Prometeusz Zapomniany
 
Z Eugeniuszem Kabatcem, autorem książki o Stanisławie Brzozowskim, rozmawia Wacław Sadkowski
 
 
Ukończyłeś właśnie, Eugeniuszu, książkę o Stanisławie Brzozowskim. Tkwiła w Tobie w postaci zalążkowej od lat ? pamiętam, że zaczynałeś o niej przemyśliwać w czasie naszej wspólnej bytności we Florencji, w początku dziesiątej dekady zeszłego stulecia. W roku 2010 przeczytałem dwa fragmenty Twojej książki ? w Twórczości i w Zdaniu. Może powinienem poczekać z tymi pytaniami do czasu, aż poznam całość tej książki, ale pewne okoliczności rocznicowe nie pozwalają zwlekać, a poza tym po lekturze byłbym (i mam nadzieję, że będę) recenzentem Twojej książki, teraz zaś jestem oczekującym jej ukazania się, zaintrygowanym nią czytelnikiem. Jaki jej nadałeś tytuł?
 
Zakończyłem wreszcie tę moją wieloletnią pracę nad opowieścią o Leopoldzie Stanisławie Brzozowskim, pisarzu i filozofie. Zakończyłem ? nie kończąc. Jak on sam nie kończy, przedwcześnie wytrącony z życia, swojej misji... Książkę nazwałem Ostatnie wzgórze Florencji, gdyż tam właśnie spędził ostatnie lata swego życia i tam, na wzgórzu Trespiano, spoczął na zawsze. Wzgórza mają tu swój topos szczególny, panoramę intelektualną i zmysłową o niemal sakralnym znaczeniu...
 
 
I właśnie misję, jaką postawił sobie Brzozowski ? jako myśliciel i pisarz, filozof i krytyk literacki, jego prometejski etos ? pragniesz ocalić od zapomnienia, które jej w naszym, rozleniwionym intelektualnie świecie zagraża...
 
Ocalić od zapomnienia? To piękna i szlachetna idea, mogłaby wystarczyć jako zadanie, by napisać książkę o kimś tak ważnym dla kultury polskiej, jak Leopold Stanisław Brzozowski. Ale to postać na tyle złożona, tak uwikłana w najtrudniejsze sprawy naszego narodowego i ponadnarodowego świata, że w jednej książce nie da się zmieścić. Toteż choć niemało już o tym tragicznym pisarzu rzeczy powstało, mój punkt widzenia, rzekłbym, rusko-florentyński, oparty o dokumentację jego ostatnich lat życia, lecz nieco zbeletryzowany, dotrzeć powinien do szerszych środowisk czytelniczych, otwierając pola niechętnie odwiedzane przez rodaków. Jest bowiem Brzozowski męczennikiem polskiej sprawy ?między swemi?, utopionym w bagnie ojczystym z całą mściwą obrzędowością ludzką i boską. Trzeba zawsze niemało wysiłku ? a może i sposobu ? by ten wątek do publicznej historiozofii przez literaturę i filozofię wprowadzić. A taką potrzebę wywołują przede wszystkim okoliczności sprawy. Do jej etosu, jak to mi podpowiadasz, wiedzie pięć różnego rodzaju i znaczenia dróg, na skrzyżowaniu których przeznaczenie w sposób topograficzny i niemal symboliczny ulokowało go w ostatnim roku życie, a mam na myśli willę Parenti na via Delle Cinque Vie pod odwróconym od miasta wzgórzem florenckim. Dwie z tych dróg są, że użyję słowa, arcydzielne ? to jego twórczość literacka i filozoficzna, trzy inne są wręcz szkaradne ? to jego ubóstwo, choroba i oskarżenie o zdradę narodową. Zbiegły się one nazbyt wcześnie, by się z tych trzech pętli wydobyć, powaliły go śmiertelnie w 33-cim roku życia na wzór niemal Chrystusowy, wtedy właśnie, gdy próbował go odszukać...
 
Przypomniałeś ową drogę literacką. Też jest dwoista. Jedna jej odnoga to krytyka, z pomnikowym dziełem Legenda Młodej Polski na czele. Niestrudzone kwestionowanie zarówno konwencjonalności już historycznie utrwalonej ? owej zmory sprowadzania dramatycznych konfliktów i tragedii do poziomu gawędy szlacheckiej, przepojonej bezmyślnością uchodzącą za wyrozumiałość ? jak i tej ?awangardowej?, młodej jeszcze wiekiem, ale natychmiast ulegającej spetryfikowaniu modernistycznym eskapizmem. Bo wtedy Brzozowski ? pogromca zaściankowego kwietyzmu, z tym samym żarem zwraca się przeciw takiej ucieczce w iluzoryczną sferę wolności dla ?sztuki dla sztuki?, sferę w każdym razie wyobcowaną z szerszego kontekstu życia społecznego. Odnoga druga zaś ? to jego powieściopisarstwo, niegdyś niemal mocarne; na Płomienach wychowały się przecież dwie przynajmniej generacje polskich rewolucjonistów, lewicowców, ?socjałów?. A powieść Sam wśród ludzi, nieukończona jak wiadomo, była swego rodzaju zapowiedzią całej, ogólnoświatowej fali literackich spowiedzi członków ?straconego pokolenia?. Tyle że ekspresja artystyczna pierwszego zwłaszcza z tych utworów zwietrzała już całkiem, roztopiła się w młodopolskiej egzaltacji stylistycznej...
 
To problem, jak sądzę, nie do rozwikłania. Pojawił się w myśli krytycznej Brzozowskiego jakby w ostatniej chwili, jakby w odpowiedzi na swe własne pytania, stawiane zwłaszcza w filozofii czynu, gdzie przekraczał pytania w jego twórczym duchu, odnajdując tam tajemnicę życia jako wartość ponadludzką. Byłby zapewne tę poszerzoną wizję świata rozwinął, gdyby nie ugrzązł w materii zamierającego życia i pewnej, nigdy do końca nie zweryfikowanej religijności ducha, już nie do opanowania intelektem, choć takie usiłowania w nim trwały. Przejście nad przyrodą, dotąd pojmowaną (w jego filozofii pracy) jako materialność wroga człowiekowi ku nadprzyrodzoności ducha - to mogło zaowocować wnioskami trudnymi do przewidzenia. To był dopiero początek nowej drogi, znalazł się tam ? jakby na kolejnym etapie społecznie filozoficznego pielgrzymowania ? śledząc modernizm katolicki, wymykający się Kościołowi, ale także przypadek i dzieła kardynała Newmana. Doświadczenia wyniesione z Legendy Młodej Polski, z Idei, wprowadzały do kultury narodowej europejski przeciąg w obu kierunkach, zachodnim, ale i wschodnim. Ten drugi, zwłaszcza po ukazaniu się Płomieni, jak wiadomo, spotkał się ze strony zapiekłej polskości z zarzutem wynarodowienia, ?zruszczenia? duszy pisarza, ale nie odstraszył go od zajmowania się nowymi zjawiskami w burzącej się wówczas kulturze rosyjskiej. Jednak coraz częściej nadstawiał ucha na fermenty anglosaskie, odkrywając m.in. Patera, którego nasza ?Literatura na Świecie?, drogi Wacku, dopiero dzisiaj polskiemu czytelnikowi przypomina... Boję się powiedzieć, ale coraz częściej odnoszę wrażenie, że zaczął rzucać się na wszystkie strony, jak ryba wyrzucona na piasek, zduszony nadmiarem powietrza myśli, za wszelką cenę chcący odnaleźć swoje morze ?nieskończoności?, by jak Leopardi móc ?błogo w nim zatonąć?. Newman był też poetą i otworzył przed nim to morze katolicyzmu, które miało się stać znakiem wszechmocy absolutu, czymś w rodzaju religijnego imperatywu kategorycznego, ale co jest sprzecznością samą w sobie, więc w niej utknął i zgasł, nie posunąwszy się ani o jedną myśl dalej. Zwracam uwagę, że stało się to wkrótce po tym, jak wyrwał się z objęć heglowskiej Konieczności Historycznej, by móc nie jednać się z rzeczywistością i pozostać w kręgu dialektyki marksistowskiej, lecz już na wzór zachodni, rewizjonistyczny, powiedziałoby się dziś, czyli poza Engelsem, któremu, jak wiemy, poświęcił kilka polemicznych rozpraw, nazywając je ?Anty-Engels?. Pojawił się tu zatem podwójny szkopuł w tym odsłanianiu Brzozowskiego jako filozofa ? gdy przedstawia się go nam jako ?prekursora zachodniego marksizmu?, co zawdzięczamy Andrzejowi Walickiemu, a potem zanika we mgle bytu na drodze do rewizji rodzimego katolicyzmu jako doli i niedoli narodowej. Mój narrator w opowieści nie ma zaufania do tej drogi.
 
W moim rozumieniu, Brzozowski może posłużyć za swego rodzaju prekursora tych lewicowców zachodnich, których zwykliśmy nazywać lewicą niezależną, niezdyscyplinowaną partyjnie, a w wyniku owego usamodzielnienia immunizowaną na wszelkie wpływy i deformacje tzw. partyjniactwa. Był w tej postawie tak konsekwentny, że socjalizmu nie uznawał za cel dążeń rewolucjonisty, lecz za środek, za stworzenie sytuacji, w której człowiek uwolniony zostaje zarówno od przysłowiowych kajdan klasowego ucisku, jak i od nie-twórczego stosunku do pracy. I będzie nie tylko mógł, ale wręcz musiał rozwijać swój twórczy potencjał ? integralną część składową wytwórczych mocy zbiorowości. Można to uznać za zbieżne z koncepcją przezwyciężenia wyalienowania człowieka ze społeczeństwa i jego upodmiotowienia, dość często spotykaną u teoretyków socjalizmu (od przysłowiowego niemal ?młodego Marksa? poczynając), ale u Brzozowskiego, zwłaszcza w jego utworach literackich, koncepcja ta w znacznie wyższym stopniu przepojona jest prometejskim patosem.
 
Dość późno zetknąłem się z jego twórczością powieściową i nie zostałem nią uwiedziony ? godząc się z nim samym, że jego proza beletrystyczna i dramatyczna stanowi narracyjne przedłużenie dyskursu literacko-filozoficznego, poszerzając jego zakres i oddziaływanie. Jako przykład innej kultury polskiej jest zapowiedzią raczej niż realizacją programu przemian, wprowadzając jednakże w ten nurt przeświadczenie o potrzebie głębokiego przeorania umysłowości polskiej, zniewolonej nie tylko warunkami życia rozbiorowego, ale i własnym poszlacheckim lenistwem i ?tchórzostwem wobec form?, jak to określił, przywodzącym na myśl procesy nieodzownych przeobrażeń społecznych i cywilizacyjnych, zagubionych i bezsilnych na płyciznach ?ni to katolicyzmu, ni to socjalizmu, a najpewniej w retoryce pustego patriotyzmu?. Nic nie może być w literaturze neutralne i obojętne, bywa, że jest narażone na zdradę.
 
Właśnie: nie ma sposobu na uniknięcie tej kwestii w roku podwójnie rocznicowym. Mija sto lat od śmierci autora Legendy Młodej Polski ? oraz od przyjścia na świat Czesława Miłosza. Jakie znaczenie miało dla Ciebie studium pióra tego ostatniego, zatytułowane Człowiek wśród skorpionów, a poświęcone tragicznym losom drugiego z ? jeśli tak można powiedzieć ? tegorocznych Jubilatów?
 
Miłosz jest przejmujący w swojej rozprawie ze światem polskich skorpionów, wśród których Brzozowski znalazł się jak Hiob ze swoją wiarą w socjalizm i twórczą siłę proletariatu jako nowej, zdrowej polskości. Człowiek, któremu Miłosz poświęca swoją uwagę z tak gniewną pasją, właśnie on usiłując ?ocalić od zapomnienia? jako zjawisko o wyjątkowym znaczeniu dla kultury polskiej ? został skazany przez Boga, czyli Ojczyznę na wielorakie cierpienia, zaostrzając je po kolei ? przez plagi ubóstwa, choroby i śmiertelnego oskarżenia ? został zdradzony dwojako ? jako głęboko myślący pisarz polski i jako Hiob. Został skazany na męczeńską śmierć na obczyźnie, ale wśród rodzimego robactwa. Dopisuję p. Miłoszowi tę konkluzję wraz z całą jej historyczną i współczesną implikacją. A więc że zmarł nie wszystek, że duch jego czuwa wśród dzieł swoich i sobie podobnych, przywołując innych na tę trudną drogę ku jaśniejszej Polsce i drogę tę ? tymi, którzy wraz z nim podjęli niezbędną za nią odpowiedzialność ? z wysiłkiem zaludniając...
 
Dramat swego bohatera (bo chyba Brzozowski nie jest jedynie bohaterem ? czyli główną postacią Twojej powieści?) rozpatrujesz w skali niemal metafizycznej. Zaczynam podejrzewać, że czeka mnie ? i nas wszystkich - lektura utworu uformowanego na podobieństwo Newmanowskiej Apologii pro vita sua. Czy empatia, jaką żywisz dla Brzozowskiego, nie upoważniała by Cię do zatytułowania Twej książki Apoologią pro vita sua? Wybacz ten żart, przyjacielski: wybór Leopolda Stanisława Brzozowskiego na idola wydaje mi się godny szczerego uznania.
 
Nie jestem ci ja człowiekiem na tyle zuchwałym, bym chciał wynieść bliźniego swego, nawet tak niezwykłego, jak Brzozowski, ponad Boga. Ale postawić go obok ? tak: niech się stwarzają nawzajem. Z rozdziałów znanych Tobie pewnie już można odczytać, jak trudno mi jest z tym poradzić, więc się kryję za narratorem, który nie wszystkim się spodoba, bo jest on mnichem prawosławnym, budującym w tym czasie cerkiew florencką, co jest prawdziwe podobnie zresztą, jak wszystkie podstawowe fakty i wydarzenia, potwierdzone dokumentalnie i historycznie. Jego próby zatrzymania Leopolda przy naszej ?niesamowitej Słowiańszczyźnie?, spaliła na panewce, Brzozowski coraz zdecydowaniej otwiera się na zachód, wciągając w tę przestrzeń ideową swoich bezradnych w Polsce akolitów po obu stronach politycznej barykady. Jako idol polskiej młodzieży, błądzącej po manowcach niedojrzałości, pozostaje przykładem myśliciela, który rozwierając bramy różnych możliwości na sobie samym pokazuje, jak trudno jest wybrać tylko jedną jedyną pewną drogę. Nie zdążył powiedzieć, że nie ma takiej...
 
Dziękuję, że zechciałeś wprowadzić mnie ? a za moim pośrednictwem czytelników naszego pisma ? in medias res swej nowej książki z tak ujmującą szczerością. Jestem pewien, że jej lektura przyniesie nam wszystkim wiele materiału do przemyśleń.

Res Humana nr 2/2011, s. 16-19