Im memoriam. Marian Pankowski (1919–2011)

Autor: Janusz Termer

Zmarł wybitny pisarz polski (w listopadzie ukończyłby 92 lata), mieszkający od 1945 roku w Brukseli, piszący i wydający swe książki zarówno na Zachodzie, jak i po 1956 r. w kraju. Twórca, który jest bardziej znany i doceniany tam, niż w swojej ojczyźnie. A na dodatek nie lubiący, gdy mówiło się o nim „pisarz emigracyjny”! Jest w tym wszystkim jakiś widoczny na pierwszy rzut oka paradoks. Jakże to tak? Pisarz stamtąd, na dodatek – w zgodnej i niekwestionowanej opinii krytyków – wybitny, a pozostający w głębokim cieniu innych emigracyjnych wielkości (jak np. Witold Gombrowicz), z rzadka tylko wydawany w kraju. Dlaczego pisarska sława krąży czasami u nas tak kapryśnymi i krętymi ścieżkami?
 
Paradoks pierwszy – biograficzny – polega na tym, że już sam życiorys Mariana Pankowskiego (bo o nim tu oczywiście mowa: ur. 9 XI 1919 w Sanoku; prozaika, poety, dramaturga, eseisty, który studia rozpoczął w 1938 w Krakowie, brał udział w kampanii wrześniowej 1939, należał do ZWZ?AK, aresztowany w 1942 trafił do Oświęcimia, od 1945 mieszkał w Brukseli, gdzie ukończył studia na Université Libre, objął w 1963 katedrę polonistyki), wykracza poza przyjęte schematy w rzekomo powszechnie obowiązującym kodeksie „etosu” polskiego pisarza emigracyjnego. Pisarza, który nie krył – o, zgrozo – swych lewicowych sympatii, wynikających z przedwojennych doświadczeń życiowych (a nadto ojciec jego był robotniczym działaczem PPS). Pisarza, który odważył się drukować swoje utwory w kraju – po październiku 1956 – wbrew srogim zakazom emigracyjnych organizacji. Co przypłacił kłopotami z drukiem w paryskiej „Kulturze” (mimo, iż był laureatem nagrody tego pisma za tom prozy poetyckiej Smagła swoboda w 1955 r.) oraz w londyńskich „Wiadomościach”. Na szczęście znalazł wydawnicze oparcie w słynnej nie tylko z tolerancji, ale i z dobrego literackiego gustu twórców londyńskiej Oficyny Malarzy i Poetów, państwa Bednarczyków, a także i (choć nie bez licznych przeszkód cenzuralnych) kilku edytorów polskich (Wydawnictwo Literackie w Krakowie i Wydawnictwo Lubelskie).
 
Marian Pankowski – jak trafnie zauważa Krystyna Ruta-Rutkowska we wstępie do rozmowy z nim w książce wydanej przez Instytut Badań Literackich w 2000 roku w Warszawie – „nigdy właściwie nie opowiedział się po stronie emigracyjnej opozycji politycznej, a jego częste wizyty w PRL, choć nie wynikały z sympatii do systemu, pogłębiały nieufność emigracyjnych decydentów. Także swoją twórczością nie włączał się do obowiązującego kanonu tematów, które winien na różne sposoby podejmować polski pisarz na obczyźnie”.
 
Marian Pankowski, pisarz i człowiek niezależny (profesor katedry polonistyki w Brukseli, którą objął po słynnym belgijskim poloniście, Claude Bakviście), chadzał od początku własnymi drogami. I to takimi, które nie przypadały specjalnie do gustu ani ówczesnym literackim „emigracyjnym decydentom”, ani też dziś ich krajowym następcom z prawej czy z lewej strony sceny politycznej.
 
Sam pisarz tak oto we wspomnianej rozmowie komentował swoją postawę światopoglądową i społeczną, swój sprzeciw wobec dominacji w literaturze polskiej jednej tylko tradycji, tej szlachecko-inteligenckiej: „Od zawsze miałem poczucie przynależności do środowiska ubogiego, podmiejskiego, robotniczego. To chyba wpłynęło na moją późniejszą ideologię socjalisty i na wybór postaci, które czytelnik spotyka w moich tekstach... To, co wnosi spojrzenie plebejusza na świat, to pewne inności, to znaczy rzeczy, które są pomijane w literaturze zwanej piękną”. Innymi słowy, by posłużyć się pewną analogią literacką, Pankowskiemu bliższy od Kordiana jest Cham.
 
