z polskiej historii. Zawsze byliśmy słabi, kiedy nie uczestniczyliśmy w mocnych strukturach, a sami nie byliśmy wystarczająco silni. We współczesnym świecie na zupełną samodzielność nie może sobie pozwolić żadne państwo poza tymi, które maja ambicje supermocarstwowe”xxxiv.

W podobnym duchu wypowiadał się prezydent RP Aleksander Kwaśniewski: „Chcemy być w Unii Europejskiej, by nasze dziedzictwo narodowe, kultura i tożsamość cywilizacyjna mogły się rozwijać i promieniować pełnym blaskiem w europejskim pejzażu duchowym. Chcemy być w Unii Europejskiej, by pokolenia Polaków - dzisiejsze i następne - mogły być dumne ze swego narodu, kraju i kontynentu, by mogły żyć w pokoju i cieszyć się życiem dostatnim i bezpiecznym”xxxv. Natomiast obecny premier RP Leszek Miller dodaje: „Miarą współczesnego polskiego patriotyzmu jest przystąpienie do Unii, bo przesadzi ono o naszej cywilizacyjnej przyszłości”xxxvi.

Zwolennicy historycznej szkoły myślenia wskazują na pilną potrzebę zmian w świadomości społecznej, przełamywania uprzedzeń historycznych a zwłaszcza stereotypów wobec sąsiadów i mniejszości narodowych mieszkających w Polsce. Ogólny interes nakazuje, by powszechnie przeważył duch pojednania między narodami. Nakazują takie przeorientowanie myślenie tak racje polityczne jak również pozapolityczne, w tym zwłaszcza gospodarka i kultura. Należy wskazywać na wspólne europejskie wartości i interesy, w tym wspólną europejską politykę bezpieczeństwa i obrony. Za wspólną walutą w Europie nastąpi wspólna polityka zagraniczna. W następstwie tych procesów stopniowo będą zanikać bardzo stare oraz dotąd głęboko i nader różnie zakorzenione narodowe mentalności.

Wskazuje się też na potrzebę umiejętnego łączenia kultury narodowej ze świadomością europejską. Odrzucając nacjonalizm jednocześnie należy pielęgnować narodowa tożsamość.

IV. Spory o problem odległych etnicznych perspektyw integracyjnych

1. Globalizacja a problemy językowe

Gdy rozważamy kwestię zachowania polskiej odrębności i świadomości narodowej nader istotne znaczenie ma sprawa języka, który jest podstawowym środkiem wyrażania myśli i narzędziem porozumiewania się ludzi między sobą. Jest on więc zasadniczym warunkiem ciągłości kulturalnej każdego społeczeństwa i jego rozwoju. Całe dzieje również naszego narodu pozostają w związku z językiem i z tego języka są odczytywane. Tymczasem międzynarodowa integracja, w tym także handel elektroniczny wymaga nie tylko znajomości Internetu i sprawnych banków, lecz również powszechnej znajomości języka angielskiego. Tutaj powstaje pytanie: jaki to będzie miało wpływ na dalsze losy języka polskiego? Sprawa ma swój kontekst futurystyczny, lecz także historyczny i współczesny a nawet religijny.

W Piśmie Świętym Starego Testamentu czytamy: „A była wszystka ziemia jednego języka i jednej mowy... Potem rzekli: Nużeż, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której by wierzch dosięgał do nieba... Tedy Pan zstąpił, aby oglądał miasto ono, i wieżę, która budowali synowie ludzcy... I rzekł Pan: Oto lud jeden, i język jeden tych wszystkich, a toć jest zaczęcie dzieła ich, a teraz nie zabroni im nikt wszystkiego, co zamyślili uczynić... Przetoż zstąpmy, a pomieszajmy tam język ich, aby jeden drugiego języka nie zrozumiał... A tak rozproszył je Pan stamtąd po obliczu wszystkiej ziemi; i przestali budować miasta onego... Przetoż nazwał imię jego Babel; iż tam pomieszał Pan język wszystkiej ziemi...”xxxvii. Wprawdzie nauka dużo inaczej tłumaczy przyczyny językowego zróżnicowania ludzkości, ale samo to zróżnicowanie jest faktem.

