Czy Polska jest państwem wyznaniowym?

Autor: Ryszard M. Zając
 

Nasze państwo - Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli. Taka treść zawarta jest w artykule pierwszym naszej Konstytucji. Jak rozumieć ów konstytucyjny termin „dobro wspólne”? Jest oczywiste, iż w kontekście wyznaniowym oznacza on, iż państwo jest i powinno być takim samym dobrem dla każdego obywatela. Powtórzę: dla każdego. To, czy obywatel wyznaje, czy też nie wyznaje jakąkolwiek religię bądź światopogląd, powinno być jego prywatną, osobistą sprawą. Cywilizowane, demokratyczne państwo nie może w żaden sposób różnicować obywateli, także segregując ich na wierzących, bądź niewierzących, czy też na wyznających religią słuszną bądź niesłuszną. Jakiekolwiek różnicowanie obywateli, także ze względu na kwestie wyznaniowe, wiedzie wprost do dyskryminacji, do uprzywilejowania jednych kosztem drugich, prowadzi do niedemokratycznej sytuacji, w której są równi i ówniejsi. Brak takiej dyskryminacji tożsamy jest z pożądaną sytuacją równości praw wszystkich obywateli.
 
Teoretycy świeckich doktryn państwa i prawa wyróżniają kilka modeli stosunków państwo-kościół. Aż do XIX wieku wszystkie państwa były państwami wyznaniowymi. W średniowieczu realizowany był model, nazwany papocezaryzmem. Wyrażał się on stwierdzeniem, iż „wszelka władza pochodzi od Boga”, co interpretowano w ten sposób, iż władza świecka mogła pochodzić jedynie z papieskiego nadania. W XI wieku Grzegorz VII głosił: „tylko papież może afirmować lub kwestionować cesarstwa i królestwa, księstwa i hrabstwa i w ogóle posiadłości wszystkich ludzi, tylko on może dawać albo odbierać”. Dwa wieki później Innocenty III oświadczył bez ogródek: „Przeze mnie królowie królują i książęta wymierzają sprawiedliwość”. W cesarstwie bizantyjskim i carskiej Rosji królowała zasada cezaropapizmu, oznaczająca panowanie państwa nad kościołem. Aparat i hierarchia kościelna były podporządkowaną częścią aparatu państwowego. Odmianą cezaropapizmu stał się kościół państwowy. W Polsce Kościół rzymskokatolicki usytuowała w takiej roli Konstytucja 3 Maja. Ten model stosunków państwo-kościół funkcjonuje jeszcze w pełni w Wielkiej Brytanii, gdzie królowa jest głową Kościoła Anglikańskiego oraz w Grecji, gdzie religią państwową jest prawosławie. W Szwecji czy Norwegii pozycja Kościoła luterańskiego słabnie. Model ten realizowany jest nadal w Izraelu, gdzie judaizm jest religią państwową oraz w krajach islamu: Arabii Saudyjskiej czy Pakistanie.
 
Fundamentalna zasada rozdziału kościoła od państwa, obowiązująca we współczesnych, cywilizowanych państwach, tożsama jest z zerwaniem z zasadą państwa wyznaniowego. Narodziła się w Stanach Zjednoczonych w 1791 roku. W Europie zasadę tę wcieliła w życie cztery lata później Rewolucja Francuska. Proklamowana pierwsza poprawka do konstytucji Stanów Zjednoczonych stanowiła: „Nie będzie ustanowiony kościół państwowy”. Wydaje się, iż poprawka ta dobrze oddaje sens zasady rozdziału kościoła od państwa. Istotą tego rozdziału jest rezygnacja z przymusu bądź protekcji państwa, popierającego określoną religię. Wiąże się z tym oczywiście nie tylko odrębność aparatów: państwowego od kościelnego, wyznaniowa neutralność państwa skutkująca wobec obywateli rzeczywistą wolnością sumienia i wyznania, ale także równouprawnienie wszelkich wyznań i przekonań światopoglądowych, w tym równość praw organizacji wyznaniowych i światopoglądowych. Zasada rozdziału kościoła od państwa oznacza z jednej strony brak opodatkowania własności o charakterze kultowym, ale także absolutny zakaz finansowania przez państwo i państwowe osoby prawne jakichkolwiek podmiotów czy działań o charakterze wyznaniowym. Zasada rozdziału kościoła od państwa oznacza w praktyce kategoryczny zakaz prowadzenia w jakiejkolwiek formie indoktrynacji teistycznej bądź ateistycznej, w tym także zakaz używania przez państwo symboliki czy retoryki o charakterze wyznaniowym.
 
Pytanie: czy Polska jest państwem wyznaniowym? można postawić precyzyjniej. Czy Polska respektuje fundamentalną zasadę rozdziału kościoła od państwa? Zanim spróbuję odpowiedzieć na to pytanie, uwaga zasadnicza. W żadnym ze współczesnych państw zasada rozdziału kościoła od państwa nie jest rygorystycznie przestrzegana. Wydaje się zresztą, że nie jest to w ogóle możliwe. Wybitny znawca problematyki wyznaniowej prof. Michał Pietrzak zauważa: „Rozdział, jako koncepcja prawnoustrojowa zawsze miał charakter względny. Wynikało to z faktu, że państwo i kościół działają na tym samym terytorium i w tym samym społeczeństwie. Oddzielenie sfer działania organów i instytucji państwa oraz kościoła nie zawsze jest możliwe do przeprowadzenia w sposób rygorystyczny, zwłaszcza w praktyce życia społecznego. (...) Względny charakter rozdziału występuje jeszcze wyraźniej, gdy rozpatrujemy go z punktu widzenia jednostki. Członek kościoła jest jednocześnie obywatelem państwa. Uczestniczy z jednej strony w życiu wspólnoty religijnej, podlega nakazom i zakazom przez nią ustalanym, z drugiej zaś bierze udział w życiu politycznym, korzysta z praw publicznych, podlega nakazom i zakazom przewidzianym przez prawo państwowe, oddziałuje na kierunek polityki państwa, często sam, jako funkcjonariusz publiczny realizuje władztwo państwowe. Oddzielenie w jego życiu i postępowaniu sfer działania, w których występuje jako homo religiosus bądź jako homo politicus, jest o wiele trudniejsze niż oddzielenie sfer działania państwa i kościoła”.
 
Trudność w przeprowadzeniu racjonalnej granicy oddzielającej to, co państwowe - od tego, co kościelne, często potęgowana jest niekonsekwencją. Praktyka rozdziału kościoła od państwa jest więc zupełnie odmienna w różnych państwach. Stawiane nam często za wzór Stany Zjednoczone, będące prekursorem zasady rozdziału, są też prekursorem niekonsekwencji w tej materii. W amerykańskiej konstytucji brak invocatio Dei (odwołania do Boga), ale występuje ono w konstytucjach niektórych stanów (Arkansas, Missisipi, Południowa Karolina), a na amerykańskim dolarze czytamy: „W Bogu moja nadzieja”, Z jednej strony wszelkie kościoły i związki wyznaniowe nie mogą uzyskać w USA osobowości prawnej, z drugiej zaś są całkowicie zwolnione z podatku dochodowego. Z jednej strony obowiązuje orzeczenie Sądu Najwyższego USA z 1947 roku: „Nikt nie może zmuszać drugiego ani na niego wpływać bez jego woli do przystąpienia albo odejścia z kościoła, do uwierzenia albo nie wierzenia...”. Z drugiej zaś strony przy objęciu funkcji publicznych składa się przysięgę na Biblię. Podobną niekonsekwencję zauważyć można w Republice Federalnej Niemiec. Konstytucja weimarska wprowadziła rozdział kościoła od państwa w 1919 roku, stwierdzając jednoznacznie: „Nie istnieje kościół państwowy” Jednakże utrzymała ona status kościołów jako tzw. osoby prawnopublicznej, to jest odrębnej od państwa, choć przez nie nadzorowanej, osoby prawnej, której państwo zleca wykonywanie jakiejś części swej władzy. Identyczny status osoby prawno-publicznej ma gmina, wspólnota komunalna. Ze statusu tego wynika prawna ochrona duchownych, identyczna z ochroną przysługującą urzędnikom państwowym oraz ściąganie przez państwo podatku kościelnego. Konstytucja RFN zawiera już w preambule invocatio Dei.
 