Zaręczam jednak, że w pisarstwie Mariana Pankowskiego nie ma nic z dawnych tołstojowskich czy młodopolskiej proweniencji idei chłopomańskich (obecnych choćby jeszcze w Soli ziemi Józefa Wittlina). Nie tylko uwzniośla on chłopów, ale nie jest też bezkrytycznym piewcą klasy robotniczej, ani żadnej innej! Mógłby jednak za wielkim Antonim Czechowem, tak genialne wydobywającym z losów swych bohaterów tony społecznego bólu, śmiało powtórzyć to, co autor Trzech sióstr zarzucał Tołstojowi: „Tołstojowska moralność przestała mnie wzruszać. W głębi duszy czuję do niej niechęć... W żyłach moich płynie chłopska krew, nie imponuje mi więc chłopska cnota... Rysujmy życie tylko takim, jakim jest, i dalej ani rusz”. Otóż to. Bo jak każdy wielki twórca Marian Pankowski w centrum swej pisarskiej uwagi stawia nie abstrakcyjne pojęcia, tylko rysuje człowieka i życie „takim, jakim jest”, jakie zna z własnego bezpośredniego doświadczenia. Co wcale nie znaczy, że odwraca się od spraw narodowych i społecznych, lecz widzi je na swój własny – często przekorny i polemiczny, zawsze oryginalny – sposób!
 
Paradoks drugi – związany jest już z samą jego twórczością prozatorską. Powieści i opowiadania Mariana Pankowskiego zaliczane bywają do najbardziej kontrowersyjnych zjawisk polskiej literatury powstałej na emigracji. Jego postawa odbierana jest częstokroć przez pryzmat nieprzejednanej krytyki „narodowych świętości” i rozmaitych zatwardziałych rodzimych mitów, prześmiewczego obrazoburcy tradycyjnych obyczajów i bezrefleksyjnych religijnych uczuć, a wiązana jest z postawą Witkacego, a zwłaszcza Gombrowicza. I poniekąd dzieli ich los. Los pisarzy, owszem, „czczonych” oficjalnie, ale tak naprawdę to mało, coraz dziś mniej, znanych i rozumianych, często wręcz świadomie odrzucanych przez rozmaitej maści ksenofobów. Marian Pankowski nadto, chyba także i za sprawą specyficznych form jego prozy i jej niekonwencjonalnego języka, do którego nie przywykli jeszcze czytelnicy polscy, nie zaznał prawdziwego smaku sławy w kraju ojczystym, należytego uznania ze strony czytelników, nie znalazł też większego wsparcia ze strony przyjaznych interpretatorów krytycznych.
 
Oto na przykład bohater luźnego narracyjnie cyklu powieściowego Matuga idzie to plebejusz Władziu Matuga, emigrant z Kartoflandii wywodzący się z lwowskiego Łyczakowa, gdzie zdobywał swą językową i życiową edukację. Przypomina bohaterów gombrowiczowskiego Transatlantyku. Pisarz podejmuje tu „otwartą walkę z patosem i zarozumiałością klasyków” – pisała na emigracji Maria Danilewicz-Zielińska, wytykając mu zarazem „czarny erotyzm made in France – śmiało eksploatujący bogactwo tajnego rodzimego słownictwa porno. Paraśka, co ją Tiutiuń uwiódł zasługuje na honorowe miejsce w przyszłej antologii polskich opowiadań pornograficznych”. Miano też za złe Pankowskiemu i innego typu drastyczności (np. homoseksualizm obozowy w Rudolfie czy pedofilstwo w Putto), jak i parodystyczne tony w opisach dętych uroczystości narodowo-patriotycznych. Nadmiernie jednoznacznie utożsamiano najczęściej postawy bohaterów i samego autora, a nie dostrzegając tonów przestrogi czy bolesnej ironii wobec „idących” właśnie czasów i poglądów, których reprezentantami są ludzie tacy jak Władziu Matuga czy plebejscy bohaterowie Granatowego Goździka (lwowski złodziej Maniuś Smorodin i granatowy policjant o nazwisku Goździk). „Wszystko to powoduje, że pisarstwo Pankowskiego – jeśli nawet jest czytane przez tzw. szerokiego odbiorcę – to w specyficzny sposób, jako obrazoburcze i skandalizujące obyczajowo. Ogromna większość tych opinii wynika po prostu z trudności ze zrozumieniem (a czasem z przyjęciem) tego pisarstwa, które nie dość, że pozostaje na uboczu i pielęgnuje swoją osobność, to jeszcze burzy powszechnie przyjęte u nas normy pisania i czytania utworów literackich; wyłamuje się z powszechnie akceptowanych kanonów” (Krystyna Ruta-Rutkowska).
 