Języki świata znajdują się w nieustannym rozwoju, a ich słownictwo w stanie niemal ciągłych przeobrażeń. Przejście od dawnej jakości języka do nowej odbywa się poprzez stopniowe obumieranie elementów starej jakości i rozwijanie się elementów jakości nowej.

Sytuacja językowa świata w perspektywie historycznej była zawsze dynamiczna. Wiele języków rozwijało się, lecz dużo więcej ginęło bezpowrotnie. Już w czasach historycznych tylko w sąsiedztwie Polaków zaginęły narody i ich języki: pruski, jaćwieski i Słowian połabskich. Na podstawie zachowanych nazw miejscowych (rzek, jezior, miejscowości, pól, lasów), pewnych słów przejętych do języka polskiego oraz danych archeologii wiemy, że na naszych ziemiach w czasach przedpaństwowych w użyciu było wiele innych języków (patrz rozdział II, p.3).

Szacuje się, że na świecie używa się obecnie około 6 tys. języków. W przeszłości było ich dużo więcej. Bowiem ich liczba stale się zmniejsza. Sadzi się, że wystarczy 100 lat, by zredukowała się ona do połowy i po następnych 100 latach spadnie do jednej czwartej. Czyli, że za 200 lat na świecie pozostanie już tylko ok. 1500 języków.

Z przytoczonego wyżej biblijnego tekstu wynika wyraźnie, że zróżnicowanie językowe jest nieszczęściem - kara boska, jaka dotknęła ludzkość za grzech pychy. Faktycznie jest ono poważną przeszkodą we wzajemnym zrozumieniu ludzi różnych kultur.

Ludzie zawsze usiłowali przeciwstawić się sytuacji językowego zróżnicowania, by móc porozumiewać się wzajemnie między hordami, plemionami i narodami. Istniała potrzeba wspólnego języka w stosunkach handlowych, w dyplomacji, w toku działań wojennych (by móc się porozumieć tak z wrogami jak również z sojusznikami), często w celach produkcyjnych a także w nauce lub w działalności misjonarskiej.

W starożytności takimi językami wspólnego porozumiewania się między narodami w południowej Europie, na północy Afryki i na Bliskim Wschodzie stały się greka, łacina i aramejski, a w Indiach - sanskryt. W średniowieczu do łaciny i greki w pewnych regionach (m.in. w celach religijnych) doszły języki arabski i starosłowiański (faktycznie staromacedoński, nazywany często starocerkiewnosłowiańskim).

W czasach nowożytnych zapotrzebowanie na międzynarodowy język zwiększyło się w związku z rozwojem kontaktów handlowych, dyplomatycznych i naukowych oraz rozszerzeniem zasięgu działań wojennych i ekspansja kolonializmu. W tych celach używano języków: włoskiego, hiszpańskiego, portugalskiego, francuskiego, niemieckiego, angielskiego, arabskiego, tureckiego, a z pewnym większym ograniczeniem do regionu również polskiego (na ziemiach przedrozbiorowej Rzeczypospolitej a w XVII w. także w Rosji), malajskiego (tzw. bahasa indonesia, będący językiem urzędowym całej wielojęzycznej Indonezji, jako język handlowo-żeglarski rozpowszechniony na archipelagach Oceanu Indyjskiego), hausa (używany głównie w wielojęzycznej Nigerii i po części w Sudanie) i suahili (urzędowy w Tanzanii, mówiony w Kenii, Ugandzie i Katandze).

Już od czasów Odrodzenia wielu wybitnych ludzi (m.in. Thomas More, Rene Descartes, Gottfried Leibniz) postulowało stworzenie uniwersalnego, naturalnego języka, którego mogliby się łatwo nauczyć i używać członkowie wszystkich narodów. Oparty o pisownię fonetyczna, ze stałym akcentem, utworzony na podstawie elementów wielu języków naturalnych miał on służyć jako środek umożliwiający nawiązywanie nie skrępowanych i równoprawnych kontaktów miedzy przedstawicielami wielu narodowości, sprzyjając unikaniu konfliktów międzynarodowych i religijnych. Łącznie do naszych czasów opracowano ok. tysiąca różnych projektów takiego języka. Jednak przeważnie nie zyskały one praktycznego znaczenia.

