Emmanuel Mounier o Polsce 1946 roku

Autor: Michał Horoszewicz
 

Filozof i pisarz, twórca nurtu personalizmu chrześcijańskiego, założyciel miesięcznika „Esprit”, był Emmanuel Mounier (1905–50) znaczącą postacią francuskiego życia intelektualnego. On oraz myśliciele skupieni wokół tego pisma – otwarci i radykalizujący w płaszczyźnie społecznej – dopuszczali możliwość zbliżenia filozofii chrześcijańskiej oraz marksizmu. Jego program miał nastawienie antymaterialistyczne i antykapitalistyczne, mógł uchodzić za pozawyznaniowy. Pod wpływem twórczości Charles’a Péguya Mounier podjął krytykę „ustanowionego nieładu” w życiu zarówno duchowym, jak politycznym społeczeństwa. Jego personalizm był „filozofią programowo zaangażowaną w najważniejsze konflikty społeczne naszej epoki” (tak T. Mrówczyński).
 
To zaangażowanie miało być pewną służebnością, stanowiąc „jeden z czynników naszej równowagi”. Mounier zdecydowanie sprzeciwiał się faszystowskiemu totalitaryzmowi; był też krytykiem cywilizacji kapitalistycznej, a w konsekwencji dystansował się od powiązań Kościoła z cywilizacją zachodnią. Personalizm mounierowski miał być rewolucyjny, ale „w imię ducha”, co wymagało środków duchowych, rewolucyjnej świadomości, osobistego zerwania z „ustanowionym nieładem”. Personalizm postulował usunięcie pogardy „duchowości” do materii.
 
Mounier piętnował przejawy antysemityzmu francuskiego: uznawał, że wywodzi się on ze środowisk pragnących synchronizacji Francji oraz nazistowskich Niemiec; w rasizmie widział wyszukaną formę obojętności dla osoby ludzkiej i dla jej wymogów. Antysemityzm był dla niego beztreściowy, stanowiąc jedynie pretekst oraz złudzenie.
 
Okazał się prekursorem o niezwykle wyostrzonym spojrzeniu jako „odkrywca” wręcz kluczowego elementu ideowej sylwetki Piusa XII: w zaledwie dwa miesiące po papieskiej elekcji, w paryskim piśmie „Le Voltigeur” (5 maja 1939 r.!) wyraził to już tytułowo Roztrząsając milczenia Piusa XII. W komentarzu zawarty był protest przeciw milczeniu papiestwa pacellańskiego wobec wojny domowej w Hiszpanii, znalazło się upomnienie o słowo „dla biednego ludu hiszpańskiego” oraz „dla księży baskijskich wypłakujących swe uczucia dla papieża”. Pacellańskie milczenia w czasie wojny sporadycznie stwierdzano w czasie jej trwania – jakże często analizowano je w latach powojennych; ale to właśnie Mounier jako jedyny uchwycił je jeszcze przed wybuchem wojny, od razu „tytułowo”.
 
Pouczająca wędrówka
 
W rok po zakończeniu europejskiej fazy II wojny światowej (łatwo się zapomina, że wojna na Dalekim Wschodzie jeszcze trwała) grupa francuskich intelektualistów z Mounierem na czele odbyła trzytygodniową podróż po Polsce. Przybyło dwanaście osób: katolicy świeccy (w tym pani Angele de Radkowski), komuniści, trzej księża (wśród nich ks. Glasberg z Lyonu, od końca 1940 r. współorganizator chrześcijańskiej grupy wspomagającej Żydów – już proskrybowanych przez reżim vichystowski – oraz obcokrajowców). Przebywano w Warszawie, w Krakowie i w Łodzi, także na wsi (trasa nie jest znana); rozmawiano m.in. z min. Jakubem Bermanem, z biskupem Adamskim, z kard. Sapiehą, z katolickimi działaczami postępowymi w Warszawie i w Krakowie (Mounier wymienił tylko kilku rozmówców – był co najmniej jeszcze jeden biskup).
 
