O nauczaniu religii i etyki w szkole
 
Ks. profesor Andrzej Potocki
 
 
Jest dla mnie oczywistą satysfakcją zabrać głos po prof. Dionizym Tanalskim, którego filozoficzną twórczość z zainteresowaniem śledzę od lat, a który dziś dostarcza nam dobre punkty do rozwinięcia dyskusji. Pan profesor podjął trzy sprawy. Pójdę jego tropem.
 
Sprawa pierwsza to postulat, by w szkole nie tyle uczyć religii i zachęcać do wiary, ile nauczać o religiach i wiarach. Zatem opcję katechetyczną zamienić na religioznawczą. Projekt to ryzykowny; nie uwzględnia zarówno uwarunkowań związanych z niegdysiejszym powrotem religii do szkoły, jak i doświadczeń z obecnością tam u schyłku lat 80. marksistowskiego religioznawstwa. Ów powrót religii do szkoły, dokonany ? jak pamiętamy ? w pośpiechu i w kontekście sprzyjającej koniunktury politycznej, polegał w istocie na przeniesieniu do szkoły tego, co dotąd robił Kościół katolicki w parafialnych salkach katechetycznych. Przeniesieniu w takim kształcie programowym i personalnym, jaki wówczas był możliwy do realizacji. Oczywiście z czasem dopasowywano charakter pracy katechetycznej do warunków szkolnych. Służyło temu zwłaszcza ?Dyrektorium katechetyczne Kościoła katolickiego w Polsce? przyjęte przez Konferencję Episkopatu Polski w 2001 roku oraz pochodzący z 2010 roku ?Program nauczania religii rzymskokatolickiej w przedszkolach i szkołach?. Jednakże modelowanie sposobu obecności Kościoła katolickiego w szkole nie zmieniło katechetycznego wymiaru tej obecności. Lekcje religii nie stały się lekcjami o religiach. Zresztą do takich nie jest potrzebny Kościół w szkole, nie jest potrzebna misja kanoniczna dla nauczycieli religii. Formułowane w tym kierunku postulaty są sprzeczne z obowiązującym u nas porządkiem prawnym.
 
Postulat prof. D. Tanalskiego, dopominającego się o obecność w szkole religioznawstwa, na pierwszy rzut oka robi dobre wrażenie. Bliski jest mówiącemu te słowa; przez wiele lat wykładającemu na kierowanym przez nieodżałowanego prof. Edwarda Ciupaka Podyplomowym Studium Religioznawstwa Uniwersytetu Warszawskiego, potem w Instytucie Religioznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Trudno bowiem zaprzeczyć, że humanistyczna wiedza o religii i religiach (a tym w istocie pozostaje religioznawstwo) jest dla dzisiejszego, nawet przeciętnie wykształconego człowieka, bardzo pożyteczna. Staje zatem pytanie: religioznawstwo obok czy zamiast religii w szkole? Teoretycznie oba rozwiązania mogłyby być przyjęte. Praktycznie oba są bez szans.
 