Paradoks trzeci, związany jest przede wszystkim z inną dziedziną jego dorobku – dramaturgią. Polega na tym, że i ona nie mogła się z podobnych, co wyżej, powodów przebić w znaczniejszym stopniu w kraju do teatrów, znaleźć należne jej ze wszech miar miejsce pośród najciekawszych zjawisk polskiej literatury scenicznej powstałej na emigracji po II wojnie światowej. Do postawy prześmiewcy „narodowych świętości”, krytyka konserwatyzmu myślowego i rozmaitych rodzimych mitów „inteligenckich”, dochodzi tutaj sceptycyzm wobec współczesnych tendencji i kierunków ewolucji europejskiej kultury i cywilizacji, wiązany z doświadczeniami lat pobytu na Zachodzie, jak i wpływami tradycji flamandzko-belgijskiej kultury oraz z postawą twórców różnych odmian nowoczesnego teatru europejskiego (od Alfreda Jarry‘ego do Fernando Arrabala, w tym i teatru belgijskiego – Michael de Ghelderode), a także nawiązaniami do rodzimych nowatorów – Wyspiańskiego, Witkacego i Gombrowicza. Konstrukcja i postawy wielu postaci ze sztuk Pankowskiego – bohaterów buntujących się przeciwko prowincjonalizmowi, zaściankowości siermiężnej Macierzyzny czy jałowej pustce konwencji hurra czy pseudopatriotycznych uroczystości rocznicowych, np. kombatanckich (sztuka Teatrowanie nad świętym barszczem); przeciwstawiających się naiwnej monumentalizacji i „brązownictwu” postaci romantycznych twórców (np. Słowackiego w Nasz Julo czerwony). Marian Pankowski i tutaj jest sobą, czyli rogatą duszą, pisarzem uciekającym od stereotypów myślowych i językowych.
 
Charakterystyczne dla jego dramatopisarstwa jest zwłaszcza uwrażliwienie na rozmaitego typu drastyczności obyczajowe współczesności (patologie egzystencjalne często wplecione w realne tło historyczne, jak refleks dramatu żydowskiego czasu holocaustu w Chrabąszczach czy problematyka cynicznego wykorzystywania przez władzę anarchizującego buntu młodzieży w karykaturze scenicznej Brandon, Burbon i Spółka) oraz parodystyczne tony wobec pustej pompatycznej celebry obchodów narodowo-patriotycznych czy tendencji do heroizacji tragicznych postaci historycznych oraz szersze i znamienne zainteresowanie dla „ciemnych” i skrywanych pod korcem stron historii narodowej, krytycznie pesymistyczne widzenie legend przeszłości (np. „gwałt” Jagiełły na 12-letniej królowej Jadwidze w Śmierci białej pończochy), jak i historii powszechnej (racjonalistycznie rewizjonistyczny i niekonwencjonalny językowo wariant tradycyjnych jasełek w Biwaku pod gołym niebem) oraz niewesołe refleksje dotyczące przyszłości kierunku marszu cywilizacji, kultury i obyczajowości zachodnioeuropejskiej (np. Złote szczęki, Ksiądz Helena).
 
Toteż dlatego – a nie tylko za sprawą istotnie specyficznych form wyrazu: łączenie tonacji surrealistycznego kabaretu z poetyckim obrazem lirycznym, przewrotnej ironii i intelektualnej zgrywy z elementami erotyzmu, dyskretnego sarkazmu z jawnym szyderstwem, realizmu psychologicznego z walką z mistyfikacjami historycznymi (jak próba demitologizacji obiegowych poglądów wobec Barbary Radziwiłłówny czy królowej Bony w Zygmuncie Auguście) – autor ten także jako dramatopisarz nie znalazł, jak dotąd, należytego zrozumienia i oddźwięku zwłaszcza w kraju (choć parę jego sztuk grano we Wrocławiu i Katowicach); nie spotkał na swej drodze jak dotąd nazbyt wielu wnikliwych i przyjaznych interpretatorów pośród naszych scenicznych inscenizatorów.

PS. W październiku 2003 roku Marian Pankowski odebrał w Warszawie – za upowszechnianie kultury polskiej za granicą – nagrodę polskiego oddziału Stowarzyszenia Kultury Europejskiej SEC (Société Européenne de Culture z siedzibą w Wenecji), o której to uroczystości nie zająknęły się prawie nawet słowem polskie media!
 

Res Humana nr 3/2011, s. 25-27 i 34