Szczegółową relację z podróży Mounier zamknął w obszernym artykule ogłoszonym bezzwłocznie, w czerwcowym zeszycie „Esprit” (s. 970-1003): przekazywał sprawy mające znaczenie dla odbiorców jego pisma. Odtwarzał więc zarówno wytrwałą odbudowę życia stolicy, jak i tragiczną pustkę getta „tej Jerozolimy, gdzie nie ma już wygnańców do opłakiwania ani muru do przyjęcia ich łez”, kreślił ideowe oraz polityczne orientacje Polaków; rozważał zarówno mit „kresów”, jak też znaczenie granicy na Odrze; obrazował polski katolicyzm; dostrzegał złożoną rekonstrukcję egzystencji maleńkiej społeczności żydowskiej; piętnował złudzenia polskiego uchodźstwa (dla niego to emigranci); starał się dojrzeć szlak przyszłości.
 
O tej relacji jednozdaniowo wspomniał historyk Witold Kula (1916-88) w artykule Nasza w tym rola (głos pesymisty), napisanym w miesiąc po pogromie kieleckim – zatem w sierpniu 1946 r. – i skierowanym do tygodnika „Kuźnica” ale odrzuconym; syn profesora, Marcin Kula zamieścił go w książce Uparta sprawa: żydowska? polska? ludzka? (Kraków 2004, s. 154–168; o artykule Mouniera na s. 164.).

Z kolei Jan Tomasz Gross w książce Strach: antysemityzm w Polsce tuż po wojnie – historia moralnej zapaści (Kraków 2008) na s. 51 przytoczył z relacji kilka zdań o napaściach na Żydów, w następstwie czego „są przerażeni […] wielu wyjeżdża do Palestyny albo na Zachód”.
Relację zasygnalizował też historyk Piotr H. Łosicki (Princeton, USA) w artykule Promieniowanie personalizmu („Więź” luty–marzec 2008, s. 110–112): przytoczył słowa krytyczne o Mounierze sformułowane w połowie 2007 r. przez pisarza ściśle związanego z wczesnym „Tygodnikiem Powszechnym”: „Szalenie naiwny […] nic nie rozumiał z tego, co widział”. Można uważać, że ocena ta – przechowywana w pamięci przez 61 lat – wymaga należytej weryfikacji: wszak przypisywanie Mounierowi szalonej naiwności wydaje się drastycznym nieporozumieniem; toż na siedem lat przed podróżą po Polsce dał wyraz dalekowzrocznej przenikliwości, wyrażając – jak to wyżej przypomniano – bezkompromisowy osąd Piusa XII. Można natomiast przypuszczać, że Mounier oraz jego katoliccy rozmówcy tkwili w odmiennych płaszczyznach: gdy Francuz reprezentował rozległość horyzontów, to „krakowianie” pozostawali w optyce najwyżej krajowej, może wręcz lokalnej.
 
Krakowska audiencja
 
Jan T. Gross we wspomnianej książce na s. 206 zamieścił uwagi o audiencji udzielonej grupie francuskiej przez kard. Sapiehę, jakie wyraził Tadeusz Breza – niewątpliwie pilotujący podróżowanie po kraju – w liście do Zofii Nałkowskiej (która włączyła tę korespondencję do swojego dziennika). Otóż Breza uznał, że „kardynał zrobił wrażenie człowieka złego, bezlitosnego […] i antysemity”. Mounier przytoczył inny szczegół: Sapieha energicznie napiętnował „kłamstwa szerzone za granicą o Polsce” – ale zapisał też znamiennie: gdy tylko w rozmowach występowała tematyka żydowska, „niemal we wszystkich środowiskach, nawet w środowiskach chrześcijańskich, nawet u najszlachetniejszych i najwyżej postawionych katolików natrafialiśmy na antysemityzm tak zacięty, jak gdyby zagłada nie przesunęła się przez Izraela”.
 
Oczywiście, krakowski metropolita był najwyżej sytuowanym katolikiem, z którym rozmawiano (Hlond przybył do Warszawy w dniu odjazdu grupy): można uznać więc, że Mounier wskazał aluzyjnie właśnie na niego. Wymieniwszy krakowskich katolików postępowych, z którymi się kontaktowano, Breza podkreślił ich nadzwyczaj miłe zachowanie: „tuszowali ostrości katolików zakrystyjnych” – co stanowi aluzję do audiencji.
 
