Bezduszny mózg, magiczny umysł
Po lekturze Zdobywanie i zużywanie się doświadczenia ludzkiego Zdzisława Cackowskiego
 
Autor: Stanisław L. Kubiak
 

Magda A. (neuropsycholożka) i jej Mariusz (ogrodnik) zapytali mnie pewnego razu – dlaczego uparłem się traktować umysł i mózg, jako różne i odmienne światy?
 
Nie umiałem odpowiedzieć zwięźle. Dłuższa odpowiedź wydało mi się niepraktyczna, zwłaszcza w czasach nadmiaru zmartwień o wikt, opał i opierunek. I znaków nadciągania kryzysu światowego. Lecz jeśli nie mózgiem, a umysłem jest nasz zwariowany świat?
Ich uwagi zamknięte zostały w trzech pytaniach:
1. Co to znaczy, że mózg nie zmienił się (jak stwierdziłem)? Jego cechy podlegają przecież prawom zmiany i dziedziczenia, jak reszta życia!
2. Co rozumieć – pytali dalej – przez niezwykłą zmianę umysłu. Dopóki rozumiemy Dawida i Szekspira – nie wydaje się, by się zmienił.
3. Gdy choruje umysł, czy nie choruje również mózg!

Nie dojrzałem do lapidarnej odpowiedzi na ich pytania i do zwięzłej opowieści o ewolucji mojego myślenia o mózgu i umyśle. Ale jednak...
 
1.
 
W naukach społecznych narzędziami poznawania życia są pojęcia i nazwy. Pomagają analizować świat, ulegać mu i go zmieniać. Gdy na przykład przedsiębiorcę nazwę pracodawcą, a jego pracowników pracobiorcami to namaluję zupełnie inny obraz życia gospodarczego i społecznego, niż wtedy, gdy te nazwy odwrócę. Każdy widzi dajmy na to siekierę i kloc drewna. Ale jako stolarz postrzega te przedmioty całkiem inaczej niż jako rzeźbiarz albo harcerz na biwaku. Ekonomista sprowadzi różnicę pomiędzy nimi do wartości, która jednak nie jest widoczna, ale może być opisana przy pomocy ceny, zawsze w przybliżeniu. Marksiści wolą spostrzegać wartość jako skrzep pracy ludzkiej i dzięki temu szacować wyzysk. Z kolei ekonomista liberał woli oznaczać ją przez krańcową użyteczność, bo traktują ceny jako przybliżone miary użyteczności...
 
Czyli – pojęcia i nazwy współtworzą rozmaite sposoby objaśniania rzeczywistości i tak też jest z mózgiem i umysłem, a również i z duszą. Tymczasem obie te nazwy (mózg i umysł) uchodzą powszechnie za prawie tożsame, wymienne, chociaż wyznaczają odmienne widoki. Mózg z pewnością jest oknem badawczym biologów (w tym medyków, neurologów i psychiatrów). Psycholodzy zaś chodzą pomiędzy witrynami biologów (medyków) a badaczy nauk społecznych – w samej rzeczy więc pomiędzy mózgiem a umysłem.
 
2.
 
Oto terminy: mózg i nerwowy układ obwodowy najwyraźniej ograniczają albo ignorują ludzki świat społeczny, wypychają go na pobocza, niekiedy dalekie. Opisują świat w skali wąsko-biologicznej, wskutek czego zacierają kontury jego wielkości i różnorodności społecznej. Dla biologów człowiek to przede wszystkim oddychanie, odżywianie i trawienie, czyli biologia, chemia albo fizyka. Z ich okna świat wygląda, jak wzajemne zjadanie się, trawienie i opróżnianie.
 
W tej bio-jednostronności medycyna wspięła się na szczyty somatyczności, a neurologia i psychiatria pogoniły za medycyną, jak za panią matką. Lubi oto gmerać w mózgach, jak w laboratoriach i pokładać nadzieje w chirurgicznym, elektrycznym, radiologicznym i farmaceutycznym uzdrawianiu zmysłów i mózgów. Czytam ostatnio o zaletach wszczepiania do mózgu rozruszników neurologicznych na bateryjki, które mają zmienić także charaktery i moralne upodobania.
 