Przypomina się patron środowiska będącego gospodarzem naszego spotkania ? prof. Tadeusz Kotarbiński. Już w 1961 roku, zatem wówczas, gdy ostatecznie usunięto religię ze szkoły, na zjeździe Towarzystwa Szkoły Świeckiej postulował, by w miejsce religii wprowadzić właśnie religioznawstwo. O religioznawstwie w szkole mówił ?Raport o stanie oświaty w PRL? opracowany w 1973 roku przez zespół ekspertów pod kierunkiem prof. Jana Szczepańskiego. Wprowadzenie ateistycznego religioznawstwa do szkół zapowiedział w październiku 1980 roku na ogólnopolskiej naradzie Towarzystwa Krzewienia Kultury Świeckiej ówczesny szef Urzędu ds. Wyznań Jerzy Kuberski. Miało to stanowić ? jak określił ? światopoglądową ?odtrutkę? na szerzący się w kraju klerykalizm i fideizm. Było to tuż po wprowadzeniu radiowej transmisji niedzielnej mszy św. oraz w czasie realizowania innych postulatów Sierpnia ?80. W okresie stanu wojennego Ministerstwo Oświaty i Wychowania zleciło Zenonowi Kaweckiemu, religioznawcy z Akademii Nauk Społecznych PZPR, późniejszemu dyplomacie w ZSRR, przygotowanie programu nowego przedmiotu. Z czasem zatwierdzony, od roku 1986/87 wchodził do szkolnego obiegu; w liceach ogólnokształcących jako przedmiot obowiązkowy, w liceach zawodowych i technikach jako jeden z kilku przedmiotów fakultatywnych. Polscy biskupi w komunikacie z 212 Konferencji Episkopatu (12-13 marca 1986 roku) przestrzegali: ?Szkoła (?) staje się znów, niestety, pod hasłem świeckości, terenem intensywniejszej propagandy ateistycznej?. Istotnie, potwierdziły to sformułowane przez autora programu jego cele, jak i przykładowe tematy lekcji. Wśród tych ostatnich takie: ?Socjologia burżuazyjna o miejscu i roli religii w społeczeństwie. Zapoznawanie religii jako fałszywej świadomości. Wyolbrzymianie znaczenia funkcji integracyjnej i regulatywnej. Iluzoryczno-kompensacyjna funkcja religii podstawą określenia jej roli i znaczenia w życiu społecznym. Krytyka wulgaryzatorskich oraz rewizjonistycznych interpretacji marksizmu w kwestii roli i funkcji religii w życiu człowieka i zbiorowości. Iluzoryczno-kompensacyjna, światopoglądowa oraz regulatywna funkcja religii w warunkach budownictwa socjalistycznego. Potrzeby <religijne> jako deformacja naturalnych potrzeb człowieka. Tendencja wzrostu religijności pod wpływem warunków kryzysowych i ideologicznego oddziaływania Kościoła. Filozofia marksistowska podstawą naukowego światopoglądu i rewolucyjnej klasy robotniczej. Humanistyczny charakter światopoglądu marksistowskiego, jego hierarchia wartości i ideał wielostronnego rozwoju osobowego człowieka. Rewolucyjny charakter światopoglądu marksistowskiego. Realizm, optymizm, aktywny stosunek do rzeczywistości oraz socjocentryzm ? jako składniki postawy rewolucyjnej.? To był ostatni, już przedwakacyjny temat zajęć w liceach zawodowych i technikach. Chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że takie tematy najczęściej wzbudzały u młodzieży albo sprzeciw albo nudę albo niezrozumienie celu, w jakim przedmiot był wprowadzony. Potwierdziły to badania uczniów, które z gronem moich dyplomantów z uniwersyteckiego religioznawstwa zrealizowałem wówczas w kilku szkołach. Po paru latach, w kontekście nowej sytuacji politycznej i zmian programowych w polskim szkolnictwie, marksistowskie religioznawstwo zniknęło z naszych szkół. Na horyzoncie szkolnej edukacji pojawić się miała nauka religii.
 
Dziś do pomysłu religioznawstwa w szkole próbuje się wracać. Tak rozumiem postulat prof. D. Tanalskiego. Tak rozumiem dość hałaśliwe działania Sebastiana Kubickiego występującego na forum publicznym jako przewodniczący koła ?Odmiana? Sojuszu Lewicy Demokratycznej Warszawa Śródmieście. Dnia 28 czerwca 2011 roku wystosował (adresatem było ?Społeczeństwo. Cała Polska?) apel ?Religioznawstwo zamiast lekcji religii w szkołach?. W kolportowanym internetowo dokumencie napisał (przywołuję w całości i dokładnie): ?Inicjatywa, która spowoduje wdrożenie w życie szkolne religioznawstwa zamiast lekcji religii. Religioznawstwo zniweluje wykluczenie osób o innym wyznaniu, a także spowoduje to, że lekcje będą bardziej efektywne, na których frekwencja będzie zadowalająca. Wykluczy to także temat etyki, który nie jest stosowany we wszystkich szkołach. Poznajmy wszystkie religie. I umożliwmy osobom innego wyznania godne warunki. Lekcje religii w szkołach to: stronniczość wygłaszanych poglądów, dyskryminacja światopoglądowa oraz ideowa, brak zrozumienia innych wyznań, monotonność przekazu, wykluczenie społeczne. Po wprowadzeniu religioznawstwa otrzymamy: poznanie innych religii, wybór własnego sumienia, urozmaicenie godzin wchodzących w skład dzisiejszej religii, otwartość na świat i poglądy innych (po poznaniu innych wyznań), kreatywny przekaz myślowy?. Autor próbował pozyskać dla tej idei liderów różnych religii i wyznań, a także zorganizować przed gmachem Ministerstwa Edukacji Narodowej konferencję prasową, w której ? jak zapowiadał ? ?wezmą udział także przedstawiciele innych wyznań: Bahaita, Dominikanin, Muzułmanin, Protestant oraz były Poseł Piotr Gadzinowski?. Jako ów dominikanin był przewidywany, wyznam w chwili szczerości, mówiący te słowa. Jeszcze nie słychać, by doszło do owego spotkania. Tymczasem S. Kubicki przygotował wstępny program proponowanego przedmiotu, stanowiący w istocie przegląd różnych religii świata z wypunktowaniem ?genezy, założeń, zasięgu terytorialnego, obrzędów, świąt i odłamów? każdej z nich.
 
