Leszek K. GILEJKO
 

1. Strukturalne podstawy nierówności. Socjologowie zajmując się strukturą społeczną, procesami ją tworzącymi i wynikającymi stąd skutkami wskazują, że jest ona przede wszystkim pewnym stanem nierówności społecznych. Najogólniej można określać strukturę społeczną jako stan nierówności społecznych. Stąd wynika fakt, że zróżnicowanie społeczeństwa przyjmuje postać hierarchicznej drabiny, której poszczególne „szczeble” zajmują duże grupy społeczne. W ujęciu ogólnym określa się to pojęciem stratyfikacji społecznej, a wówczas gdy przyjmiemy dwa sposoby analizy dystrybucyjny i relacyjny podziałem społecznym.
 
Podział społeczeństwa wyrażający się w jego strukturze jest także podstawą rodzenia się charakterystycznych dla danej struktury procesów, wśród których najważniejszym jest polaryzacja społeczeństwa. Polaryzacja może przyjmować postać dychotomiczną, biegunową, w ujęciu bardziej obrazowym nazywaną też pękniętą strukturą społeczną. Może też przyjmować postać gradacyjną, dla której najważniejsze jest zwiększanie się liczebności grup średnich, ograniczających obszary „niedostatku”, tendencje dychotomizacji. Procesy kreujące strukturę społeczną w ujęciu normatywnym określa się modelami struktury społecznej. Wyróżnia się zwykle trzy modele struktury społecznej: model biegunowy (dychotomiczny), model gradacyjny i model funkcjonalny. Większość autorów zajmujących się strukturą społeczną wskazuje, że we współczesnych społeczeństwach występują, a właściwie współwystępują dwa modele, a mianowicie model biegunowy i model gradacyjny. Przewaga jednego lub drugiego modelu jest niejednakowa poszczególnych krajach. Zależy to od przyjętego w nich ładu społeczno-ekonomicznego, czy jak się to inaczej określa modelu kapitalizmu.
 
Stąd też wynikają niejednakowe poziomy zróżnicowania społecznego. W różnych krajach, ale wszędzie współwystępują dwa modele: biegunowy i gradacyjny, a w skali globalnej mimo ogólnej dużej dynamiki rozwoju pogłębia się podział na świat bogaty i dotknięty głęboką sferą ubóstwa, centra i peryferie. Zróżnicowanie to w poszczególnych krajach i w skali globalnej posiada cechy strukturalne. Jego podstawą są podziały, relacje klasowe. Nawet w ujęciu dystrybucyjnym, w którym za podstawę zróżnicowania, przyjmuje się posiadane przez dane grupy zasoby materialne i niematerialne oraz dostęp do nich nazywa się je klasami społecznymi z jednoczesnym podkreśleniem, że mimo znacznie większej niż w przeszłości ruchliwości społecznej, otwierania się struktur społecznych, przede wszystkim rozwoju nowych klas średnich (profesjonalistów), dziedziczenie cech położenia społecznego jest nadal faktem. A jest to przecież najważniejszy dowód trwałości podstawowych cech zróżnicowania społecznego. Potwierdzają to również dane i analizy odnoszące się do społeczeństwa polskiego. Przy tym struktura ta, będąca wyrazem i podstawą społecznego zróżnicowania charakteryzuje się, w porównaniu z innymi społeczeństwami, wyraźną polaryzacją. W ocenach bardziej radykalnych pisze się nawet o jej wyraźnie biegunowej tendencji, mimo tego w procesie transformacji ustrojowej uczestniczą różne, a przy tym liczne grupy społeczne. Następuje ich awans i stąd wynikają dwie oceny kształtu struktury społeczeństwa polskiego. Jedna formułująca ogólną definicję o rozproszonej strukturze i druga o pękniętej strukturze, której podstawą jest podział na klasy społeczne. Wyjaśniając tę tezę, autorzy szkicu pt. Pęknięta struktura społeczeństwa polskiego stwierdzają, „Narastająca różnica między zwycięzcami transformacji – do których należy zaliczyć przede wszystkim przedsiębiorców, menedżerów i ekspertów a tymi, którzy relatywnie przegrali, jest podstawowym pęknięciem w strukturze społecznej nie tylko z powodu bezwzględnej wielkości, ale także dysfunkcjonalności. Ta dysfunkcjonalność objawia się wycofaniem społecznym znacznych segmentów struktury społecznej” (K.M. Słomczyński i K. Janicka 2008:69).
 
