Poszukiwanie wyjścia z kryzysu

Autor: Daniel S. Zbytek
 

Dwudziesta rocznica rozmów, które zakończyły epokę PRL i zapoczątkowały III Rzeczypospolitą zbiegły się w czasie z globalnym kryzysem, który w coraz większym stopniu obejmuje swym zasięgiem Polskę. Rocznica przemian systemowych okazała się w tej sytuacji aktualna, gdyż pozwala ocenić skalę zmian: kto i dlaczego zyskał, a kto i dlaczego stracił?
 
W jakim stopniu będziemy w stanie przezwyciężyć skutki obecnego kryzysu, zależy od przyjętej polityki gospodarczej, która ma swe korzenie w przyjętych ustaleniach w 1989 roku, które określiły model kapitalistyczny, zaadoptowany w naszym kraju, bliższy XIX wiecznemu kapitalizmowi amerykańskich slumsów, niż jakiejkolwiek realnej gospodarce krajów Europy Zachodniej i Ameryki Północnej.
 
Polska prawica, wbrew oczywistości, próbuje tworzyć mity, sprowadzające się do tego, że zarówno zaadoptowany model gospodarczy i demokratyzacja życia społecznego to jedność, i to tylko dzięki niej Polska osiągnęła według oficjalnie przyjętej propagandzie największy w swych dziejach wzrost ekonomiczny i rozwój społeczny.
 
Powinniśmy realistycznie oceniać zarówno sytuację społeczną i polityczną końca XX wieku, gdy podejmowano Okrągłostołowe ustalenia. Kraj w latach osiemdziesiątych XX wieku był w stanie zapaści gospodarczej. Próby wprowadzenia reform przez rząd Rakowskiego nie powiodły się. Brakowało wszystkiego, rwały się powiązania kooperacyjne w przemyśle, produkcja rolna spadała – nie było możliwości zapewnienia Polakom dotychczasowego standardu życia. Konieczne były drastyczne reformy, przywrócenie rzeczywistych relacji kosztowych w przemyśle i rolnictwie, urealnienie poziomu zatrudnienia zgodnego z potrzebami wytwórczymi – po prostu wprowadzenie rynku. Oczywisty spodziewany skutek – to gwałtowna inflacja i bezrobocie. Wprowadzenie kapitalizmu rynkowego przez dotychczasowy rząd oznaczałby jedno – społeczną rewolucję i totalny chaos. Wyjście było tylko jedno – stworzenie rządu jedności narodowej wszystkich sił politycznych kraju, z jednym celem – uratowanie Polski od chaosu.
 
Generał Jaruzelski jasno to stwierdził w wywiadzie dla „Polityki” (z 14 lutego 2009 r.), że zarówno rząd jak i opozycja zdawały sobie sprawę z istniejącej sytuacji i słabości zarówno władzy, ale też i opozycji. Rząd nie miał wystarczającego poparcia społecznego, aby przeprowadzić konieczne reformy, a opozycja samodzielnie nie była przygotowana do rządzenia. Ekonomia, administracja, finanse były jej całkowicie obce. Co innego drukować pisemka na powielaczu i demonstrować pod okiem milicji i ZOMO, a co innego rządzić państwem. Polska opozycja w 1989 była ponadto słaba i jej znaczenie w społeczeństwie spadało – wykazały to strajki po roku 1985. Tak więc słaby rząd wyciągnął pomocną dłoń do słabnącej opozycji, aby razem zapobiec narastającej zapaści gospodarczej i społecznej. Powstał układ wzajemnie korzystny dla obu układających się stron, ale przede wszystkim wówczas korzystny dla kraju.
 
