O nauczaniu religii i etyki w szkole
 
Profesor Stanisław Obirek
 
 
Ponad dwadzieścia lat obecności lekcji religii w szkole to okres wystarczająco długi by pokusić się o pierwsze uogólniające wnioski. To dokładnie tyle ile trwał okres dwudziestolecia międzywojennego, które z perspektywy czasu stanowi dla nas zamknięty i znaczący okres. Bywa on różnie oceniany, ale przeważają głosy pozytywne mówiące o tym, że Polska zdała egzamin z niepodległości. Faktem jest jednak, że największym beneficjentem tamtego okresu był Kościół katolicki, który stał się instytucją wokół której kolejne rządy starały się budować tożsamość narodową. Przedstawiciele tej instytucji skorzystali ochoczo z tej swoistej politycznej prosperity i w pełni wykorzystali wsparcie polityczne rozwijając szeroką akcję propagandową, z medialnym przedsiębiorstwem skupionym wokół franciszkańskiego ośrodka w Niepokalanowie. Szczególnie użyteczną politycznie okazała się ideologia Narodowej Demokracji, której zasady nie tylko polityczne najdobitniej sformułował jeden z przywódców tej formacji Roman Dmowski. To dzięki zakorzenieniu i wpływom tej ideologii określenie Polski jako kraju katolickiego stało się powszechnie przyjmowanym faktem socjologicznym, podobnie zbitka ?Polak-katolik? na dobre zadomowiła się w zbiorowym wyobrażeniu Polaków o sobie. Polak protestant, prawosławny to prawie synonim Niemca czy Rosjanina, a polski Żyd to oczywiście emblematyczna figura obcego. To właśnie Dmowski w sposób wyrazisty sformułował program społeczny dający się zamknąć formułą: ?Jestem Polakiem, więc mam obowiązki polskie?. Akceptacja tego programu przez instytucjonalny katolicyzm w Polsce za życia twórcy Narodowej Demokracji pozwala go traktować jako ideologię ówczesnego katolicyzmu. Zresztą po II wojnie światowej niewiele się zmieniło. Można wręcz powiedzieć, iż zwycięska konfrontacja z ideologia państwa komunistycznego uprawomocniła tę ideologię. Najpierw jednak warto przypomnieć fakty.
 
Po śmierci Romana Dmowskiego 2 stycznia 1939 roku w ?Osservatore Romano? ukazał się nekrolog o następującej treści: ?Ś.p. Roman Dmowski, wielki wychowawca młodych pokoleń, wielokrotnie w ostatnich czasach podkreślał, że pojęcia polskości i katolicyzmu są nierozerwalnie ze sobą związane. Dlatego też radosny objaw spontanicznego nawrotu młodzieży polskiej do wiary katolickiej jest w znacznej mierze Jego zasługą?(1).
 
