To dział dla miłośników książek, który stanowi bezpośrednie nawiązanie do wieloletnich tradycji ruchu humanistów świeckich. Dzielimy się tutaj naszymi recenzjami,
wrażeniami i opiniami o współczesnej literaturze, którą warto znać.
 
 
 
 
 
 
Jerzy ŁADYKA: O kulturowej tożsamości lewicy w Polsce. Wydawnictwo Adam Marszałek. Toruń 2010 r.
 
Kryzys lewicy postrzegano od lat. Dziś stała się czymś oczywistym nie dlatego, że się pogłębia (tak na szczęście nie jest), lecz dlatego, iż stał się powszechny. Ruch lewicy nie uległ rozkładowi, przed czym uchronił go krach proklamowanego „końca historii”, tej oficjalnej historiozofii liberałów oraz przesunięcie do lapidarium Jana XXIII i jego największego dzieła, czyli Soboru Watykańskiego II. Powszechny zasięg kryzysu uświadomił ludziom krach tzw. „trzeciej drogi” odkrytej przez angielską Partię Pracy, niemiecką SPD i francuskich socjalistów. Przedłużanie złudzeń narusza instynkt samozachowawczy ludzi pracy, już nie tylko w Europie. Większość z nich nadal żywi przekonanie, że lewicowy ruch nie uległ rozkładowi, ale intensywnie ponawiają pytania: „Jak opanować szok po upadku lewicowych partii politycznych”, „Czy lewica zniknie czy się odrodzi”? Lapidarna odpowiedź na oba pytania jest trudna. Wynik zależy od realistycznej diagnozy przyczyn kryzysu oraz od trafnego wskazania celów politycznych na dziś i jutro, a więc od intelektualnego potencjału lewicy. Wiemy przecież, że w ideologicznych zmaganiach sukces zależy nie od walki z przedwczorajszymi przeciwnikami i przeciwnościami, lecz od otwartej i dojrzałej analizy obecnych warunków działania, od trafnego wyboru celów, które nie mogą być tylko chytrym projektem pozyskania głosów wyborców.
 
Ukazała się książka, która świetnie inspiruje do powstania dojrzałego programu lewicy. Myślę o książce profesora J. Ładyki: O kulturowej tożsamości lewicy w Polsce. Autor składających się na nią artykułów uprawia publicystykę potwierdzającą, że jej twórca wie, co naprawdę wie, a to, o czym i jak pisze potwierdza, że myślenie jest potrzebą, lecz bywa także sztuką.
 
Książka zawiera trzy rodzaje tekstów. Pierwsza część tworzy oryginalnie pomyślana autobiografia, której lektura zadowoli socjologa inteligencji polskiej, badającego proces jej rozwoju w warunkach, gdy siedemdziesiąt pięć procent jej składu wywiodło się z rodzin chłopskich i robotniczych. Z podobnym zainteresowaniem przeczyta ją historyk polskiej filozofii, a także psycholog społeczny badający proces przenikania do kanału kultury narodowej wartości powstałych w klasach dotychczas marginalizowanych. Autobiografia, o której raz jeszcze powiem, że pomyślana została oryginalnie i zaskakuje czytelnika realizmem opisu środowiska, w którym i z którym rósł autor oraz szczerością w odtwarzaniu procesu kształtowania się jego indywidualnej postawy światopoglądowej, opisanej jako „wybór miejsca po lewej stronie”. Na drugą część książki składają się „Eseje”, a trzecią stanowią „Szkice krytyczne”.
 
Lektura książki przekonuje jak ciekawe i pouczające są szanse poznawcze myślącej części społeczeństwa, gdy ludzie piszący, nazwę ich nową inteligencją polską, przedmiotem swych wspomnień i refleksji czynią doświadczenia zdobyte w formowaniu indywidualnych postaw światopoglądowych, a nie często konfabulowane opisy „dramatów” w karierze zawodowej czy w peregrynacjach od stanowiska do stanowiska, od roli, w której się wyróżniali do roli ludzi nie tylko twórczych, lecz i spełnionych.
 