Współczesna prawica polska stara się za wszelka cenę uzasadnić tezę, że to ona tylko reprezentowała społeczeństwo dwadzieścia lat temu – czyli ma pełne prawa do reprezentowania go także i dziś. To oczywisty fałsz, i wtedy, i dziś. Generał Jaruzelski od wielu lat jest najpopularniejszym polskim politykiem. Jego racje dotyczące decyzji wprowadzenia stanu wojennego są rozumiane i akceptowane przez większość Polaków, nawet tych, którzy nie zgadzają się z jego poglądami ideowymi i politycznymi. Okrągły Stół był jego ideą, której realizacja odniosła pozytywny skutek.
 
Okrągły Stół wprowadził istotne zmiany systemowe. Wprowadzili je ekonomiści z SPIS (obecna nazwa Szkoła Główna Handlowa – SGH) na czele z Balcerowiczem, który firmował swoim nazwiskiem ekipę przeprowadzającą zmiany. Strony Okrągłego Stołu – ówczesna rządowa i opozycyjna, dali im w tym całkowicie wolną rękę – przede wszystkim z braku własnej wizji zakresu koniecznych zmian gospodarczych, a głównie z braku podstaw wiedzy ekonomicznej. Efekty tzw. terapii szokowej są dobrze znane, może nie warto w tym miejscu o nich mówić. Ale warto mówić o teraźniejszości. Otóż w dużym stopniu znaleźliśmy się w tym samym punkcie jak w roku 1989, z tym że dziś mamy znacznie mniej atutów. Nie mamy państwowego przemysłu, który można by sprzedać, nie mamy państwowych banków, które byłyby w stanie zrealizować politykę fiskalną rządu. Pole manewru jest ograniczone, i w jeszcze większym stopniu obecne władze są spętane liberalnym doktrynerstwem, który traktuje państwo jak prywatne, rodzinne gospodarstwo domowe, drastycznymi oszczędnościami ograniczając i tak już malejący popyt krajowy na skutek rosnącego bezrobocia i spadku eksportu.
 
Stany Zjednoczone i kraje Europy Zachodniej wróciły do zaleceń Keynesa, dzięki którym prezydent Roosvelt przezwyciężył kryzys lat 1929–1933. Przypomnijmy główne zalecenia keynesowskiej polityki przezwyciężania kryzysu gospodarczego:
• zwiększenie progresji opodatkowania wysokich dochodów przy jednoczesnym wzroście świadczeń społecznych na rzecz grup biedniejszych;
• preferencje dla działalności inwestycyjnej – obniżenie stopy podatkowej od zysków przeznaczonych na inwestycje – mechanizm bezpośredniej zachęty do inwestowania;
• odpowiednia manipulacja wielkością globalnych wydatków rządowych – np. na inwestycje i roboty publiczne.
Zdaniem Keynesa deficyt budżetowy nie stanowi problemu w okresie kryzysu. W okresie dekoniunktury państwo ma podejmować działania mające na celu zwiększenie zasobów pieniądza w społeczeństwie. Główne założenia szkoły Keynesa:
• produkcja określana jest przez globalny popyt;
• zmiana ilości pieniądza wpływa na zatrudnienie;
• bezrobocie to efekt niedostatecznego popytu;
• państwo powinno być aktywne na scenie fiskalnej i monetarnej państwa.
 
Rząd RP odniósł sukces – znalazł we własnym budżecie na rok 2009, przyjętym kilka miesięcy wcześniej przez Sejm, 20 miliardowe oszczędności. Wiadomo, kryzys, każdy z nas tak robi, gdy ma do dyspozycji mniej pieniędzy, niż te, na które dotychczas liczył. Ale czy to jest prawda? Czy rząd to samo, co poszczególna polska rodzina?
 
