Henryk DOMAŃSKI

Postaram się przedstawić fakty z komentarzem do nich. Co do prezentacji faktów to odwołuje się ona do ustaleń wynikających z badań socjologicznych, głównie ilościowych prowadzonych od kilkudziesięciu lat na ogólnopolskich, reprezentatywnych próbach ludności – tak, aby można było coś orzec o zmianach. Nasuwają się dwa podstawowe pytania. Po pierwsze, czy zmiana systemu politycznego znajduje odzwierciedlenie w strukturze społecznej? Jest to fundamentalne pytanie, stanowi ono bowiem pewne kryterium siły zmian systemowych. Drugie pytanie, równie fundamentalne, brzmi: Czy struktura społeczna w Polsce upodobniła się do społeczeństw zachodnich? Jednak na początku powiem o tym, co się nie zmieniło, chociaż może powinno.
 
Struktura społeczna to wiele podziałów, kategorii społecznych i zachodzących między nimi relacji. Skoncentruję się na takim aspekcie struktury społecznej, który jest z nią najczęściej utożsamiany, a mianowicie na stratyfikacji społecznej. Natomiast nie będę mówił o podziałach pokoleniowych, nierównościach związanych z płcią, różnicach terytorialnych, regionalnych i innych.
 
Zacznijmy więc od wskazania tych aspektów, które nie zmieniły się, chociaż mogły się zmienić. Podstawowym „parametrem” charakteryzującym strukturę społeczną jest jej otwartość. Z kolei najważniejszym wskaźnikiem otwartości jest ruchliwość społeczna. Im większa ruchliwość, tym większa otwartość struktury społecznej. Otwartość oznacza, że jeśli np. ktoś urodzi się chłopem, to może awansować i zostać na przykład lekarzem, czy dyrektorem koncernu. W hipotetycznym modelu optymalnej otwartości istnieje pełna wymienialność pozycji. Przeciwieństwem ruchliwości międzypokoleniowej jest dziedziczenie pozycji społecznej po rodzicach. Stąd powstaje pytanie, czy po zmianie systemu coś się zmieniło, jeżeli chodzi o stopień przenikalności barier społecznych, na przykład pod względem przechodzenia z klasy chłopskiej lub robotniczej do inteligencji. Otóż nie – otwartość struktury społecznej, mierzona natężeniem ruchliwości (oczywiście mówię o prawidłowościach statystycznych) prawie się nie zmieniła. Są różne mierniki ruchliwości, które na to wskazują, w sumie jednak, międzypokoleniowe przemieszczenia między podstawowymi segmentami struktury społecznej – klasą chłopską, robotnikami rolnymi, robotnikami niewykwalifikowanymi i wykwalifikowanymi, właścicielami firm, niższymi pracownikami umysłowymi, inteligencją, elitami władzy, elitami biznesu – w zasadzie są takie jak w czasach PRL. Oczywiście, ruchliwość do elit władzy czy elit biznesu niewątpliwie wzrosła (musiała wzrosnąć, bo kategorie te zostały „otworzone” przez demokrację i rynek), niemniej są to bardzo małe kategorie, więc napływ do nich nie miał dużego znaczenia. Tak więc, biorąc pod uwagę ruchliwość społeczną, czyli stopień przenikalności warstw, klas, kategorii społeczno-zawodowych, można powiedzieć, że polskie społeczeństwo nie jest społeczeństwem bardziej otwartym, niż było w latach 80. XX wieku.
 
Innym klasycznym wskaźnikiem otwartości, jest tzw. homogamia małżeńska – z jakich kategorii wywodzą się małżonkowie. Wzrost mezaliansów byłby wskaźnikiem otwartości. Również i tutaj nic się nie zmieniło. Jest to drugie świadectwo braku zmian w otwartości. Nie dokonało się „mieszanie” par z różnych pięter drabiny społecznej. Na zbliżonym poziomie utrzymywała się również homogamia pod względem doboru znajomych, tzn. inteligenci utrzymywali bliskie znajomości raczej z inteligentami, robotnicy z robotnikami, itd. .Oczywiście nie można wykluczyć, że nastąpią jakieś zmiany – i to być może w kierunku osłabienia ekskluzywności wymienionych środowisk i zanikania ostrości barier społecznych – w końcu trudno oczekiwać radykalnych zmian w takim krótkim okresie.
 