W ostatnich dziesięcioleciach XIX i na początku XX w. opracowano aż trzy sztuczne języki międzynarodowe, które zyskały pewne upowszechnienie.

Pierwszy sztuczny język (YOLAPUK), który przejściowo zyskał praktyczne znaczenie, w 1879 r. stworzył Niemiec- katolicki ksiądz z Konstancji Johann Martin Schleyer (1831-1912). Zasady gramatyczne i słownictwo zaczerpnął on głównie z języka angielskiego, po części z niemieckiego, łaciny i innych języków romańskich. Obecnie język ten jest zupełnie zarzucony.

Najbardziej rozpowszechniony sztuczny język międzynarodowy (ESPERANTO) stworzył w 1887 r. warszawski okulista pochodzenia żydowskiego (z Białegostoku) Ludwik Zamenhof (1859-1917). Materiał językowy zaczerpnął on z najbardziej rozpowszechnionych języków europejskich, głównie romańskich (ok. 60%) i germańskich (ok. 30%), po części także słowiańskich i innych. Ocenia się, że obecnie w skali świata może posługiwać się tym językiem niecałe 2 mil. ludzi.

W 1908 r. nowy sztuczny język międzynarodowy (IDO) zaproponowali dwaj Francuzi: inżynier Louis de Beaufront (1855-1935) i filozof Louis Couturat (1868-1914). Jest to zreformowane esperanto (esperanto reformata), zawiera jednak więcej wyrazów pochodzenia romańskiego i jest on używany głównie w krajach romańskich, lecz jego popularność również tam, po okresie powodzenia, potem znacznie spadła.

Podejmowano także próby opracowania któregoś z istniejących języków w jego wersji uproszczonej - na przykład zmodernizowanej łaciny lub basic english. Warto tu wspomnieć, że w okresie istnienia Układu Warszawskiego usiłowano w naszej części Europy osiągnąć dwujęzyczność poprzez powszechne nauczanie języka rosyjskiego na wszystkich szczeblach szkolnictwa. Oficerowie wszystkich armii UW winni byli posiadać dodatkową umiejętność wydawania rozkazów w języku rosyjskim (podobnie jak obecnie w Pakcie Północnoatlantyckim - w języku angielskim). Jednak futurologicznie niektórzy filozofowie radzieccy snuli, trudną do wyobrażenia dla zwykłego śmiertelnika, prognozę: po zwycięstwie socjalizmu na całym świecie miało nastąpić „wzajemne wzbogacanie się setek języków narodowych, z których będą się najpierw wyłaniały języki strefowe, a następnie języki strefowe stopią się w jeden język międzynarodowy... Ten wspólny język... nie będzie ani niemieckim, ani rosyjskim, ani angielskim, lecz nowym językiem, który by wchłonął w siebie najlepsze elementy języków narodowych i strefowych”xxxviii. Inni jednak przyjmowali wizję bardziej realna, upatrując powstanie ogólnoświatowego języka w drodze „dobrowolnego przyjęcia w charakterze takiego języka jednego z najbardziej rozwiniętych języków współczesnych, które już dzisiaj spełniają funkcję środka porozumiewania się międzynarodowego”xxxix.

W Europie Zachodniej, do której chcemy dołączyć, w poszczególnych państwach obowiązują jako urzędowe języki narodowe. Ma to istotne znaczenie dla zbiorowej tożsamości poszczególnych narodów. Jednak w praktyce, w życiu codziennym, coraz bardziej upowszechnia się dwujęzyczność poprzez przyjmowanie jako dodatkowego języka angielskiego.

Już w toku pisanych dziejów również język polski był nasycany obcymi słowami. Do naszego słownictwa trafiały słowa czeskie, niemieckie, łacińskie, francuskie, greckie, ruskie. Tylko w XVII w. język polski przyswoił sobie 180 wyrazów tureckich, 140 arabskich i 60 tatarskichxl. Bez tych wszystkich wpływów język polski i kultura polska wyglądałyby o wiele ubożej. Również już obecnie język polski jest intensywnie nasycany słownictwem angielskim. Wypowiadane są też opinie, że nie można przypuszczać stałych ataków na wszystkie amerykanizmy, jakie systematycznie nasycają polski język i polską kulturę, gdyż byłaby to walka z wiatrakami. Wielu ludzi sądzi, że jesteśmy pod przemożnym wpływem anglosaskiej kultury i trzeba się z tym pogodzić, dbając tylko o zachowanie kultury własnej i własnego języka.