Popatrzmy na inne rządy, krajów także objętych kryzysem. Francja: inwestycje państwowe w wysokości 26 miliardów euro. Nie ma mowy o jakichkolwiek oszczędnościach budżetowych, wprost przeciwnie, w obliczu kryzysu, objawiającego się spadkiem produkcji i wzrostem bezrobocia, znacznie zwiększono wydatki budżetowe. Skąd na to wzięto pieniądze? Po prostu, jak zawsze, od obywateli – bo dochody budżetowe pochodzą z podatków. Jeśli ludzie mają pracę, a przedsiębiorstwa produkcję i mają sprzedaż (także dzięki dochodom pracowniczym) to państwo ma dochody – zamknięte zakłady pracy i bezrobotni nic nie płacą. Oszczędności budżetowe oznaczają początek dalszych kłopotów – dalszy spadek dochodów państwa. Nie każde wydatki państwa przekładają się na wyższe podatki – dlatego francuski prezydent Sarkozy ogłosił, że będzie się koncentrował się na dwóch branżach: samochodowej i budownictwie, gdzie pracuje najwięcej Francuzów i które są motorem wzrostu w innych branżach – więcej samochodów, to wyższy popyt na stal, elektronikę, kable, szkło, chemikalia, farby. Budownictwo – to nie tylko materiały budowlane – mieszkania trzeba wyposażyć w meble, dywany, kupić sprzęt AGD itd., a drogi to szybszy, tańszy transport, duży popyt na stal, oświetlenie itd.
 
Uznano, że trzeba oszczędzać importowaną ropę naftową, wobec tego kupno nowego samochodu z premią jednego tysiąca euro uzależniono od parametrów ekologicznych, zmniejszających emisję CO2. Dwa w jednym – zwiększy się popyt na nowe samochody, czyli zachowa się istniejące miejsca pracy, a może trochę ich przybędzie, a dodatkowo niezbędne będzie zwiększenie nakładów na nowe technologie oszczędnościowe. I jeszcze jeden warunek, jaki postawił Sarkozy przedsiębiorcom: tylko ci dostaną państwową pomoc, którzy zagwarantują utrzymanie produkcji we Francji. Zapomnijcie o wolnym, europejskim rynku, globalnej konkurencji i tego typu opowieściach dla nierozgarniętych elit Europy Środkowej. Jeśli państwo narodowe pomaga krajowym producentom z pieniędzy obywateli, to musi zagwarantować, że pieniądze te wrócą z nawiązką do tychże obywateli. Taki sam cel mają kredyty udzielane bankom lub ich nacjonalizacja – banki muszą zachować zdolność udzielania kredytów krajowym przedsiębiorcom.
 
Brytyjski premier Gordon Brown użył chwytliwego hasła „Brytyjska praca dla brytyjskich robotników”. Wszyscy inni niech wracają skąd przybyli i niech ich rząd się o nich troszczy. Amerykański program gospodarczy prezydenta Obamy jest jeszcze dalej idący niż zachodnioeuropejskie programy rządowe: 275 miliardów dolarów w obniżce podatków oraz 550 miliardów w inwestycjach państwowych – czyli w sumie budżet przeznacza na pomoc objętej kryzysem gospodarce 825 miliardów dolarów. Tyle wyniosą wyższe wydatki budżetowe, nie oszczędności. Program rządu USA nazwany został „Amerykańskie odrodzenie i reinwestycje”. Najbardziej mnie osobiście zaszokowało uzasadnienie tego programu. Otóż w preambule ogłoszonego dokumentu programowego prezydent Stanów Zjednoczonych stwierdza: „Od roku 2001 wydajność robotników wzrosła, ale 96% tego wzrostu zawłaszczona została przez 10% najbogatszych. Podczas gdy oni odnosili korzyści z wyjątkowo wysokiego wzrostu wydajności, pozostałe 90% Amerykanów walczyło o utrzymanie swojego poziomu życia. Utrzymywali ten poziom poprzez pożyczki, dalsze pożyczki, dalsze pożyczki, i kiedy już nie mogli dalej pożyczać, dno odpadło. Ten mój plan wzmocni klasę średnią, nie dyrektorów z Wall Strett i grupy uprzywilejowane w Waszyngtonie”.
 
To nie są słowa jakiegoś lewicowego radykała, jakiegoś oszołoma według nazewnictwa z lubością używanego w Polsce przez rządowych ekonomistów lub tzw. głównych ekonomistów rozlicznych banków, czyli tuby propagandowe „światłych, globalnych” liberałów. To oficjalne stwierdzenie amerykańskiego rządu, ich prezydenta, szefa największego, najbogatszego kraju świata, jedynego supermocarstwa. Jeżeli ktokolwiek mi nie wierzy, niech zajrzy na oficjalną, rządową stronę internetową prezydenta Stanów Zjednoczonych lub amerykańskiego Senatu (tam to nawet program podkreślono hasłem: „Działanie i działanie teraz!”).
 
Podstawowy cel prezydenta Obamy to stworzenie 3 do 4 milionów nowych miejsc pracy. Wydatki będą ściśle monitorowane (na to położono szczególny nacisk, aby pieniądze budżetowe nie rozpłynęły się wśród biurokratycznych instytucji i rozlicznych grup tzw. nacisku). Gdzie te nowe miejsca pracy mają powstać? Program wymienia 8 dziedzin gospodarczych. Na pierwszym miejscu: „Czysta, skuteczna, amerykańska energia” (czyli ograniczenie importu, rozwój własnych zasobów i nowych technologii w energetyce (np. upłynnienie węgla), a nie dywersyfikacja importu). Dalej: wyższe wydatki na badania i rozwój. Trzeci priorytet – to infrastruktura: drogi, mosty, kanały żeglowne. Po czwarte: szkolnictwo – nowe szkoły, lepiej wyposażone. Dalej: obniżka podatków powiązana z tworzeniem nowych miejsc pracy. Kolejny priorytet: obniżka kosztów służby zdrowia (aby chronić miejsca pracy wprowadzona ma być komputeryzacja, co umożliwi ograniczenie błędów medycznych i związanych z tym strat – rząd planuje na ten cel wydanie 20 miliardów dolarów na nowe technologie i 1,4 miliarda na prewencję medyczną. Oszczędności mają zostać osiągnięte nie poprzez obcięcie wydatków budżetowych, te wzrosną, oszczędności zostaną osiągnięte dzięki lepszej, skuteczniejszej opiece medycznej!). Dalej, prezydent Obama proponuje wyższy zakres pomocy dla bezrobotnych i ludzi, których najbardziej dotknął kryzys gospodarczy. Kolejny punkt, to zachowanie miejsc pracy w sektorze publicznym i usługach istotnych dla społeczeństwa (administracja lokalna, policja, bezpieczeństwo drogowe, walka z patologiami społecznymi, ośrodki pomocy społecznej, domy starców i opieka nad dziećmi itp.).
 
Oczywiście prezydent USA to nie jakiś samotny Janosik, który chce zrobić dobrze przeciętnemu obywatelowi Stanów Zjednoczonych. To wytrawny polityk, wspierany przez wielki amerykański kapitał. Ale ten kapitał wie, że żyje z pracy milionów Amerykanów. Oni muszą pracować, aby przedsiębiorcy mogli zarabiać. W ostatnich latach zapomniano o tej podstawowej prawdzie, zachłystując się miliardami dochodów na operacjach bankowych, które w dobie kryzysu okazały się fikcją – okazało się, że operacje finansowe to kosztowna zabawa nieistniejącymi pieniędzmi, szkodliwa dla gospodarki realnej.
 
Co ma z tym wspólnego program polskiego rządu ze zmaganiami Ameryki, Francji czy Wielkiej Brytanii z kryzysem? Program polskiego rządu, poza drastycznymi oszczędnościami budżetowymi (np. Ministerstwo Zdrowia obcięło pieniądze na pomoc niepełnosprawnym pacjentom na zakup sprzętu ortopedycznego, cewników itp.) to przede wszystkim, cel numer jeden - zapewnienie stabilności finansów publicznych. Koszt planu ma wynieść 91 miliardów złotych, nazwanego „Działania Ministerstwa Gospodarki na rzecz stabilności i rozwoju” – jednego ministerstwa, ważnego, ale nie całego rządu – poza planem są inne ważne ministerstwa, jak rolnictwa, obrony, spraw zagranicznych.
 
Przyjrzawszy się dokładniej owemu „Planowi” widać, że nie zawiera on inicjatyw inwestycyjnych – nakłady obliczono wirtualnie jako ewentualne gwarancje i poręczenia dla przedsiębiorstw w tym także małych i średnich, wyższa ulga inwestycyjna, znoszenie barier dla inwestycji w infrastrukturę teleinformacyjną, umożliwienie zaliczenia do kosztów podatkowych wydatków na cele badawcze.
 
Polski rząd kieruje się całkowicie odmienną logiką działania, choć sadzę, że określenie „logika” jest zbyt daleko idące. O ile Zachód dąży przede wszystkim do odtworzenia rynku nabywcy, zwiększenia sprzedaży, gdyż tylko w ten sposób w gospodarce kapitalistycznej stworzone będą warunki do zwiększenia produkcji, Polska, jako jedyny kraj świata dąży w przeciwnym kierunku – ograniczania popytu za wszelka cenę, czyli za cenę pogłębienia kryzysu.
 
Filozofia ta znajduje odzwierciedlenie w „Planie” Ministerstwa Gospodarki: „Sytuacja na rynku pracy będzie z jednej strony wynikiem spowolnienia gospodarczego, w tym spadku tempa inwestycji, z drugiej korzystnie powinny na nią oddziaływać działania rządu oraz trendy migracyjne. Rosnącej stopie aktywności zawodowej, będzie zatem towarzyszyć wzrost bezrobocia.” Czy ktokolwiek cokolwiek rozumie z tych słów?

Preferowana przez polski rząd stabilność finansów publicznych jest nierealna zwłaszcza w sytuacji, gdy banki zagraniczne wycofują kapitały z Polski, aby ratować upadające centrale w krajach macierzystych. Czasopismo brytyjskiego biznesu, „The Economist” (numer z 5 lutego 2009) ocenia, że banki zagraniczne w krajach Europy Środkowej udzieliły kredytów na poziomie sięgającym 85% dochodu narodowego tego regionu, co oznacza, że po wycofaniu swoich zasobów finansowych prawie całe gospodarki pozbawione zostaną jakiegokolwiek kapitału. Kraje azjatyckie przeżyły podobną sytuację załamania gospodarczego pod koniec lat dziewięćdziesiątych, ale zagraniczne kredyty stanowiły tam tylko 20% – i to wystarczyło, aby kryzys trwał kilka lat, produkcja uległa obniżeniu, a bezrobocie objęło miliony ludzi.
 
Polska nie ma własnych, krajowych banków handlowych i inwestycyjnych, i nikt w Polsce nie może zagranicznym kapitalistom zabronić robić to, co chcą ze swoimi pieniędzmi. Trzy czwarte polskiego przemysłu kontrolowane jest przez kapitał zagraniczny. Jeśli Sarkozy postawił warunek „francuska produkcja przede wszystkim!”, to przy zmniejszonym popycie na pewno nie będą zamykać fabryk u siebie, tylko tam, daleko, na Wschodzie, nad Wisłą i Odrą, tym bardziej, że polski rząd nie będzie im w tym przeszkadzał.
 
Polska – wszystko na to wskazuje – jest jakby wciąż zapatrzona w neoliberalną kolonię przegranego prezydenta W. Busha i jego zastępów, zwanych neokonserwatystami, których pozbyto się w ich ojczystym kraju z dużą ulgą. Czas zmienić to „zapatrzenie” na zdecydowanie odmienne.
 
Autor jest ekonomistą, wiceprezesem Rady Krajowej TKŚ.
 
 
Res Humana nr 2/2009, s. 13-17.