Czy Kościół katolicki w Polsce zdolny jest do dialogu i współdziałania z demokratycznym państwem czy jedynie do jego kontestacji i mnożenia roszczeń?
 
Profesor Stanisław Obirek
 
 
Zacznę może od deklaracji czemu w ogóle zabieram głos. Otóż interesuje mnie problem postawiony w następującym pytaniu: ?Czy Kościół katolicki w Polsce zdolny jest do dialogu i współdziałania z demokratycznym państwem, czy jedynie do jego kontestacji i mnożenia roszczeń?? Odpowiem krótko ? nie jest zdolny.
 
Choć odpowiadam tak zdecydowanie, to muszę jednak sproblematyzować to pytanie, dookreślić każde z użytych weń pojęć. Bo czymże jest Kościół katolicki? Mamy przecież masę Kościołów katolickich. Prof. Jan Hartman mówił o dopasowywaniu się Kościołów katolickich do lokalnych warunków, co możemy, poniekąd, zaobserwować w postaci katolicyzmu i tworzeniu się kościołów narodowych. I to jest jeden wariant.
 
Inny wariant jest taki, że Kościół katolicki znakomicie dopasowuje się do sytuacji mniejszościowej, na przykład w Japonii, we Francji, w Chinach. I tam pokazuje zupełnie odmienne oblicze, tzn. jest zdolny do negocjacji, do prowadzenia szkół uniwersyteckich, jak na przykład jezuici w Tokio, gdzie 98% studentów to niechrześcijanie. I to wszystko sprawdza się znakomicie.
 
Zależy więc o jakim Kościele mówimy. Jeśli mówimy o Stanach Zjednoczonych, tam istnieje kilkadziesiąt uniwersytetów prowadzonych przez jezuitów, czy przez Kościół katolicki ogólnie ? profesor Andrzej Walicki spędził na jednym z takich uniwersytetów kilkanaście lat ? one znakomicie wpisują się w pluralistyczny system wartości, recept na życie, itd. Można dodać, że ten konkretny katolicki uniwersytet ? Notre Dame ? zasłynął również z tego, że nie tylko nadał doktorat honorowy w maju 2009 roku prezydentowi Barackowi Obamie, ale jego studenci i wykładowcy z ogromnym zrozumieniem odnieśli się do jego krytycznych uwag pod adresem doktryny katolickiej w sprawie aborcji. Takie wystąpienie na katolickiej uczelni w Polsce jest mało prawdopodobne.
 
Tak więc Kościół katolicki bywa zdolny do dopasowania się, czyli do dialogu i współdziałania z demokratycznym państwem.
 
Z Polską mamy problem, bo Kościół katolicki w Polsce jest inny. Powiem więcej ? Kościół w Polsce ma różne oblicza. Prof. Hartman wspomniał o nieżyjącym ks. Tischnerze. Uważam, że nawet dzisiaj, wśród żyjących księży, znajdują się osoby gotowe do negocjacji, jak choćby ks. Boniecki. Problem w tym, że oni nie dochodzą do głosu, że nie są partnerami, że nie są w ogóle zauważani jako partnerzy.
 
Problem dialogu jest szalenie ambiwalentny, trudny. Nie sądzę jednak, żeby to było tak, jak to stwierdził pan premier Miller ? że wiele zależy od polityki, bowiem w polityce interes polityczny jest dość wyrazisty. Sądzę, że powinniśmy używać w dialogu innych pojęć, np. zamiast ?interes polityczny? mówić ?dobro ogółu?. W tym sensie to nie polityka i politycy są ważni, zwłaszcza jeśli chodzi o miejsce religii w przestrzeni publicznej. Paradoksalnie powiem, że im mniej polityki w tej sprawie tym lepiej i dla religii i dla samej polityki. To są dwie sfery, które powinny być zdecydowanie rozdzielone. Pani prof. Danuta Waniek mówiła o dość niedobrych skutkach wprowadzonej do szkół edukacji religijnej; ponadto, prof. Józef Baniak przeprowadził wiele badań, które udokumentował w licznych publikacjach, z których ewidentnie wynika, że galopująca sekularyzacja naszego społeczeństwa jest m.in. zasługą niefortunnego nauczania religii w szkole. Gdyby na tym gruncie namysłu nad przyszłym obrazem społeczeństwa prowadzić dialog, to być może Kościół zrezygnuje ze swoich pseudo-przywilejów, jak chociażby te dwie godziny lekcji religii tygodniowo, które są czasem nie tylko straconym, a wręcz kontrproduktywnym. Dodać przy tym trzeba, że decyzja wprowadzenia religii do szkół była decyzją polityczną. Owszem, w jakiś sposób pod wpływem nacisku Kościoła katolickiego, ale jednak była to decyzja konkretnych polityków.
 
Krótko mówiąc, uważam, że warto dookreślić, co chcemy osiągnąć na drodze tego dialogu. Wtedy nie będziemy walczyć o wymierne korzyści finansowe, czy o wymierne polityczne wpływy, tylko będziemy zastanawiać się nad tym, z jakim społeczeństwem mamy do czynienia. Być może znowu, tak jak to bywało za czasów PRL-u, wspólny interes zbliży i polityków i ludzi Kościoła, rozumianych właśnie jako hierarchia czy urzędnicy Kościoła. Tak zresztą już się dzieje. Różnica polega jednak na tym, że w czasach PRL-u Kościół miał wpływ łagodzący na autorytarną władzę, a w tej chwili głównie dba o swoje interesy, które niekoniecznie są zgodne z dobrem ogółu społeczeństwa.
 
Pamiętam jak kiedyś rozmawiałem z kolegą, on też był księdzem, na temat mnożenia roszczeń i powiedział on, co następuje: ?Wiesz, mi się wydaje, że Kościół tylko wtedy będzie zdolny do reformowania się, kiedy będzie odczuwał braki finansowe.? Ja ująłbym to trochę paradoksalnie: myślę, że wtedy będzie zdolny do reformowania się, kiedy zacznie dławić się swoim majątkiem i nie będzie w stanie go w sposób sensowny trawić. Bo Kościół w Polsce ma ten syndrom nuworysza, czyli kogoś, kto nie bardzo radzi sobie z wydawaniem pieniędzy. Innymi słowy, osoby odpowiedzialne za środki finansowe w Kościele nie bardzo umieją je spożytkować. Zdaję sobie sprawę, że to co mówię nie bardzo jest potwierdzane przez otaczającą nas rzeczywistość, a możliwości ?chłonięcia? ludzi Kościoła wydają się wprost nieograniczone. Zgorszenie społeczne powodowane przez rosnące bogactwo Kościoła zaczyna budzić zwyczajny gniew społeczeństwa. W tym sensie pieniądze obrócą się przeciw Kościołowi. Tak się działo w przeszłości, więc nie widzę powodu by nie miało się tak stać również w przyszłości. Poza tym rzadko instytucje religijne dysponujące wielkimi środkami ekonomicznymi zdolne były do wielkich przełomów duchowych czy intelektualnych. Zwykle działo się wprost przeciwnie ? to sprzeciw wobec bogactwa prowokował genialne intuicje duchowe, by wspomnieć tylko genialnego reformatora niemieckiego w XVI wieku Marcina Lutra, czy wcześniej Franciszka z Asyżu odrzucającego bogactwo feudalnych zakonów średniowiecznej Europy.
 
Podam przykład. Jeżeli w Warszawie od kilku lat istnieje bardzo prężne środowisko młodzieży lewicującej skupionej wokół czasopisma ?Krytyka Polityczna?, to tylko dlatego tak jest, bo oni mają pomysł na obecność w tym mieście. Natomiast cały szereg prawicowych ośrodków, które mają, na przykład, różne studia nad myślą Jana Pawła II, jakoś nie zaznaczają swojej obecności, a to oznacza, że środki finansowe nie wszystko mogą zapewnić. Potrzebna jest uskrzydlająca idea, pomysł na zmianę otaczającej nas rzeczywistości. Takie idee posiadały środowiska katolickie w okresie PRL-u skupione w ośrodkach duszpasterstwa akademickiego czy w Katolickich Klubach Inteligencji. Dzisiaj zostały one wyciszone i zdominowane przez pewnych swych racji księży i biskupów. Poszukiwania i wątpliwości nie są mocną stroną dzisiejszych katolików.
 
Dlatego ja odczarowałbym troszkę ten polityczny problem Kościół a Państwo jako dwie wielkości i przesunął go w trochę inną przestrzeń. Powtórzę więc to, co powiedziałem na początku. Kościół katolicki nie jest zdolny w dzisiejszej Polsce ani do dialogu, ani do współdziałania z demokratycznym państwem. A dzieje się to z prostej przyczyny ? żąda dla siebie przywilejów, które stanowią zaprzeczenie porządku demokratycznego. Nic nie wskazuje na to, by miał ochotę z tych przywilejów zrezygnować i w kierunku polityków będzie ciągle te żądania wysuwał. Jak dotąd nie były to oczekiwania próżne.
 
Moja konkluzja będzie optymistyczno-pesymistyczna. Optymizm łączę z tym, że coraz mniej zależy od księży, biskupów i polityków, a coraz więcej od samego społeczeństwa. Pytanie teraz brzmi, czy pojawią się ze strony Kościoła mądrzy księża i biskupi ? co jest bardzo odległą perspektywą ? którzy zaczną zdawać sobie sprawę, że jednak istnieje społeczeństwo i jego problemy. Podobnie można odnieść się do świata polityki, żeby rzeczywiście zaczęli zagospodarowywać to, co jest do zagospodarowania, a nie tylko myśleli nostalgicznie o tym, jak było. Mój optymizm jest więc związany ze zmieniającą się rzeczywistością, zaś pesymizm łączę zarówno z hierarchią katolicką, jak i z politykami. I jedni i drudzy nie bardzo wykazują chęć nadążania za gwałtownymi zmianami społecznymi. Jako historyk mogę tylko dodać, teraz już optymistycznie, że takie rozminięcie z rzeczywistością kończyło się srogą karą zarówno dla instytucji religijnych, jak i struktur politycznych. Nie widzę powodu by i tym razem nie miałoby się tak skończyć.

Prof. Stanisław OBIREK, jest profesorem filozofii i historii, wykłada na Uniwersytetach Łódzkim i Warszawskim; wcześniej duchowny Zakonu Jezuitów i profesor Ingatianum w Krakowie; inicjator i współautor ważnych książek na temat dialogu Kościoła z niewierzącymi.