To pośmiertne wspomnienie w urzędowym organie Kościoła katolickiego nie było zdawkową pochwałą. Głoszone przez Romana Dmowskiego poglądy na temat Kościoła i narodu były powszechnie uważana za oficjalny głos Kościoła a jego broszura z roku 1927 Kościół, naród, państwo zdaniem jezuity Jana Urbana ?ma znaczenie dokumentu urzędowego i programu?(2). Prasa polska rozpisywała się szeroko nad znaczeniem jego myśli dla utrzymania tożsamości narodowej. Gwiazda Dmowskiego zajaśniała na nowo, gdy postawiono mu pomnik na skwerze u zbiegu Alei Szucha i Alei Ujazdowskich, niedaleko od Placu Na Rozdrożu w Warszawie. Przedstawia ona polityka trzymającego w lewej ręce akt traktatu wersalskiego (to znak jego wkładu w odzyskanie niepodległości). Na cokole widnieje cytat z jego dzieła Myśli nowoczesnego Polaka z 1903: ?Jestem Polakiem ? więc mam obowiązki polskie?. Pomnik stoi w pobliżu budynku MSZ, ponieważ Roman Dmowski był ministrem spraw zagranicznych II Rzeczypospolitej w 1923 r. Pomnik powstał staraniem członków Stowarzyszenia Ogólnopolskiego Komitetu Budowy Pomnika Romana Dmowskiego. Uroczyste odsłonięcie nastąpiło 10 listopada 2006 r. Ale przecież nie tylko o pomnik chodzi. Ważniejsze są myśli i poglądy Dmowskiego. A te w dużym stopniu określają myślenie Kościoła katolickiego, a zwłaszcza jego hierarchii, o sobie samym i o jego miejscu we współczesnej Polsce. Dla Dmowskiego katolicyzm jest właściwie pojęciem tożsamym z polskością: ?Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, zabarwieniem jej na pewien sposób, ale tkwi w jej istocie, w znacznej mierze stanowi jej istotę. Usiłowanie oddzielenia u nas katolicyzmu od polskości, oderwanie narodu od religii i od Kościoła, jest niszczeniem samej istoty narodu?(3). Dmowski zdaje sobie sprawę, iż bezwzględny egoizm narodowy jest nie do pogodzenia z Ewangelią, nie dziwią go więc pewne zastrzeżenia wysuwane przez przedstawicieli Kościoła wobec skrajnych form nacjonalizmu. Niemniej jednak, dobrze pojęty interes narodowy jest nie tylko zgodny z katolicyzmem, ale wręcz mu sprzyja: ?Razem z odrodzeniem myśli narodowej szedł zwrot ku katolicyzmowi, ogarniający znaczną liczbę ludzi, którzy pod wpływem prądów XIX wieku od niego się byli oddalili?(4). Stąd oczywisty postulat współpracy państwa i Kościoła jako warunku zachowania katolicyzmu: ?Naród szczerze, istotnie katolicki, musi dbać o to, ażeby prawa i urządzenia państwowe, w których żyje, były zgodne z zasadami katolickimi i ażeby w duchu katolickim były wychowywane jego młode pokolenia?(5).
 
A wywód historiografii narodowej może prowadzić tylko do jednego: ?Polityka narodu katolickiego musi być szczerze katolicką, to znaczy, że religia, jej rozwój i siła musi być uważana za cel, nie można jej używać za środek do innych celów, nic wspólnego z nią nie mających?(6). Nie zamierzam poddawać myśli Romana Dmowskiego egzegezie, choć na pewno warto to zrobić; zresztą zrobił to już Andrzej Micewski w latach siedemdziesiątych(7), który jest tez monografistą prymasa Stefana Wyszyńskiego. Nie znam opracowań na temat wpływu Dmowskiego na Jana Pawła II. Wydaje mi się, że jest to interesujący temat. Ale przecież nie tylko duchowi przywódcy Kościoła upatrują możliwość ocalenia narodowej tożsamości w tymże Kościele, co jest zresztą oczywiste.
 
Warto sięgnąć do myślicieli o nacjonalistyczne skłonności nie podejrzewanych jak Leszek Kołakowski czy Krzysztof Pomian. To właśnie ci ?marksistowscy rewizjoniści? upatrują w Kościele ostatnią instancję władną uleczyć ?choroby duszy polskiej?. Zapewne ciekawe byłoby przyjrzenie się ostatnio głośnej książce Ryszarda Legutki, Esej o duszy polskiej, gdzie sporo napisano o nacjonalizmie, a zwłaszcza o tożsamości narodowej(8).
 
Mnie interesuje natomiast miejsce religii w przestrzeni publicznej. W sugestywnym eseju ?Odwet sacrum w kulturze świeckiej? napisanym w 1973 roku Leszek Kołakowski żarliwie domagał się uznania religii jako niezbędnego wymiaru kultury, a nawet jako jedynego sposobu jej ocalenia. Pisał: ?Być absolutnie wolnym względem sensu, względem wszelkiego nacisku tradycji, to usytuować się w próżni, a więc rozpaść się. Sens zaś pochodzi tylko od sacrum, ponieważ nie wytwarza go żadne badanie empiryczne?. I dodawał całkiem serio, a nawet złowieszczo: ?Utopia doskonałej autonomii człowieka i nadzieja na jego doskonalenie się nieskończone są, być może, najbardziej skutecznymi narzędziami samobójstwa, jakie kultura nasza wynalazła?(9). To stwierdzenie polskiego filozofa jest chętnie cytowane przez polskich teologów jako niezbity przykład ostatecznej kompromitacji ideologii bez Boga, prowadzącej jakoby nieodwołalnie do totalitaryzmu.
 
Mnie bliższa jest krytyczna ocena Czesława Miłosza. Mało kto dzisiaj pamięta, że kiedy w maju 1991 roku Czesław Miłosz przesłał z USA do ?Gazety Wyborczej? swój, zaopatrzony znakiem zapytania, tekst Państwo wyznaniowe?, zapewne nie podejrzewał, że już trzy lata później zamieszka w Krakowie i będzie z bliska obserwował przez najbliższe dziesięć lat nieubłagane spełnianie się proroctwa zarysowanego w tym eseju. Państwo wyznaniowe? to tekst wyrosły z zaniepokojenia praktykującego katolika, pamiętającego niefortunne zbliżenie polskiego Kościoła katolickiego do polityki w okresie międzywojennym. Z upolitycznionym Kościołem Miłosz zetknął się w Wilnie i całe życie bolał nad wynikłą z tego słabością polskiego katolicyzmu (przywiązywanie wagi do zewnętrznego podporządkowania raczej niż wewnętrznego przylgnięcia do wyznawanych prawd) i zmagał się z jego zmorą przez całe życie. Postać siejącego postrach prefekta w szkole stała się symbolem traumatycznych doświadczeń jego pokolenia. Wierzył, że inny katolicyzm jest możliwy, widać to jednoznacznie z jego przyjaźni choćby z Jerzym Turowiczem. Zresztą nie tylko wierzył, zetknął się z nim zwłaszcza we Francji i później w USA. Po zmianach politycznych w Polsce nie tracił nadziei, że i tutaj zacznie się umacniać. Kiedy umierał w 2004 roku, w wieku 93 lat takiej alternatywy ciągle nie było widać. Wprost przeciwnie, demony z czasów swojej młodości, które przywołał w skomponowanej w 1999 roku antologii Wyprawa w dwudziestolecie, dawały o sobie znać w sposób wyjątkowo dotkliwy. A przypomnę, Miłosz swój tekst pisał gdy religia, czy precyzyjniej mówiąc, katolicka katecheza dopiero do szkół wchodziła. Przy okazji roku poświęconego Miłoszowi, sporo się o nim mówiło jako o poecie katolickim. I słusznie. Jednak warto przypomnieć, co on sam o tym katolicyzmie sądził. Otóż zdaniem Miłosza: ?Ukształtowała go sytuacja historyczna krajów na wyznaniowych peryferiach, zwłaszcza w XIX wieku, czyli opór przeciwko protestanckim Prusom i prawosławnej Rosji. Cała kultura polska rozwijała się w orbicie Watykanu i nie stanowił wyjątku niedługo trwający ferment Reformacji, kiedy wielki spór raczej budził ciekawość dla papiestwa, niż od niego ostatecznie oddalał. Kiedy po upadku państwa pojawił się zraniony nacjonalizm, pomiędzy pojęciami ?Polak? i ?katolik? postawiono znak równości. (?) tam, gdzie nie da się określić, co jest obyczajem narodowym, a co religijnym, religia zmienia się w siłę społeczną, konserwatywną i konformistyczną. Wtedy, próbując zerwać więzy, jakie nakłada na nas środowisko, musimy ją tym samym atakować?. Ta genealogia polskiego katolicyzmu ma, zdaniem Miłosza, dalekosiężne konsekwencje. Jest to religijność o charakterze raczej zbiorowym niż indywidualnym. Podkreślającym związki ze wspólnotą niż osobistą odpowiedzialność. By nie być posądzonym o gołosłowność oddajmy jeszcze raz głos autorowi Rodzinnej Europy: ?Widzę w tym również cechę polskiego katolicyzmu. Podkreśla ona silnie odpowiedzialność wobec istot zbiorowych, tj. Kościoła i Ojczyzny, w dużym stopniu utożsamionych, ale spycha na podrzędne miejsce odpowiedzialność wobec ludzi żywych i konkretnych. Sprzyja idealizmowi różnych gatunków i absolutyzuje działanie: powinno ono zawsze mieć na widoku wielkie cele. Stąd być może pochodzi zdolność Polaków do bohaterskich porywów i lekkomyślność czy niechlujstwo w związkach z innym człowiekiem, a nawet obojętność na jego cierpienie. Noszą gorset ? rzymski gorset ? który pęka po jakiejś porcji alkoholu i wtedy wyziera spod niego chaos, mniej spotykany w cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Religia rzadko jest dla nich doświadczeniem wewnętrznym, najczęściej zbiorem nakazów ugruntowanych na przyzwyczajeniach i przesądach plemiennych, przez co są stale w niewoli Społecznego Zwierzęcia Platona?. Przydługi cytat? Ważny jednak by oddać sprawiedliwość myślenia Poety również o dzisiejszym katolicyzmie, a nade wszystko by zdać sobie sprawę, co oznacza oddanie katechezy w ręce ludzi ukształtowanych w takim modelu katolicyzmu. Wspominam Miłosza również z racji osobistych. Po wywiadzie dla ?Przekroju? w 2001 roku, gdy wspomniałem, że dla polskiego Kościoła Jan Paweł II stał się złotym cielcem przysłaniającym Jezusa, Poeta do mnie zadzwonił i powiedział krótko ? ja się z księdzem zgadzam i chętnie o tym porozmawiam.
 