Z kolei A. Rychard, jeden ze współautorów interesującej książki pt. Polska jedna czy wiele? stwierdza, że Polska … „nie rozpada się na dwie czy trzy części, ale też nie stanowi jednolitej całości. Jest sfragmentaryzowana. Nieprzełamana, lecz popękana” (A. Rychard 2005:140).
 

2. Poziom i specyficzne cechy nierówności społecznych w Polsce. Teza, że cechą zróżnicowania społecznego w Polsce jest jego wysoki poziom, którego podstawą są ostre nierówności znajduje potwierdzenie w porównywalnych danych. Poziom nierówności dochodów mierzony za pomocą współczynnika Giniego wynosił na początku obecnej dekady 30,5, a dla porównania w Czechach 27,0, na Węgrzech 24,4 (Praca polska 2010). Różnice te są jeszcze większe w porównaniu z innymi krajami europejskimi i co ważniejsze nie zmniejszają się a ulegają zwiększeniu. Poziom ten jest znacznie wyższy od średniego dla całej Unii Europejskiej, a w szerszej skali od krajów należących do OECD.
 
Polska obok Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, Korei Południowej, Turcji i Meksyku należy do krajów o najwyższym poziomie zróżnicowania. Według danych pochodzących już z ostatnich lat wskaźnik zróżnicowania wynosił dla Polski 5,83, podczas gdy w takich krajach jak Niemcy wynosił 3,96, w Czechach 3,10, w Słowacji 3,26, na Węgrzech 3,27, we Włoszech 4,2, a w Danii i Szwecji 2,72. Jeszcze bardziej wyraziście zróżnicowanie to ilustrują dane dotyczące różnic płacowych. W Polsce 10% zarabiających najwięcej miało płace wyższe o 794% w stosunku do najniżej zarabiających.
 
Stąd też wynikają oceny, że w Polsce „realizowany jest” najbardziej elitarny model kapitalizmu, charakteryzujący się ostrym zróżnicowaniem i rozległą sferą ubóstwa. Zdaniem Tadeusza Kowalika autora książki - Polska transformacja - Polska w porównaniu z innymi krajami europejskimi, także znajdującymi się w procesie zmian systemowych, charakteryzuje się największym poziomem nierówności, „realizuje najbardziej elitarny model podziału dochodów”. Prowadzi to do ogólniejszej konkluzji, w której stwierdza się, że „polski kapitalizm charakteryzuje się masowym bezrobociem, dużą warstwą ludzi żyjących w ubóstwie, wysokimi i ciągle rosnącymi rozpiętościami płacowymi i dochodowymi” (T. Kowalik 2009:215).
 
Specyficzną cechą zróżnicowania i nierówności społecznych w Polsce jest właśnie rozległa sfera ubóstwa, nazywana przez szereg autorów „polska biedą”. Z aktualnych danych wynika niestety, że 20% Polaków żyje poniżej granicy ubóstwa, a ponad 50% nie przekracza granicy minimum socjalnego. Ponad 65% Polaków zarabia poniżej przeciętnego wynagrodzenia, a 70% trzy razy mniej niż wynosi średnia w Unii Europejskiej. Niskie zarobki dotyczą przede wszystkim kobiet, które zarabiają średnio ponad 20% mniej niż mężczyźni, co dodatkowo zaostrza fakt, że w większości pracują one w zawodach niskopłatnych i są silniej zagrożone bezrobociem. Kobiety też znacznie częściej znajdują się w grupie długotrwale bezrobotnych. Występujące w całym świecie, a zwłaszcza w krajach mniej rozwiniętych, zjawisko feminizacji ubóstwa obejmuje również Polskę. Cytowany wyżej Tadeusz Kowalik powołując się na urzędowe statystyki, stwierdza m.in. „Większość społeczeństwa znalazła się poniżej minimum socjalnego (wg GUS w 2003 roku 58% osób żyło poniżej tego minimum)” i dodaje, że „w latach 1996–2005 niemal potroiła się liczba osób żyjących poniżej minimum egzystencji, przy wzroście PKB o ponad jedną trzecią” (T. Kowalik 2009:214).
 
Szczególną cechą ubóstwa w Polsce jest jego rodzinny wymiar. W Polsce niestety występuje najwyższy w skali europejskiej wskaźnik liczby dzieci zagrożonych ubóstwem. Ponad 22% dzieci jest zagrożonych ubóstwem, a dla rodzin wielodzietnych jest on jeszcze wyższy. Dla rodzin, w których jest czworo dzieci wynosi on 37,8%. Z drugiej strony koszty ponoszone przez rodzinę na kształcenie dzieci stale wzrastają, co dla rodzin wielodzietnych stanowi dodatkowe obciążenie. Według informacji prasowych już w roku 2005 na przygotowanie dziecka do szkoły przeciętna rodzina musiała wydać 755 zł, a na jednio dziecko 483 złote, podczas gdy pięć lat wcześniej wydatek ten wynosił 270 zł (M. Kala, G.W. 2005).
 
Wzrastające obciążenie rodzin kosztami wyżywienia, ubrania, wychowania i wykształcenia dzieci prowadzi do głębokiego zróżnicowania szans dostępu do odpowiednich poziomów wykształcenia, tym samym ograniczania już na starcie, blokowania szans życiowych, dostępu do lepszej pracy i kariery zawodowej. Rozległa i trwała sfera ubóstwa prowadzi do powiększania się marginalizacji i wykluczenia społecznego. Postępujące zróżnicowanie nadaje nierównościom nie tylko ostre wymiary, ale powoduje ich utrwalanie, przekraczanie granic minimum socjalnego, zagraża minimalnym warunkom egzystencji licznych zbiorowości polskich rodzin. Przy tym nie wynika to z występującego niewątpliwie zróżnicowania zdolności i determinacji na przykład w poszukiwaniu pracy czy zwiększania poziomu wykształcenia, ale z obiektywnych, strukturalnych uwarunkowań, niekontrolowanych mechanizmów rynkowych i pogłębiającego się niestety zróżnicowania przestrzennego Polski. Zróżnicowanie to dotyczy nie tylko porównań między regionami, ale także wewnątrz regionów. Odnosi się to również do regionów najbardziej rozwiniętych jak chociażby województwa mazowieckiego. Przykładem tego jest chociażby Radom i subregion radomski, czy istniejące enklawy ubóstwa niedaleko od Warszawy. Zróżnicowanie to nie jest oczywiście wyłącznie produktem czy społecznym kosztem transformacji, ale w jej trakcie nastąpiło niestety jego silne zaostrzenie, objęło też te regiony, które w okresie II Rzeczypospolitej i w czasach PRL spełniały funkcję lokomotyw rozwojowych (przykładem jest dawny Centralny Okręg Przemysłowy – COP obejmujący min. Radom i okolice).
 
Utrzymują się nadal w Polsce getta niskiego poziomu wykształcenia, co rzutuje nieuchronnie na szansę zatrudnienia, wysokość zarobków w czasie poszukiwania pracy przez młodzież, która nie ma możliwości uzyskania wyższego poziomu wykształcenia. W tym zakresie występuje również nadal silne zróżnicowanie między miastem i wsią.
 
„Według informacji Ministerstwa Rozwoju Regionalnego, w 2006 r. w miastach wykształcenie wyższe miało 19, 3% mieszkańców, podczas gdy w regionach wiejskich tylko 6,7%”. W świetle porównań międzynarodowych odsetek osób z wyższym wykształceniem na wsi jest w Polsce 3–5 razy niższy niż średnio w UE” (M.K. Kozak 2010:63).
 