Wypowiadane są również sądy, że w perspektywie stuleci rysuje się językowa globalizacja świata. Jedynie na pocieszenie dodaje się czasem, że upowszechnienie jednego światowego języka nie będzie musiało oznaczać istnienie jednego światowego narodu. Są liczni językoznawcy i socjologowie, którzy sądzą, że w perspektywie stuleci język polski pozostanie jedynie lokalnym dialektem. Inni znów twierdzą, że zatracenie języka polskiego na rzecz angielskiego na pewno nam nie grozi. Aktualnie raczej szkodzi nam zbyt słaba znajomość języka angielskiego. Ocenia się, że tylko 16 procent mieszkańców Polski, i to w różnym stopniu, włada językiem angielskim. Nie jest to sytuacja imponująca. Już obecnie w wielu firmach z obcym kapitałem, podobnie jak w innych krajach, także w Polsce mówi się i pisze w obcym języku, przeważnie angielskim.

W związku z zamiarami rozszerzenia Unii Europejskiej nader często spotkać można wypowiedzi jej wysokich urzędników, którzy stawiają kłopotliwe pytanie, jak będą sobie radzić z symultanicznym tłumaczeniem wszystkich wystąpień i dokumentów na dwadzieścia sześć urzędowo obowiązujących języków. Nasuwa się tu raczej dość oczywista odpowiedź, iż niezbędne jest przyjęcie zasady jednego ogólnie zrozumiałego języka, będącego jedynym językiem oficjalnym. Wszystko przemawia, że mógłby to być chyba jedynie język angielski.

2. Kwestia integracji narodowej Europy

Tendencje globalizacyjne w Europie nie są nowym zjawiskiem. Występowały one już w starożytności, a wyrażały się w podbojach Aleksandra Macedońskiego oraz w istnieniu imperium rzymskiego. W średniowieczu pojawił się uniwersalizm chrześcijański a jednocześnie miały miejsce karolińskie próby tworzenia ponadnarodowego imperium. W czasach nowożytnych podjęta została napoleońska próba zjednoczenia Europy. W innej nieco postaci pojawiły się one w drugiej połowie XIX w. Zawierały też w sobie wiele stron pozytywnych dla ludzkości, gdyż powodowały krzyżowanie się różnych cywilizacji, przynosząc w efekcie nowe jakości kulturowe.

Formułowane były również pomysły powstania zjednoczonego politycznie społeczeństwa światowego, wspólnej cywilizacji, rozwinięcia ponadnarodowej świeckiej kultury światowej. Koncepcje te, jakkolwiek różniły się one pod wieloma względami, wyrażali liczni myśliciele XVIII i XIX w., w tym tak wybitni jak: Immanuel Kant, Jean de Condorcet, Georg Hegel, Auguste Comte, Herbert Spencer oraz Karl Marks i Friedrich Engels.

Zafascynowany tymi tendencjami francuski socjalista Jean Jaures w 1901 r. pisał: „Niech się wszędzie dokona rewolucja, a wszystkie ojczyzny zostaną nie wchłonięte, ale zjednoczone w wielkiej międzynarodowej ojczyźnie... Każda jednostka ludzka musi jeszcze odczuwać żywiołowe, głębokie organiczne zadowolenie i radość z tego, że jest cząstką wspólnoty wszechludzkiej. Trzeba, żeby w łonie wielkiej ludzkiej ojczyzny odczuwała ona od czasu do czasu owe cudowne głębokie wzruszenia, jakich zaznała ludzkość w łonie bardziej ograniczonych grup historycznych... jednostkę ludzką połączy kiedyś z ludzkością, z wielką ojczyzną ludzką, owa organiczna solidarność... ta organiczna świadomość jedności ludzkiej kształtować się będzie tym lepiej, im więcej każdy naród wniesie do wspólnego skarbca bogactwa własnych wspomnień, wzruszeń i myśli, nic z nich nie roniąc”xli.

