Moralne problemy polskiego życia politycznego
 
Autor: Jerzy J. Wiatr
 
 
W dyskusji o kondycji moralnej współczesnego społeczeństwa polskiego nie można pominąć związków między moralnością i polityką. Mają one dwa wyraźnie odrębne aspekty.

Pierwszym jest przestrzeganie przez ludzi czynnych w polityce powszechnie obowiązujących norm etycznych i prawnych. Dotyczą one polityków tak samo, jak innych obywateli, ale społeczne wyczulenie na łamanie norm etycznych i prawnych przez polityków jest ze zrozumiałych względów większe niż w stosunku do innych osób, z wyjątkiem jednak tych, które wykonują zawód lub sprawują funkcje związane ze społecznym zaufaniem (np. duchowni, sędziowie, nauczyciele, lekarze). Co więcej, działając z założenia w sferze publicznej politycy nie mogą powoływać się na ochronę ich prawa do prywatności w tym samym stopniu, co inni obywatele. Popełniane przez nich czyny naganne moralnie stają się w znacznie większym stopniu przedmiotem zainteresowania mediów i ich odbiorców, niż ma to miejsce w wypadku osób nie stojących na świeczniku. Jest to zrozumiałe, ale należy protestować przeciw nadużywaniu przez niektóre media (i to nie tylko tak zwane tabloidy) prawa do publicznego roztrząsania życia osobistego polityków, jeśli nie służy to w oczywisty sposób dobru publicznemu.

Istnieje poczucie, że zachowanie polityków w ostatnich latach daje więcej niż dawniej powodów do niepokoju. Korupcja i nepotyzm są dziś bardziej rozpowszechnione niż w pierwszych latach Trzeciej Rzeczypospolitej. Politykom okresu ustrojowego przełomu stawiano nieraz ciężkie zarzuty natury politycznej, ale nie moralnej. Do 1997 roku żaden z ministrów III RP nie był oskarżany o praktyki korupcyjne czy o nepotyzm. To zmienia się niepokojąco pod koniec poprzedniego stulecia, a zwłaszcza w pierwszych latach XXI wieku. Pojawiają się takie zjawiska, jak wykorzystywanie pozycji politycznej czy znajomości w kręgu ludzi władzy dla osobistych korzyści materialnej, a nawet ujawnione zostają powiązania niektórych polityków (raczej jednak szczebla lokalnego niż centralnego) ze światem zorganizowanej przestępczości. Głośne afery z udziałem osób zajmujących wysokie stanowiska państwowe co pewien czas wstrząsały naszym życiem politycznym. W skrajnych wypadkach powiązania niektórych polityków ze światem przestępczym doprowadziły nawet do ich zamordowania (były minister sportu w rządzie AWS Jacek Dębski). Nigdy nie wyjaśnione samobójstwo byłego wicepremiera w ostatnim rządzie PRL a potem posła SLD Ireneusza Sekuły pokazało, że tak drastyczne epilogi kariery politycznej nie są monopolem prawicy. Od powstania w 1997 roku rządu AWS nie było ani jednego rządu, na którego członkach lub wysokiej rangi funkcjonariuszach nie ciążyłyby poważne zarzuty moralne i prawne. Nic więc dziwnego, że opinia publiczna zaczęła elitę polityczną oceniać przez pryzmat większych czy mniejszych afer.

Warto zadać sobie pytanie, co i jak się stało. Dlaczego moralny poziom polskiej elity politycznej tak wyraźnie się obniżył? Szukając odpowiedzi na te pytania muszę zrobić dwa zastrzeżenia.

Po pierwsze: nie uważam, by polskie elity polityczne były bardziej podatne na tego typu patologie moralne niż ich odpowiedniki w starych demokracjach. To w USA jeden z wiceprezydentów (Spiro Agnew w 1973 roku) musiał pożegnać się ze stanowiskiem i otrzymał, niewysoki zresztą, wyrok za łapownictwo, że prezydent (Richard Nixon w 1974) podał się do dymisji po ujawnieniu bezprawnych i niemoralnych praktyk w głośnej sprawie Watergate. To były prezydent Francji Jacques Chirac stoi w centrum skandalu korupcyjnego, za który karę więzienia otrzymał były premier Alain Juppe. We Włoszech jeden premier (socjalista Benito Craxi) do końca życia przebywał na emigracji, by uniknąć ciążącej na nim kary, a inny (Sylvio Berlusconi) zręcznie uchyla się od odpowiedzialności za działania korupcyjne w ten sposób, że przeprowadza przez parlament ustawy uchylające jego odpowiedzialność. Na tym tle polscy politycy nie wypadają najgorzej.

Czy lepiej było w PRL? Pod względem skali zjawisk negatywnych zapewne tak, gdyż gospodarka w dużej mierze państwowa nie otwierała takich możliwości, jak gospodarka kapitalistyczna. Nie brakło jednak – zwłaszcza w latach siedemdziesiątych – praktyk korupcyjnych na skalę ówczesnego poziomu zamożności elit. W roku 1980, gdy ujawniono najbardziej głośne afery z udziałem niektórych polityków, doszło nawet do samobójstw dwóch byłych ministrów. Trzeba jednak powiedzieć, że w latach, gdy na czele PZPR stali znani z osobistej uczciwości Władysław Gomułka i Wojciech Jaruzelski, zachowania tego typu były rzadkością, gdyż spotykały się z szybką i skuteczną sankcją polityczną a niekiedy także prawną.