Podkreślić należy, iż rozdział kościoła od państwa jest najistotniejszym warunkiem rzeczywistej wolności sumienia i wyznania, wyrażającej się zarówno brakiem zaangażowania państwa w sferę wyznaniową, jak i równoprawnością obywateli, bez względu na ich stosunek do kwestii wyznaniowych. W jaki sposób wytyczyć w Polsce ową linię demarkacyjną pomiędzy państwem a kościołem? W jaki sposób oddzielić to co państwowe - od tego co kościelne? W wypracowaniu racjonalnej odpowiedzi przeszkadza stała i silna presja hierarchów Kościoła rzymskokatolickiego do nadania Rzeczypospolitej Polskiej charakteru państwa wyznaniowego. Pan profesor Jerzy Wisłocki nazwał ją niegdyś próbą kreowania Polskiej Rzeczypospolitej Katolickiej. W jej kreowaniu niezwykle pomocny okazał się dla polskiego kościoła konkordat.
 

W udzieleniu odpowiedzi na pytanie: czy dane państwo ma charakter wyznaniowy, niezwykle pomocna jest analiza jego porządku prawnego. Z oczywistych powodów nadzwyczaj istotna jest treść Konstytucji. Nietrudno zauważyć, iż już w preambule polskiej ustawy zasadniczej znajdujemy dwukrotne odwołanie się do Boga oraz odwołanie do bliżej niezdefiniowanych „wartości chrześcijańskich”. W preambule Konstytucji znajdujemy też osobliwą definicję Boga jako „źródła prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna”. Zapomniano tylko dodać, że i cnót wszelakich. Przy najbardziej nawet ostrożnym wytyczaniu granicy rozdziału kościoła od państwa nie sposób uznać tego rodzaju treści za neutralne światopoglądowo. W istocie są one projekcją wyznaniowej wizji świata. Osobliwością, nie spotykaną w żadnej innej konstytucji świata, jest zawarta w artykule 18 Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej, definicja małżeństwa jako związku mężczyzny z kobietą. Osobliwa jest także zawartość artykułu 53 Konstytucji, traktującego o wolności sumienia i religii. Otóż w myśl tego artykułu „każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii”, ale jedynie wolność religii została zdefiniowana (w ust. 2), a nawet dodatkowo, zagwarantowana (w ust. 5) względnym zakazem wprowadzenia innych niż ustawowe ograniczeń w jej uzewnętrznianiu. Wolność sumienia natomiast Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej jedynie „zapewnia”. Nadzwyczaj niekonsekwentna jest treść artykułu 25. Stwierdza on, iż „kościoły i inne związki wyznaniowe są równouprawnione”, równocześnie różnicując sytuację prawną Kościoła rzymskokatolickiego w odróżnieniu od innych kościołów i związków wyznaniowych. Sytuację tego pierwszego ma definiować „umowa międzynarodowa zawarta ze Stolicą Apostolską i ustawy”, sytuację tych drugich mają definiować ustawy. W mojej ocenie na tych przykładach widać nie tylko nierówność w traktowaniu wierzących i niewierzących, ale także nierównoprawność w traktowaniu innych niż Kościół rzymskokatolicki kościołów i związków wyznaniowych.
 
Aktem prawnym o zasadniczym znaczeniu w Polsce dla stosunków państwo-Kościół jest oczywiście konkordat. Jest to nadzwyczaj osobliwy akt prawny, reguluje bowiem sytuację prawną własnych obywateli poprzez umowę międzynarodową z innym państwem. W mojej ocenie nie jest do końca jasne, czy rząd Hanny Suchockiej, miał wystarczające umocowanie prawne do podpisania konkordatu. W tej sprawie nigdy nie wypowiedział się Trybunał Konstytucyjny.
 
Podkreślić należy, iż konkordaty do tej pory były instrumentem podtrzymującym wyznaniowy charakter państwa, w najlepszym przypadku utrudniającym rzeczywistą równoprawność wyznań. We współczesnej doktrynie prawa dominuje pogląd, iż konkordat wprowadza istotną sprzeczność w respektowaniu praw człowieka - w tym zwłaszcza zasady równości - różnicując obywateli według kryterium wyznaniowego i pogłębiając nierówność podmiotów wyznaniowych. Samo wprowadzenie konkordatu do porządku prawnego państwa jest realną przesłanką do nietolerancji i dyskryminacji obywateli - nie katolików. Konkordat polski z 1993 roku, bez wątpienia, przygotowany i podpisany został przez katolików. W składzie strony rządowej, a tym bardziej w składzie strony kościelnej, nie było ani jednej osoby, która respektowałaby zasadę neutralności światopoglądowej. Dodać do tego należy znany fakt prowadzenia negocjacji konkordatowych w całkowitej tajemnicy przed społeczeństwem i to w sytuacji, gdy rząd Hanny Suchockiej utracił większość parlamentarną a sondaże opinii publicznej wskazywały na rychłe zwycięstwo wyborcze formacji politycznych zdecydowanie przeciwnych wyznaniowemu zaangażowaniu państwa. Istotne znaczenie miał fakt, iż konkordat przesądzał prawny model stosunków państwo-Kościół jeszcze przed uchwaleniem nowej Konstytucji, znacznie redukując uprawnienia parlamentu na ukształtowanie fundamentów ustrojowych naszego państwa. W świetle faktów nie ulega wątpliwości, iż w istocie konkordat polski katolicka większość narzuciła mniejszości obywateli innego wyznania bądź neutralnych światopoglądowo.
 
Konkordat z 1993 roku, w mojej ocenie, ewidentnie sprzeczny jest z zasadą rozdziału kościoła od państwa. Fundamentalne znaczenie ma tu wprowadzenie do państwowego porządku prawnego Rzeczypospolitej norm kościelnego prawa kanonicznego. Kluczowy jest tu artykuł 5 konkordatu, w którym czytamy: „Państwo zapewnia Kościołowi katolickiemu, bez względu na obrządek, swobodne i publiczne pełnienie jego misji, łącznie z wykonywaniem jurysdykcji oraz zarządzaniem i administrowaniem jego sprawami na podstawie prawa kanonicznego”. Z praktyki stosunków wyznaniowych w demokratycznej Polsce nie wynikało, by władze państwowe ingerowały lub miały kiedykolwiek zamiar ingerować w wewnętrzne sprawy Kościoła katolickiego. Zapis konkordatowy ma charakter prawnego zobowiązania, ale jest wysoce niejasny. Nie precyzuje, jak rozumieć „misję kościoła”, ani też jakiego obszaru spraw ma dotyczyć jego „jurysdykcja”, ani też jakie sprawy mają być przezeń „administrowane i zarządzane”. Analiza kodeksu prawa kanonicznego dowodzi, iż prowadzi to do sytuacji, w której wolność religijna może być interpretowana przez przedstawicieli Kościoła rzymskokatolickiego jako prawo do prowadzenia działalności nie respektującej, a nawet naruszającej porządek prawny w państwie; może być interpretowana jako zgoda państwa na swoisty immunitet funkcjonariuszy kościelnych - w postaci odpowiedzialności prawnej wyłącznie na podstawie prawa kanonicznego, z wyłączeniem cywilnego prawa polskiego; może być wreszcie interpretowana jako prawo kościoła do prowadzenia działalności gospodarczej, wolnej od przestrzegania prawa państwowego.
 
Wątpliwość co do przestrzegania przez stronę kościelną prawa Rzeczypospolitej Polskiej jest w pełni uzasadniona co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, konkordat nie zawiera jakiegokolwiek zobowiązania strony kościelnej do przestrzegania prawa polskiego, polskiej racji stanu, czy chociażby Konstytucji. Po drugie, kanon 22 kodeksu prawa kanonicznego wyraźnie stanowi, iż: „ustawy państwowe, do których odsyła prawo kościelne, należy zachowywać w prawie kanonicznym na ile nie są przeciwne prawu Bożemu i o ile prawo kanoniczne czego innego nie zastrzega”. Zapis art. 5 konkordatu budzi także szereg innych zasadniczych wątpliwości prawnych. Po pierwsze, zgodnie z kanonem l kodeksu prawa kanonicznego, „kanony tego kodeksu dotyczą jedynie kościoła łacińskiego”. Tymczasem w Polsce żyje grupa ok. 200 tys. wiernych Kościoła katolickiego, ale obrządku bizantyjsko-ukraińskiego. Dlaczego wobec nich mają być stosowane - i to narzucone umową międzynarodową - normy kodeksu prawa kanonicznego, skoro ich on nie dotyczy? Po drugie, zgodnie z kanonem 781 „cały kościół jest ze swej natury misyjny”. Konsekwencje takiej interpretacji zapisu art. 5 potęgują zapisy art. 6 i 7 konkordatu, stanowiące o wyłącznej kompetencje władz kościelnych do „erygowania, zmieniania i znoszenia prowincji kościelnych, archidiecezji, ordynariatu polowego, administratur apostolskich, prałatur personalnych i terytorialnych, opactw terytorialnych, parafii, instytutów życia konsekrowanego i stowarzyszeń życia apostolskiego oraz innych kościelnych osób prawnych”. Tymczasem w art. 6 ust. 2 konkordatu pominięto region kościelny, tworzony na podstawie kanonu 433 ust. 1 oraz prowincję zakonną, tworzoną na podstawie kanonu 621. Może to być interpretowane jako prawo Kościoła do tworzenia regionów kościelnych, czyli łączenia sąsiednich diecezji, a także prowincji zakonnych - niezależnie od obywatelstwa i narodowości ich członków, a także obejmujących swym zasięgiem terytorialnym obszar innego państwa. Nie chroni bynajmniej przed taką sytuacją art. 6 ust. l konkordatu, ponieważ struktury te nie muszą posiadać osobowości prawnej, a ponadto pozostają w wyłącznej zależności od Stolicy Apostolskiej.
Międzynarodowe konsekwencje takich uregulowań prawnych podkreśla, zgodnie z art. 7 konkordatu, możliwość mianowania nuncjuszem w Rzeczypospolitej Polskiej niekoniecznie obywatela polskiego oraz zezwolenie biskupom - zgodnie z art. 18 konkordatu - na samodzielne decydowanie, w jakim języku ma być prowadzona katechizacja oraz posługi duszpasterskie. Nie trudno zauważyć, iż wiedzie to do realnej możliwości powstania na tym tle rozmaitych konfliktów etnicznych. Istotne jest wreszcie, iż termin „jurysdykcja” w kodeksie prawa kanonicznego jest synonimem władzy rządzenia, ta zaś zgodnie z kanonem 135 „dzieli się na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą”. W najbardziej nawet łagodnej interpretacji art. 5 konkordatu władze kościelne zyskują prawo do całkowitej i bezwzględnej autonomii w obszarze tzw. własnych spraw, co może również uprawniać je do żądania, aby ustawodawstwo Rzeczypospolitej Polskiej respektowało normy kanonu 1311 o brzmieniu: „kościół posiada wrodzone i własne prawo do wymierzania sankcji karnych wiernym popełniającym przestępstwo”, czy też kanonu 1671 o brzmieniu: „sprawy małżeńskie ochrzczonych, na podstawie prawa własnego, należą do sędziego kościelnego”. W istocie takie brzmienie tego artykułu konkordatu przesądza, iż zasadnie można mówić o istnieniu państwa kościelnego w państwie polskim.

Zgodnie z artykułem 19 konkordatu, „Rzeczpospolita Polska uznaje prawo wiernych do zrzeszania się zgodnie z prawem kanonicznym i w celach określonych w tym prawie. Jeżeli zrzeszenia te poprzez swą działalność wkraczają w sferę uregulowaną w prawie polskim, podlegają także temu prawu”. Zauważyć należy, wyraźnie tu artykułowaną, nadrzędność prawa kanonicznego nad świeckim prawem cywilnym. Należy także wskazać, iż istnieje szereg poważnych sprzeczności pomiędzy normami prawa kanonicznego w tym zakresie, a przyjętymi w polskim porządku prawnym normami wynikającymi z ratyfikowanych przez Polskę aktów prawa międzynarodowego dotyczącymi praw człowieka. Istotne tu jest, że Stolica Apostolska ratyfikowała np. układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej, nie ratyfikowała natomiast do dzisiaj Międzynarodowych Paktów Praw Człowieka czy Europejskiej Konwencji o Ochronie Praw Człowieka, zresztą głównie z powodu przyjętej w nich zasady równoprawności wyznań.
 
Wobec złożoności problemu i wieloznaczności pojęć i definicji zawartych zarówno w konkordacie, jak i w kodeksie prawa kanonicznego, niezwykle trudne jest wyczerpujące i wszechstronne przeanalizowanie wszystkich konsekwencji zobowiązań Rzeczypospolitej Polskiej do respektowania kościelnego prawa kanonicznego w polskim systemie prawnym. Z pewnością analiza taka została swego czasu starannie przeprowadzona przez odpowiednie dykasterie Stolicy Apostolskiej. Ani ówczesny Urząd Rady Ministrów, ani też Ministerstwo Spraw Zagranicznych nigdy nie podjęło nawet próby dokonania takiej analizy, nigdy nawet nie zamówiono ani jednej ekspertyzy dotyczącej tej problematyki. Tymczasem dla każdego racjonalnie myślącego obywatela jest oczywiste, iż wolność religijna nie może być w żadnej mierze interpretowana jako działalność nie respektująca, bądź naruszająca porządek prawny w państwie; nie może być interpretowana jako zgoda na swoisty immunitet funkcjonariuszy kościelnych; nie może być wreszcie rozumiana jako prawo kościoła do prowadzenia działalności gospodarczej bez przestrzegania prawa państwowego.
 

Konkordat z 1993 roku wprowadza do polskiego systemu prawnego istotne różnicowanie uprawnień obywateli według kryterium wyznaniowego. Konkordat jest emanacją doktryny Kościoła rzymskokatolickiego, w istocie przesądzając o jej usytuowaniu jako ideologicznego fundamentu życia społecznego. Prowadzi to do naruszenia zasady równości obywateli oraz zasady równouprawnienia wyznań.
 
Istotne są szczególnie unormowania prawne dotyczące nauczania religii oraz zawierania małżeństw. Konkordat nałożył na świeckie państwo obowiązek organizowania nauki religii w szkołach publicznych, a nawet w przedszkolach. Teoretycznie możliwe jest pogodzenie zasady rozdziału z nauczaniem religii w publicznej szkole. Przesądza o tym respektowanie wolności sumienia i wyznania, w tym prawa do nieujawniania wobec państwa swego wyznania bądź jego braku, a także pełne respektowanie praw mniejszości wyznaniowych. W Polsce, zarówno rozporządzenie MEN z 14 kwietnia 1992, jak i orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego z 20 kwietnia 1993 roku wiedzie do takiej interpretacji pojęcia „organizowania nauki religii”, które nadaje naszemu państwu cechy państwa wyznaniowego. Przesądza o tym żądanie ujawnienia przekonań religijnych przez rodziców, stopnie z religii na świadectwie, gromadzenie danych o światopoglądzie uczniów przez szkołę, opłacanie z budżetu państwa katechetów, ich udział w radach pedagogicznych, wieszanie krzyży, dyskryminacja innowierców. Nie bez znaczenia jest fakt, iż nawet pełnoletnim uczniom odebrano prawo do samodzielnej decyzji w sprawach wyznaniowych. Przyjęte w art. 10 konkordatu uznanie skutków cywilnych małżeństwa kanonicznego również nie daje się pogodzić z zasadą rozdziału kościoła od państwa. W sposób oczywisty narusza niezależność państwowego porządku prawnego czy też odrębność aparatu państwowego od kościelnego. Problematyka ta jest tematem osobnego wystąpienia, nie będę więc jej rozwijał.
 
O cechach wyznaniowych Rzeczypospolitej Polskiej przesądza w mojej opinii także szereg innych faktów. Przyznanie osobowości prawnej na gruncie świeckim prawa cywilnego wszystkim osobom prawnym prawa kanonicznego, bez ograniczenia ich kręgu do realizujących cele religijne czy kultowe, skutkuje w konsekwencji większą niezależnością kościoła od państwa, niż państwa od kościoła. Zasadne są obawy, iż stanowi wręcz usankcjonowanie istnienia państwa kościelnego w państwie polskim. Charakter wyznaniowy nadaje naszemu państwu bez wątpienia brak jakiejkolwiek formy nadzoru nad programem i nauczaniem religii w szkołach publicznych (art. 12). Podobny charakter ma ważkie uszczuplenie autonomii szkół wyższych przy tworzeniu wydziałów teologii oraz niezwykle szeroko pojęte dotowanie w rozmaitych formach działalności religijnej przy równoczesnej rezygnacji z jakiejkolwiek kontroli wykorzystania tych dotacji. Szczególnie dyskryminujący charakter ma zobowiązanie Rzeczypospolitej Polskiej do finansowania placówek oświatowych i wychowawczych zakładanych i prowadzonych przez Kościół rzymskokatolicki, a nawet finansowanie szkół kształcących katolickich duchownych. Równoprawność innych wyznań narusza szczególny, uprzywilejowany status Kościoła rzymskokatolickiego w sferze tzw. środków masowego przekazu. Kuriozalny charakter ma przyjęty w ustawie o radiofonii i telewizji zapis mówiący o obowiązku „respektowania chrześcijańskiego systemu wartość?”. Istnieje też luka prawna, która pozwala gminom i innym państwowym osobom prawnym finansować kościół bez żadnych ograniczeń i w rozmaitych formach.
 

Nie ulega wątpliwości, iż konkordat to Himalaje niejasności. Podobnie jak Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej przesądza o nadaniu państwu polskiemu cech państwa wyznaniowego. Nadaje szczególny, nader uprzywilejowany status Kościołowi rzymskokatolickiemu. Oprócz tych podstawowych aktów prawnych, szereg innych unormowań ustawowych sytuuje ten Kościół na pozycji pupila władzy. Kamieniami węgielnymi tego szczególnego statusu są dwie rządowo-kościelne komisje: Komisja Wspólna Rządu i Episkopatu, obradująca tajnie, bez jakiejkolwiek kontroli społecznej, w tym kontroli parlamentarnej oraz tzw. Komisja Majątkowa, decydująca w procedurze pozasądowej o tzw. zwrocie majątku pochodzącego z wyzysku feudalnego. Należy tu zwrócić uwagę na fakt, iż ta kościelna reprywatyzacja o ponad dziesięć lat wyprzedziła rozwiązania ustawowe dotyczące reprywatyzacji wobec innych grup obywateli.
 
Niezwykle istotna dla respektowania zasady rozdziału kościoła od państwa jest praktyka społeczna. W tym kontekście nie do pogodzenia z tą fundamentalną zasadą jest powszechna praktyka nadawania religijnego charakteru wszelkim niemalże bez wyjątku uroczystościom państwowym, umieszczanie w państwowych obiektach krzyży, a nawet zmuszanie do udziału w obrzędach religijnych. Warto tu przypomnieć, że chociaż ratyfikowane przez Polskę akty prawa międzynarodowego, a także polski kodeks karny zakazuje zmuszania do udziału w obrzędach religijnych, w majestacie państwa ta zasada prawna jest rozmiękczana. Dość przypomnieć słynną przedmowę gen. Tomaszewskiego do wydanego przez Ordynariat Polowy Wojska Polskiego „Modlitewnika żołnierskiego”, w której np. wyznaczenie żołnierza do pocztu sztandarowego podczas nabożeństwa czy innego obrzędu religijnego jest rozkazem, który musi być wykonany bez względu na religijne przekonania żołnierza. Zresztą sam udział państwowych pocztów sztandarowych w obrzędach religijnych jest ewidentnym naruszeniem zasady rozdziału kościoła od państwa. Szczególny status Kościoła rzymskokatolickiego i jego duchownych wciąż jest twórczo pogłębiany przez przedstawicieli rozmaitych instytucji państwowych. Swoistym novum było udanie się sądu do biskupiego pałacu, aby tam, za zgodą biskupa, przesłuchać go jako świadka w toczącym się postępowaniu sądowym o nadużycia finansowe dokonane przy tworzeniu diecezji elbląskiej. Co jakiś czas pojawiają się nawet próby cenzurowania obiegu kulturalnego poprzez wywieranie presji na twórców, by swe dzieła artystycznego wyrazu podporządkowali kościelnej doktrynie. Podobne przykłady można mnożyć.
 
Nie ulega dla mnie wątpliwości, iż jakikolwiek kościół czy związek wyznaniowy jest taką samą instytucją społeczną jak każda inna organizacja. Oczywiście Kościół rzymskokatolicki ma swoją specyfikę, wynikającą z doktryny wiary, przyjętej liturgii czy setek lat istnienia. W mojej ocenie, którą niektórzy mogą uznać za zbyt kontrowersyjną, Kościół rzymskokatolicki jest najbardziej niedemokratyczną instytucją na świecie, posiadającą scentralizowaną hierarchię i jedynie słuszną ideologię. Ostatni z istniejących globalnych totalitaryzmów. Ponadnarodowy koncern, oferujący swoisty towar na targowisku nadziei. Kościół w Polsce jest szczególnie nieprzemakalny na krytykę i alergicznie reaguje na wszelkie nieśmiałe próby demokratyzacji struktur wewnętrznych czy ujawniania jego finansów. Episkopat - podobnie jak Watykan głuchnie - gdy sami wierni domagają się reformy tego kościoła.
 
W kontekście moich rozważań chciałbym zdecydowanie podkreślić - twierdzenie iż Polska nie jest państwem wyznaniowym należy uznać za półprawdę. Zaś półprawda jest całym kłamstwem.
 
Autor: Polityk i publicysta, poseł na Sejm RP II kadencji w latach 1993-1997.

Wolność sumienia i wyznania a obecna Konstytucja RP i Konkordat – dotychczasowa praktyka i perspektywy. Mareiały z sympozjum popularnonaukowego zorganizowanego w Łodzi 3 marca 2001 roku, Łódź 2001, s. 21-31.