Breza wzmiankował ponadto, że gdy ks. Glasberg uznał: „Żydów zostało w Polsce 60000” (Mounier zapisał ogólnie: 80–100 tysięcy – liczba trudna do uchwycenia z uwagi na ciągłe fluktuacje), to kardynał zaoponował: „No, no, niech no ksiądz doda jeszcze jedno zero”. To niepokoi: bezpodstawne powiększanie liczby Żydów zaświadcza o skłonnościach do „ideologizowanego” wyolbrzymiania ich wpływów (Francja czasów sprawy Dreyfusa, Polska dzisiejsza).
 
A przecież tuż przed ową audiencją Sapieha uczestniczył w honorowym komitecie patronującym uroczystościom trzeciej rocznicy Powstania w Getcie Warszawskim, co stanowiło otwarte – nie tylko symboliczne – wsparcie społeczności żydowskiej.
 
Ukryta metafora tytułowa
 
Relacja Mouniera nosi tytuł L´ordre régnet-il á Varsovie? – a więc: Czy porządek panuje w Warszawie? Pozornie odnosiłoby się to wprost do stabilizującego się życia w stolicy, mogącej uosabiać kraj. Było cokolwiek inaczej.
Żaden z trzech wymienionych historyków – Witold Kula, Jan T. Gross, Piotr H. Kosicki – nie zwrócił uwagi na metaforyczny sens tytułu, co nie jest bez znaczenia. Otóż zwrot „porządek panuje w Warszawie” należy we Francji do kategorii „słów skrzydlatych” (cytatów, które weszły frazeologii języka potocznego w roli aluzyjnych powiedzeń).
 
Mianowicie minister spraw zagranicznych monarchii orleańskiej Sébastiani oznajmił w Izbie Deputowanych 16 września 1831 r.: na podstawie uzyskanych wiadomości rząd może zakomunikować, że „spokój panuje w Warszawie”. Wszakże późniejsze doniesienia zdementowały ten optymistyczny przekaz – i znakomity rysownik Grandville (1803-47) bezzwłocznie dostarczył do tygodnika „La Caricature” dwa zespolone rysunki: na pierwszym „Porządek panuje w Warszawie” figurował żołnierz rosyjski (jak go sobie bezpiecznie wyobrażano na Sekwaną) z trupią czaszką zamiast głowy, zwieńczoną najwyraźniej turecki fezem, w szarawarach, z dwoma pistoletami za pasem, palący faję na długim cybuchu, tło zaś stanowiły szubienice i głowy ludzkie zatknięte na pikach – wizualnie carat wspierał swój „ład” o mordy egzekucje popełniane na ludności polskiej; na drugim „Porządek panuje także w Paryżu” schludnie odziani żołnierze francuscy tłumili – bez specjalnego przekonania – manifestację nadsekwńską, w domyśle propolską: Powstanie Listopadowe (już dogasające) przyjmowano we Francji niekiedy wręcz entuzjastycznie.
 
Formuła Grandville’a – tylko ta odnosząca się do Warszawy – była wykorzystywana w karykaturach politycznych dla Lyonu (Través 1832) i dla Polski (Belg Rops 1863 lub 1864) oraz w zwrotach tytułowych (zamiast Warszawy występowały wówczas inne lokalizacje); można ją uznać za „uskrzydloną ironię”. Mounier natomiast w 1946 r. przydał jej sens odmienny – oto porządek, który dostrzegł w Warszawie, nie miał nic wspólnego z „porządkiem” kpiąco piętnowanym w 1831 r. przez Grandville’a: to wyłaniający się porządek autentyczny, choćby jeszcze z niedomaganiami.
 
Tak nas widziano…
 
Poniżej przytoczono fragmenty artykułu Mouniera (pogrubionym drukiem oznaczono oryginalne śródtytuły artykułu z zachowaniem jego układu).
Uzasadnienie można utrzymywać, że relacja ta – pośrednio wyrażająca poglądy całej grupy francuskiej – była dla Polski i dla Polaków życzliwa, choć oczywiście nie bezkrytyczna: przejawiała chęć zrozumienia naszych układów, powiązań, trudności, zapału, uporu… To skłaniające także dziś wciąż do rozważenia „jak nas widziano – jacy byliśmy”...
 