Przedstawiciele tej laboratoryjności medycznej naśladują Frankensteina. Widzę ich zgoła jak kolonizatorów wyznaczających Afrykanerom granice przy użyciu ekierki i cyrkla. Gdy człowiek, jako seryjny zabójca nie wpasuje się im do sztanc normalności (biologicznej lub neurologicznej), to zobaczą szansę jego naprawy przy pomocy mikrochirurgicznych cięć mózgu, jako wadliwego wyniku loteryjnej gry genów, plemników i jajeczek.
 
3.
 
Z wielowiekowej niechęci do takiego, ekstremalnego somatyzmu medycznego – jak myślę – zrodziła się ludzka myśl o istnieniu duszy, wyraźnie oddzielonej od ciała. W końcu Kartezjusz jasno i zdecydowanie odseparował od ciała także umysł jak rzeczy osobne, oddzielne. I pomógł religijnym uczonym i wykształconym księżom rozprawiać o duszy i umyśle jako realnych fenomenach, choć niedookreślonych.
 
Mikołaj Gogol w Martwych duszach pisał o bezdusznym ciele gubernatora, przyznając tym samym, że ciało tego despoty miało duszę. Tylko pytanie – czym ona była, skoro po śmierci ciała znikła nie pozostawiając po sobie śladu. Biegli specjaliści sądowi przyznają, że w prosektorium nie widać duszy, jedynie materialny mózg – jako rzecz albo skład nieczynny. Może więc dusza, jak i umysł nie jest żadną rzeczą tylko czynnością, ruchem elektronów, które wszelako są – jak wiemy – bytem materialnym.
 
Mój prawie przyjaciel, Napoleon Baniewicz, wybitny psychiatra i neurolog, miał piwnicę pełną słojów z mózgami zmarłych (chyba w formalinie). Utrzymywał, że mózgi, które trzymał, są śmiertelnie okaleczone wskutek amputacji nerwowego układu obwodowego. No to przyjąłem hipotetycznie, jako filozof amator, że wszystko, co się rusza, musi mieć jakieś obwody albo łącza, a jak już ma łącza, to może mieć umysł, który jest ruchomością w sieci łącz...
 
4.
 
Baniewicz leczył (w 1967 r.) niedowład nóg pewnego chłopca. Chłopiec wychodził ze szpitala na własnych nogach, ale co rusz wracał na wózku. Wtedy doktór uznał, że przyczyny tego chorowania tkwią nie tyle w samym chłopcu, co w jego domu. Najwyraźniej nie chciał wracać do rodzinnego domu, który przypominał melinę. I odtąd lokował go w specjalnej salce z umierającymi, którzy okazali się najlepszymi terapeutami. Zdrowiał przy nich w trzy dni, żeby więcej nie powracać. No to zapytałem doktora: – Czy leczył mózg chłopca czy jego umysł? Zawahał się i odpowiedział: – Raczej umysł!
 
Spodobał mi się (wyświetlany w 2003 r.) film Piękny umysł. Jego bohater miał chory mózg, zdiagnozowany medycznie, ale super umysł potwierdzony matematycznie. Czy to znaczy, że chory mózg może pomieścić zdrowy umysł? Psychiatrzy – jak wiem po lekturze Opowieści o muzyce i mózgu, Olivera Sachsa – znają ludzi z wadami mózgów o umysłach imponujących. To by znaczyło, że sprawne umysły niekiedy bywają uniezależnione od ułomnego mózgu.
 
Ograniczenia mózgowe – co raczej oczywiste – bywają więc kompensowane z nawiązką przez niezwykły umysł, jego pamięć, niespotykaną muzykalność, wirtuozowską sprawność pianistyczną albo malarską na przykład Vincetego van Gogha. To by potwierdzało, że o sprawności mózgów przesądzają nie tyle jego anatomiczna budowa, co sploty i przeploty w sieci neuronów. Anatomicznie wydzielony i opisany mózg byłby tedy niczym, ale razem z siecią łączącą – wszystkim! Czyli mózg byłby rozgałęzioną siecią łączy ze światem, ale sam umysł wielkim, rozszumiałym drzewem poznania...
 
Może wobec tego wolno rzec, że gwiazdozbiory na niebie są związaną z nami siecią łącz niewidocznych dla neurologów? Czyż nie tak je spostrzegał Imanuel Kant, gdy wołał: Niebo gwiaździste nade mną, a prawo moralne we mnie. Odtąd wydało mi się, że mózg nie tkwi wcale czy tylko w ludzkiej głowie ale w całym ciele, a to ciało nie jest wcale wycinanką świata ale jego integralną cząstką. Czyli cząstką i zarazem łączem bezgranicznego koloseum.
 
Tak fantazjując coraz częściej zerkałem na ludzkie mózgowie, jako część innego mózgowia, zaś pojęcie obwodowego układu nerwowego wydało mi się jakimś zaściankowym ograniczeniem. Kolega, dobry poeta i zawodowy filozof, Jan Kurowicki – chyba myślał podobnie, gdy pisał wiersz Szept losu. A pisał tak: Gdziekolwiek jesteś, jesteś w centrum świata (I każda drobina kurzu na twoich butach, łza i pot…. (…)? I tak przez całą codzienność, która jest twoją,) jedyną, wierną nieśmiertelnością … Wszędzie w centrum świata może (…) zdziwiony, że tak niewiele z tego wynika – tego ostatniego nie byłbym tak arbitralnie pewny jak on.
 
5.
 
Owe mózgowie zacząłem tedy nazywać sieciowiskiem, ponieważ najwyraźniej wydaje się przeogromną łącznicą i czytnikiem wszystkiego, co je otacza. Zdzisław Cackowski (Zdobywanie i zużywanie się doświadczenia ludzkiego!) przypomina, że człowiek skontaktowany jest z życiem podwójnie: z tym, co żyje w nim i zarazem z tym co żyje poza nim, jednakże to poza zdaje się być coraz rozleglejsze i donioślejsze niż to, co siedzi w nim samym. Ale medycyna wciąż woli pielęgnować swoją somatyczną, zaściankową i uczoną rejonizację cielności. I ignorować istnienie także czegoś takiego, jak społeczny system nerwowy.
 
Wiedeński filozof Wittgenstein wołał kiedyś, że Granice mojego języka są granicami mojego świata! Otóż to, im większe granice zatacza język, tym więcej mam tego świata. No to gdzie kończyłby się ów obwodowy układ, gdy takie języki jak muzyka, malarstwo i widoki gwiazd na niebie okazują się bezkresnym ruchem sygnalizacyjnym pomiędzy mną a nimi, każdą inną cząstką świata. Znajomy grafik pokazał mi kiedyś stary topór z przepięknie wymodelowaną rękojeścią, który chował w kufrze. Kiedy wieszał go na ścianie – goście zaraz chcieli do niej przymierzać swoją rękę i rąbać. No to zaczął topór chować, co by potwierdzało, że topór promieniował. I że wtedy owe granice mojego języka ( postępowania) wyznaczane są przez granice świata jaki mnie otacza…
 
Otóż to – nieustannie rozgałęziające się łącza mózgowe – w moich wyobrażeniach – wychodzą coraz dalej poza mnie i zwiększają zasięg mojej obecności w świecie coraz bardziej rozległym, skomplikowanym i coraz bardziej nieobjętym. I znowu jak dawniej zbyt tajemniczym. Wcale się nie dziwię Stanisławowi Obirkowi (byłemu kapłanowi i teologowi), że – jako zwolennik myślenia integrującego – założył przed laty Pracownię Pytań Granicznych; na Uniwersytecie Poznańskim. (Ciekawe, jak ta inicjatywa została przyjęta przez wybitnych specjalistów? Czy nie zignorowana?) Może więc ów ten cały, pulsujący taniec myśli w globalnym sieciowisku trzeba także uznawać za umysłowy? I siebie widzieć w nim.
 