Dążenia globalizacyjne kolejno hamowały dwie wojny światowe, rewolucja w Rosji i inne ruchy rewolucyjne na świecie, światowy kryzys ekonomiczny z 1929 r., dążenia państw totalitarnych, wreszcie zimna wojna w drugiej połowie XX w. Sytuacja, jaka zaistniała na świecie w XX w., doprowadziła do niemal pełnego uświęcenia zasady, że każdy naród ma prawo do posiadania własnego odrębnego państwa i to bez względu na to, jak jest liczny, gdzie geopolitycznie jest usytuowane jego terytorium i czy na pewno jest rzeczywistym narodem.

Pod koniec XX w. zaistniały nowe zjawiska w skali światowej. Przestał istnieć Układ Warszawski, upadł mur berliński, rozpadły się ZSRR, Czechosłowacja i Jugosławia. Wystąpiły nowe tendencje w handlu międzynarodowym, które zbiegły się z rewolucją w informatyce. Mówimy o zapoczątkowaniu się nowej epoki w dziejach świata. Zaistniały przesłanki kształtowania się jakichś wyższych wspólnot gospodarczych, politycznych i kulturowych niż państwa narodowe. Byłyby to wspólnoty międzynarodowe o wymiarze regionalnym (np. kontynentu), a następnie w skali całej ludzkości. Niektórzy takiego zalążka wyższej organizacji upatrują w Organizacji Narodów Zjednoczonych.

Wypowiadane są opinie, że - poczynając od lat 60-tych - większość zachodnioeuropejskich państw narodowych ulega procesom postępującej erozji, które od dołu i od góry naruszają role narodu. Procesy migracji powodują, że większość państw tej części Europy stała się wielobarwna pod względem etnicznym i kulturowym. Milionom ludzi, którzy przenieśli się z kraju ojczystego do kraju zatrudnienia, nie przysługują jednak pełne polityczne prawa obywatelskie. Na dłuższą metę nie można pozostawać przy takiej praktyce pół-obywatelstwa. Tak więc tego rodzaju zjawiska globalizacji w konsekwencji prowadzą do upadku idei suwerenności państwowej i odrębności narodowej. Tymczasem dla większości Polaków jest to sprawa o pierwszorzędnym znaczeniu.

Rozszerzenie się tych zjawisk na większość krajów Europy powodować będzie tworzenie się poczucia tożsamości europejskiej, a współpraca i różnorodne współdziałanie także z innymi częściami świata również poczucie obywatelstwa Ziemi. Długo lub nigdy nie zatracając swej własnej odrębnej świadomości narodowej mieszkańcy Europy stopniowo nabywać będą, jako jednoczesną, świadomość europejską - patriotyzm europejski. Podkreśla się jednak, że ukształtowanie się takiej autentycznie silnej świadomości europejskiej jest jeszcze bardzo odległe. Zresztą nie musi to oznaczać zatracania pierwotnych narodowych związków, czy odwracania się od własnej kultury partykularnej, dzielnicowej.

Stawiane jest pytanie: czy procesy globalizacyjne przybliżają perspektywę zaniku narodów, zlanie się wszystkich narodów Europy, a może nawet świata, w jedną całość? Padają tu dość zgodne odpowiedzi, że w dającej się przewidzieć przyszłości takie zjawisko nie nastąpi. Narody będą nadal istnieć, a poprzez swój oryginalny wkład do kultury świata będą ją wzbogacać. Sądzi się, że dzięki międzynarodowej współpracy ekonomicznej i uzyskanemu poziomowi rozwoju gospodarczego nastąpi likwidacja wzajemnej nieufności między narodami i jednocześnie dalszy rozwój narodów i rozkwit narodowych kultur. Wybitny znawca tej tematyki Jerzy Jedlicki przed kilku laty napisał: „Nie widać zatem powodu, aby niepowstrzymany światowy pochód ponowoczesnej cywilizacji, który bez wątpienia osłabia i niweluje kulturową indywidualność narodów, miał tym samym niszczyć emocjonalną więź narodową. Może nawet, zda się, zachodzić zależność pozytywna: tak jak w wieku dziewiętnastym rozwój integracji narodowej w Europie postępował równolegle z rozwojem powiązań ponadnarodowych, tak i dziś potrzeba narodowego domu może przybierać na sile wraz z sukcesem europejskiej integracji...”xlii.