Chciałbym ten tekst potraktować jako kontynuację tamtej rozmowy, do której za życia Poety nie doszło, a jego pytanie o państwo wyznaniowe nie traktuję jako retorycznego. Owszem jest ono dla mnie trafną i przenikliwą diagnozą pokusy, której polski katolicyzm już uległ, a demoralizujące, nawet destrukcyjne owoce upolitycznienia religii, są już dostrzegalne a jej najbardziej widocznym przejawem jest utrzymywanie katechezy w formie narzuconej przez hierarchów katolickich w 1991 roku.
 
Moja perspektywa jest inna. Wychowałem się w PRL-u, który znany był Czesławowi Miłoszowi tylko z fragmentarycznych doniesień prasowych czy lektury książek niegdysiejszych przyjaciół, którzy nie wybrali, tak jak on emigracji. Pozostali w kraju. Ja w tym kraju się urodziłem i nawet nie zdawałem sobie sprawy, że mogą istnieć inne systemy polityczne. Ten w którym wzrastałem i w którym się urodziłem był jedyny. Tak więc na minione dwudziestolecie 1991?2012 z katechezą w murach szkolnych patrzę więc jak na okres mojej własnej biografii. Moja ocena jest surowa, ale jak myślę sprawiedliwa i oparta na faktach, a nie na emocjach.
 