6.
 
Oczywiście wszystkie lokalne i globalne, przewodowe i bezprzewodowe linie przesyłowe mózgowia formują się w węzły, kłębki, pnącza, hafty, bukiety czy mapki. W tym sensie muszą się nieustannie zmieniać jak zmieniają się ogrody naszych myśli. Nasi antenaci, jako niepiśmienni, potrzebowali w tym ogrodzie przede wszystkim zwojów dobrej pamięci, inne niż współczesne, gdyż teraz doświadczenie możemy wpisywać do książek, składować w bibliotekach albo pakować do kostek krzemowych komputera. Ale te zmiany haftu sieciowego przecież nie zmieniają mózgu, jeno to, co się dzieje w nim samym. Są ruchem życia umysłowego. Mózg wygląda mi zatem na skrzynkę, pancerz, albo kołyskę naszych uczuć i myśli, ich niezwykły bio-transformator. Przyjąłem więc, że odkąd mamy tę kołyskę odtąd ludzkie mózgowia nie zmieniają się, albo zmieniają tyle co nic. Znaczące ich przemiany anatomiczne liczyłbym w skali ewolucyjnej, antropologicznej.
 
Z prosektoryjnej (wąsko biologicznej) perspektywy medycznej zmiany mózgowe dadzą się sprowadzić do trzech cielesnych rejonizacji: pnia mózgu, układu limbicznego i kresomózgowia spiętych nerwowym układem obwodowym. Ale te rejonizacje zdają się zawężać poznanie, wypreparowują człowieka z rzeczywistości. Może lepiej byłoby używać tu innych nazw dla opisania tej globalności i zależności, opowiadających raczej żywą historię splątywania się z sobą trzech neuro-sieciowisk (mózgowi): 1. gadziego, 2. ssaczego i 2. nowego uznawanego za racjonalny albo intelektualny.
 
Krokodylom oto wystarczyło sieciowisko (mózgowie) gadzie, jako bioautomatyczny regulator oddechu i bicie serca w bujnym ogrodzie flory i fauny, jak u pewnej żaby w sadzie, przedzierającej się przez wilgotne zielsko. Żarcie samo pchało się im do pyska, a gdy nie żarły to leżakowały i spały. Gdy żołądek skowyczał z głodu – reagowały otwarciem ślepi, które patrzyły, co mają pod pyskiem. Nie martwiły się na zapas, dopóki nie wyżarły wszystkiego, co miały pod nosem. Potem było coraz trudniej przeżyć, albowiem wygłodniałe bio-sąsiedztwo też żarło bez miary. Konkurencja wymagała coraz większej ruchliwości, szukania światów jeszcze nie przetrzebionych. Przydawało się więcej widzieć i słyszeć, sprawniej reagować, ruszać się żwawiej, szukać lepszego uzbrojenia, bo trzeba było – z braku lepszego wyjścia – z sobą walczyć i pożerać siebie nawzajem. I wtedy tam, gdzie mózgowie było gorzej uzbrojone, jak gadzie, większe szanse przeżycia zapewniała ruchliwość w nowym sieciowisku – ssaków.
 