Pogorszenie poziomu etycznego elity politycznej wiążę z tym, że w ostatnich latach nasila się swoiście pojmowany pragmatyzm, na bok zaś odsuwane są pryncypia ideowe. Cokolwiek można powiedzieć krytycznie o elicie politycznej pierwszych lat transformacji ustrojowej, trzeba jej przyznać, że w decydującej mierze składała się ona z ludzi ideowych, dla których celem działania było dobro publiczne, a nie własne kariery czy interesy. Tak zresztą jest zwykle w okresach, gdy dzieją się rzeczy wielkie, przyciągające ludzi, dla których możność zrobienia czegoś ważnego jest ważniejsza niż osobiste korzyści. Tacy byli nie tylko weterani opozycji demokratycznej, lecz także ideowi działacze dawnego obozu władzy, którzy nie stracili wiary w podstawowe idee lewicy i gotowi byli je realizować w nowych, dla nich osobiście znacznie mniej komfortowych, warunkach.

Z czasem, w miarę jak Polska stawała się coraz bardziej normalnym krajem demokracji i gospodarki rynkowej, do elit politycznych napływać zaczęli ludzie innego pokroju – pragmatyczni, niezbyt ideowi, stawiający na skuteczność raczej niż na zasady, zarazem zaś skrupulatnie liczący korzyści płynące z udziału w polityce. To pod koniec lat dziewięćdziesiątych bardzo znacznie wzrosły apanaże ludzi sprawujących władzę. Wprawdzie stało się to za rządów AWS, ale gdy SLD wrócił do władzy w 2001 roku nie zrobił nic, by ten stan rzeczy zmienić. Twierdzę, że nadmierne przywileje ludzi władzy powodują wzrost patologii, gdyż stanowią zachętę przyciągającą do polityki osobników stawiających wyżej osobiste interesy nad dobrem publicznym. Nie każdy, kto tak myśli, posunie się do korupcji czy nepotyzmu, ale ludzie o motywacji egoistycznej są na te patologie bardziej podatni niż ideowcy. Uderza, że patologie, o których mówię, nie mają barw partyjnych. Występują we wszystkich ugrupowaniach – z wyjątkiem tylko tych, które z racji własnej słabości nie stwarzają ich działaczom pokus tego typu.

Czy zjawiska te można skutecznie zwalczać? Pomysł Prawa i Sprawiedliwości, by „walkę z korupcją” uczynić sztandarowym hasłem politycznym skompromitował się, gdyż rychło okazało się, że walczy się nie z korupcją a z politycznymi przeciwnikami, do tego brudnymi metodami. Nie jestem, rzecz prosta, przeciwnikiem ścigania zachowań korupcyjnych przez powołane do tego organy wymiaru sprawiedliwości, ale sceptycznie odnoszę się do skuteczności tego typu działań. Konieczne jest przede wszystkim przywrócenie właściwej rangi ideowym motywacjom angażowania się w politykę oraz stworzenie klimatu społecznego potępienia nie tylko dla oczywistych patologii, ale także dla oportunizmu i bezideowości.

Problem drugi to szczególny rodzaj moralności, którą za Maxem Weberem nazywamy „etyką odpowiedzialności”. Sprawa ma już wielką literaturę, także w Polsce, by przypomnieć chociażby świetną polemiką Andrzeja Walickiego z Adamem Michnikiem, który zresztą po latach zrewidował swą dawną, nie uwzględniającą tego rozróżnienia, postawę w tej kwestii. Istota rzeczy polega na tym, że w szczególnie dramatycznych momentach historii polityk ma nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek, kierowania się żywotnym interesem państwa i jego obywateli, a nie czystymi normami „etyki przekonań”. W polskich debatach publicznych motyw ten wraca zwłaszcza w kontekście oceny moralnej decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego. Wypowiadałem się na ten temat wielokrotnie i nic nowego nie mam tu do powiedzenia. Z zadowoleniem natomiast zauważam, że mimo przez wiele lat prowadzonej kampanii propagandowej (także z udziałem niektórych historyków, a zwłaszcza będącego karykaturą placówki badawczej Instytutu Pamięci Narodowej) większość obywateli naszego państwa daleka jest do potępiania „autorów stanu wojennego”, gdyż rozumie, jak dramatyczna była wówczas sytuacja państwa polskiego.

Obecnie politycy polscy nie stają – na szczęście – przed dramatycznymi wyborami, do których odnieść można byłoby weberowskie rozumienie etyki odpowiedzialności. Mają szczęście, gdyż są pierwszym od paru stuleci pokoleniem polityków polskich mających ten komfort. Jeśli jednak przypominam tę kwestię to dlatego, że rozpowszechniony sposób politycznego moralizatorstwa bierze siły nie tylko z politycznego zacietrzewienia, ale także z niezrozumienia tych dylematów moralnych, w obliczu których stali ich poprzednicy. Tym samym dyskurs moralny nie staje się drogą do podniesienia moralnego kalibru życia politycznego, a raczej do wzrostu nienawiści i fanatyzmu. Z tym stale należy walczyć – nawet, jeśli miewa się poczucie, że jest to walka nierówna, gdyż druga strona ma w swej dyspozycji potężne instrumenty państwowej indoktrynacji. Doświadczenie uczy jednak, że nawet bardzo potężna indoktrynacja nie jest w stanie trwale zniekształcić instynktu moralnego narodu.

Autor jest profesorem socjologii, przez wiele lat związany z Uniwersytetem Warszawskim; był dwie kadencje posłem Sejmu RP, w latach 1996–1997 był ministrem Edukacji Narodowej; obecnie jest rektorem Europejskiej Wyższej Szkoły Prawa i Administracji.