Wspomnę jeszcze o swoistej lawinie wywiadów – rzek, w których mogliśmy podziwiać jak człowiek wywiadu udzielający doskonale wie, co należy powiedzieć o sobie, by płynąca rzeka słów przypomniała urokliwy landszaft a nie rzekę życia wtedy, gdy w czasie powodzi żywioł niszczy ludzi i domostwo. Autor książki postępuje inaczej. Surowy obraz przeżyć wojennych puentuje słowami: „Żyło się z dnia na dzień i strachem było przerośnięte to życie”. W jego wspomnieniach wyzwolenie przyjęto aprobatywnie, a motywy tej reakcji autor opisuje prosto, lecz przenikliwie, budując taką antynomię: „Czas wojny jako synonim zła zastąpiony został przez czas pokoju będącym synonimem dobra”.
 
Fundamentem tej książki i warunkiem zrozumienia jej odważnego nastawienia jest wszystko, co w niej napisano w obronie metafizyki. Walcząc o przywrócenie ideowości współczesnej lewicy, zachęcając do zajęcia miejsca po lewej stronie umieszcza w niej także z pozoru kontrowersyjny szkic zatytułowany „Nie bójmy się metafizyki”. Jest on recenzją książki prof. Barbary Skargi.
 
Kluczem do zrozumienia współbrzmienia dwojga filozofów, różniących się w sferze ontologii, jest opisana w autobiografii scena pożegnania z matką, kiedy leżała w szpitalu bo „było już bardzo źle”. Rozmawiali mało i cicho. W pewnej chwili mama prawie szeptem powiedziała: „Człowiek, który żyje wyłącznie dla siebie – żyje, a jakoby w ogóle nie żył”. Syn delikatnie odpowiada: „Ty Mamo żyłaś dla dzieci, im swoje życie oddałaś, wszystko, co mają zawdzięczają tobie”. Po chwili usłyszał: „Co ja tam zrobiłam”. Później doszło do niego wyszeptane wyznanie, zapamiętane w najdrobniejszych szczegółach: „Chciałabym tylko pójść jeszcze raz w Niwki, droga szeroka, wierzby przy drodze /…/ po jednej stronie niwa Gombrowicza, po drugiej nasze pola, niwki tarłowskie /…/ Chodziliśmy tam z koleżankami zbierać kwiatki, co rosły w rowach przydrożnych, do sypania na procesje”…
 
Opis tej właśnie sceny jest kluczem do zrozumienia, dlaczego J. Ładyka dopomina się by w ideowej tożsamości lewicy było miejsce na metafizykę. Apeluje by się jej nie lękać. W żadnym fragmencie jego książki nie spotkałem zdania sugerującego, by autorowi chodziło o zadomowiony w encyklopediach sens tego słowa. Dopominając się, by w kulturowej tożsamości polskiej lewicy była obecna humanistyczna treść chce uchronić nasz ruch od swoistej ekonomizacji programu, oczywistego opętania mitem rynku, które jak Bóg jest sprawiedliwy, ale ma jeszcze jeden walor wyższy, rynek jest rychliwy a Bóg nie. Potrzebę metafizyki autor uzasadnia, tak sądzę, tym, że odpowiada ona na najsilniejsze pragnienia człowieka, by utrwalić to, co w jego przeżyciach było piękne i cenne. Wszystko co w życiu było szlachetne i piękne powinno być trwałe, albowiem bez spełnienia tego warunku pozostaniemy stadem, nie będziemy wspólnotą.
 
Druga i trzecia część książki proponuje czytelnikowi wspólną refleksję nad twórczością pisarzy najwybitniejszych w gwiazdozbiorze polskiej literatury: Iwaszkiewicz, Gombrowicz, Dąbrowska, Miłosz, Boy-Żeleński oraz nad dziełami europejskich filozofów: Popper, Schopenhauer, Kotarbiński Kołakowski, Tischner i inni. Dobór szkiców tych dwóch warstw książki zapowiada zdanie stanowiące jej początek: „Człowiek chce wiedzieć kim jest i jakim jest”. W prawdziwość tego zdania powątpiewam. Z zaspokojenia tak ujętej potrzeby wyłaniają się ludzie intelektualnych profesji. Człowiek z braku dobrego słowa, nazwę go typowym, chce po prostu być i trwać. Nie jest mu obojętne jak istnieje, bo ma potrzebę zauważania go i aprobaty. Chce istnieć jako „Ja”, lecz we wspólnocie „My”. Powyższym zdaniem otwarłem spór praktyczny a nie akademicki. Bez zaznaczania odmiennego poglądu mogłem co prawda w pełni podzielić wszystkie mądre myśli jakie J. Ładyka wypowiada o Iwaszkiewiczu, zwłaszcza o jego pisarskim credo: „Poznać, zrozumieć, wyrazić”. Mógłbym podzielić przekonanie samego pisarza, że „Ludzie powinni sami, na własną odpowiedzialność dochodzić prawdy, jeśli chcą być wolni w działaniu”. Nie umiałbym jednak uporać się z jego zastanawiającą niekonsekwencją. Wyraża w „Dziennikach” robotnikom współczucie. Są „najbardziej oszukiwanymi ludźmi na świecie”. Porównuje ich do pierwszych chrześcijan. Obiecuje pomoc w stworzeniu świata „gdzież by oni byli prawdziwymi, pełnymi ludźmi”.
 