Kolejnym wskaźnikiem otwartości jest dostęp do wyższego wykształcenia. Najczęściej analizuje się to w postaci siły związku między pochodzeniem społecznym a poziomem wykształcenia: czyli w jakim stopniu, np. pozycja zawodowa ojca, czy matki, kształtuje szanse przechodzenia ze szkoły średniej na studia. Większa zależność oznacza większą nierówność szans. W przypadku Polski nic nie wskazuje na wzrost szans w dostępie do wykształcenia. Zależność między pochodzeniem, mierzonym przez pozycję zawodową rodziców, a przechodzeniem przez kolejne dwa progi selekcji szkolnej – po ukończeniu gimnazjum i szkoły średniej – nie uległa zmniejszeniu. Dotyczy to ostatnich kilkudziesięciu lat. Wprawdzie w latach 90. wpływ pochodzenia na dostęp do wyższych studiów trochę się obniżył, ale w późniejszym okresie ponownie wzrósł, jakby wrócił do „normy”.
 
Przejściowy wzrost otwartości szkół wyższych może być w pewnym stopniu rezultatem ekspansji edukacyjnej: w wyniku gwałtownego zwiększenia się liczby placówek edukacyjnych na poziomie ponadśrednim możliwości kształcenia wzrosły. Jest to naturalny czynnik obniżenia się nierówności szans. Niemniej wydaje się – wysunąłbym taką hipotezę – wzrost rozwarstwienia materialnego spowoduje, że za kilkanaście lat nierówności edukacyjne się zwiększą. Oczywiście rolę tradycyjnie rozpatrywanych nierówności – pod względem niejednakowych szans dostępu do szkoły wyższej – przejmą nierówności w zakresie dostępu do określonego rodzaju szkoły wyższej. Ważniejsze stanie się to, czy jest nią Uniwersytet Warszawski, czy (dajmy na to) szkoła wyższa w Siedlcach, Wyszkowie, Przemyślu.
 
Co się wobec tego zmieniło? Pierwsza zmiana dotyczy zasad dystrybucji dóbr, czego najlepszym wskaźnikiem są nierówności położenia materialnego i nierówność dochodów. W społeczeństwie polskim wzrosły nierówności dochodów mierzone indeksem Giniego. Jest to najczęściej stosowany miernik koncentracji dochodów, który przyjmuje wartości z przedziału od zera do 1. Zero oznaczałoby zupełną równość dochodów, jeden – maksymalną koncentrację – czyli np. skupienie wszystkich dochodów w ręku jednej osoby. W Polsce współczynnik Giniego wzrósł w latach 1988–2008, z 0,24 do 0,40. W Polsce Ludowej nierówności dochodów były dość duże. Zawsze były one większe niż w Czechosłowacji czy na Węgrzech. Obecnie, ustępujemy w Europie m.in. Anglii, aczkolwiek największe nierówności są w Rosji, na Ukrainie i w innych byłych republikach radzieckich. W Rosji indeks Giniego wynosi około 0,50, są to więc bardzo duże nierówności. U nas nastąpił lekki ich wzrost.
 
Najważniejsze jednak jest to, jakie mechanizmy stały za wzrostem nierówności dochodów. Rysuje się następująca hipoteza. Mamy system rynkowy, w którym powinno zwiększać się znaczenie wynagradzania ludzi za ich zdolności, osiągnięcia, czyli szeroko rozumiane „zasługi” – jest to tak zwana merytokracja, czyli wynagradzanie za merits. Powszechnie stosowanym wskaźnikiem merytokracji jest siła związku pomiędzy poziomem wykształcenia (zasługami) a dochodami (nagrody). Otóż w Polsce zależność ta ulega systematycznemu zwiększeniu. W 1982 roku – według analiz wykonanych na próbie ogólnokrajowej – osoby z wyższym wykształceniem zarabiały około 12 procent powyżej średniej krajowej, przy wyłączeniu wszystkich innych czynników, które wchodzą w grę, to znaczy niezależnie od płci, miejsca zamieszkania, czy wieku. Był to bardzo mały „zysk” z tytułu posiadania dyplomu. Ta sytuacja była do lat 90. stabilna. Natomiast zaczynając od pierwszych lat transformacji, zależność ta stale wzrasta i w 2008 r. dochody osób z wyższym wykształceniem kształtują się na poziomie 40 procent powyżej średniej krajowej. Dowodzi to wzrostu merytokracji, a więc i tego, że upodabniamy się do społeczeństw rynkowych.
 