Istnieje też problem, czy w ramach globalizacji będziemy tworzyć Europę ojczyzn, czy też Ojczyznę - Europę? W tej sprawie w przemówieniu wygłoszonym w Berlinie w 2000 r. prezydent Francji Jacques Chirac odpowiadał: „Żaden z nas nie podziela wizji stworzenia europejskiego superpaństwa, które miałoby zastąpić nasze państwa narodowe i zakończyć ich istnienie... Nasze narody są źródłem naszej tożsamości i poczucia przynależności. Różnorodność ich tradycji politycznych, kulturowych i językowych jest jednym z atutów Unii. Także w przyszłości państwo narodowe pozostanie pierwszym punkiem odniesienia. Pomysł zniesienia państw narodowych jest równie absurdalny jak zaprzeczanie, że zdecydowały one już o połączeniu części swojej suwerenności i nie cofną tego, bo leży to w ich interesie”xliii. W podobnym duchu, także w 2000 r., w Warszawie wypowiedział się premier Wielkiej Brytanii Tony Blair: „Unia to wolne, niepodległe i suwerenne narody, które decydują się połączyć swoją suwerenność w dążeniu do realizacji własnych interesów i wspólnego dobra, osiągając razem więcej, niż mogłyby osiągnąć osobno. UE pozostanie specyficzną kombinacją struktury międzyrządowej i ponadnarodowej. Taka Europa, poprzez swoją siłę gospodarczą i polityczną, może być supermocarstwem - ale nie superpaństwem... Chcemy Europy, w której istnieją różnice, ale nie bariery między narodami, gdzie w wielu punktach nasza polityka będzie wspólna, zachowamy jednak nasze specyficzne, oddzielne tożsamości”xliv. Zachodnim politykom sekunduje nasz minister spraw zagranicznych Włodzimierz Cimoszewicz, który twierdzi: „Nie można w racjonalny sposób zastrzec, że państwo narodowe jest jedyną strukturą, mogącą adekwatnie odpowiedzieć na wyzwania, z jakimi musza się uporać społeczeństwa. Federalizm jako zbiór zasad rządzenia nie powinien wzbudzać niczyich obaw...”xlv. Toteż podkreśla się, że chociaż Unia Europejska przybiera coraz realniejsze kształty w takich dziedzinach jak gospodarka, komunikacja i transport, to jednak państwa narodowe nadal pełnią główna rolę w stosunkach międzynarodowych.

Jednak przeciwnicy globalizacji pytają, czy taka pewność, iż narody nadal przetrwają można mieć również w perspektywie dłuższego okresu czasu, w perspektywie stuleci? Czy procesy globalizacyjne nie doprowadzą kiedyś do ukształtowania się człowieka - Europejczyka lub nawet człowieka uniwersalnego, zamiast człowieka związanego blisko ze swoim autentycznym narodem, wiodącym swój etniczny rodowód od bezpośrednich przodków? Taka odpowiedź w perspektywie wielowiekowej jest nader trudna a raczej niemożliwa. Wprawdzie szwajcarski politolog Urs Altermatt twierdzi, że nie można wykluczyć, iż narody „kiedyś staną się przeżytkiem i zostaną zastąpione przez inne konstrukty zbiorowej tożsamości”xlvi. Jednak jest ten pogląd ostro kontrowany i to przy wykorzystaniu licznych przykładów historycznych. Przypomina się, że Belgia od 170 lat funkcjonuje jako państwo dwunarodowościowe, a od ponad 80 lat jako trójnarodowościowe. Szwajcaria już siódme stulecie istnieje jako państwo czterojęzyczne. Dotąd nie nastąpiło i nic nie zapowiada, by miało tam nastąpić narodowe i językowe zintegrowanie. Raczej są przesłanki trwałego zachowania istniejących w tych państwach układów narodowo-językowych.