Otóż zważywszy to, co wyżej, religioznawstwo w polskich szkołach jest dziś bez wielkich szans. Złe są wspomnienia ze spotkania naszych szkół z religioznawstwem w latach 80., a religia w szkole ma dziś niekwestionowane umocowanie formalne. Jest faktycznie nie do ruszenia.
 
Dość szeroko odniosłem się do pierwszej ze spraw zaakcentowanych przez prof. D. Tanalskiego. Zrobiłem to celowo, bowiem ? jak widać ? wątek religioznawstwa jako przedmiotu komplementarnego bądź alternatywnego wobec religii wcale często pojawia się w przestrzeni publicznej i jako taki wciąż domaga się uporządkowania naszego myślenia.
 
Druga sprawa to wpis oceny z religii na świadectwie. Prof. D. Tanalski zgłasza zastrzeżenie wobec takiego rozwiązania. Odpowiem krótko, bo rzecz bywała już dyskutowana (a uznajmy, że i rozstrzygnięta) niejednokrotnie. Ocena na świadectwie jest wymogiem sprawiedliwości wobec ucznia. Uczył się, trudził i teraz ? adekwatnie do swego wysiłku ? otrzymuje nagrodę. Mniejsza ona bądź większa, ale się należy. Ze sprawiedliwości właśnie. Podnoszone niekiedy zastrzeżenia mają zwykle dwa źródła. Oto wysuwa się obawy, iż ta ocena wpłynie na średnią ocen. To oczywiste, że wpłynie, bo na tym polega wyprowadzanie średniej, że ta ostatnia jest budowana z elementów składowych ? poszczególnych ocen. Jednakże liczenie średniej honoruje zarówno sumę punktów wynikającą z dodania wszystkich ocen, jak i liczbę ocen uwzględnionych w dodawaniu. Innym źródłem obaw jest przypuszczenie, że szkolna ocena z religii dotyczy także wiary oraz praktyk religijnych ucznia. Otóż jest to nieporozumienie. Wspominane na wstępie dyrektorium określa jednoznacznie: ?Podstawą wystawiania oceny szkolnej w nauczaniu religii jest wiedza ucznia, jego umiejętności, a także aktywność, pilność i sumienność. Nie powinno się natomiast oceniać za udział w praktykach religijnych? (n. 83). Także dokument ?Zasady oceniania osiągnięć edukacyjnych z religii rzymskokatolickiej w szkołach? przyjęty w 2008 roku przez Komisję Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski akcentuje: ?Ocenianiu nie podlegają praktyki religijne?.
 