Wzrost rozwarstwienia materialnego pociągnął za sobą wyłonienie się underclass, ludzi ubogich i „wykluczonych” – przede wszystkim z rynku pracy. Według moich analiz kategoria wzrosła szybko na początku lat 90. do poziomu 10% ogółu ludności i utrzymuje się bez większych zmian w czasie. Nie jest to może dużo, ale i nie mało. Natomiast polskiej underclass brakuje pewnego zasadniczego komponentu „podklasy” w krajach zachodnich, jakim jest. dziedziczenia ubóstwa. Nie występuje ono w Polsce – jak dotąd.
 
Kształtowanie się klasy „średniej”, która powinna być (z definicji) kategorią odnoszącą korzyści ze zmiany ustroju, stanowi przeciwwagę dla kategorii ludzi ubogich i wynikających z ubóstwa możliwych konfliktów i napięć. Wyłaniają się jednak pewne trudności. Najważniejszą strukturalną barierą rozwoju polskiej klasy średniej jest niska stopa życiowa, chociaż za kilkadziesiąt lat powinniśmy zbliżyć się do poziomu zamożności społeczeństw zachodnich. Jednak poważniejsze bariery tkwią w sferze świadomościowej. Dla mieszkańców Stanów Zjednoczonych czy Anglii, „klasa średnia” symbolizuje powodzenie życiowe, które przekłada się na wysokie konto w banku, własny dom i stosunkowo wysokie dochody, pozostające w zasięgu wytrwałych, ambitnych, i zdolnych jednostek. Przynależności do klasy średniej zaspokaja tam uniwersalną potrzebę otrzymywania oznak uznania od innych, pozwalając funkcjonować jej członkom w przekonaniu o własnej wyższości. Społeczeństwo rynkowe opiera się na zasadzie współzawodnictwa, ludzie żyją tam pod presją potrzeby sukcesu. Otóż idea rywalizacji o status społeczny obca jest mentalności statystycznego Polaka. W odczuciu ogółu normą jest raczej to, że „nie należy się chwalić”, a uniwersalna potrzeba bycia pozytywnie ocenianym przez innych zaspokajana jest drogą indywidualnych strategii w rodzinie, pracy i wobec znajomych. W przypadku dużej części inteligencji nakłada się to na mentalność „bycia ofiarą” systemu.
 
Głównymi kandydatami do miana klasy średniej są w Polsce inteligencja i prywatni przedsiębiorcy, biorąc pod uwagę ich pozycję zawodową i status społeczny. Ani inteligencja, ani średni i drobni właściciele nie identyfikują się z „klasą średnią”, zresztą pojęcie to słabo funkcjonuje w języku potocznym. Nie odwołują się do niego również politycy, co jest interesującym odwrotem od popularności z pierwszych lat transformacji, gdy powszechnym zjawiskiem było posługiwanie się hasłem „klasy średniej” jako miernikiem zaawansowania reform rynkowych. W pierwszej dekadzie XXI wieku pojęcie to znikło z programów partyjnych, co wydaje się być podyktowane pragmatyczną strategią wyjścia naprzeciw zapotrzebowaniu na „solidaryzm społeczny”. Dla opozycji i rządu nie jest wskazane deklarowanie sympatii dla rozwoju „klasy średniej”, która kojarzy się ludziom z reformami L. Balcerowicza, rozwarstwieniem społecznym i liberalną gospodarką rynkową.
 
W Polsce nie wyłoni się wierna kopia anglosaskiej middle class, ponieważ jednak społeczeństwo rynkowe nie może się obejść bez kategorii realizujących jej funkcje, inteligencja będzie musiała wejść w rolę klasy średniej w jakiejś „słabszej” postaci. Stanie się zbiorowością jednostek zajmujących pozycję „klasy średniej” w strukturze społecznej, które nie są przynależności do tej klasy świadome.
 
Przechodzę do ostatniego wątku. Max Weber – socjolog i ekonomista – wyróżnił trzy wymiary stratyfikacji społecznej: władzę, klasę i prestiż. Postawy obejmowane mianem prestiżu, poważania i estymy społecznej, są uniwersalnym wymiarem nierówności występującym wszędzie tam, gdzie ludzie oceniają się nawzajem w kategoriach „lepszy”, „równy”, lub gorszy”. Oceny te znajdują odzwierciedlenie w hierarchii prestiżu zawodów, ponieważ przynależność zawodowa jest najbardziej trafnym i najczęściej stosowanym wskaźnikiem pozycji społecznej.
 
Za postawami tymi stoją określone wartości, stąd też analizując zmiany hierarchii prestiżu można uzyskać odpowiedź na pytanie, jakie zjawiska społeczeństwo akceptuje i popiera, a czemu się sprzeciwia, a nawet odrzuca. Oznacza to, że hierarchia prestiżu jest jedynym rodzajem nierówności akceptowanym przez ogół. Z przeprowadzonych dotychczas badań wynika, że we wszystkich krajach występuje podobna hierarchia, w której najwyższy prestiż uzyskują profesorowie wyższych uczelni, przedstawiciele najwyższej władzy państwowej, ministrowie, dyrektorzy firm, i reprezentanci wielkiego biznesu. Z drugiej strony, najniżej oceniane są zawody wymagające niskich kwalifikacji, takie jak sprzątaczka, referent w biurze, robotnik drogowy. Można powiedzieć, że społeczeństwa nie różnią się znacząco od siebie pod względem dystrybucji szacunku. Najwyższą estymą otaczane są zawody ważne dla ładu społecznego, wymagające kompetencji, inwestowania w siebie i zdolności, które jest trudno uzyskać. Z drugiej strony, najniżej oceniane są zawody łatwe do zastąpienia, o niskiej złożoności zadań, takie jak robotnik drogowy. Hierarchie te nie zmieniają się w czasie, co wskazuje, że wysokie kwalifikacje, pomyślność materialna i władza są uniwersalnymi kryteriami hierarchizacji społecznej.
 
Jeżeli chodzi o Polskę, to do lat 90. XX w. hierarchia prestiżu zawodów nie odbiegała zasadniczo od hierarchii występujących w krajach zachodnich. Najbardziej szanowanym zawodem był profesor uniwersytetu, wysoką estymą cieszyła się pozycja ministra i dyrektora fabryki, bardzo wysoki prestiż miał nauczyciel, natomiast najniższe oceny uzyskiwali referent biurowy i niewykwalifikowany robotnik. Wynika stąd, że społeczeństwo polskie najwyżej oceniało zawody wymagające wyższego wykształcenia, związane z zajmowaniem wysokich stanowisk, postrzegane jako użyteczne, i realizujące ważne funkcje zaspakajające potrzeby ogółu. Godna podkreślenia jest niezmiennie najwyższa pozycja profesora, co pozostaje charakterystyczną cechą polskiej hierarchii prestiżu; w pierwszej dziesiątce najwyżej ocenianych zawodów sytuowali się również lekarz, nauczyciel w szkole, sędzia, inżynier i inni reprezentanci inteligencji. Szczególną jej cechą było również stosunkowo wysokie uznanie dla pracy fizycznej w osobie górnika, reprezentującego trud, niebezpieczną pracę i użyteczność ekonomiczną, za które „należała” się „sprawiedliwa” nagroda.
 
Ponieważ przełomowe lata transformacji wprowadziły nowe wyznaczniki statusu i orientacji życiowych, należało również oczekiwać zmian w odniesieniu do prestiżu zawodów. Przejście do kapitalizmu i demokracji powinno zwiększyć prestiż przedstawicieli świata biznesu (objęli strategiczne pozycje) i polityków (nareszcie wybieranych z woli ogółu). Z drugiej strony, za brakiem większych zmian przemawiała wyjątkowa – jak na zjawiska świadomości społecznej – stabilność hierarchii prestiżu. We wszystkich 60 krajach, w których te porównania robiono, współczynniki korelacji między hierarchiami ustalanymi dla różnych punktów czasowych zawierały się w granicach 0,91–0,98. Wynik ten zbliżony do maksymalnej korelacji równej 1, sugeruje, że są one prawie niezmienne. Zwykło się to interpretować jako świadectwo faktu, że oceny prestiżu są odzwierciedleniem trwałej normy dotyczącej rankingu wyższości.
 
Jak było naprawdę? Odpowiedzi na to pytanie dostarcza porównanie hierarchii pozycji zawodowych dla 1987 z hierarchiami dla lat 2004–2008 r. We wszystkich badaniach respondentom przedstawiano listę zawodów, reprezentujących podstawowe kategorie społeczno-zawodowe, i zadawano standardowe pytanie: „Jakim poważaniem darzy P. nauczyciela, kierowcę, itd.”. Badane osoby oceniały zawody na pięciopunktowej skali, od: darzę go „bardzo dużym poważaniem” (1), do „bardzo małym poważaniem” (5). Jak dowiodły różne eksperymenty, lepiej jest w Polsce pytać o „poważanie”, niż o „prestiż”, i dlatego pytanie o poważanie zadawane było od początku tych badań.
 
Sumarycznej odpowiedzi dostarcza porównanie średnich ocen prestiżu, sprowadzonych dla przejrzystości do skali od 0 do 100. Wprawdzie zmiana systemu nie spowodowała odwrócenia hierarchii, ale ją na tyle zmieniła, żeby osłabić wiarę w jej inherentną trwałość (do zwolenników błędnego przekonania o zasadniczej niezmienności prestiżu zawodów zaliczyłbym siebie). W latach 90. dokonał się wyraźny spadek prestiżu ministra i dyrektora fabryki. Od 1987 do 2004 r. prestiż ministra zmniejszył się na stu-punktowej skali z 82,5 do 58,6, a dyrektora z 82,8 do 67,5. Drugim reprezentantem klasy rządzącej był poseł do Sejmu (w badaniach z 1987 r. nie pytano o posła), lokujący się w ocenie społecznej najniżej. W badaniach z 2004 r., na szczegółowej liście 36 zawodów, poseł znalazł się na przedostatniej, a minister na ostatniej pozycji – przed działaczem partii politycznej. W dolnej połowie hierarchii prestiżu sytuowali się również przedstawiciele władzy lokalnej. Wojewoda znalazł się na 25 pozycji a prezydent miasta na 27. Można powiedzieć, że w świadomości społecznej dokonała się degradacja klasy rządzącej.
 
Pozostałe elementy tego układu pozostały na ogół stabilne. W latach 2004–2008 ścisłą czołówkę rankingu estymy społecznej tworzyli profesor uniwersytetu, lekarz, nauczyciel, górnik i pielęgniarka. W pierwszej dziesiątce są jeszcze inżynier i informatyk, a od 2006 r. – awansujący w międzyczasie – dyrektor fabryki. Wynikałoby stąd, że najwyższym szacunkiem w dalszym ciągu obdarzane są kategorie inteligenckie, cenione za wysokie wykształcenie, kwalifikacje i wiedzę. Wyznacznikiem wysokiego „poważania” pozostaje użyteczność, kojarzona z realizacją misji społecznej w zaspokajaniu newralgicznych potrzeb w zakresie edukacji (nauczyciel) i zdrowia (pielęgniarka). Polacy nie przestają wysoko oceniać górnika, co może oznaczać, że – w świetle potocznej sprawiedliwości – trud i niebezpieczna praca, której towarzyszą wymierne efekty, są wartościami, wymagającymi szczególnej nagrody.
 
Zacznę od ogólnego komentarza, że zmiana systemu naruszyła jedno z głównych ogniw hierarchii prestiżu – ocenę pozycji związanych z władzą – w odwrotnym kierunku, niż wynikałoby to z oczekiwań. Zjawisko to jest odzwierciedleniem paradoksu demokracji. Można bowiem realistycznie założyć, że politycy obdarzani są w każdym systemie tym większą estymą – powiedzmy słabiej – respektem, im większy dystans dzieli zwykłych obywateli od władzy. Wiele wskazuje, że system komunistyczny miał w Polsce słabe poparcie; społeczeństwo udzielało mu pragmatycznej legitymizacji pod przymusem (musiał być, więc trzeba się było z tym zgodzić). Jednak w świadomości zwykłego obywatela minister w PRL uosabiał autorytet władzy, którą należy szanować. Po upadku tego systemu i narodzinach demokracji, dystans między obywatelem i władzą ulega zmniejszeniu. Politycy wyłaniani są drogą wyborów, co oznacza, że zajmują najwyższe stanowiska tylko czasowo, a po zakończeniu kadencji stają się zwykłymi obywatelami i wracają na stare pozycje. Po drugie, kariera polityczna jest otwarta praktycznie dla wszystkich, co oznacza, że pozycje te stały się łatwiej zastępowalne, a to co jest łatwiej zastąpić oceniane jest niżej. Po trzecie, ministrowie, posłowie, wojewodowie i prezydenci miast wystawieni zostali na krytykę medialną, uwydatniającą ich zwykłe słabości. Można powiedzieć, że demokratyzacja osłabiła mistycyzm władzy odbierając jej prestiż; można to również nazwać utratą „ezoteryczności”, która – zdaniem Bourdieu – jest czynnikiem wysokiego prestiżu wszystkich zawodów otaczanych nimbem tajemniczości. Warto zauważyć, że zmiana ustroju nie odebrała (nie mogła odebrać) „ezoteryczności” lekarzowi i profesorowi wyższej uczelni.
 
Niezależnie od efektu demokratyzacji, prestiż ministra i posła obniżyły afery korupcyjne i przekonanie o niskich kompetencjach klasy rządzącej. Usytuowanie polityków na dole hierarchii prestiżu jest precedensem we wszystkich krajach, w których takie badania prowadzono. Raczej nie wynika to z przejściowej utraty zaufania obywateli do władzy, wynikającej z błędów jakiejś określonej ekipy rządzącej, ponieważ proces obniżania się prestiżu ministra w hierarchii prestiżu rozpoczął się już w latach 90. i trwał dalej, dochodząc do dna w 2004 r. za rządów ekipy SLD, po ujawnieniu afery Rywina. Czy sytuacja wróciła do normy pod rządami koalicji kierowanych przez PiS i PO? Porównanie hierarchii prestiżu dla lat 2004–2008 może sugerować pewien ślad tego procesu, czego przejawem jest powolne przesuwanie się w górę prestiżu ministra. Minister awansował z 21 na 19 pozycję, wyprzedzając robotnika budowlanego i sprzątaczkę. Powiedzmy, że jest to zapowiedź postępu, chociaż nie wiadomo, czy jest to zapowiedź trwałej tendencji, czy tylko epizodyczne wahnięcie.
 
Drugą kategorią dotkniętą brakiem społecznego uznania są reprezentanci biznesu. W 2004 r. właściciel wielkiej firmy sytuował się w drugiej połowie hierarchii, poniżej właściciela małego sklepu i sprzątaczki, co wskazywało na głębokie pokłady nieufności wobec ogólniejszego problemu, jakim jest gospodarka rynkowa i stosunek do ludzi bogatych. Tym, co podlegało negatywnej ocenie był sam fakt prowadzenia własnej firmy, trudno byłoby bowiem inaczej wyjaśnić to, że właściciel dużego przedsiębiorstwa zasługiwał w opinii społecznej na niższy prestiż, niż drobny sklepikarz. Otóż pozytywnym sygnałem – z punktu widzenia przyszłości polskiego kapitalizmu – jest to, że do 2008 r. nastąpiło odwrócenie prestiżu tych ról i właściciel dużej firmy przesunął się w rankingu estymy społecznej aż o 9 miejsc w górę. Duży biznes to duży kapitał, więcej miejsc pracy i modernizacja gospodarki. Można wysunąć hipotezę – zakładając, że ludzie są tych zależności świadomi – że Polakom znacznie trudniej wdrożyć się do mechanizmów demokracji (i dlatego negatywnie oceniamy polityków), natomiast chętniej akceptujemy logikę gospodarki rynkowej. Potwierdzeniem tej hipotezy może być również znaczący awans „dyrektora fabryki”. W latach 2004–2008 było to drugie ważne przesunięcie w górę w hierarchii społecznej dokonywanej przez ogół, wskazujące, że Polacy obdarzają wyższym prestiżem „władzę organizacyjną”, wymagającą kompetencji i odpowiedzialności, związanych z kierowaniem firmami. Po załamaniu z pierwszych lat kształtowania się gospodarki rynkowej dyrektor awansował z 15 pozycji na 5.
 
Można by na tej podstawie sformułować niebanalny wniosek, że „obiektywna” hierarchia, której wyznacznikami są zamożność i władza, w coraz większym stopniu dostosowuje się do układu „pożądanego” przez większość. Być może nawet nie jest tak źle w przypadku klasy rządzącej. Możliwa jest alternatywna, bardziej optymistyczna interpretacja, że obniżenie się jej prestiżu nie jest przejawem niedojrzałości polskiej demokracji, ani tego, że politycy nie sprostali zadaniu, ale jest ono rezultatem wygórowanych oczekiwań społecznych. Polacy bardziej krytykują zagraniczną turystykę zarobkową Lecha Wałęsy, niż społeczeństwo niemieckie pracę w Gazpromie Gerharda Schroedera, chyba niemniej wątpliwą moralnie. Nawet wśród członków Izby Gmin ujawniane są skandale towarzyskie i przypadki korupcji, może więc wina nie leży wyłącznie po stronie złych ministrów i posłów. Funkcjonując przez kilkadziesiąt lat w ramach niedemokratycznego systemu lokowaliśmy w demokracji więcej nadziei, niż zapewniają to demokratyczne mechanizmy rekrutacji do elit. Jeżeli nakłada się na to efekt reminiscencji z czasów szlacheckiej demokracji (czego nie można wykluczyć) prawdopodobnie brzmi hipoteza, że pod adresem polityków kierujemy wygórowane ambicje i gdy spotkał nas zawód, ulokowaliśmy ich na dole hierarchii.
 
Niemniej możliwość, że społeczeństwo polskie, z którego się przecież politycy wywodzą, oczekuje od klasy politycznej zbyt dużo, nie zmienia przekonania, że wskaźnikiem znaczącej poprawy będzie sytuacja, gdy jej członkowie zaczną się przesuwać w górne partie drabiny prestiżu zawodów. Z badań nad świadomością społeczną wynika, że w społeczeństwie polskim prestiż nie jest abstrakcyjnym pojęciem, ale rozpoznawanym dobrem, do którego dążą reprezentanci tak różnych kategorii jak inteligencja, robotnicy i chłopi. Ludziom, w tym również politykom, zależy na uzyskiwaniu oznak prestiżu, prawdopodobnie nie mniej niż na zamożności, lub dostępie do władzy. Czy potrzeba ta kiedyś wymusi pożądane wzory zachowań na ministrach i posłach – tego nie wiemy. Jednak niezależnie od tego, utrzymywanie się w świadomości społecznej stabilnej hierarchii prestiżu daje pewne nadzieje, ponieważ można się w niej dopatrywać jakiejś gwarancji normalności, jak we wszystkich oznakach uporządkowania i ładu.
 
Podsumujmy. Kształtowanie się społeczeństwa kapitalistycznego przyniosło wzrost nierówności materialnych i podziałów klasowych związanych ze stosunkiem do własności i pozycją rynkową. Jest to jeden z kosztownych, ale niekoniecznie negatywnych aspektów demokracji rynkowej. Nie odbiega to bowiem od sytuacji innych społeczeństw w Europie, a pod względem ostrości barier społecznych, nierówności w dostępie do wykształcenia i szans awansu zawodowego Polska nie jest wyjątkiem. Dotychczasowa historia systemów społecznych wskazuje, że nierówności są koniecznym warunkiem postępu. Byłoby źle, gdyby ich konsekwencją był wzrost radykalizmu, populizmu i konfliktów, wydaje się jednak, że w przypadku Polski tak nie jest. Robotnicy nie dlatego strajkują, że nie lubią inteligentów, ale dlatego, że boją się utraty pracy i chcą więcej zarabiać. Hierarchie społeczne są raczej źródłem stabilności niż kontestacji stosunków społecznych.
 
Prof. Henryk DOMAŃSKI, jest socjologiem, wybitnym badaczem i znawcą problemów struktury społecznej, stratyfikacji i ruchliwości społecznej, autorem wielu cenionych publikacji; jest dyrektorem Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk.