Muszelka i szum, teologia apofatyczna i feministyczna
Słowo jedynie ludzkie, czyli res humana
Autor: Józef Kabaj
Posługując się herbowym symbolem, a zarazem porównaniem biskupa Ratzingera (następnie papieża Benedykta XVI), w odniesieniu do ludzkiego poznawania „nieskończonego Boga” – że to tak jakby się przymierzać z muszelką do przelewania oceanu – autor artykułu „Słowo jedynie ludzkie” Józef Majewski (Tygodnik Powszechny 6 z 6 lutego 2011) napisał: „Maleńka i krucha muszelka wobec nieskończonego oceanu Bożej tajemnicy.
Zważywszy, że autor uprawia ostrą apofatykę (przykład: „Takie nieadekwatne wobec Boga, ograniczone, mamroczące i bełkotliwe są nasze codzienne i odświętne wypowiedzi o Bogu”), można zadać pytanie: a co będzie, w takim razie, z owym oceanem, z ową nieskończonością, z tajemnicą? Też należy traktować to jak bełkot? No i wszystko jasne. Nareszcie ktoś to przypomniał, o czym już na przełomie II i III wieku n. e. mówił Klemens Aleksandryjski, a w IV w. pisali Ojcowie Kapadoccy, w szczególności zaś święty biskup Grzegorz z Nyssy, że wszelka teologia jest szumem lub beczeniem. W takim razie wypadałoby poprzestawać na negacji ludzkich atrybutów Boga – np. że jest On dobry, sprawiedliwy itp. Bo to są ludzkie cechy, które On przewyższa nieskończenie. Trudność tylko w tym, że nie wiadomo czym (o co, względnie o ile przewyższa). Czyli że wypada ograniczyć się do pobożnego wzdychania. Co również się rozpowszechniło w chrześcijańskim świecie, lecz na znacznie mniejszą skalę niż główne jego orientacje. Na Powołżu, w tym zagłębiu sekt prawosławnych, niejaki Stalin skasował m.in. właśnie odłam „wozdychjeńców”.
Jakiż to wobec tego uśmiech fortuny (?), że w wolnej Polsce znowu mamy wydziały teologiczne na wyższych uczelniach mieniących się uniwersytetami. Także na państwowych, czyli – mógłby ktoś pomyśleć – z natury rzeczy świeckich.
Ale u nas nie ma niczego świeckiego. Nawet o ateistach głosi się na poważnie, że oni też są wierzącymi. Trochę inaczej (á rebours) – ale to nic nie szkodzi. Jeżeli bowiem nawet sami nie płacą bezpośrednio – w ramach praktyk religijnych, czyli na tacę lub do koszyczka, w zakrystii za intencję mszalną, na plebanii za chrzest, ślub albo pogrzeb, czy nawet u siebie w domu (kolęda), to i tak ponoszą koszty utrzymania całego aparatu kościelnego. Utrzymują tę instytucję (i parę podobnych) wspólnie ze swoimi bliskimi, dochowującymi wierności zobowiązaniom rodziców lub własnym, złożonym w dzieciństwie, oraz pospołu z całym społeczeństwem, składającym się na budżet, z którego władze fundują nie tylko owe wydziały – tj. pensje ich pracowników, środki na „badania” (np. nad świętością świętej teologii, skutecznością cudów i egzorcyzmów etc.), lecz także łożą na ubezpieczenia zdrowotne i emerytury osób konsekrowanych, a wreszcie na utrzymanie ich miejsc pracy, czyli budynków sakralnych i ich przyległości. Nierzadko buntowani przeciw państwu, że nie zasługuje ono na płacenie podatków.
Wszystko to dla kontynuacji tradycji bełkotu? Dla wypowiadania formuł i formułek jakoby dotyczących „niewysłowionego”? Nie wiadomo czego, nie wiadomo gdzie, ale „na pewno musi być Coś!” Jest Ono kosztowne, bo jest wielkie. Albo też i całkiem małe. Bo, jak powtarza Autor, „Musimy to sobie dobrze uświadomić: słowa ludzkie zawsze i wszędzie są nieadekwatne w odniesieniu do misterium Boga, są bezużytecznym, nieudolnym bełkotaniem, gaworzeniem. Dosłownie i w przenośni.” Właściwie komentarz tu zbędny. Na szczęście jednak, oprócz tego nihilizmu poznawczego mamy jeszcze do dyspozycji inną perspektywę. Możemy mianowicie mówienie o tajemnicy, o czymś z założenia niepoznawalnym, włożyć pomiędzy legendy, na serio zaś możemy z pożytkiem mówić po prostu o rzeczach i zjawiskach, zarówno o tych konkretnych, jaki o tych ulotnych. I nie do Kogoś lub Czegoś Niewypowiedzianego, lecz zwyczajnie, do pojedynczego człowieka, do grupy ludzi oraz – ogólnie biorąc – do rzeczy.
*
* *
„Jednym z podstawowych wniosków – pisze nieco dalej J. Majewski – jakie wypływają z lektury pracy Gomoli [Aleksander Gomola, Bóg kobiet. Studium językoznawczo teologiczne, Biblos, Tarnów 2010] ten, że od naszej wizji Boga w jakimś istotnym stopniu zależy nasza wizja – teoretyczna i praktyczna – życia, człowieka, świata, społeczeństwa, ról społecznych, Kościoła, miejsca w nim kobiet i mężczyzn. Jaki Bóg, taki Kościół – powiedzielibyśmy.”
Na marginesie: w starożytności, i to głębokiej istniało przeświadczenie (zostało to zanotowane jako zdanie Ksenofanesa z Kolofonu, żyjącego na przełomie VI i V w. p.n.e. ), że jest w sam raz odwrotnie, czyli że jacy ludzie, takie ich wyobrażenia, zarówno te realistyczne, jak i owe fantastyczne. Oto przekaz obserwacji Ksenofanesa, zapisany przez Klemensa Aleksandryjskiego w jego Kobiercach VII 22: „Etiopowie uważają, że ich bogowie mają spłaszczone nosy i są czarni, Trakowie zaś, że mają niebieskie oczy i rude włosy.” Wspomniany Ojciec Kościoła przytoczył trochę wcześniej jeszcze mocniejsze porównanie:
„Gdyby woły, konie i lwy miały ręce i mogły nimi malować, i tworzyć dzieła tak jak ludzie, to konie malowałyby obrazy bogów podobne do koni, a woły podobne do wołów i nadawałyby bogom kształty takie, jaka jest ich własna postać.” [obydwa cytaty przytaczam za: Jan Legowicz, Filozofia starożytna Grecji i Rzymu, Wybrane teksty z historii filozofii, PWN Warszawa 1968, s. 83-84].
Wracając do wątku J. Majewskiego, który schodzi na teren teologii feministycznej, zapowiadającej rewolucję w Kościele.
„A ponieważ – podkreśla teologia feministyczna – tradycyjny język Kościoła o Bogu, język teologii, doktryny, modlitwy, pobożności, liturgii, nauczania, dogmatów i prawa kanonicznego – jest męski, maskulinityczny, męskocentryczny, androcentryczny (gr. aner – „mężczyzna”), to trudno się dziwić, że kobiety przez wieki i aż do dzisiaj doznają w Kościele poniżenia, marginalizacji, dyskryminacji.”
Rewolucje nie przejmują się logicznością swoich argumentów. Ale skoro nieodmiennie pociągają one za sobą ofiary w ludziach, dla cienia szansy przestrogi czy zapobieżenia choćby paru tylko ofiarom wspomnianej rewolucji feministycznej zauważmy – i wytknijmy – błąd w powyższym rozumowaniu, które może stać się podstawą jakiegoś przełomu po trupach. Otóż nie ma koniecznego związku ani relacji wynikania pomiędzy faktem lub stwierdzeniem, że mężczyźni zdecydowanie częściej bywają kapłanami, lub że w języku religijnym dominują formy rodzaju męskiego, a praktyką dominacji mężczyzn lub dyskryminacji kobiet w życiu codziennym i odświętnym. W różnych okresach, kulturach i regionach świata bywało z tym bardzo różnie. Ofiarami z ludzi, składanymi krwiożerczym bóstwom, bywali zarówno chłopcy jak dziewczęta (Izaak, Ifigenia). Dość tych trupów.
Prosta obserwacja zaś utwierdza w przeświadczeniu, że kobiety grały w przeszłości i dziś także grają jako pierwsze skrzypce w życiu religijnym i kościelnym. Wystarczy wspomnieć o kryterium przynależności do wspólnoty judaistycznej („żydem jest ten i tylko ten, kto się urodził z matki żydówki”), lub o formacyjnej roli kobiet (matek, babć) w chrześcijaństwie, a w szczególności w katolickim wychowaniu domowym, a nawet i szkolnym.
*
* *
Kiedy podjęto na Uniwersytecie Jagiellońskim w latach 70 próbę wykładania akonfesyjnego religioznawstwa, w tym zaś porównawczej historii religii, tradycyjny Kraków zawrzał świętym oburzeniem. Ponieważ nie wiedziano, że akonfesyjność nie musi być tożsama z antyreligijnością, zakwalifikowano takie religioznawstwo jako walkę z religią (Bogiem) i Kościołem (Katolickim). Sam kard. Wyszyński w swoim kazaniu na Skałce pogroził biblijnym kamieniem młyńskim twórcom i organizatorom tej nowatorskiej placówki na UJ, którą było Podyplomowe Studium Filozoficzno – Religioznawcze. Za to, że ośmielają się zestawiać ze sobą praktyki szacownej religii z pogańskimi lub krypto pogańskimi gusłami. A wykładali tam wówczas tacy uczeni, jak profesorowie i docenci: Józef Keller, Jan Wierusz Kowalski, Zygmunt Poniatowski, Tadeusz Płużański, Tadeusz Margul.
Minęło 40 lat i oto co czytamy w szacownym „Tygodniku Powszechnym” (z dnia 6 lutego 2011), u wielebnego jezuity, o. – z całym szacunkiem – Wacława Oszajcy, w jego felietonie pt. „Ostrożnie, święcona woda!”: „Nie tak dawno jeszcze na przełomie lat 60. i 70., co i rusz coś lub kogoś egzorcyzmowałem. Najwyraźniej to widać w ówczesnych obrzędach chrztu. (…) «Egzorcyzmuję cię [Autor nie tłumaczy tego słowa chyba dlatego, żeby nie przekroczyć miary tolerancji, z której korzysta; a znaczy ono: „wyklinam cię”], stworzenie soli, w imię Boga Ojca wszechmogącego.» (…) Te słowa celebrans wypowiadał nad solą. Następnie nad dzieckiem: «Zaklinam cię, duchu nieczysty, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, abyś wyszedł i oddalił się od tego sługi Bożego. (…) Przeklęty szatanie, poznaj wyrok na ciebie wydany (…) Zaklinam cię, duchu nieczysty (…) abyś wyszedł z tego stworzenia Bożego.»
Słuchając tych modlitewnych [sic!] formuł, można pomyśleć, że Bóg świat owszem stworzył, ale szatan go zagospodarował. Wszędzie go pełno, i w przedmiotach, i w ludziach. (…) Egzorcyzmy [tj. wyklinanie], poświęcenia, błogosławienie ludzi i przedmiotów miało więc na celu tworzenie w tym opętanym przez Złego i zło świecie takich niby [sic!] rezerwatów czy oaz wolnych od demonów. (…) Nic dziwnego więc, że różańce, szkaplerze, medaliki, krzyżyki tu i ówdzie traktowano jak talizmany.” (s. 8)
Dziś już dla każdego jako tako trzeźwo myślącego katolika (ogólniej: chrześcijanina) jest chyba oczywiste, że zachodzi analogia pomiędzy odżegnywaniem szatana za pomocą poświęconej wody, a inną czynnością magiczną, mającą to samo na celu. Jak choćby spluwanie na 3 strony świata przy wymijaniu niewiernego, aby się pozbyć z organizmu demonów, które dostały się do niego podczas zbliżenia na wąskiej drodze. Była to powszechna praktyka u starozakonnych w Polsce międzywojennej.
Forum Myśli Wolnej nr 50/2011, s. 54-57