W Stanach Zjednoczonych i Kanadzie długo sądzono, że dawne podziały etniczne wraz z narastającymi procesami unifikacji sposobu życia stracą na znaczeniu. Tymczasem pojawiły się tam nowe dążenia separatystyczne i wystąpiła silna tendencja poszukiwania „własnych korzeni”. Okazuje się więc, że procesy i ruchy etniczne oraz problem narodu nie są sprawą interesującą jedynie dla historyków. Etniczna problematyka tych krajów ma istotne znaczenie także dla zrozumienia współczesności oraz przyszłości społeczeństw w aspekcie procesu globalizacji.

Niekiedy jest jednak stawiana taka ewentualna perspektywa, że - tak jak narodowe różnice stopniowo będą maleć - przeważy poczucie przynależności do wspólnoty wyższego szczebla - wspólnoty ogólnoeuropejskiej. Byłby to jednak problem, który ewentualnie mógłby stanąć dopiero przed przyszłymi, nader odległymi, pokoleniami Polaków. Naszej generacji bezpośrednio on nie dotyczy. W ramach tej odległej w czasie spekulacji twierdzi się, że perspektywa zaniku narodu to kwestia wielu pokoleń, chyba stuleci. Lecz to nie inny naród, czy inne narody, wchłonęłyby naród polski, lecz liczne narody, w tym również Polacy, mieli by zespolić się. we wspólnotę ogólnoeuropejską. Wtedy jednak nie tylko naród polski by zanikł, lecz zanikłyby wszystkie europejskie narody. Byłby wówczas jeden naród europejski, z jednym językiem, podobnymi obyczajami i ogólnoeuropejską świadomością. Zwolennicy tego poglądu pytają też: Jeśli założymy, że za 300 lat, z woli jej mieszkańców, Europę zamieszkiwać będzie jeden naród - Europejczycy, to czy jest do wyobrażenia, iż w środku naszej części świata będzie żył - wyizolowany od całej Europy - naród polski? Czy rzeczywiście będzie to dla niego korzystne, czy sami Polacy nie zaprotestują przeciw takiej izolacji?

Podkreśla się, że jedynie od nas zależy, czy w ramach Unii Europejskiej zachowamy nasza tożsamość. Dotąd nie stracili jej ani Francuzi, ani Duńczycy, ani Hiszpanie, ani inne narody. Nikt nigdy nikomu nie będzie zabraniał czuć się Polakiem. Zawsze będzie można być jednocześnie Polakiem, Europejczykiem i obywatelem świata, bowiem nie są to identyfikacje ze sobą sprzeczne. Istnieje jedynie problem, by nauczyć się łączyć dumę z barw biało-czerwonych z dumą wchodzenia pod niebieski, europejski sztandar.

 
Autor jest historykiem wojskowej służby zdrowia, profesorem politologii na Uniwersytecie Łódzkim, wieloletnim wykładowcą Wojskowej Akademii Medycznej, inicjatorem oddziału TKŚ w Łodzi.

Polska w obliczu globalizacji - Materiały z seminarium popularnonaukowego zorganizowanego w Łodzi 9 marca 2002 roku, red. L. Kercher, Łódź 2002, s. 34-67.
 