Z relacji filozofa
 
Na scenie teatrzyku łódzkiego pojawia się obcy dziennikarz przybyły statkiem: nosi grubą baranicę z przewieszonym karabinem. Otoczony młodymi dziewczynami wyjaśnia: on dobrze zna ich polską wiosnę oraz ich bandy! Gdy mu pokazują kwiaty i słońce, woła „Propaganda!”. Do Polski bez futer i bez karabinów. Poznaliśmy maj ukwiecony i łagodny, na setkach kilometrów przebytych poprzez wieś polską nie spotkała nas żadna niemiła przygoda. (…) Nasza swoboda wglądu była całkowita. Wielu spośród nas władało językiem narodowym, mogliśmy pytać, gdzie i kiedy pragnęliśmy: chłopów, robotników, mieszkańców miast. (…)
Energia ruin. Polska jest w ruinach. (…) Jednakże bezprecedensowa niedola daje się zapomnieć – i to stanowi cud żywotności nie mającej odpowiednika w Europie. Niezwykle zadziwiający jest widok Warszawy podnieconej, czynnej, radosnej. (…) Cywilizacja ulicy i parteru wytwarza się tuż przy ziemi. (…) Sklepiki uczepiają się tam, gdzie dwa ułomki muru pozwalają ułożyć zadaszenie z desek. (…) Polska jest krajem, który nie utracił szczęścia. Jednakże ten lud szczęśliwy jest zaniepokojony. Idźmy prosto do jądra jego zaniepokojenia.
 
Obsesja rosyjska. Polak potrzebuje namiętności tak, jak Anglik flegmy. Obecną namiętnością Polaków jest namiętność antyrosyjska. Nie jest ona tożsama z antykomunizmem, choć często opory społeczne skrywają się pod dumą narodową: jeśli partie rządowe zwalczają tę urazę przeciw Rosji jako niebezpieczny anachronizm, muszą ją jednak ścigać we własnych szeregach. Można uznać, że ogarnia ona olbrzymią większość narodu. (…)
 
Wojskowy rozkaz Powstania [Warszawskiego – uw. MH] wydaje się być szaleństwem, w którym heroiczny romantyzm, należący do tradycji narodowej, mieszał się z rachubami politycznymi, idącymi w przeciwprądzie do mądrości politycznej. (…) Patriotyzm mógł być tylko patriotyzmem albo opozycji, albo powstania (…) zachował, bez dojrzewania, te upodobania do opozycji i powstań. Poprzez same okoliczności jego wyrażania Polacy potrafili nadzwyczajnie bić się i ginąć – zawsze brakowało im mężów stanu oraz zmysłu politycznego. (…) Czas teraz nadszedł, by Polska przeszła do fazy patriotyzmu rozsądnego, nie porzucając ani swej dumy tradycyjnej, ani swej niezależności. (…)
 
W systemie stref wpływów, jaki powoli wyłania się z ruin nacjonalizmów, Polska – poprzez swe położenie – należy do strefy sowieckiej. (…)
 
Polacy są panami swej mądrości politycznej; kochają heroizm. Największy dla nich heroizm będzie polegał na rozsądzaniu miast unoszenia się; najbardziej szaleńczym dowodem ich patriotyzmu byłoby odstąpienie od szaleństw, ku którym ich popycha własny patriotyzm. Jeśli wysłuchaliby fałszywych pasterzy o anielskich głosach (…) jutro wtrąciliby się w krwawe powstanie albo w sporadyczne bunty, których zapewnionym rezultatem byłoby włączenie ich kraju do ZSRR. To błąd, którego patriotyzm polski powinien unikać za wszelką cenę. (…)
 
Polacy marzą o Zachodzie, który – trzeba to im powiedzieć – nie istnieje. (…) Ten mit Zachodu jest ich chorobą dziecięcą. Niechże powrócą do swej rzeczywistości, niech spojrzą na nią wprost, niech pokochają Polskę w jej przyszłości i w jej obecnych uwarunkowaniach nieuchronnych, niech zaprzestaną oczekiwać przybycia armii amerykańskiej, które nie nastąpi, niech kształtują Polskę rzeczywistą, nie zaś złudną.
 
