Czyżby „Wiosna Ludów” na Bliskim Wschodzie?
Autor: Uri Huppert
Dwa światy, dość nonszalancko – a może nie mniej paternalistycznie – mierzą swoją miarką inne cywilizacje.
Prezydent Carter wymusił na swym największym strategicznym partnerze na granicy z ówczesnym ZSRR, Iranie – historycznej Persji – demokratyzację. Prozachodni monarcha, Szach Pahlavi, poddał się naciskowi: zliberalizował system mocnej ręki. Monarchia upadła. Po krótkiej fazie rządów republikańskich, na fali ogólnego entuzjazmu mas przyleciał z Francji wielki wróg Szacha – Ajatollah Chomeini, który zbudował w Iranie żelazną dyktaturę religijną fundamentalizmu muzułmańskiego i szyitów wrogich cywilizacji zachodniej, a dziś zagrażających światu bombą atomową i pociskami długodystansowymi.
Sądzę, że prezydent Barak Obama nie chciał kontynuować polityki Cartera, a jednak odwrócił się od egipskiego prezydenta Mubaraka. Dziś, kiedy schorowany Hosni Mubarak leży w zadrutowanej klatce przed składem sędziowskim w Kairze, nadal w Egipcie nie doszło do demokratycznych wyborów, i o ile amerykański powiew demokracji się ziści, istnieje realna obawa, że do władzy dojdą „Bracia Muzułmańscy”, czyli wręcz gardzący „zgniłą” demokracją fundamentaliści muzułmańscy spod znaku Sunnitów.
Pozostały na firmamencie bliskowschodnim dwa państwa: Turcja i Izrael, które mają odpowiadać zachodniej recepcie „demokratycznej”.
Świecka dotychczas republika turecka, która została kreowana przez Atatürka (ojca Turków), zmieniła po I wojnie światowej system prawny z muzułmańskiego na zachodni (szwajcarski) i oparła się na świeckiej konstytucji.
Turcja jest ważnym członkiem NATO, posiada bazy wojska amerykańskiego, a Europa nienauczona słabostkami niemieckiej Republiki Weimarskiej (która, nolens volens, zalegalizowała hitleryzm) ułatwiła Turcji i wsparła (w wyniku stawiennictwa UE) ambicje współczesnego islamskiego premiera Recepa Erdogana osłabiając wpływ wojska, które miało chronić Turcję przed recydywą islamizacji.
Wynik stawiennictwa Unii Europejskiej nie dał na siebie czekać. Turcja odsłoniła przyłbicę: jej ambicją jest odsunięcie się od Europy i od swego amerykańskiego sojusznika, by w imię swej muzułmańskiej tradycji wkroczyć na Bliski Wschód jako regionalne mocarstwo oparte na wzorcu ówczesnego imperium osmańskiego, którego republika Atatürka była wielką antytezą!
Tak Atatürk, jak i izraelski twórca świeckiego państwa żydowskiego – Ben Gurion – byli wychowankami wydziału prawa uniwersytetu w Ankarze.
Podobnie do Atatürka, Ben Gurion rozumiał, że świeckie państwo conditio sine qua non, musi odciąć się od konkurencyjnej, religijnej praworządności. Stąd prawo brytyjskie (a nie Talmud) zostało zatwierdzone jako koncepcja prawna nowego państwa. Niestety, ta koncepcja uległa szybkiej erozji.
Mimo dumnego hasła, że Izrael jest jedyną demokracją Bliskiego Wschodu, Izrael nie ma konstytucji ze względu na sprzeciw kół ortodoksji religijnej, które przeobrażają państwo w strukturę wyznaniową. Określenie narodowości oparte jest na koncepcji zunifikowania narodowości z przynależnością religijną (jakże smutne podobieństwo do wersji Romana Dmowskiego, iż „prawdziwym” Polakiem jest katolik!).
Ostatecznie polityka bezpieczeństwa narodowego, zakres granic państwa i polityka zagraniczna zostały współcześnie zdominowane przez fundamentalizm religijny, który obrócił konflikt izraelsko-palestyński w konflikt religijny, który eliminuje regionalne rozwiązanie konfliktu w oparciu o real politics.
W Ameryce ta koncepcja premiera Beniamina Netanjahu zyskuje aplauz protestanckiej fundamentalistycznej tzw. moral majority, która mobilizuje 60 milionów fundamentalistów chrześcijańskich czekających na upadek demokratów i prezydenta Baracka Obamy w zbliżających się wyborach w Stanach Zjednoczonych. Ostatnie przemówienie premiera Beniamina Netanjahu (wrzesień 2011) na sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ potwierdza chyba, że prawica izraelska wierzy, że z „boską pomocą”, wsparci fundamentalistami republikanie ponownie opanują Biały Dom, by uniemożliwić kompromis, który wymusiłby rozwiązanie konfliktu izraelsko-palestyńskiego.
Świeckość nie jest naturalnie rękojmią demokracji. Wiek XX dostarczył nam tragicznych przykładów na totalitarne ,,-izmy” o charakterze świeckim: hitleryzm, faszyzm, stalinizm.
Niestety wiek XXI udowodnił, że ,,-izmy” religijne: fundamentalizmy muzułmańskie, chrześcijańskie (teleewangelicy) i judaistyczne rozbrajają liberalizm demokratyczny.
Ten proces przeobrażania demokracji liberalnej w system wyznaniowy zademonstrował swe wtórne istnienie w Turcji i w Izraelu, a czas pokaże, czy klerykalizacja w strukturach demokratycznych nie przyczyni się do kontrrewolucji, która doprowadzi do zmiany ustawodawstwa świeckiego na ustawodawstwo oparte ma Szarii i na Talmudzie, rozbrajając suwerenność, której niezawisły „głos ludu” wyrażony w parlamentaryzmie zaginie oddając suwerenność ajatollahom i rabinom.
Autor jest cenionym izraelskim prawnikiem; doktorem nauk politycznych; jest współpracownikiem naszej redakcji.
Res Humana nr 6/2011, s. 40-41