Jest to perspektywa człowieka zanurzonego w rzeczywistość Kościoła katolickiego i jednocześnie postrzegającego tę instytucję z zewnątrz. Gdy katechezę wprowadzono do szkół byłem jezuitą i starałem się rozumieć racje, ale już wtedy miałem ogromne trudności by zaakceptować sposób, jak to się czasem mówiło, wejścia religii do szkół. Godzi się wszak przypomnieć, że ona z tych szkół nigdy nie wyszła, nawet jeśli jej lekcje odbywały się fizycznie poza budynkami szkół, to przecież uczęszczało na nie większość uczniów, którzy w jakiś sposób włączali ją do swego ogólnego wykształcenia. Tak było w każdym razie w moim przypadku. W każdym razie od 1991 roku do 2005, a więc roku kiedy opuściłem zakon jezuitów przyglądałem się rosnącym trudnościom katechetów, z których większość była zresztą uformowana na tzw. jezuickich katechizmach, które na pewno wyróżniały się poziomem na tle innych propozycji katechetycznych. A jednak nawet te jezuickie wzory nie wytrzymywały rosnącej presji gwałtownych zmian zarówno światopoglądowych jak i religijnych samej młodzieży. Krótko mówiąc model jednostronnego przekazu katechetycznego okazywał swoje ograniczenia w zderzeniu z młodzieżą coraz bardziej krytyczną i bezwzględnie wykorzystującą słabości formacji intelektualnej i duchowej swoich nauczycieli (w tym zwłaszcza zakonnic i księży). Gdy w 2005 roku zacząłem wykłady na uczelniach państwowych, w których elementy religii były obecne w różnych konstelacjach (religia a polityka, religia wobec postmodernizmu itp.), ku mojemu zdumieniu odkryłem, że moi studenci nie tylko nie posiadają elementarnej wiedzy z zakresu religioznawstwa, ale większość z nich przejawia swoistą alergię na tematy religijne. Lektura kolejnych studiów socjologicznych profesora Józefa Baniaka udzieliła mi nader wyczerpującej odpowiedzi.
 
W zakończeniu chcę powiedzieć, że podobnie jak Kościół katolicki w okresie międzywojennym bezkrytycznie skorzystał z poparcia politycznego prawicowych ugrupowań (nie wchodzę w programowe różnice między poszczególnymi partiami), tak w okresie powojennym organizacje świeckie mające w programie laicki światopogląd i krytyczny stosunek do religii, w tym zwłaszcza do dominującego wyznania katolickiego w Polsce, nazbyt chętnie skorzystały z poparcia władzy komunistycznej. W konsekwencji doprowadziło to do krzywdzącego utożsamienia światopoglądu laickiego z systemem komunistycznej władzy. W chwili obecnej nadszedł czas by obie grupy, a więc zarówno ludzie wierzący jak i niewierzący, zdali sobie sprawę, że łaska polityczna na pstrym koniu jeździ i postarali się wspólnie i niezależnie od politycznej koniunktury, zastanowić się jak najlepiej służyć społeczeństwu ponad podziałami politycznymi. Kompromitacja katechezy w szkole, wprowadzonej na siłę i z poparciem ówczesnych decydentów politycznych i z pominięciem konsultacji społecznych, może być dogodnym punktem wyjścia do wspólnego namysłu nad pytaniem, które zadał przed laty klasyk ?co robić??.
 
Prof. Stanisław OBIREK jest historykiem, profesorem Uniwersytetu Łódzkiego.
 
Przypisy:
1?R. Dmowski, Pisma, t. IX, Częstochowa 1939, s. VIII.
2?J. Urban, Ku uzdrowieniu polskiego nacjonalizmu, w; ?Przegląd Powszechny? nr 525 (1927), s. 213, cytat za D. Sawicki, Roman Dmowski a Kościół, Warszawa 1996.
3?R. Dmowski, Kościół, naród i państwo, w: Pisma, t. IX, dz. cyt., s. 98.
4?Tamże, s. 106.
5?Tamże, s. 111.
6?Tamże, s. 121.
7?A. Micewski, Roman Dmowski, Warszawa 1971.
8?R. Leguto, Esej o duszy polskiej, Kraków 2008. Mówienie w ?Europie? z 17.05 pióra Macieja Urbanowskiego ?Myśli konserwatywnego Polaka? i w Gazecie Wyborczej z 17?18.05 przez Witolda Gadomskiego ?Na tropoie prawdziwych Polaków?.
9?L. Kołakowski, Cywilizacja na ławie oskarżonych, Warszawa 1990, s. 152.