Przypisy:
i F. Znaniecki, Współczesne Narody, Warszawa 1990, s. 129-130.
ii W taki sposób wypowiadał się m.in. Władysław Serafin na Kongresie Samoobrony w maju 1999 r.
iii Popularna Encyklopedia Powszechna, Kraków 1996, t. 11, s. 68.
iv J. Szacki, O narodzie i nacjonalizmie, Znak R. XLIX, 1997, nr 3, s. 8.
v W. Mańczak, Praojczyzna Słowian, Wrocław 1981, s. 91.
vi Pomniki Dziejowe Polski, wyd. A. Bielowski, Warszawa 1960, s. 552 i 553.
vii Kronika Wielkopolska, red. B Kurbisówna, Warszawa 1965, s. 46, 47, 50 i 53.
viii Jana Długosza, Roczniki czyli kroniki sławnego Królestwa Polskiego, ks. pierwsza, Warszawa 1961, s. 83, 92, 93, 94, 95, 96 i 98.
ix S. Smolka, Mieszko Stary i jego wiek, Warszawa 1959, s. 10.
x W nauce niemieckiej używa się dość często nazwy: języki indogermańskie. Nazwa Aryjczyków została przez Hitlerowców zupełnie bezpodstawnie jako określenie rasy, którą miały wyróżniać szczególnie korzystne cechy fizyczne i intelektualne.
xi Patrz np. J. Rozwadowski, Praojczyzna Indoeuropejska, Kraków 1912, s. 20; W. Kocka, Wczesnodziejowa antropologia Słowian zachodnich, Wrocław 1953, s. 42 i 44.
xii Mańczak, op. cit. S. 134 i 135; W. Hensel, Polska Starożytna, Wrocław 1988, s. 222.
xiii Patrz np. J. Kostrzewski, Pradzieje Polski, Poznań 1949, s. 87, 89, 153, 168, 225 i 230; K. Jażdżewski, Atlas do pradziejów Słowian, Łódź 1949, tabl. 1, 2, 3, 4; Mańczak, op. cit., s. 127.
xiv Patrz, np. Hesel, op. cit. S. 231, 470 i 582.
xv K. Godłowski, Z badań nad zagadnieniem rozprzestrzeniania Słowian w V-VII w. n.e. Kraków 1979, s. 5-58; tegoż, Ziemie polskie w okresie wędrówek ludów, „Barbaricum” 1989, s. 13; M. Parczewski, Najstarsza faza kultury wczesnosłowiańskiej w Polsce, Kraków 1988, s. 106 i 110.
xvi Godłowski, Z badań…, s. 28 i 58
xvii Z. Babik, Najstarsza warstwa nazewnicza na ziemiach polskich w granicach wczesnośredniowiecznej Słowiańszczyzny, Kraków 2001, passim.
xviii Patrz np. Kocka, op. cit., passim.
xix Zwięzły, lecz obszerniejszy opis formowania się opoli i państewek plemiennych zawiera praca S. Wojtkowiaka, Państwowe, administracyjne, wojskowe i wyznaniowe podziały terytorialne na ziemiach polskich, Łódź 2000, s. 21-25.
xx Patrz np. Symbioza kultur słowiańskich i niesłowiańskich w Europie Środkowej, red. M. Bobrownicka, Kraków 1996, s. 189.
xxi J. Tazbir, Spotkania z historią, Warszawa 1997, s. 79.
xxii M.A. Krąpiec, Człowiek w kulturze, Warszawa 1996, s. 189.
xxiii Cyt. za Trybuną 22 XI 2001, s. 2.
xxiv Tamże 6 II 2002, s. 7.
xxv Tamże 26 IX 2001, s. 3.
xxvi Tamże.
xxvii Cyt. za Nasz Dziennik, 28 I 2002, s. 10-11.
xxviii Tamże 29 I 2002, s. 14-15.
xxix Patrz np. W. Tatarkiewicz, Historia Filozofii, t. I, Warszawa 1958, s. 100 i 178.
xxx Polityka 26 I 2002, s. 37.
xxxi Cyt. za J. Jedlickim, Nacjonalizm, patriotyzm i inicjacja kulturowa, Znak, R. XLIX, 1997, nr 3, s. 60.
xxxii D. Hubner, Polityka 24 XI 2001, s. 13.
xxxiii W. Moszczyńska, Metodologii historii zarys krytyczny, Warszawa 1977, s. 72.
xxxiv Życie 26 I 2002, s. 19.
xxxv Trybuna 19 II 2002, s. 4.
xxxvi Tamże.
xxxvii Pierwsza księga Mojżesza, rozdział XI.
xxxviii Krótki słownik filozoficzny, red. M. Rozental i P. Judin, Warszawa 1955, s. 266.
xxxix Wg. filozofa M. Kammariego (cyt. za Z. Cackowski, Główne pojęcia materializmu historycznego, Warszawa 1974, s. 88.
xl Tazbir, op. cit. s. 71.
xli J. Jaures, Wybór Pism, Warszawa 1970, s. 631 i 640-641.
xlii Jedlicki, op. cit., s. 61.
xliii Życie 26 I 2002, s. 21.
xliv Tamże, s. 22.
xlv Trybuna 19 II 2002, s. 4.
xlvi U. Altermatt, Powrót wojen etnicznych w Europie, „Znak”, R. XLIX, 1997, nr 3, s. 5.