„Demokracja wschodnia”. We władzach jest kilka wybitnych osobistości: prezydent Bierut, minister Berman, wiceminister spraw zagranicznych Modzelewski są bardzo wychwalani przez opinię niezależną. (…) W Polsce wybory „wolne” – widać tu ograniczenia demokracji – byłyby dziś katastrofalne. Przebiegałyby na namiętnościach antyrosyjskich i przyniosłyby masowe zwycięstwo opozycji. (…) Minister Berman – uchodzący za inspiratora reżimowego wyraźnie znaczniejszego niż pełniona przezeń funkcja – w rozmowie, jakiej zechciał mi udzielić, dobitnie podkreślił pragnienie rządu by wytworzyć demokrację oryginalną, niebędącą demokracją zachodnią, ale również głęboko różniącą się od państwa sowieckiego. (…)
 
Nowe granice. Polacy wszelkiej orientacji opłakują Wilno i Lwów, miasta zdecydowanie polskie. Ale te wysunięte placówki były ośrodkami kolonizacji – i same też były skolonizowane. (…) Polacy stanowili tam mniejszość miejską i zarządzającą, przejawiając mocne poczucie wyższości wobec autochtonów. (…) Polska jest dziś nad Odrą i jedynie nowa konflagracja wojenna mogłaby ją stamtąd usunąć. (…) Nowe ziemie stanowią dla Polski wielkie zobowiązanie. (…)
 
 zburzona Warszawa
 
Problemy gospodarcze. Wszystkie zakłady zatrudniające ponad 50 robotników upaństwowiono. (…) Położenie robotników jest jeszcze ciężkie. (…) Kwestia chłopska pozostaje jedną z najpoważniejszych. (…) Gospodarzom małorolnym brak wychowania politycznego – gdyśmy zapytali jednego z nich: na kogo będzie głosował – odpowiedział: „Wykona się to, co powie proboszcz”. Wskazuje to na znaczenie kleru i na wielką rolę, jaką może odegrać w kraju takim, jak Polska.
 
Katolicyzm na zakręcie. Polska pozostaje najbardziej katolickim krajem Europy, jeśli katolicyzm mierzyć gorliwością uczucia religijnego oraz liczbą wiernych. Po stronie czy to prawicy, czy też lewicy wszyscy są katolikami z wyjątkiem nieznacznej mniejszości. Pobudzająca i żarliwa postawa wiernych wobec Kościoła uderzająco kontrastuje z naszymi Kościołami zachodnimi. Jakaż jest jakość tej wiary? – ocena wymaga odwagi. Niektórzy księża mówili nam o wierze powierzchownej i pozornej. Może to nie być trafne. Zapewne słuszniejsze byłoby podkreślenie jakiegoś nawyku historycznego oraz przede wszystkim braku tradycji intelektualnej. (…)
 
Przez sto pięćdziesiąt lat obcego panowania Kościół zapewniał schronienie uczuciu narodowemu. (…) Wynikł z tego zadziwiający amalgamat uczucia narodowego oraz uczucia religijnego, silnie oznakowujący ducha katolicyzmu polskiego. (…) Podczas parady wojskowej 9 maja [rocznica zakończenia wojny w Europie – uw. MH] byliśmy świadkami wojska śpiewającego – z obnażonymi głowami, czapki w rękach – Rotę, tę religijną przysięgę wierności wojskowej. (…)
 
Ministra [bez nazwiska, może to Berman – uw. MH] oraz jego zastępców pytaliśmy o kwestię laicyzacji; wydaje się, że nie udało się nam zainteresować ich tym autentycznie. (…)
 