A jednocześnie jako warunek sukcesu proponuje nie uznanie godności pracy za fundament ładu społecznego, lecz otwartą dla robotników drogę godności, której koronę widział w kulturze tradycyjnych elit wyrażając jednocześnie „żal nad jej zaprzepaszczeniem”. Jeszcze trudniej przyszłoby uporanie się z refleksjami na marginesie „Dzienników Pani Marii,” której szamotanie z niemocą twórczą prof. Ładyka opisuje z usprawiedliwionym współczuciem. Pomija jednak istotny fakt. A może dręczyło ją przeczucie, że Noce i dnie to epitafium wzniesione dla epoki zaprzeszłej, że niemoc i związana z nią złość oraz irytacja, zwłaszcza na innych pisarzy, bierze się także z organicznego zespolenia z umarłą już klasą, z ludźmi nadaremnie oczekującymi na cudowne zmartwychwstanie ról, struktur i idei.
 
Pełną aprobatę wywołało we mnie wszystko, co autor książki o kulturowej tożsamości lewicy napisał o Witoldzie Gombrowiczu, zwłaszcza w poświęconym mu szkicu o wymownym tytule: „Jestem czy nie jestem patriotą?, Mój podziw ma zrozumiałe przyczyny, ale zapytam kto mądrzej i rzetelniej niż Gombrowicz zaproponował by u podstaw znów namiętnie dyskutowanego słowa patriotyzm „podłożyć najgłębsze jego znaczenie – to jest samą zdolność stworzenia Ojczyzny”.
Zauważmy, pisarz mówi nie o jałowym komplementowaniu Polski, lecz o zdolności stwarzania Ojczyzny. Wszystko co w swej książce J. Ładyka napisał o Gombrowiczu kwalifikuje poświęcony mu szkic zalecić jako obowiązkową lekturę licealistom. A do autora książki odnoszą się słowa, które I. Krzywicka wypowiedziała o Iwaszkiewiczu. Zacytuję odrobinę zmodyfikowaną wersję „Jerzego Ładykę trzeba oglądać z różnych stron, by objąć całość”.
 
Władysław LORANC
 
 

Lech OSTASZ, Czym jest prawda w szerokim tego słowa znaczeniu. Biblioteka RES HUMANA, Warszawa 2010, s. 184.
 
Praca Lecha Ostasza pt. Czym jest prawda w szerokim tego słowa znaczeniu? jest interesującą próbą wzbudzenia refleksji na temat prawdy. Jak wiadomo, pojęcie to jest niezwykle wieloznaczne, posługujemy się nim na co dzień, jest, rzekłbym, w użyciu „gminnym”, ze wszystkimi naleciałościami tego sposobu widzenia świata, a także jest niezwykle doniosłym ideałem i instrumentem świata nauki, moralistyki, socjotechniki itp.
 
Ten szeroki zakres pojęcia znalazł odzwierciedlenie w treści pracy. Rozważa się w niej nie tylko zagadnienia związane bezpośrednio z tym, co na ogół kojarzy się z „prawdą”, ale także bada warunki poprawnego poznania, podmiotowe i społeczne uwarunkowania tego procesu, nie pozostawiając na uboczu kwestii fałszu i kłamstwa.
 
Cel Autora pracy jawi się jako próba poszerzenia i uściślenia klasycznego pojmowania pojęcia „prawda”. W przekonaniu Lecha Ostasza uświęcona tradycją definicja prawdy, określana jako adekwatność sądu (umysłu) i rzeczy (s. 16, 98) jest zbyt wąskim, specjalistycznym określeniem, przydatnym w analizach logiki formalnej, ale zawodzących w procesie poznawania dynamicznych zjawisk i procesów życiowych. Wyraźnie ujawnia się to w przypadku tzw. prawd zawieszonych, tzn. takich, które nie mają odniesienia do realności, są często dedukcjami wywiedzionymi z bliżej nieokreślonych prawd pierwotnych lub racjonalną konstatacją koherencyjną w stosunku do pewnych stwierdzeń lub określeń.
 