Ssacze łącza musiały więc być czulsze, bardziej zmysłowe niż gadzie. Musiały prędzej – jak wiemy – reagować na zagrożenia i bliskość zdobyczy, zawsze wedle imperatywu: uciekaj albo walcz! W książeczce Przypadek i konieczność Jacques Monoda (noblisty) znalazłem stwierdzenie, że przyroda zna tylko ten jeden imperatyw kategoryczny: eliminować najsłabiej wyposażonych i zwyciężać za wszelką cenę. Wedle tej reguły gepardy ścigają sarny, bo zginą z głodu a sarny czym prędzej uciekają, bo zginą jako danie. I tak – jak wiadomo – ssaki ścigając doskonalą zdolności gonienia, a inne – zdolność uciekania, bo by nie przetrwały. I tak mamy kryzysy przyrodnicze i klasyczny wyścig zbrojeń w wersji jeszcze klasyczno przyrodniczej, nie ucywilizowanej. Ale już Romain Rollad zauważał dwa wieki temu, że jedni zwykle siadają przy stole i jedzą, a drudzy wjeżdżają na stół jako danie – na tym polega polityka.
 
7.
 
W tę fazę – moich amatorskich zastanowień – wtrącił się pewnego razu Szymon B., oczytany leśnik i także filozof amator. Lubię takich znajomych, bo lubię rozmowy o sprawach niepojętych. Otóż Szymon wyjaśnił mi, że drzewa wcale nie są pod tym względem gorsze od gepardów. Tyle, że nie spieszą się jak drapieżniki i jak ludzie, którzy spieszą się raczej wzdłuż i wszerz, gdy sosny w górę. A sosny pnąc się w górę nawzajem przysłaniają sobie niebo. Wdają się więc w kosztowny wyścig z sobą o dostęp do słońca. I w żadnym razie nie potrafią tej wojny ograniczyć i zakończyć na przykład na wysokości powiedźmy czterech metrów. Nie potrafią, ponieważ mają natury egoistyczne do cna, osobnicze, w odróżnieniu od człowieka myślącego, który zyskał szansę myślenia społecznego, solidarnego, aczkolwiek nie bardzo się ku temu spieszy. Tymczasem ludzki umysł, ulokowany nad gadzim i ssaczym, zdaje się tylko podpowiadać potrzebę pokojowego spowolnienia wyścigu toczonego na obraz i podobieństwo sosen, gepardów i jeleni. Ale ssacze i gadzie mózgi zdają się być wciąż panujące.
 
Nawiasem – Szymonowi i mnie wydało się raz, że socjalizm może okazać się lepszy od kapitalizmu, bo chce uniknąć dramatycznego, kosztownego i wyniszczającego wywyższania się jednych kosztem drugich. Z tego powodu popatrzyliśmy na ogród zoologiczny w gdańskiej Dolinie Radości jak na prefigurację socjalizmu. Ale zwolennicy wolnego rynku raczej dojrzą w nim obóz koncentracyjny zniewalający naturę i postęp. Chcą widowiskowej gospodarki rynkowej, która orężny wyścig zbrojeń zastępuje wyścigiem zbrojeń gospodarczych, czyli i tak trzyma się wojowniczego algorytmy gadów i ssaków.
 
8.
 
Niewątpliwie nowe mózgowie nazywane intelektualnym (racjonalnym) pomaga człowiekowi dostrzegać dobre i złe skutki rywalizacji ekonomicznej o lepszy byt. Pozwala widzieć burzliwą zmienność i przemienność życia. Pomaga wreszcie zamiast reagować instynktownie – myśleć i zauważyć, że człowiek żyje w świecie, który w pewnej skali sam stwarza i sam też go sobie komplikuje. Wyszedł ze świata tunelowego – jak prosto i jasno pisze Zdzisław Cackowski – w którym są tylko dwa wyjścia: do przodu albo do tyłu. Ale za tym tunelowym światem stanął przed rozwidleniem: w prawo, w lewo, w górę, w dół, w rosnącej liczbie poziomów, z estakadami, aż głowa boli.
 
Z samym bio-automatycznym mózgowiem (ssaczym i gadzim) nie może wiedzieć – gdzie iść. Ale wreszcie może (czy raczej – powinien) pomyśleć, zastanowić się, zatrzymać, wysłać kogoś na zwiady itd. To by znaczyło, że jego umysł może wykorzystać zwoje swego rozwiniętego mózgu i chronić je także od przegrzania, bo przegrzewa się jak klimat ziemi, traktowanej jak monstrualny i niewyczerpany piec.
 