Wreszcie trzecia sprawa, do podjęcia której zachęca wystąpienie prof. D. Tanalskiego: jego postulat odejścia od ugruntowanej już praktyką szkolną alternatywy religia-etyka. Skąd ta alternatywa, mająca rodowód jeszcze we wczesnych latach 90., się wzięła, to w naszym gronie wiemy. I pewnie się zgodzimy, że merytorycznie jest to alternatywa myląca. Zakłada bowiem dystans między doświadczeniem religijnym i doświadczeniem moralnym. Sugeruje dzieciom i młodzieży, iż moralność jest dla niewierzących, jak religia dla wierzących. W efekcie katechecie może być trudno wydobywać moralne implikacje wiedzy, a i wiary religijnej. To jasne. Gdy pojawiła się w szkołach etyka, w istocie nie budziła kontrowersji. Po pierwsze dlatego, że było jasne, iż czymś trzeba uczniów niechodzących na religię zająć. Po drugie dlatego, że ? co od początku było widać ? miała dotyczyć stosunkowo niewielu uczniów. Po trzecie dlatego, że zgłaszanie wobec etyki obiekcji wyglądałoby niezbyt elegancko. Kto byłby przeciw etyce w szkole, mógłby narazić się na zarzut, że występuje przeciw moralności czy wychowaniu moralnemu. Może wręcz jest niemoralny. A jednak sprawa istnieje i bywa dyskusyjnie podnoszona. Jak dziś w naszym gronie. To sprawa etyki jako alternatywy. Owszem, w wielu krajach europejskich jest przyjęte tego typu rozwiązanie. Jest wyrazem troski systemu edukacyjnego, by dzieci i młodzież, która nie pójdzie na religię, otrzymała możliwie wartościową ofertę edukacyjną. Jednakże chciałoby się zastanowić nad szansą zapoznania z dorobkiem etyki ogółu uczniów; w szkołach ponadpodstawowych w ramach zajęć filozofii. O pożytkach nauczania filozofii nie ma potrzeby tutaj mówić. Warto natomiast krótko przywołać konstatację, którą mamy dzięki ogólnopolskim badaniom sondażowym CBOS z 2008 roku. Otóż zapytani, czy woleliby, aby ich dzieci w ramach zajęć szkolnych chodziły na religię czy na etykę, wskazali najpierw religię (56%), potem ?zarówno na religię, jak i etykę? (26%), następnie na etykę (16%). Jak widać, aż 42% respondentów było zainteresowanych nauką etyki dla swych dzieci. System szkolny nie może się z tym nie liczyć. I pewnie próbuje się liczyć. Z MEN dostaliśmy dziś zestawienie dokumentujące wyrazisty w ostatnich latach przyrost liczby szkół z lekcjami etyki. W 2007 roku zajęcia z etyki były w 264 szkołach, w 2011 roku już w 1.269. Oczywiście do końca nie wiemy, czy wzrost ów jest funkcją zainteresowania się młodego pokolenia etyką czy jego zniechęcenia do nauki religii.
 
Ks. prof. Andrzej POTOCKI OP ? socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego.
 

II część wystąpienia
 
Nasza dyskusja, przyznać trzeba, że poznawczo atrakcyjna, prowokuje ? a to pewnie jedna z jej zalet ? do sformułowania paru dopowiedzeń. Także o polemicznym charakterze. Z braku czasu ograniczę się do trzech. Otóż jeden z dyskutantów zauważył, i to z wyraźną przyganą, że Kościół ma ze szkolnej katechezy niezły dochód. Jak się to dziś propagandowo mówi: z kieszeni podatnika. Owszem, taki mit krąży i robi wiele myślowego bałaganu. W istocie ani Kościół katolicki ani inne Kościoły i związki wyznaniowe nie mają z religii w szkole dopływu pieniędzy. Do kas Kościoła (kurialnych, parafialnych, jakichkolwiek innych) nie wpływają żadne środki. Wynagrodzenie katechetów jest ? stosownie do regulacji ustawowych (kodeks pracy) ? ich osobistym dochodem; właśnie należnym ze sprawiedliwości wynagrodzeniem za nauczycielską pracę. Na ogół, o czym wiadomo, bardzo uciążliwą. Jeśli już szukać jakichkolwiek finansowych pożytków Kościoła z lekcji religii w szkole, to co najwyżej wskażemy to, iż Kościół już nie musi ? jak dawniej ? utrzymywać własnych pomieszczeń w swych punktach katechetycznych. Pozwala to coś zaoszczędzić.
 
Druga sprawa wiąże się z wciąż obecną w naszej debacie charakterystyką tego, co robią nauczyciele religii w polskich szkołach. Była już mowa, że katechizują, bowiem starają się być otwarci na realizację tych celów, jakie przed katechezą stawiają dokumenty Kościoła. To, mówiąc skrótowo:
1) przekaz wiedzy religijnej,
2) przekaz i pogłębianie wiary,
3) wprowadzanie we wspólnotę Kościoła oraz
4) wprowadzanie w życie sakramentalne.