Autor więcej uwagi poświęca negatywnym niż pozytywnym aspektom tego zagadnienia. Nie negując wartości poznania racjonalnego pokazuje on, że czysto formalne procesy poznawcze niekiedy prowadzą do utożsamiania fikcji i realności. Zdaje się przypominać znaczącą przestrogę A. Korzybskiego przed budowaniem systemów semantycznych, tworzonych jedynie z odpowiednią powiązanych logicznie nazw, bez odnoszenia tego sytemu do realności. W następstwie takiego zabiegu powstaje pseudorealność, świat aprobowanej fikcji. Jak to wyraźnie podkreśla Autor czysto formalne (redukcjonistyczne) rozumienie prawdy zazwyczaj łączy się z idealizmem, wiarą, a także z różnego rodzaju nadużyciami w postaci okultyzmu, spirytualizmu, wróżbiarstwa, „miałkiej potoczności”. Szkodliwości takiej orientacji, dodajmy, najlepiej dowodzą „zabiegi” lecznicze różnego rodzaju uzdrowicieli. Autor, jak sądzę, dołączył do szeregu rycerzy występujących pod szlachetnym hasłem „Nie twórzmy bytów ponad potrzebę”.
 
Zaskakującym stwierdzeniem Autora jest zaliczenie również komputeryzacji do negatywnych następstw posługiwania się formalnym (redukcjonistycznym), uwzględniającym jedynie prawdę i fałsz. Wiedząc, jak wiele dobrodziejstw zawdzięcza ludzkość wynalazkowi komputera, taki sąd może budzić zdziwienie. A jednak! Gdy się przyjrzy masowej edukacji i komputerowemu (testowemu) egzaminowaniu tłumów studenckich, to widać jak na dłoni, że system ten wymusza kształcenie tysięcy „bezrefleksyjnych zgadywaczy”, sprowadzających istotne problemy do odpowiedzi w kategoriach „tak” i „nie”. Jasne jest zatem, że tak rozumiana prawda „...tłumi znaczną część kultury” (s. 99).
 
Jeżeli formalne ujęcie prawdy jest uproszczeniem, to czym się charakteryzuje poszerzone rozumienie prawdy? „Prawda to zobiektywizowane ujęcie i oddanie czegoś takim, jakim to coś jest i może być” (s. 33). Każdy termin definiensa, którym posłużył się L. Ostasz wymaga wyjaśnienia i sprecyzowania. To, jak mniemam, Autor pracy zrealizował z powodzeniem, a recenzentowi pozostaje tylko zachęcić Czytelników do studiowania przedstawionych analiz i rozumowań.
 
Recenzent rezerwuje sobie jedynie prawo dyskusyjnego spojrzenia na jedno zagadnienie, mianowicie zagadnienie prawdy o potencjalnym stanie rzeczy (w terminologii L. Ostasza – możności). Właściwości potencjalne ujawniają się pod wpływem zmian, jakie zachodzą w obrębie danego stanu rzeczy i jego otoczenia. Ich poznawanie sprowadza się do przewidywania kierunku, siły, czasu (szybkości), okoliczności i jakości ujawnienia się danej cechy potencjalnej. W dodatku mamy do czynienia z cechami o różnym poziomie latencji, niektóre są względnie łatwe do wykrycia, inne pozostają setki lat nieujawnione. Ilustrują to liczne przypadki prekursorów odkryć naukowych wyprzedzających swą epokę. To, co widzieli oni, długo, długo po nich nie mogli dostrzec inni. Wszystko to niezmiernie utrudnia, niekiedy wręcz uniemożliwia weryfikację przewidywań.
 
Przekonali się o tym futurologowie, profesjonalnie zajmujący się przewidywaniem ujawniania się cech potencjalnych danej sfery rzeczywistości. Na początku XX wieku przewidywali oni, że za 50 lat Paryż zostanie „zakorkowany” tysiącami dorożek, w rzeczywistości okazało się, że w przewidywanym czasie znikły one jako środek komunikacji z ulic miasta. Podobnie Stefan Bratkowski na początku lat siedemdziesiątych przewidywał bardzo szybki rozwój indywidualnej komunikacji powietrznej, ale wizja ta okazała się absolutnie chybioną.
 