9.
 
W każdym razie – rozwinięte mózgowie jako rozkwitający sieciowy busz pozwala zapamiętywać, przewidywać, rozpoznawać przyczyny, oddzielać je od skutków, analizować, unikać reakcji ssaczych: uciekaj albo walcz. Ba – pozwala myśleć czyli pytać: – czy nie lepiej tyle się nie ścigać? Czy zamiast żreć i chlać nie lepiej jeść umiarkowanie, może bowiem człowiekowi warto być ponad sytością. Czyż jednakże przestrzeganie przed siedmioma grzechami głównymi nie jest utopią umysłów rozmarzonych? Po co tyle mieć? Może wreszcie przyhamować, powściągnąć nienasycenie i nadprodukcję rzeczy zbędnych w zdrowym i sensownym życiu?
 
Czy tak myślą zwoje i łącza mózgowe czy umysły? Otóż przyjmuję, że myślenie jest cechą umysłu! A to czyni różnicę.
 
Mój umysł akurat spostrzega obłędny rozwój motoryzacji i pyta – czy nie powiela ona cykli darwinistycznych w przebraniu cywilizacyjnym (intelektualnym). Przez miasta i wsie jedzie coraz więcej aut, każde wiezie z sobą trzy albo i cztery puste miejsca, trzy auta zaś zajmują przestrzeń jednego zatłoczonego autobusu, a wszyscy próbują wysforować się przed innych w rosnącym ścisku. Być może cała ta kosztowna niby nowoczesność nie jest jednak wyborem umysłów racjonalnych tylko wciąż imperatywem gadzio-ssaczego dziedzictwa i jego zniewalającej, cywilizacyjnej infrastruktury!
 
Cały ten postęp przypominał Zdzisławowi Cackowskiemu Syzyfa, który wtacza na gorę za każdym razem większy głaz. Czy jednak ów coraz cięższy głaz za następnym stoczeniem nie zmiażdży Syzyfa? Tak myśląc moja amatorska skłonność do filozofowania niekiedy mniema, że możemy jednak nie zdążyć zbudować sobie nowej Arki.
 
10.
 
No to podsumuję teraz odpowiedź na pytanie, czym jest (dla mnie nie uczonego) umysł w odróżnieniu od mózgowia? O tyle mi łatwiej to uczynić, że mogłem przeczytać Zdobywanie i zużywanie się doświadczenia ludzkiego Zdzisława Cackowskiego. Mogę zatem zakładać, z rosnącą pewnością, że umysł nie może być ani mózgiem ani mózgowiem (czyli siecowiskiem łącz), ponieważ nie jest w żadnym razie ani substancją ani rzeczą. Jeśli jest obecny, a jest, to jest wyłącznie ruchem transformacyjnym w rozległej plątaninie mózgowych pnączy. I żyje tylko póki człowiek coś robi. Zawsze zaś coś robi i robi coś czymś (przy pomocy czegoś), w jakimś celu, zdeterminowanym przez świat i samego siebie.
 
11.
 
Postscriptum – dla wierzących. Co więc taki krajobraz moich myśli ma wspólnego z duszą. Otóż myślę sobie, że dusza jest „sercem” w umyśle albo umysłem w „sercu”. Albo – osądem moralnym zadomowionym w umyśle. W żadnym razie ruchomością niezależną. I wynika z tego także, że jest działaniem (porządkowaniem świata) wedle miary etycznej i estetycznej. Jednakże odnoszę też wrażenie, że z tych powodów – dusza musi być obecnie czymś bardzo przestraszonym.
 
Autor jest publicystą, byłym wieloletnim prezesem gdańskiego Forum Zdrowia QUO VADIS, wykładał też w AWFiS socjologię zdrowego życia.
 

Res Humana nr 6/2011, s. 27-31