Chyba nie ma katechety, który twierdziłby, że realizacja wszystkich tych celów jest na terenie szkoły w pełni możliwa. Swego rodzaju ?niewydolność katechetyczną? szkoły dostrzega przywoływane już polskie dyrektorium katechetyczne: ?Szkolne nauczanie religii nie wydaje się (?) wypełniać w zadowalającym stopniu wszystkich założeń integralnie ujmowanej katechezy? (n. 13). Polskim biskupom, w latach 90. odwiedzającym w Rzymie papieża, Jan Paweł II mówił, że katechizacja w szkole domaga się uzupełnienia o parafialny wymiar duszpasterstwa dzieci i młodzieży. To zrozumiałe, bo przecież parafia, nie szkoła, jest wspólnotą kościelną. To zrozumiałe, bo przecież w parafii, nie w szkole, jest przestrzeń dla życia sakramentalnego. Katecheza ma być dziełem wspólnoty chrześcijańskiej. Podmiotem katechetycznej posługi jest w istocie Kościół, zaś szkoła może jedynie we właściwy sobie sposób go wspomagać, podejmując się realizacji dostępnych dla siebie zadań katechetycznych. Chciałoby się przesunąć akcenty: to nie parafia ma pomagać szkole, uzupełniając jej działania, ale to szkoła ma wspomagać parafię jako właściwy podmiot katechezy. Szczególnym, niezbywalnym obszarem katechetycznych działań parafii będzie tak zwana katecheza sakramentalna przygotowująca do przyjęcia sakramentów. Tak w efekcie spotyka się szkoła i parafia. Obie mają co robić; każda we właściwym sobie zakresie. I jest to z pewnością układ przyszłościowy.
 
Trzecia sprawa wiąże się z zarzutem ? a takowy i dziś doszedł w naszym gronie do głosu ? jakoby polscy biskupi nie bardzo wiedzieli, co się dzieje na lekcjach religii w szkole i jakie jest nastawienie młodego pokolenia do katechetycznej oferty Kościoła. Otóż zapewniam, że wiedzą dobrze. W ramach wizytacji parafii odwiedzają szkoły, rozmawiają z nauczycielami i uczniami, są w codziennych kontaktach z księżmi. Po prostu nie może być inaczej. To natomiast, że w sytuacjach newralgicznych na ogół nie podejmują w szkole wyrazistych interwencji, wiąże się przede wszystkim z poszanowaniem przez nich autonomii systemu oświaty. Przyznaję, że list Episkopatu Polski z okazji 20. rocznicy powrotu katechezy do szkoły nie odnosił się do wszystkich tematów wiążących się z dzisiejszym nauczaniem religii, a zwłaszcza nie punktował jego trudności. Dostrzec jednak wypada, że był to list jubileuszowy, z konieczności o nieco ceremonialnym, grzecznościowym charakterze. Punktował zwłaszcza to, co jest dorobkiem dwudziestolecia i formułował zachęty. Bardziej programowy, przyszłościowy charakter miała wypowiedź biskupów zawarta w komunikacie z 355. Zebrania Plenarnego Konferencji Episkopatu w dniach 24?25 czerwca 2011 roku. Wskazano tu, że katecheza w szkole ?ze względu na specyfikę szkoły wymaga systematycznego dopełniania poprzez katechezę parafialną, która wprowadza w życie modlitwy, w liturgię i wspólnotę Kościoła. Dlatego należy ją rozwijać zwłaszcza na poziomie katechezy sakramentalnej w związku z chrztem, Pierwszą Komunią św., bierzmowaniem i małżeństwem. Powinna to być praca w grupach animatorskich, ruchach katolickich i stowarzyszeniach?. W tych bardzo zwięzłych słowach jest wskazany poważny program. Trudno nie zauważyć, że hierarchia dostrzega pewne braki katechezy, skoro stawia przed nią konkretne zadania. Wbrew opiniom niektórych obserwatorów Kościół katolicki wie co robi. Definiuje zadania i określa właściwe dla nich środki. Także w odniesieniu do religijnej formacji młodego pokolenia.