Ubóstwo, niskie dochody dużej liczby rodzin z jednej strony, a z drugiej wzrastające ceny usług medycznych są powodem ograniczonego do nich dostępu. Co gorsza ograniczenie to nie maleje a wzrasta. Dotyczy to wszystkich usług medycznych, a w szczególności dostępu do specjalistów.
 
„Najbardziej upośledzeni w dostępie do świadczeń specjalistów byli rolnicy, osoby bezrobotne i mieszkańcy małych miasteczek” (J. Halik 2002:296). Również w tym przypadku dawało o sobie znać zróżnicowanie przestrzenne: „Trudności w dostępie do specjalisty najczęściej mieli mieszkańcy regionu południowo-zachodniego, a więc Śląska (55%), podobnie mieszkańcy regionu zachodniego (50%). Po 42% respondentów potwierdzało trudność z otrzymaniem skierowania w regionie północnym i południowo-wschodnim, a tylko 37% w regionie środkowym (Mazowsze)” (tamże 307).
 
W konkluzjach końcowych wynikających z badań cytowany autor stwierdzał: „Najbardziej niebezpiecznym sygnałem, który wynika z badań, jest przepływ pacjentów z sektora publicznego do prywatnego. Towarzyszy temu wyraźna selekcja społeczna (do prywatnych lekarzy przenoszą się osoby zamożniejsze i najwyżej wykształcone). Można zatem spodziewać się, iż w niedalekiej przyszłości dojdzie do ostrej społecznej polaryzacji w zakresie korzystania ze świadczeń zdrowotnych” (J. Halik 2002:312).
 
Przewidywania te niestety się sprawdziły. Towarzyszy temu najniższy w porównaniu z innymi krajami poziom wydatków na zdrowie w Polsce.
 
Problem ochrony zdrowia i dostępności usług medycznych jest przy tym dodatkowo ważny ze względu na starzenie się społeczeństwa i także przestrzenie utrudniony dostęp do usług specjalistycznych.
 
Na liście polskich problemów społecznych, nierozwiązanych w okresie transformacji a wręcz przeciwnie zaostrzonych należy kwestia mieszkaniowa. Nadal utrzymuje się deficyt mieszkań. Ceny nowych, w tym także wynajem mieszkań są bardzo wysokie, a tzw. budownictwo socjalne ma jak na razie wymiar symboliczny. Od dawna mówi się nawet o kryzysie mieszkaniowym.
 
Jego występowanie, do tego w ostrej już wówczas formie, odnotowano na przełomie lat 70. i 80. mimo rozwoju budownictwa mieszkaniowego w dekadzie lat 70. (wielka płyta, fabryki domów itp.).
 
W latach następnych uległ on zaostrzeniu, a w czasie transformacji „kwestia mieszkaniowa” w Polsce stała się jednym z podstawowych problemów społecznych. Specjaliści podkreślają, że „w Polsce pokaźny deficyt mieszkań w porównaniu z liczbą gospodarstw domowych, stanowiący w roku 1988 1,3 mln (w miastach 0,8 mln, na wsi 0,4 mln), określony jest przez wskaźnik samodzielności zamieszkiwania, wynoszący 111,7. Zatem prawie 24% gospodarstw domowych… mieszka niesamodzielnie – relatywnie niewiele mniej niż w latach 60” (M. Cesarski 2007:113).
 
Według cytowanego autora nasycenie w mieszkania wynosi w Polsce 283 na 1000 osób ludności, podczas gdy w państwach zachodnioeuropejskich od 400 do 480. Obraz ten uzupełniają dane mówiące o tym, że około 8% mieszkań powinno ulec wyburzeniu, gdyż nie nadają się do dalszego użytkowania, a 30% powinno być poddane remontom kapitalnym (3,5 mln mieszkań).
 
