Tadeusz KOWALIK

Związek stosunków własnościowych z problematyką sprawiedliwości społecznej należy chyba do najbardziej oczywistych. Dziwi natomiast, że kwestionuje się niekiedy samą możliwość naukowego badania tej problematyki. Uważa się, że jest ona skazana wyłącznie na opinie wartościujące. Zaskakuje mnie stanowisko Leszka Kołakowskiego (2000: 215), który broni wprawdzie pożytków płynących z pojęcia sprawiedliwości społecznej jako przeciwwagi dla społecznego darwinizmu (zasadniczo odróżnia go to od Balcerowicza); uważa jednak, że jest równie mgliste jak pojęcie godności ludzkiej, a „zdefiniować go w kategoriach ekonomicznych nie ma sposobu”. Wywiera wprawdzie ekonomiczne skutki, „jednak rodzaju tych skutków niepodobna zeń wydedukować z przybliżoną dokładnością”.
 
Nie ma tu miejsca na szersze podjęcie tego tematu. Ograniczę się tylko do stwierdzenia, że coraz liczniejsza grupa ekonomistów, zaprezentowana choćby w dwóch tomach Sprawiedliwości ekonomicznej (Brossio i Hochman, 1998), traktuje ekonomiczny wymiar sprawiedliwości jako istotną część sprawiedliwości społecznej, jak i sprawiedliwości w ogóle. Ekonomia więc powinna ją włączyć w obszar swych zainteresowań w przekonaniu, że można i należy się nią zajmować w sposób naukowy. Co więcej, spora część autorów uważa, że zjawisko to można mierzyć, choć trudno kwestionować twierdzenie, że jest ono ciągle jeszcze słabo określone, a przede wszystkim różnie pojmowane. Ale właśnie na gruncie ekonomicznym pojęcie to daje się ująć najściślej, choć należy do kilku innych nauk społecznych. Przecież wolność jest też pojęciem normatywnym i co najmniej równie mglistym jak sprawiedliwość społeczna. A jednak wielu badaczy zdołało ustalić dość szeroko akceptowane kryteria miary. Ustala się więc liczne rankingi, jak dotąd zresztą ograniczając się głównie do wolności gospodarczej.
 
Twórca współczesnej teorii sprawiedliwości, John Rawls, nie miał wątpliwości co do tego, że sprawiedliwość w ogóle, dystrybutywna w szczególności, może i powinna być przedmiotem teoretycznych dociekań. W ujęciu tego filozofa polityki wśród kilku najważniejszych wartości jest własność (nazywana najczęściej bogactwem) jako jedna z wartości społecznych, które powinny być rozdzielone równo. Przypomnijmy to, co nazywa on koncepcją ogólną: „Wszelkie pierwotne dobra społeczne – wolność i szanse, dochód i bogactwo, a także to, co stanowi podstawy poczucia własnej wartości – mają być rozdzielone równo, chyba że nierówna dystrybucja któregokolwiek z tych dóbr bądź wszystkich jest z korzyścią dla najmniej uprzywilejowanych” (Rawls, 1994: 416). W jego ujęciu, „dystrybucja” jest pojęciem niezwykle pojemnym, obejmuje praktycznie wszystkie „wartości społeczne”, które mają wpływ na wolność i równość, obie współtworzące społeczną sprawiedliwość. Własność jest tu traktowana jako jeden z czynników określających równość. Jest zarazem czynnikiem systemotwórczym (ustrojotwórczym).
 
Paradoksalnie, w najostrzejszy i najklarowniejszy sposób wyartykułowali to zagadnienie nie socjaldemokraci czy marksiści, lecz czołowi teoretycy nowoczesnej myśli liberalnej. Rawls nie był odosobniony. Oto politolog i prawnik, myśliciel nurtu liberalnego Bruce Ackerman, postulat „przyszłej rewolucji liberalnej” opiera na przekonaniu, że dotychczasowa realizacja programów liberalnych poniosła klęskę. „Ustrój oparty na zasadach laissez-faire [uwolnić swobodę działania] z jednej strony akceptuje ogromną koncentrację dziedzicznego bogactwa, a z drugiej strony dopuszcza istnienie klasy niewykształconej, pozbawionej wszelkiego majątku. Taka systematyczna wadliwa dystrybucja bogactwa zamienia w farsę ideał równego uczestnictwa politycznego. Spójna jest również z wszelkimi przejawami zawodności rynku: tworzeniem karteli, degradacją środowiska, powszechnym nadużywaniem ignorancji konsumentów. Żaden myślący liberał, niezależnie od tego, co twierdzi Hayek, nie będzie się z radością przyglądał tak jawnym niesprawiedliwościom” (Ackerman, 1996: 15).
 