Dwóm biskupom zadaliśmy pytanie: czy katolik może należeć do PPR? Odpowiedzieli nam: „Żadna partia do swego programu nie wprowadziła oświadczenia antyreligijnego. Nie możemy więc rzucać zakazu na którąkolwiek z nich”. (…) Jeśli postawa rządu jest podyktowana względami taktycznymi, dlaczego nie wykorzystać jej zgodnie z właściwą taktyką? Można zrozumieć skrupuły Kościoła w kraju, w którym partie rewolucyjne wspierają się o starą tradycję antyklerykalną. Ale oto wytwarza się sytuacja bez wątpienia unikatowa w Europie. Jak to wykorzystują katolicy polscy? Trzeba to otwarcie powiedzieć. Ogromna większość nie dostrzega historycznego znaczenia tej szansy pojednania Kościoła z Socjalizmem [duża litera – uw. MH]. Nie odpowiada prawdzie, by biskupi stanęli w nierozsądnej opozycji wobec reżimu – przeciwnie, zgodnie wychwala się ich mądrą wstrzemięźliwość. (…) Przytacza się oświadczenia bpa Adamskiego z Katowic, który nam je powtórzył, o konieczności współpracy ze Związkiem Radzieckim. (…) Wobec nowej Polski większość kleru zachowuje postawę nadąsanej rezerwy albo czynnego sprzeciwu. Można sądzić, że nie oderwał się on od mitu Polski rozproszonej przez sto pięćdziesiąt lat: Polska zmarła jak Chrystus i jak Chrystus zmartwychwstanie. (…)
 
Rezultatem jest to, że w Polsce rozpoczyna się wielkie doświadczenie – a w tym narodzie katolickim katolicyzm jako taki jest nieobecny, nie potrafią usprawiedliwić tej nieobecności uprzednią wrogością władzy ustanowionej. Ta nieobecność stanowi fakt poważny. (…)
 
Niedola Izraela. Można byłoby przypuszczać, że ta hekatomba [zagłada Żydów – uw. MH] położyła kres antagonizmom rasowym tym bardziej, ponieważ większość Polaków zachowywała się dzielnie w chronieniu prześladowanych. (…) Oczywiście nikt nie pochwala masakr hitlerowskich. Nikt, prócz nielicznych fanatyków, nie kwestionuje praw tych, którzy przeżyli, do życia i do pracy. Jednakże, gdy tylko ten temat pojawia się – nagłe u każdego usztywnienie postawy, argumenty wytaczane bez pojmowania ich przynależności do najbardziej zużytego arsenału antysemityzmu międzynarodowego, wszystko przyczynia się do wytwarzania klimatu nieufności, dystansu, rozproszonej wrogości. (…)
 
Wedle naszych informacji, spośród 80-100 tysięcy Żydów pozostałych w Polsce wielka liczba pracuje w spółdzielniach, 5 tys. w zakładach przemysłowych, spora część w wolnych zawodach, 10 tys. w wojsku, kilka tysięcy [zabawny błąd drukarski: kilka milionów, „millions” zamiast „milles” – uw. MH] na stanowiskach publicznych. (…) Jest rzeczą oczywistą, że Żydzi – oceniwszy otwartą lub rozproszoną wrogość ze strony ludności i stwierdziwszy, iż jedynie rząd zapewnia im obecnie wsparcie – skupiają się wokół tego, kto ich broni przed niepewnościami. (…)
 
Ku przyszłości. Warszawa jest symbolem nieszczęścia wspólnego dla Europy. Trzeba pragnąć, by cały świat, a zwłaszcza Francja przyniosły swe wsparcie dla odbudowy tej pierwszej ofiary wściekłości nazistowskiej. (…)

To drogą pokojową – drogą rozsądku politycznego – Polska poszerzy podstawy reżimu, który musiał improwizować w czasie pełnej burzy. Kłamstwo i nienawiść, jakie szerzą niektórzy emigranci, służą może ich uczuciom oraz złudzeniom, ale nie służą Polsce. (…)

W pewnych jednostkach armii Andersa pali się listy nadchodzące z Polski, by ludzie nie usłyszeli apeli [do powrotu – uw. MH]. (…) Patriotyzm emigrantów uciekających się do takich metod jest patriotyzmem sekciarskim: nie służy rzeczywistym interesom ich kraju. (…)
 
Polska wyzwolona – choćby się miało zastrzeżenia do takich czynnych poczynań reżimu, który przejął nad nią pieczę – znajduje się na drodze przyszłości.
 

Tak o Polsce, wciąż leżącej w gruzach, ale i dźwigającej się do powojennego życia pisał 63 lata temu Emmanuel Mounier, jeden z najwybitniejszych intelektualistów europejskich.
 
 
Res Humana nr 2/2009, s. 39-43