Czy Kościół katolicki w Polsce zdolny jest do dialogu i współdziałania z demokratycznym państwem czy jedynie do jego kontestacji i mnożenia roszczeń?
 
Poseł Leszek Miller
 
 
Cieszę się, że możemy się spotkać w tym gronie. Dziękuję Towarzystwu Kultury Świeckiej, redakcji ?Res Humana? i Fundacji im. Róży Luksemburg za inicjatywę tej konferencji.
 
Polska rzeczywistość polityczna i niepolityczna, a tym także nasza historia, przede wszystkim ta najświeższa, jest bardzo chętnie mistyfikowana i zakłamywana. Wystarczy czytać eseje profesora Bronisława Łagowskiego, by mieć w tej sprawie pełny obraz. Nie wdaję się w powody tej mistyfikacji, tego chętnego tworzenia mitów. Nie ma na to miejsca dzisiaj, to zresztą temat sam w sobie, odrębny i ciekawy. Wiele wyjaśnień znajdą Państwo u wspomnianego Bronisława Łagowskiego.
 
Polityczna historia Sojuszu Lewicy Demokratycznej także podlega takiej mistyfikacji. Czyż bowiem nie jest mitem zdanie, jakże łatwo wypowiadane przez naszych przyjaciół i recenzentów na lewicy, nie całkiem nam życzliwych, a które brzmi: nikt nie był tak łaskawy dla Kościoła katolickiego jak lewica, kiedy sprawowała rządy. W ustach Katona prawicy, a takich tam wielu, a także niektórych hierarchów, ta kwestia ma inne brzmienie: SLD walczy z Kościołem, chce Kościół zniszczyć. Ten z uporem powielany mit jest elementem ?czarnej legendy SLD?, jest częścią dorobionej nam ?gęby?. I w żadnym stopniu nie opisuje rzeczywistości.
 
Przypomnijmy zatem, jak rzecz się miała naprawdę w przeciągu ostatniego 20-lecia.
 
??PO PIERWSZE ? to nie SLD wprowadził lekcje religii do szkół. Zrobił to minister edukacji w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, prof. Henryk Samsonowicz. Przy pomocy rozporządzenia, chyłkiem i całkiem po cichutku. W taki sam sposób, nocą, chyłkiem i całkiem po cichutku, powieszono w Sejmie krzyż. Ówczesny Sojusz Lewicy Demokratycznej, jeszcze jako federacja organizacji lewicowych, obywatelskich, protestował i to bardzo głośno. Ale kto to już dzisiaj pamięta? I kto chce pamiętać?
 
??PO DRUGIE, to nie SLD powołał Komisję Majątkową, a nawet Komisję Wspólną Rządu i Episkopatu. Być może niektórzy z Państwa się zdziwią, ale obie te komisje istniały jeszcze od czasu Polski Ludowej. Nie żądaliśmy wówczas, co prawda, natychmiastowego rozwiązania obu tych ciał, ale czy rzeczywiście mogliśmy wówczas tego żądać bez ryzyka popełnienia politycznego samobójstwa? I w dodatku ze świadomością, że będzie to zupełnie bezskuteczne?
 
??PO TRZECIE ? to także nie Sojusz Lewicy Demokratycznej przygotował i wynegocjował Konkordat. Tak naprawdę SLD bardzo protestował przeciw jego zapisom, szczególnie tym dotyczącym opłacania z budżetu państwa powiększającej się liczby kościelnych funkcjonariuszy i katechetów. Tego też się już nie pamięta i nie chce pamiętać.
 
Poza tym ? co powtarzam do znudzenie i o co wielu ma do mnie pretensje ? w Sejmie nie wystarczy mieć rację. Trzeba jeszcze mieć większość. Myśmy jej nigdy nie mieli. Nie reprezentuję postawy romantycznej. Reprezentuję postawę realistyczną, pozytywistyczną. A z tą większością nie było tak dobrze, jak to się dzisiaj może wydawać tym wszystkim, którzy dostosowują się do wszechobecnego ahistorycznego myślenia. Polskie Stronnictwo Ludowe niekoniecznie chciało popierać nasze projekty. Co jest łagodnie powiedziane.
 
Na marginesie chcę zauważyć, co dla wielu tu obecnych nie będzie odkryciem, że w polityce bardzo rzadko, jeśli w ogóle, ma się komfort wyboru między większym czy mniejszym dobrem. Osobiście nie znam takiej sytuacji. Zdecydowanie częściej ma się do czynienia z sytuacją wyboru mniejszego zła. Wybraliśmy wariant mniejszego zła, aby osiągnąć większe dobro ? tym dobrem była akcesja do Unii Europejskiej. Teraz nam się to wypomina. Nie mam pretensji. Zbyt dobrze wiem, że w polityce płaci się nie tylko za błędy. Bywa, że płaci się także za sukcesy.
 
Wyobraźcie sobie Państwo, w jakim miejscu bylibyśmy dzisiaj, gdyby stało się inaczej? Gdybym podtrzymał to, co robił rząd Jerzego Buzka, dzisiaj przewodniczącego Parlamentu Europejskiego ? opóźniał akcesję? A opóźnienia były wtedy olbrzymie. Więc dokonaliśmy wyboru: poszliśmy po wsparcie do Kościoła dla referendum. Być może zrobiliśmy błąd. Ale kto dzisiaj powie na pewno, że zrobiliśmy źle? Koszt ryzyka mógł się okazać horrendalny. Uznałem wtedy, że nie wolno takiego ryzyka podjąć. Miałem taką prerogatywę jako premier i skorzystałem z niej. Wiedziałem, że Kościół, mając do dyspozycji tysiące ambon, mógł zatrzymać ludzi w domu. Że papież był za Unią Europejską? Jan Paweł II był w Rzymie. I był już bardzo chory, a polski Kościół słuchał go wtedy, kiedy chciał.
 
To tyle wspomnień. A teraz kilka uwag na tematy aktualne. Dziś mamy sytuację inną. Przed Polska nie stoją żadne wielkie wyzwania, poza kryzysem, który wymaga wszakże innych działań. Jest zatem czas na podjęcie próby regulacji kwestii, o których mówimy. Byłoby dobrze, żeby problem właściwych relacji państwo ? Kościół uznać za ważny dla jakości polskiej demokracji i tak te relacje kształtować, by odpowiadały współczesnym demokratycznym standardom. Obecnie od tych standardów dzielą nas lata świetlne.
 
Państwo jest ?przesiąknięte? Kościołem, a konstytucyjna zasada przyjaznego rozdziału pozostaje w sferze postulatu. Nie ma publicznej uroczystości, wszystko jedno jakiej, od rozpoczęcia roku szkolnego po otwarcie drogi, by burmistrzowi, staroście albo innemu przedstawicielowi władz publicznych nie towarzyszył duchowny rzymskokatolicki. O innych wyznaniach nie mówię, bo one w zasadzie w sferze publicznej nie występują. Ale Kościół rzymskokatolicki jest wszędzie. To, w kontekście państwa, dominujące wyznanie. O problemie równości wyznań nie mówi nikt. To zapomniana kwestia. Tymczasem ta właśnie kwestia wymaga regulacji. Czy obie strony są gotowe na rozmowę o tym ? nie wiem. Przypuszczam, że albo wcale, albo w niewielkim zakresie.
 
Po ponad dwudziestu latach budowania i praktykowania demokracji parlamentarnej warto wreszcie nauczyć się rozumienia i respektować elementarną normę ? ?każdy inny ? wszyscy równi?. I nie chodzi o przepisy prawa ? te są naprawdę niezłe ? ale o realizację ich każdego dnia i odwagę ? z rządem i premierem na czele ? w ich realizacji. Mówię wyłącznie o kontekście państwa, bowiem kontekst religijnych potrzeb ludzi jest inną sprawą. Tu nie ma żadnych wątpliwości, że powinny być w pełni zaspokajane.
 
Już bardzo dawna temu wymyślono uniwersalną zasadę zawierającą się w sformułowaniu: ?Co boskie ? Bogu, co cesarskie ? cesarzowi?. Warto by ją wdrożyć w życie i respektować autonomię państwa, bo autonomia Kościoła nie wydaje się zagrożona.
 
Jest problem konkordatu. Nie wydaje mi się, by możliwe albo celowe było jego wypowiedzenie. Ale renegocjacja jest już pożądana i konieczna. Choćby w kwestii wyprowadzenia religii ze szkół publicznych. Zaś absolutnym priorytetem dla władz powinna być dbałość o niewykraczanie poza ramy tej umowy. O niedopuszczanie do poszerzania wpływu Kościoła w państwie, czego najnowszym przejawem jest nowy dzień wolny od pracy w święto Trzech Króli. Jako realista żądam ? ograniczmy się do tego, co w konkordacie zapisane i renegocjujmy go tam, gdzie to konieczne.
 
Poszerza się chyba przyzwolenie społeczne na dokonywanie zmian w tym obszarze życia publicznego. Przypomnę liczny i widoczny protest przeciw próbie sakralizacji dziedzińca pałacu prezydenckiego, czy oburzenie towarzyszące zmienionemu w święto religijne pochówkowi Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. Zwłaszcza ludzie młodzi wydają się tęsknić do państwa neutralnego światopoglądowo, gdzie każda rzecz ma swój porządek i jest na swoim miejscu. Potwierdził to przekonanie także rezultat wyborczy Ruchu Palikota.
 
W programie SLD już dawno temu zapisaliśmy postulat likwidacji Funduszu Kościelnego. Utrzymywanie tej instytucji jest sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem i obecnie już na granicy prawa (jeśli nie poza nią). Ten fundusz miał stanowić rekompensatę za mienie utracone onegdaj przez Kościół. Obecnie mienie jest zwrócone, a z publicznych pieniędzy utrzymujemy księży, zakonników, płacimy ich emerytury i renty, także tych, którzy jako misjonarze w ogóle nie pracują w Polsce. Jeżeli mówi się ?o konieczności rezygnacji z nadmiernych przywilejów?, to tolerowanie tego stanu uważam za nadużycie.

Nie wolno też dopuścić do ?zamiecenia pod dywan? afer, które wygenerowała tzw. Komisja Majątkowa i odzyskać dobra przekazane Kościołowi w drodze przestępstwa. Kłopot z tym będzie ogromny, ale trzeba to zrobić.
 
Istnieje wreszcie cały katalog spraw wymagających spokojnego rozważenia, dialogu i rozwiązania. To kwestia m.in. pojawiających się nowych koncepcji finansowania kościoła, w tym ?podatek kościelny?; jawności finansów kościelnych; zasad i zasadności wspierania kościoła przez samorządy, jak się wydaje powszechnego; bezwzględnej jawności ? jako normy ? dotacji państwowych i samorządowych; opodatkowania na równych prawach dochodów kościelnych; szkolnej i przedszkolnej katechezy; kapelanów w instytucjach publicznych, może z wyjątkiem szpitali; finansowania działalności religijnej z budżetu państwa. Należy pomagać Kościołom i związkom wyznaniowym w zachowywaniu substancji będącej ?dobrem narodowym?. Czyli remont Bazyliki Mariackiej i Ołtarza Wita Stwosza ? jak najbardziej tak, renowacja wybitnych dzieł sztuki sakralnej ? zdecydowanie tak. Pod kontrola państwa i kompetentną opieka stosownych instytucji. Ale już wspieranie inwestycji w rodzaju świątyni Opatrzności Bożej pod pretekstem, że będzie się tam uprawiać działania kulturalne i wychowawcze ? już zdecydowanie nie; świeckiego charakteru świąt państwowych; święcenia i siedzib władz publicznych; charakteru mediów publicznych, a więc problem ustawy medialnej.
 
Żadna z tych spraw nie należy do łatwych. Przed nami bardzo długi proces, w którym nic nie powinno być rozwiązywane na siłę, a w wyniku porozumienia. Jeżeli dzisiejszy panel chociaż fragmentarycznie uporządkuje nasze myślenie w tych sprawach i udzieli, choćby niepełnej odpowiedzi na tytułowe pytanie ? to będziemy mogli powiedzieć, że nie zmarnowaliśmy czasu.