Ackerman, podobnie jak Rawls, postuluje podporządkowanie własności potrzebom równości. Uważa bowiem, że „nawet w sferze własności majątkowej nowy ustrój powinien zadbać o jednakową sprawiedliwość. (...) Dla współczesnego liberalizmu prawo własności nie jest największą świętością. W odróżnieniu od dziewiętnastowiecznych liberałów leseferystycznych, cele współczesnego liberalizmu są bardziej wzniosłe: chodzi w nich (...) o umożliwienie obywatelom rozwoju osobowości w warunkach swobody i równości” (tamże: 94–95).
 
Głośne dzieło Johna Rawlsa, Teoria sprawiedliwości (1971/1994), bodajże najbardziej przyczyniło się do restytucji teoretycznego liberalizmu czy też socjalliberalizmu. Powszechnie traktuje się go jako myśliciela liberalnego. Jego „lewicowość” ogranicza się do tego, że ani Karola Marksa, ani socjalizmu nie uważa za przejawy aberracji. Ze szkodą dla myśli ekonomicznej w Polsce dzieło to nie zwróciło uwagi naszych ekonomistów, a chyba jedynym wyjątkiem jest... Leszek Balcerowicz (o czym za chwilę). A przecież jest znamienne, że Rawls chyba najdobitniej wyraził swój pogląd na istniejący i postulowany ustrój społeczno-ekonomiczny właśnie w przedmowie do polskiego wydania swego dzieła.
 
Po wyznaniu, że gdyby ponownie pisał swą książkę, ostrzej odróżniłby pojmowanie demokracji właścicielskiej od koncepcji państwa opiekuńczego, precyzuje: „Mamy tu do czynienia z dwiema całkowicie odmiennymi koncepcjami celu, jaki stawiają sobie w czasie instytucje polityczne. W państwie opiekuńczym chodzi o to, by nikt nie spadł poniżej określonego, godziwego poziomu życia i aby wszystkim zapewnić ochronę w razie wypadku czy niepowodzenia, na przykład zasiłek dla bezrobotnych i opiekę zdrowotną. Redystrybucja dochodu wtedy służy temu celowi, gdy – na końcu każdego okresu – można wyodrębnić tych, którzy potrzebują pomocy. Taki system może dopuszczać wielkie i dziedziczne nierówności w zakresie rozdziału bogactwa, które są nie do pogodzenia z autentyczną wartością wolności politycznych (...), jak również wielkie różnice dochodu, naruszające zasadę dyferencji. Choć czyni się pewien wysiłek, by zapewnić autentyczną równość szans, jest on przy takich różnicach w zakresie dochodu i, w konsekwencji – wpływu politycznego, niewystarczający albo nieskuteczny. W przeciwieństwie do tego w demokracji właścicielskiej celem jest urzeczywistnienie przez cały czas idei społeczeństwa jako sprawiedliwego systemu kooperacji obywateli, jako wolnych i równych osób. Tak więc jako instytucje podstawowe od początku muszą działać tak, by środki produkcji trafiały w ręce szerokiej rzeszy obywateli – tak aby w pełni uczestniczyli oni w społecznej kooperacji – a nie tylko w ręce nielicznych” (tamże, podkr. – TK).
 
Najciekawsze, że Rawls świadomie tworzył teorię sprawiedliwości przed lub ponadsystemową. Pozostawiała ona „otwartą kwestię, czy jej zasadom najlepiej czyni zadość jakaś forma demokracji właścicielskiej, czy też liberalny reżim socjalistyczny. O tym powinny rozstrzygać historyczne warunki i tradycje, instytucje i siły każdego kraju” (tamże, XVIII). Tak właśnie, nie koniunkturalnie, napisał Rawls w roku 1993, a więc już dobrych parę lat po obwieszczeniu „końca historii”, który miał się wyrażać w ostatecznym zwycięstwie liberalnego kapitalizmu. Rawls demonstruje tu powściągliwość w stosunku do nieznanej nam przyszłości godną twórcy liberalizmu Johna Stuarta Milla.
 
Z przedstawionego stanowiska można wyprowadzić trzy zasadnicze twierdzenia.
1. Zasadą jest dla Rawlsa równość, i to równość wszelkich pierwotnych dóbr, nie tylko strumieni dochodów, lecz także bogactwa. Na poziomie ogólnej zasady Rawls skupia swą uwagę nie na wtórnej redystrybucji dochodów, lecz na podziale pierwotnym. Odnosi się jednak do realiów, gdy kładzie nacisk na „ciągle rozpraszanie własności kapitału i zasobów dzięki prawom regulującym dziedziczenie i zapisy spadkowe, na autentyczną równość szans, zapewnioną poprzez kształcenie, szkolenie praktyczne (...)” (tamże, s. XVII–XVIII). Podkreślmy jeszcze raz: postulat równego podziału dochodu idzie u Rawlsa w parze z postulatem takiegoż podziału bogactwa, jest to właściwość bardzo istotna, gdyż dochód jest strumieniem, bogactwo zaś tym, co się już zakumulowało.
2. Każde odstępstwo od zasady równości – podkreślam zarówno dochodów, jak i bogactwa, a także wolności i równości szans – ma być rozważane z punktu widzenia korzyści dla najbiedniejszych.
3. Różnica kolejna jest może najważniejsza – dla Rawlsa zwrot z korzyścią dla najbiedniejszych może być (i jest!) pojmowany na dwa sposoby. Jako usprawiedliwienie nierówności o charakterze produkcyjno-motywacyjnym, a więc nierówności wynagrodzenia, żeby osiągnąć większe efekty produkcyjne, ale także jako dawanie więcej tym, którzy nie ze swojej winy cierpią niedostatek lub narażeni są na bariery uniemożliwiające korzystanie z autentycznie równych szans (ulubiony zwrot Rawlsa). Na przykład należy dawać więcej środków na edukację dzieci ze slumsów, bo inaczej odziedziczą slumsowy status, podobnie jak czynią to rodzice, obkładając korepetycjami dziecko mniej zdolne, ponieważ utalentowane da sobie samo radę. Dopiero wówczas, gdy oboje osiągną w przygotowaniu do życia mniej więcej równy start (ukończą szkołę średnią lub uniwersytet) i jako dorosłe będą mogły odpowiadać za siebie, można je traktować (np. w testamencie) jednakowo (Roemer, 1995).
 
Rozumowanie to daje się przenieść na upośledzone grupy, regiony itp. Ten nurt myśli wymaga przypomnienia we współczesnej Polsce. Dominuje tu bowiem aroganckie wołanie nowobogackich o prawo do zupełnie innej, przeciwstawnej nierówności, prawo do nieograniczonego bogactwa, czego najdobitniejszym wyrazem jest całkowite zniesienie podatku spadkowego i od darowizn dla członków najbliższej rodziny.
 
Dzieło Rawlsa, atakowane przez jednych, rozwijane przez innych, przyczyniło się do ożywienia nie tylko myśli liberalnej, ale i socjalistycznej. Z teorii Rawlsa wywodzą się m.in. koncepcje tzw. socjalizmu liberalnego (Norberta Bobio). Sam Rawls, w duchu myśli liberalnej Johna Stuarta Milla, nie wybrzydza na socjalizm, nie kwituje go jako realizacji marzeń człowieka radzieckiego, lecz spokojnie pisze o nim jako alternatywie, nie bierze w cudzysłów ani sprawiedliwości społecznej, ani wyzysku.
 
Wbrew częstemu przekonaniu Rawls nie poprzestał na bardzo ogólnych twierdzeniach swej teorii. W jego dziele znajdujemy całkiem konkretnie zarysowany obraz organizacji państwa zapewniającej sprawiedliwość społeczną czy też jej wysoki poziom. Na zarys „instytucji wspierających” we „właściwie zorganizowanym państwie demokratycznym” składa się: sprawiedliwa konstytucja zapewniająca wolność sumienia i myśli, równe obywatelstwo, autentyczna wolność polityczna oraz – znów „autentyczna” (w przeciwieństwie do formalnej) równość szans, zwłaszcza w edukacji i kulturze, i wreszcie swoboda wyboru zawodu i podejmowania działalności gospodarczej. Oprócz zwykłych regulacji obejmujących działalność przedsiębiorstw i zrzeszeń, władze mają obowiązek niedopuszczania do tworzenia monopolistycznych ograniczeń i barier w dostępie do atrakcyjnych stanowisk. Rząd miałby też obowiązek gwarantowania minimum socjalnego poprzez zasiłki lub tzw. negatywny podatek dochodowy.
 
Nakreślone tu ramy systemowe skłaniają, jak sądzę, do wnikliwszej i bardziej radykalnej niż dotychczasowe, krytycznej oceny zarówno polskiej transformacji, jak i powstałego ładu społeczno-ekonomicznego z charakterystycznym dlań układem właścicieli. Okazuje się jednak, że w radykalnie egalitarystycznej teorii sprawiedliwości Rawlsa można też szukać legitymizacji istniejących nierówności.
 
Prof. Tadeusz KOWALIK należy do grona znanych niezależnych ekonomistów; w czasie strajków sierpniowych 1980 roku na Wybrzeżu był jednym z doradców Lecha Wałęsy; później zajął krytyczne stanowisko wobec założeń i realizacji tzw. planu Balcerowicza, które znalazło m.in. wyraz w jego książce Polska transformacja; książka ta jest też podstawą drukowanego powyżej tekstu.