Jeśli dostęp do usług medycznych dotyczy starszych pokoleń Polaków, to kryzys mieszkaniowy blokuje realizację jednej z podstawowych potrzeb młodych pokoleń – posiadanie własnego mieszkania. Społeczna kwestia mieszkaniowa współwystępuje z szybkim rozwojem ekskluzywnych jak na polskie warunki osiedli chronionych przez straże: apartamentowców itp. To również jest wyrazem silnego zróżnicowania.
 
Specjaliści zajmujący się badaniem ubóstwa czy biedy wskazują na różne formy jej występowania, określania zasięgu, ostrości i sposobów mierzenia. Spośród różnych wymienia się najczęściej następujące, przedstawiane w formie pytań: wąska czy szeroka?, dochód czy warunki życia?, dochody czy możliwości?, jako podstawa określania biedy bieda „absolutna” czy „relatywna”? Ważna jest też definicja potrzeb i możliwości ich zaspakajania.
 
Na podstawie badań opinii publicznej podkreśla się, że „ci, którzy mają dość środków na jedzenie i życie, ale za mało, aby kupić inne rzeczy, których potrzebują także, żyją w biedzie” (R. Lister 2007: 49). Jeśli zgodzić się ze stanowiskiem, że w szerszej perspektywie socjologicznej pojęcie biedy obejmuje takie kwestie jak „dobrostan”, „możliwości”, „rozkwit człowieka”, „jakość życia” i „obecność społeczną” to problem niedostatku, rozmiarów ubóstwa nabiera jeszcze większego znaczenia. A trzeba pamiętać, że odnosi się do społeczeństwa, które należy do szerokiej grupy społeczności europejskiej, charakteryzującej się m.in. stosunkowo wysokimi standardami społecznymi.
 

3. Klasowy wymiar nierówności. Autorzy zajmujący się strukturą społeczną i nierównościami podkreślają, że „Z socjologicznego punktu widzenia kluczem do analizy struktury społecznej była i jest struktura klasowa jako podstawa nierówności społecznych” (K.M. Słomczyński i K. Janicka 2008:162). W Polsce również nierówności mają klasowy wymiar. Można mówić, że w obszarze objętym ubóstwem występuje wyraźna przewaga najliczniejszych klas społecznych, a większość ich członków, co najwyżej „osiąga” poziom minimum socjalnego. Ponieważ jest to również związane z procesem transformacji można mówić o wygranych, beneficjentach procesu zmian i przegranych lub znajdujących się w stanie chwiejnej równowagi.
 
Poszczególni autorzy podają różne szacunki liczby beneficjentów i przegranych lub odmiennie zakreślają rozmiary „środka”, ale nawet najwięksi optymiści nie przekraczają 15% w swych ocenach wielkości zbiorowości wygranych transformacji. Przegrani natomiast to zaklęty krąg ubóstwa, którego rozmiary jak dotychczas szacowane są, co najmniej na 50% społeczeństwa – wraz z usytuowaną na najniższym „piętrze”, wcale niemałą, grupę o dochodach poniżej minimum egzystencji. Wśród przegranych wymienia się najczęściej dwie duże zbiorowości – klasy społeczne – robotników i większość rolników, właścicieli małych rodzinnych gospodarstw rolnych.
 
Robotników nazywa się nawet największym przegranym – ze względu na niewspółmierność ich obecnego położenia do roli, jaką odegrali w rewolucji demokratycznej, w politycznej fazie transformacji.
 
Robotnicza przegrana ma dwa aspekty. Pierwszy to najdotkliwsze bezrobocie tej właśnie grupy, i to bezrobocie długotrwałe, a drugi to znaczne pogorszenie się warunków i stosunków pracy.
 
Oddziaływanie obu tych czynników sytuuje robotników w kręgu ubóstwa, nawet ci, którzy pracują, najczęściej mieszczą się w sektorze niskich płac. Badania wykazują, że „wśród przyczyn ubóstwa wymienia się przede wszystkim: niski dochód z pracy (60%), bezrobocie (35%), podeszły wiek (5%)” (M. Sulmicka 2001:147).
 
