Czy Kościół katolicki w Polsce zdolny jest do dialogu i współdziałania z demokratycznym państwem czy jedynie do jego kontestacji i mnożenia roszczeń?
 
Profesor Andrzej Walicki
 
 
Jako historyk idei zajmowałem się m.in. historią myśli religijnej, głównie rosyjskiej, a jako badacz dziejów myśli polskiej wciąż napotykałem problem ogromnej i nie zawsze jednoznacznie pozytywnej roli, którą odegrał w kształtowaniu umysłowości polskiej Kościół katolicki. Podchodziłem do tego problemu bardzo krytycznie, ale zawsze dystansowałem się od pozycji wojującego wolnomyślicielstwa. Interesowała mnie przede wszystkim walka o wewnętrzną przemianę Kościoła, o jego radykalną, humanistyczną odnowę. Zrozumiałe więc, że pokładałem wielkie nadzieje w II Soborze Watykańskim. Nie miałem więc oporów przed przyjęciem, w roku 1986, fundowanej katedry na Katolickim Uniwersytecie Notre Dame w Indianie. Wystarczyła mi pewność, że uniwersytet ten reprezentuje katolicyzm jednoznacznie posoborowy i opowiada się za dalszą, konsekwentną modernizacją katolickiej doktryny i katolickich postaw społeczno-politycznych. W rozmowie z rektorem uniwersytetu nie ukrywałem zresztą, że w konwencjonalnym sensie tego słowa nie jestem katolikiem wierzącym, a tym bardziej praktykującym.
 
Rektor, a raczej ?Prezydent? uniwersytetu, o. Theodore Hesburgh, przyjął to z całkowitym zrozumieniem. Nie byłem zresztą żadnym wyjątkiem, uniwersytet bowiem, mimo swej programowej katolickości, nie stosował przy zatrudnieniu profesorów żadnych kryteriów wyznaniowych. Przeciwnie: starał się udowodnić, że katolicyzm może być tolerancyjny, otwarty, życzliwy wobec ekumenizmu i religijności bezwyznaniowej. Łączyło się to ? choć w Polsce brzmi to dziwnie ? z sympatiami wyraźnie lewicowymi. W Notre Dame nie było w dobrym tonie solidaryzowanie się z watykańską krytyką latynoamerykańskiej ?teologii wyzwolenia?. Uważano za oczywiste, że Kościół katolicki w USA powinien plasować się na lewo od centrum, sympatyzować z katolicką Ameryką Łacińską i latyno-katolickim elektoratem w USA, czyli z ludźmi ubogimi, wyzyskiwanymi, zmuszonymi walczyć o obywatelskie dowartościowanie.
 
W Polsce, niestety, sytuacja jest inna, wciąż dominuje bowiem kontrreformacyjny, potrydencki model katolicyzmu, spełniający rolę potężnego hamulca postępu. Mamy jednak również piękną tradycję walki o wewnętrzną przemianę religijności polskiej. Jako badacza myśli polskiej epoki romantyzmu uderzyło mnie, że za mało wiemy o tej tradycji: słusznie kojarzymy romantyzm z wielkim wybuchem religijnych nadziei, ale za mało uświadamiamy sobie, że była to religijność heterodoksyjna, żądająca radykalnej przemiany polskiego katolicyzmu, jako niezbędnego warunku odrodzenia narodu. Religijni mesjaniści głosili ideę społecznego odrodzenia ludzkości przez nową religię, religię Ducha Świętego, mającą służyć zbawieniu ludzi na ziemi. Religijność ta miała zastąpić skostniały katolicyzm kościelny. Duch chrześcijański ? głosił Mickiewicz z katedry w College de France (Dzieła, t. 11, s. 406) ? ?jest gotów do wyjścia z łona Kościoła katolickiego: tylko duchowieństwo urzędowe ma za mało ciepła i światła, aby pomóc mu się wykluć?. Analogiczną diagnozę stawiał August Cieszkowski: przekonany był, że ?wywietrzała albo spróchniała wiara ojców naszych? (Ojcze Nasz, t. 3, s. 92) i wyprowadzał stąd wniosek o konieczności przekształcenia historycznego chrześcijaństwa w ekumeniczny Kościół ludzkości, jednoczący ludzi wszystkich wyznań i ras w służeniu wspólnej sprawie integralnego wyzwolenia. Jeszcze bardziej stanowczo stawiał sprawę Bronisław Trentowski, głoszący, że ?nowa Polska musi we wszystkim się odrodzić? i stale podkreślający, że początkiem procesu odrodzenia musi być zerwanie ze ?ślepowierczym? katolickim tradycjonalizmem.
 
Alternatywą myśli o radykalnej transformacji tradycji chrześcijańskiej była pokusa ostentacyjnego zerwania z tą tradycją. Była to opcja bardzo popularna na lewicy, jako reakcja na papieską encyklikę Cum primum, potępiającą powstanie listopadowe. Najbardziej rozpowszechnioną jej formą była Lelewelowska idea powrotu do przedchrześcijańskich wartości słowiańskiego gminowładztwa, podzielana przez największą i najbardziej reprezentatywną organizację emigracyjnej lewicy ? Towarzystwo Demokratyczne Polskie. Seweryn Goszczyński uzasadniał zerwanie z katolicyzmem polską racją stanu, a mianowicie niemożliwością pogodzenia interesów Kościoła z interesem narodowym: ?Nie podobna być zarazem dobrym katolikiem i dobrym Polakiem? (Towarzystwo Demokratyczne Polskie. Dokumenty i pisma, Warszawa 1954, s. 236). Inni demokraci uzupełniali to rozwinięciem myśli o zgubnej roli odegranej w dziejach wieloetnicznej Rzeczypospolitej przez utożsamianie polskości z katolickością.
 
Idee takie dominowały w życiu  umysłowym polskich elit w okresie największej popularności w Europie sprawy polskiej i największych nadziei polskiego ruchu niepodległościowego. Zachwiały się natomiast pod wpływem kolejnych narodowych klęsk: w roku 1846, gdy powstanie krakowskie wywołało potworną ?rzeź galicyjską?, w latach klęski ogólnoeuropejskiej Wiosny Ludów, i wreszcie w wyniku katastrofy powstania styczniowego. Trentowski, bynajmniej nie rezygnując ze swej bezlitosnej krytyki tradycyjnego katolicyzmu, doszedł wówczas do wniosku, że w sytuacjach klęskowych należy wyzbyć się wielkich nadziei i dbać jedynie o przetrwanie. Katolicyzm ? dowodził ? zabił wprawdzie Polskę, ale trzeba jednak trzymać się go, ponieważ tylko on broni jej obecnie przed totalnym wynarodowieniem i zniknięciem.
 
Przypominam tę bolesną diagnozę, ponieważ zawiera myśl niewątpliwie trafną. Kurczowe trzymanie się katolickiego tradycjonalizmu było w Polsce wyrazem narodowego pesymizmu, utraty wiary we własne siły, okopanie się na pozycji obronnej. A skoro tak, to warto zastanowić się dlaczego postawa ta utrzymuje się w okresie, gdy Polsce realnie nic nie zagraża. Co trzeba zrobić, aby przezwyciężyć ten szkodliwy syndrom poczucia niepewności i narodowego zagrożenia?
 
Osobiście sądzę, że nie można odpowiedzieć na te pytania bez pogłębionego, szczerego dialogu z ludźmi Kościoła. Niekoniecznie i nie tylko z Episkopatem, i nie tylko w sprawach konkretnego modus vivendi między hierarchią kościelną a państwem. Potrzebny jest przede wszystkim dialog z intelektualistami katolickimi (w tym, oczywiście, hierarchami Kościoła, jeśli zechcą brać w nim udział na równych prawach), z katolickimi mediami, a także, rzecz jasna, z przedstawicielami innych wyznań. Dialogiem takim powinna być szczególnie zainteresowana lewica, a powinien on dotyczyć nie tylko spraw obyczajowych, lecz również społeczno-gospodarczych, takich jak prawa pracownicze ?pierwszeństwo pracy przed kapitałem? (mocno podkreślane przez Jana Pawła II), a także spraw ogólnoustrojowych, bardzo ciekawie interpretowanych przez Benedykta XVI w encyklice Caritas in veritate. Czy dużo wiemy np. o rozwiniętej tam koncepcji właściwych relacji między ekonomią a moralnością? No właśnie!
 
Proszę nie interpretować tych słów jako wyrazu braku zainteresowania sprawami prawno-obyczajowymi, będącymi często przedmiotem sporu między przedstawicielami Kościoła a władzą ustawodawczą. W pełni doceniam ogromne znaczenie tych spraw i dlatego właśnie zmartwiłem się przeczytawszy pewien fragment europejskiego exposé min. Radosława Sikorskiego, wygłoszonego w Niemieckim Towarzystwie Polityki Zagranicznej w Berlinie. Mam na myśli deklarację, że mimo postulowanego zacieśnienia więzów unijnych Polska zachowa ?na zawsze? prerogatywy całkowitej suwerenności w zakresie religii, tożsamości narodowej i moralności publicznej, a także w sprawach podatkowych. Dlaczego ?na zawsze?? Zrozumiałem to jako zastrzeżenie ostrożnościowe ? uspokojenie Kościoła i przedsiębiorców, że nie nastąpią niekorzystne dla nich zmiany ustawodawcze. Rozumiem, choć to smutne, że mogło to być potrzebne, ale słowa ?na zawsze? wydają mi się przesadą. Zgodziłbym się, że priorytetem jest dziś europeizacja zewnętrzna, ale musi ona przecież pociągnąć za sobą europeizację wewnętrzną. Można było tego nie podkreślać, można było nie obiecywać szybkiego przyjęcia Karty Praw Podstawowych, ale należało chyba wspomnieć, że propozycje ministra oznaczają jednak jednoznaczny wybór perspektywy rozwoju, a mianowicie drogi ku integralnej europejskości.
 
W ramach tej drogi nie ma alternatywy dla państwa jednoznacznie świeckiego, neutralnego światopoglądowo, wyraźnie oddzielonego od Kościoła. Przykład USA wskazuje jednak, że oddzielenie Kościoła od państwa nie musi być tym samym, co dogłębna laicyzacja społeczeństwa na wzór francuski. Można powiedzieć nawet, że społeczeństwo amerykańskie pozostało religijne dlatego właśnie, że Kościoły od samego początku oddzielone były od instytucji państwowych w sposób przyjazny wprawdzie, lecz rygorystyczny. Nie było więc pola do konfliktów, nie tylko dlatego, że żadne z wielu wyznań amerykańskich nie miało szans na zdobycie w państwie pozycji dominującej, ale także ? i przede wszystkim ? dlatego, że podważanie świeckiego porządku konstytucyjnego było czymś nie do pomyślenia.
 
Tak będzie kiedyś również w Polsce. Kościół polski powinien zrozumieć, że dla własnego dobra powinien zrezygnować z walki o zachowanie i umocnienie półwyznaniowego charakteru polskiego państwa.
 
Prof. Andrzej WALICKI jest wybitnym historykiem idei, cenionym znawcą historii i filozofii rosyjskiej; wykładał na wielu uczelniach w kraju i zagranicą, autor głośnej książki na temat marksizmu; jest członkiem rzeczywistym Polskiej Akademii Nauk.