Prawdziwość przewidywań nie może być oceniana na podstawie kryterium adekwatności, bowiem aktualnie nie jest znany ich realny odpowiednik. A to zasadniczo utrudnia ich weryfikację. Z tym kłopotem Autor odsyła do rozważań. J. Łukasiewicza. Poszerzone rozumienie prawdy wymaga jasnego wyobrażenia sposobu dochodzenia do niej. Autorska propozycja przedstawia się następująco: w dochodzeniu do prawdy są zaangażowane procesy poznania zmysłowego (dominacja empirii), racjonalnego (dominacja racjonalności) i intuicji (dominacja intuicji), (s. 25). Każdy z nich spełnia istotne funkcje, ale, co słusznie podkreśla Autor, podstawowym jest proces poznania zmysłowego, gdyż dane tej modalności kształtują prawdy pierwotne, tworzące podstawę kolejnych faz poznawania.
 
Z tej przesłanki wynikają szczególne zainteresowania L. Ostasza zagadnieniami ujęcia i oddania. Wzmacniają one klasyczną definicje prawdy. Pominiemy tu z braku miejsca niemniej ważne problemy oddania (opisu, przedstawienia rzeczywistości, opowiedzenia o niej), a zajmiemy się jedynie tym, co kryje się za pierwszym określeniem.
 
Ujęcie, to w sensie psychologicznym percepcja uwzględniająca drogi z dołu do góry i z góry do dołu oraz, co wydaje się bardzo znaczące, przenikanie wzajemne podmiotu i przedmiotu prowadzące do wzbogacenia poznania. W rezultacie wzajemnego oddziaływania ulegają modyfikacji kategorie umysłu, a właściwości przedmiotu ukazują się w należnym aspekcie. Każde ujęcie jest subiektywne (stąd stwierdzenie o wielości prawd), a więc stronnicze. Do prawdy obiektywnej (proces obiektywizacji) dochodzi się stopniowo (stopniowalność prawdy) poprzez konfrontację prawd jednostkowych, subiektywnych. Intersubiektywność uznał Autor za wskaźnik obiektywizacji, co nie satysfakcjonuje recenzenta. Jest to, moim zdaniem, zbyt słabe kryterium prawdy.
 
Do słabych i praktycznie niebezpiecznych zalicza Autor (bardzo słusznie!) kryterium oczywistości. Jego potoczne stosowanie prowadzi do rozmycia prawdy, co w życiu społecznym skutkuje nieustającymi nieporozumieniami, sporami i spięciami. Ten wątek rozważań z przyjemnością polecam naszym aktualnym elitom politycznym. Genezę kryterium oczywistości kojarzy Autor z pogardą dla empirii, dominacją orientacji religijnej dobitnie wyrażoną przez Kartezjusza. Jednak trzeba pamiętać, że kartezjańska „oczywistość” łączy się z „jasnym i wyraźnym” przedstawieniem stanu rzeczy dobrze ćwiczonego umysłu i nieco przypomina to, co współcześnie M. Csikszentmihalyi określa terminem flow**. „Oczywistość” tego poziomu rozumienia jest nieporównywalne z tym obiegowym, uproszczonym, tendencyjnie subiektywnym. W przekonaniu L. Ostasza dobrym, dopełniającym kryterium prawdy, które powinno być stosowane zamiast oczywistości, jest „jawność”. Kryterium to sformułował Epikur, ale nie zostało one docenione, w dodatku zdeprecjonowane w okresie średniowiecza ze względów religijno-ideologicznych. Jawność w przeciwieństwie do oczywistości nie odnosi się do podmiotu, lecz do obiektu. Zatem służy ujmowaniu realności. Jednak jawność kryje wiele pułapek poznawczych, m.in. i to, że jest ukazywana przez subiektywnie nastawiony podmiot z jego wszelkimi ułomnościami.
 
Dużą satysfakcję daje recenzentowi możliwość przekazania Czytelnikom informacji o dodatkowych walorach omawianej pracy, Zadowoli ona wszystkich tych, którzy interesują się kulturą Starożytnej Grecji i Rzymu, bo wiele w niej wątków związanych nie tylko z wybitnymi filozofami, ale także z poetami i pisarzami (Horacjusz, Cycero, Lukrecjusz). Autor wykorzystuje materiały z „pierwszej ręki”, podaje określenia w oryginale, przytacza mało znane fragmenty prac Heraklita, Epikura i innych. Praca nie tylko pozwala wzbogacić wiedzę filozoficzną i – co jest niezmiernie ważne – ale także skłania do przemyśleń wielu problemów. Taką też próbę podjął recenzent.
 
Czesław MATUSEWICZ
 
* A. Korzybski, Science and sanity, Lancaster, 1933 r.
** M. Csikszentmihalyi, The concept of flow, w: B. Sotton-Smith (red), Play and Learning, New York, Garden Press, 1977.
 
 
 
Dionizy TANALSKI, Idee i polityka. Działanie Boga, działanie człowieka, Wydawnictwo MADO, Toruń 2010, s. 254.
 
Ta książka zrodziła się z potrzeby dokonania syntezy. A taka potrzeba to rodzaj imperatywu tych autorów, którzy po latach zmagań z materią, którą uczynili polem swych dociekań twórczych, potrzebują jakby wytchnienia, zatrzymania tych fragmentów owych dociekań, aby spojrzeć na nie z pewnej dojrzałej perspektywy i najpewniej zdefiniować najważniejsze ich ogniwa.
 
A te dociekania, w przypadku prof. Dionizego Tanalskiego, filozofa akademickiego, niestrudzonego zwłaszcza badacza fenomenu religii i religijności, są bez przesady imponujące: nie tylko rozległością dorobku naukowego zapisanego na kartach wielu jego książek, studiów, artykułów, ale – co wydaje się szczególną wartością – jego intelektualną konsekwencją, i jego – od lat wielu obecnością w najważniejszych debatach świata myśli laickiej z myślą chrześcijańską, zwłaszcza z jej rzymskokatolicką interpretacją filozoficzną i społeczną praktyką; w debatach, w których klarownie reprezentował punkt widzenia świeckiego humanisty. Co więcej, należy do coraz bardziej malejącego grona inicjatorów dialogu marksistów i chrześcijan w nieodległej polskiej przeszłości, do grona, w którym uczestniczyli m.in. Tadeusz Mazowiecki, ks. Józef Tischner, red. Jerzy Turowicz oraz profesorowie Tadeusz M. Jaroszewski, Janusz Kuczyński i właśnie Dionizy Tanalski.
 
To rozległe doświadczenie ujawnia wszystkie swe walory w jego studiach z lat ostatnich, w tekstach, które drukowane w wielu polskich i zagranicznych czasopismach, lecz teraz starannie wybrane i przejrzane, złożyły się na jego najnowszą książkę, podzieloną na sześć rozdziałów i tworzących konstrukcję tyle rozległą zawartością treści, co horyzontem przestrzenno-czasowym.
 
Dwa jej pierwsze rozdziały (Działanie człowieka i działanie Boga oraz Doktryna) stanowią filozoficzną rekonstrukcję teologicznych i filozoficznych twierdzeń dotyczących samych podstaw religii i wiary, a zarazem skupioną na próbie poszukiwania odpowiedzi na pytania: czy, na ile oraz w jakiej postaci sfera religijnego sacrum ma przyszłość w doświadczeniu współczesnego człowieka i świata. Odpowiedzi jakie na te pytania udziela Autor nie zadowolą zapewne ani ortodoksyjnych obrońców wiary, ani jej ortodoksyjnych przeciwników. Ale na tej trudnej drodze analizy różnych racji sine ira et studio zawiera się też istota dialogu, bliska, jak wspominaliśmy, autorowi tek książki.
 
Podobna metoda badawcza towarzyszy rozważaniom o Kulturze walki i zabijania, w kolejnym rozdziale, który stanowi do pewnego stopnia wartość autonomiczną, wyróżniającą się w wielu fragmentach nowatorską interpretacją tego dramatycznego doświadczenia człowieka, od momentu kiedy pojawił się na świecie. Autorowi bliska jest, do pewnego stopnia, w tej kwestii, perspektywa myśli pacyfistycznej, ale ponad wszelkimi możliwymi filiacjami intelektualnymi, wznosi się przejmująco brzmiący protest Autora wobec przemocy i nosicieli tej przemocy, wznosi się wołanie o godność życia człowieka, w świecie, w którym wciąż wielu zadaje gwałt tak wielu. W tym rozległym tekście odnajdujemy wiele uwag odnoszących się do doniosłych współcześnie debat na temat kwestii terroryzmu i stosowania kary śmierci, uwag wprowadzających w najbardziej złożone racje czy argumenty obecne w tych debatach.
 
Jest w omawianym tomie rozdział objętościowo niewielki, ale wagą spraw rozległy, są teksty poświęcone konkordatowi zawartemu pomiędzy Polską a Stolicą Apostolską w 1993 r., jego miejscu w polskim porządku konstytucyjnym. Stanowisko Autora wobec tego dokumentu było i pozostaje od samego początku krytyczne. I choć można nie podzielać niektórych twierdzeń Autora na ten temat, to zarazem nie można im odmówić precyzji sądów i polemicznej kultury.
 
I jest w tomie rozdział piąty zatytułowany Wiara – Ateizm – Dialog, którego wielość myśli, choć wcześniej już wypowiedzianych, zawiera treści na tyle istotne, że są tej książki ogniwem w istotnym stopniu scalającym, najpełniej obrazującym wartość całości. Autor, sądzę, że w sposób nowatorski, przeprowadza najpierw typologię współczesnego ateizmu, wyróżnia cztery jego rodzaje (ateizm wojujący, ateizm jako swoista wiara, ateizm powołujący się na racje nauki i ateizm „wolny od jakiejkolwiek wiary w ogóle” (s. 213), a następnie zastanawia się szerzej nad ich istotą i skalą w socjologicznej perspektywie tego zjawiska w Polsce i w świecie.
 
W tym kontekście na uwagę zasługuje wnikliwa analiza stanowiska Kościoła wobec ateizmu. Choć pozostaje on – na poziomie ściśle doktrynalnym – wciąż poddawany surowej krytyce, to w wielu tekstach znanych teologów a nawet w wypowiedziach najwyższych przedstawicieli Kościoła bywa traktowany jako czynnik do pewnego stopnia „oczyszczający” Kościół z tego wszystkiego, co stanowi współcześnie dla niego źródło wielu jego trosk. Autor ukazuje więc postępującą ewolucję stanowiska Kościoła wobec zjawiska ateizmu, który jakby był dziś dla Kościoła mniej groźny – ze względu na swą skalę – niż np. różne odmiany relatywizmu. Analizy Autora są precyzyjne i utrzymane w perspektywie możliwego dialogu wiary i niewiary, dialogu, który ma szanse doprowadzić do zamknięcia czasu klątw i anatem wobec ateizmu i ateistów. Tym bardziej, że sam ateizm i sami ateiści też nie stoją zamurowani w okopach swoich przekonań.
 
„Mam nadzieję – konkluduje Dionizy Tanalski – że współcześni chrześcijańscy zwolennicy dialogu potrafią potraktować niewierzących zwolenników tej kultury (humanistycznej – przyp. Z.S.), owych a-teistów nie jako <konieczne zło>, z którymi trzeba współżyć i dialogować – skoro już istnieją, nie jako swoich wrogów, lecz jako swoich naturalnych sprzymierzeńców w kształtowaniu nowoczesnej kultury światopoglądowej, respektujących wartości nie tylko innych wyznań, lecz i wartości humanistycznego ateizmu. Mam także nadzieje, że ateizm ów będzie miał swoich coraz liczniejszych sprzymierzeńców potrafiących zrozumieć i uhonorować ludzi i ich inne poglądy wolne od niehumanistycznej wrogości” (s. 222).
 
To niejedna w tej książce myśl budząca szacunek dla kultury dialogu, jaka konstytuuje jej całość. Podzielam ten walor pisarstwa Dionizego Tanalskiego tym bardziej, że jest od samego początku członkiem zespołu naszej redakcji i że znaczna część tekstów, które złożyły się na tę książkę, była wcześniej drukowana w RES HUMANA. To wielka dla nas satysfakcja, którą dzielimy z Autorem – naszym bliskim kolegą i przyjacielem, towarzyszem naszej wspólnej od wielu już lat wędrówki po trudnych szlakach ludzkiej myśli, przekonań i sumień, po szlakach wyborów godnego życia.
 
Refleksje Dionizego Tanalskiego są w tej wędrówce cennym przewodnikiem, świadectwem rozległej wiedzy, w jakiś sposób jej syntetycznym zwieńczeniem.
 
Zdzisław SŁOWIK