W toku transformacji gospodarczej bardzo szybko okazało się, że będąca jej istotą prywatyzacja nie polepszyła sytuacji społecznej robotników. Wielki transfer siły roboczej z sektora publicznego do sektora prywatnego, który teraz zatrudnia większość pracowników najemnych, nie był drogą awansu, lecz w większości przypadków przyniósł gorszą ofertę pracy.
 
Stwierdzono, że „[…] w 1998 roku w przedsiębiorstwach prywatnych, będących zresztą w przeważającej części sprywatyzowanymi przedsiębiorstwami państwowymi, […] pracowało już dwie trzecie zatrudnionych w gospodarce, płace były średnio o 7% niższe niż w przedsiębiorstwach państwowych, a czas pracy o 2,5 godziny tygodniowo dłuższy” (tamże). W sektorze prywatnym, zwłaszcza w małych i średnich przedsiębiorstwach, które stanowią dwa jego główne segmenty, nie są przestrzegane przepisy prawa pracy, nie ma związków zawodowych.
 
Według opinii być może nieco wyostrzonych, ale znajdujących potwierdzenie w rzeczywistości: „[…] w nowo powstałych firmach prywatnych nagminnie nie przestrzega się higieny i bezpieczeństwa pracy, prawnie nakazanej pisemnej umowy o pracę, nie dotrzymuje się jej warunków. W regionach dużego bezrobocia lub (i) imigracji ze Wschodu i Południa płaca jest często niższa od prawem ustalonej płacy minimalnej” (T. Kowalik 1999:31).
 
Na sytuację robotników wpływa także zróżnicowanie polskiej przestrzeni społeczno- ekonomicznej. Wynika to z silnej koncentracji klasy robotniczej w „starych regionach przemysłowych”, które obok prywatyzacji gospodarki obejmował proces restrukturyzacji. Początkowo restrukturyzacja przejawiała się głównie w redukcji mocy produkcyjnych, rozmiarów produkcji czy skracaniu linii kolejowych, jak w przypadku PKP. Drugim skutkiem restrukturyzacji jest redukcja zatrudnienia, która dotknęła przede wszystkim robotników.
 
Pod koniec lat 90. na liście obszarów o wysokiej stopie bezrobocia, mierzonej za pomocą wskaźnika tzw. drugiej stopy bezrobocia, czyli stosunku liczby bezrobotnych do liczby pracujących zawodowo poza rolnictwem, znajdowało się tylko województwo dolnośląskie (19,8%), a blisko średniej, która wynosiła 18,2%, województwo opolskie (17,9%), województwo śląskie wówczas należało jeszcze do uprzywilejowanych (10,7%). Na początku obecnej dekady, po roku 2000, sytuacja uległa pogorszeniu. „Według danych Wojewódzkiego Urzędu Pracy bez pracy pozostawało wówczas w województwie śląskim prawie 300 tysięcy osób, z czego blisko 90% bez prawa do zasiłku. W najgorszej sytuacji – stwierdzała cytowana autorka – są dawne osiedla przyzakładowe, zarówno te starsze, z lat przedwojennych, jak i blokowiska zasiedlane po wojnie przez fale migrantów rekrutowanych do pracy w kopalniach czy hutach. Upadek zakładu, wokół którego toczyło się życie kilku pokoleń mieszkańców, jest rzeczywistym dramatem, często bowiem oznacza nie tylko utratę pracy, ale załamanie się całego dotychczasowego systemu wsparcia socjalnego organizowanego przez zakład” (K. Wódz 2003:159). Podobne, a nawet bardziej dramatyczne opisy dotyczą innych regionów, zwłaszcza tych, w których stopa bezrobocia i poziom ubóstwa były wysokie od początku transformacji. W restrukturyzowanych tradycyjnych przemysłach, bądź stosunkowo nowoczesnych, ale redukowanych gwałtownie, na przykład w przemyśle zbrojeniowym, przeważały robotnicze stanowiska pracy. Według danych z 2000 r., w górnictwie węgla kamiennego i brunatnego na stanowiskach robotniczych zatrudnionych było 156,8 tys. osób, a na stanowiskach nierobotniczych 33,4 tys. W produkcji metali 76,1 tys. osób pracowało na stanowiskach robotniczych, a 21,2 na stanowiskach nierobotniczych. Problem bezrobocia dotyczył więc przede wszystkim robotników.
 
Na pogorszenie sytuacji materialnej, a często wyraźną degradację społeczną robotników nakłada się poczucie braku reprezentacji ich interesów, wzrastające osamotnienie. Wszystkie badania prowadzone w środowisku robotniczym wykazywały i wykazują jednoznacznie, że liczba przekonanych o tym, że nikt dobrze nie reprezentuje ich interesów, zwłaszcza w skali ogólnokrajowej, zawsze była wysoka (ponad 60% badanych). Ocena taka dotyczyła również tych branż, w których większość pracowników należała jeszcze do związków zawodowych (górnictwo, hutnictwo, energetyka, PKP).
 
Na związki zawodowe, jako organizację reprezentującą interesy robotników wskazywano jeszcze dość często, ale zawsze była to mniejszość badanych. Poczucie braku reprezentacji interesów dotyczy tym bardziej robotników pracujących w przedsiębiorstwach zlokalizowanych w przestrzeni lokalnej.
 
Drugą grupą, pozostającą nadal mimo silnych wewnętrznych zmian, klasą społeczną są chłopi, rolnicy posiadacze małych, rodzinnych bądź, co najwyżej średniej wielkości gospodarstw rolnych. Liczba pracujących w rolnictwie uległa w latach transformacji znacznemu ograniczeniu, ale i tak Polska charakteryzuje się wysokim poziomem zatrudnienia w tym dziale gospodarki.
 
Jak podkreśla większość autorów społeczność wiejska, klasa chłopska uległa wyraźnemu podziałowi na klasę farmerów, właścicieli dużych gospodarstw znacznie przekraczających 100 ha oraz większość, która stanowi tradycyjną klasę chłopską, nazywaną czasami „ostatnimi chłopami” w Europie. W rolnictwie przeważają nadal, mimo zmniejszania się ich liczby małe gospodarstwa nieprzekraczające 5 ha. Jeszcze do niedawna stanowiły one 75% gospodarstw rolnych w Polsce. Pierwszą grupę, polskich farmerów można nazwać beneficjentami transformacji, druga stanowi formację przegranych. Ta druga, „większościowa” grupa, dzieli się na tych którzy mają szansę przetrwania na rynku, a nawet odnoszenia sukcesów i na tych, którzy nie tylko znaleźli się w sferze ubóstwa i degradacji, ale podlegają coraz bardziej procesom marginalizacji.
 
Na początku dekady szacowano też, że liczba bezrobotnych wynosi na wsi 900 000 osób, a nawet ponad 1 500 000. Część z nich poszukuje i będzie poszukiwała pracy, zwłaszcza na lokalnych rynkach pracy, na których szukają też pracy bezrobotni z miast i miasteczek, których rynki zaliczane są do trudnych. Tworzy to sprzęgnięty wewnętrznie, a jednocześnie konfliktowy układ, swego rodzaju zamknięty krąg ubóstwa i marginalizacji, którego przestrzenią są małe miasta i wieś.
 
Jednych i drugich jest w Polsce nie mało. Unijne dotacje dla rolnictwa polepszyły sytuacje klasy chłopskiej, ale nie wyrwało to jej większości z obszarów niedostatku, utrzymując tę niemałą przecież zbiorowość w sytuacji przegranych. Specjaliści podkreślają, ze właśnie przede wszystkim wieś dotknięta jest chorobą „dwóch szybkości” umacniając ogólnopolskie stany nierówności i zróżnicowania.
 
Fakt, że grupę przegranych tworzą robotnicy i większość klasy chłopskiej, a z drugiej strony wyodrębnia się coraz bardziej klasa przedsiębiorców wraz z jej szczytowymi strukturami, polską klasą biznesu i jej elitą nadaje nierównościom klasowe cechy.
 
Stałe, wzrastające wahania na rynku pracy, postępująca jego deregulacja, utrzymująca się szeroko szara strefa, a wreszcie praca na czarno powodują że na przełomie lat 90. i obecnego stulecia ukształtował się nowy syndrom polskiego ubóstwa. Na początku minionej dekady na syndrom ten składało się bezrobocie, niski poziom wykształcenia i kwalifikacji zawodowych, liczna osób w rodzinie i mieszkanie w małych miastach lub na wsi. Pod koniec minionej dekady zaczął się kształtować nowy syndrom ubóstwa, którego jednym z najważniejszych „czynników sprawczych” stały się niskie płace, nazywane bieda-płacami.
 
Według danych statystycznych jeśli chodzi o płacę minimalną to dotyczyła ona tylko 11% zatrudnionych, ale jej poziom był dużo niższy niż w krajach UE w tym także w krajach transformacji (np. Czechy). Natomiast liczba zarabiających znacznie poniżej średniej krajowej była i jest znacznie większa. W roku 2008 65,4% Polaków zarabiało poniżej przeciętnego wynagrodzenia brutto w gospodarce narodowej przy czym dotyczyło to 60,3% mężczyzn i 70,6% kobiet. Obraz ten uzupełniają dane mówiące o tym, że Polska stała się „liderem” w zakresie stosowania jednej z tzw. atypowych form zatrudnienia – umowy na czas określony. W Polsce dotyczyło to 27% zatrudnionych, podczas gdy dla całej Unii Europejskiej wskaźnik ten wynosił 13%, a na przykład w Czechach 8,7%. Do tego dochodzi problem wzrastającego bezrobocia, trudności w znalezieniu pracy przez młodych posiadających znacznie wyższy poziom wykształcenia niż starsi.
 
Alarmistyczna diagnoza o „straconym pokoleniu” stała się coraz bardziej popularna. Zaostrza to problemy zróżnicowania, tworząc nowe obszary zagrożenia marginalizacją i wykluczeniem społecznym. Młodzi uzyskujący pracę otrzymują z kolei niskie zarobki, ofertę pracy na czas określony lub zatrudnienie poprzez agencję pracy tymczasowej. Prowadzi to do gwałtownego wzrostu rynku peryferyjnego, którego cechą jest nie tyko niski poziom regulacji, ale niewielkie zabezpieczenie społeczne lub jego brak.
 
Przytoczone wyżej dane, opinie i wnioski potwierdzają, że występujący od zawsze dylemat optymalnych relacji między efektywnością ekonomiczną a sprawiedliwością społeczną nie tylko nie przestał być aktualny, ale nabrał nowych wymiarów, a nawet w niektórych krajach nastąpiło jego zaostrzenie. Dla społeczeństwa polskiego wyzwanie to – ostre zróżnicowanie społeczne jest ważne z dwóch powodów. Po pierwsze z tego względu, że celem demokratycznej rewolucji z przełomu lat 70. i 80. oraz transformacji systemowej miało być tworzenie gospodarki opartej na zasadach społecznej gospodarki rynkowej i działanie na rzecz sprawiedliwości społecznej. Był to przecież jeden z motywów działania głównych aktorów rewolucji demokratycznej robotników i profesjonalistów.
 
Stan zróżnicowania społecznego spotyka się z krytyką większości społeczeństwa, a także staje się czynnikiem dysfunkcjonalnym. Ważna niewątpliwie dla Polski potrzeba modernizacji jest niemożliwa do „zaspokojenia” bez zahamowania procesów marginalizacji, dużego zróżnicowania społecznego. Nawet z ekonomicznego punktu widzenia marginalizacja oznacza marnotrawstwo kapitału ludzkiego.
 
Prof. Leszek K. GILEJKO jest socjologiem, cenionym znawcą problematyki pracy i społecznych nierówności; pionierem badań nad położeniem robotników w Polsce powojennej oraz ich związkową reprezentacją; jest dziekanem Wydziału Socjologii w Akademii Humanistycznej im. A. Gieysztora w Pułtusku, wieloletnim wykładowcą w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie.