O polskiej rzeczywistości moralnej
 
Autor: Andrzej Walicki
 
 
Wypowiadanie się po raz któryś z rzędu na temat moralnych problemów współczesnej Polski ? problemów bardzo bolesnych, moim zdaniem, odróżniających Polskę na niekorzyść od krajów ustabilizowanej demokracji liberalnej ? nie było moim pomysłem i nie budziło we mnie entuzjazmu. Po pierwsze dlatego, że nie lubię się powtarzać, ale także dlatego, że w ostatnim czasie, po odsunięciu od władzy PiS, dostrzegam pod tym względem zmiany na lepsze i to nie tylko w porównaniu z okresem ofensywy ideologicznej zwolenników IV RP, ale również w zestawieniu z idealizowaną dziś III RP ? zwłaszcza po inauguracji prezydentury Wałęsy i po zwycięstwie postkomunistycznej lewicy w wyborach 1993 roku.
 
Przyznaję jednak, że słuszna jest podstawowa teza socjotechniki, mówiąca, że przebicie się danych poglądów do znaczącego odłamu opinii publicznej zależne jest od ciągłego ich powtarzania. Ponadto poprawa, o której wspomniałem jest względna jedynie i częściowa, a więc warto być może raz jeszcze wyliczyć sprawy, które przeszkadzały nam cieszyć się niepodległością, wzrostem gospodarczym i bezpieczniejszym niż kiedykolwiek położeniem Polski w zmieniającym się świecie.
 
 

 

I. Konfrontacja (w imię walki o władzę) zamiast narodowego pojednania

 

 
U źródeł problematyki niniejszej wypowiedzi widzę ten właśnie problem. Termin ?Trzecia Rzeczpospolita? (o czym zwykle zapominamy) pojawił się po raz pierwszy w inauguracyjnym przemówieniu Lecha Wałęsy: ?Staję przed wami jako pierwszy prezydent Polski wybrany bezpośrednio przez cały naród. Z tą chwilą zaczyna się uroczyście III Rzeczpospolita Polska?.
 
Było to jednoznacznym stwierdzeniem, że okres kohabitacji premiera Mazowieckiego z prezydentem Jaruzelskim nie był jeszcze prawdziwym początkiem niepodległej Polski. Symbolikę aktu inauguracji wzmacniało niezaproszenie na nią ustępującego prezydenta oraz przejęcie insygniów władzy z rąk emigracyjnego prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego. W ten sposób Polska powróciła symbolicznie do roku 1939, redukując PRL do ?czarnej dziury? w dziejach narodu. Nie był to akt pojednania narodowego, ale gest triumfalistyczny. Większość Polaków przyjęła to biernie, nie zdając sobie sprawy, że konsekwencją tej symbolicznej przemowy było uznanie działalności wewnątrzpaństwowych struktur PRL za formę kolaboracji z nielegalną, okupacyjną w istocie władzę. Można wątpić, czy pogląd taki, przy należytym wyjaśnieniu jego treści, miałby szansę aprobaty w ogólnonarodowym referendum. Można też sądzić, że decyzja o tak radykalnym zerwaniu ciągłości (w sensie moralnym, bo w sensie prawnym było to niemożliwe) powinna być przedyskutowana i poddana głosowaniu przez parlament. Niestety, nie miało to miejsca.
 
W moim przekonaniu, a nie byłem w tym odosobniony, wybrana wówczas polityka była nie tylko szkodliwa i błędna, ale również sprzeczna z wolą znacznej większości społeczeństwa. Zbyt łatwo zapomniano, że odrzucało ją również środowisko paryskiej ?Kultury?, czyli najświatlejsza część emigracji: Jerzy Giedroyć podkreślał przecież, że rok 1945 jest ?cezurą ostatecznie zamykającą świat przedwojenny?, a w idei powrotu do rzeczywistości przedwrześniowej widział (podobnie jak Miłosz) największe niebezpieczeństwo dla Polski. Jeszcze dziwniejsza, a przy tym zupełnie obca poglądom olbrzymiej większości Polaków, była teza (powszechnie przyjęta przez polityków obozu postsolidarnościowego na początku lat 90.), że rok 1945 przyniósł Polsce jedynie zmianę okupacji niemieckiej na rosyjską. Podpisywałem się pod diagnozą Leszka Kołakowskiego (sformułowaną w roku 1975 na łamach ?Kultury?), że ludzie traktujący PRL jako ?złagodzony wariant Generalnej Guberni?, winni byli ?zasadniczego brak solidarności z narodem?. Obywatele Polski Ludowej świadomi byli ogromnych ograniczeń jej suwerenności, ale mimo to ? przynajmniej od roku 1956 ? traktowali ją jako państwo własne, a nie tylko ?nienaturalną przerwę między dwoma realnymi światami ? jednym pamiętanym, drugim ? wyczekiwanym?. Odrzucali pogląd, że wasalny status państwa jest tym samym, co okupacja, i że skoro nie ma autentycznej niepodległości, to ?im gorzej, tym lepiej?).
 
Czy istniała jednak możliwość zapoczątkowania dziejów III RP pod znakiem narodowego pojednania, a nie poniżania niedawnych przeciwników?
 
Moim zdaniem tak, choć dobrze rozumiem dlaczego tak się nie stało. Umiejscowienie PRL w kontekście innych państw ?realnego socjalizmu? uświadamia bowiem, że był to kraj wyjątkowy, najmniej socjalistyczny i najbardziej swobodny na przestrzeni od Berlina do Chin i Władywostoku. Współtwórca współczesnej teorii totalitaryzmu, Zbigniew Brzeziński, autorytatywnie stwierdził, że totalitaryzm skończył się w PRL w roku 1956, a znakomity politolog oksfordzki, Zbigniew Pełczyński, uzupełnił to szczegółową analizą pokazującą, że rok ten zapoczątkował też ?polską drogę od komunizmu?, czyli proces faktycznej dekomunizacji. Trudno, abym nie dodał, że takie same poglądy formułowałem w szeregu prac w języku polskim i angielskim od początku lat 80., i podziela je m.in. Bronisław Łagowski i Ludwik Stomma.
 
Dzięki tym zasadniczym odmiennościom od obowiązującego teoretycznie ustroju, Polska Ludowa była krajem, którego obywatele korzystali z dużego zakresu wolności osobistej, religijnej i kulturalnej, dzięki czemu mogli ?czuć się u siebie?. Mimo nawrotów autorytaryzmu, takich jak w haniebnym roku 1968, władza partyjna łatwo rezygnowała z ideologicznych dogmatów na rzecz geopolitycznego realizmu, poszukiwania legitymizacji narodowej i rozwiązań czysto pragmatycznych. ?Reformatorzy? w jej szeregach nie mieli wprawdzie atrakcyjnych pomysłów na wybicie się na niepodległość, ale dzięki nim jednak przestawała być siłą wyobcowaną, oddzieloną od społeczeństwa murem ideologii. To właśnie uczyniło ja zdolną do bezprecedensowego kompromisu Okrągłego Stołu. Gdyby ówczesna opozycja zdolna była ocenić to wszystko bezstronnie, musiałaby przyznać, że do wyjścia Polski z ?realnego socjalizmu? przyczyniły się obie strony Okrągłostołowego kompromisu i że jej własne istnienie było niezamierzonym rezultatem całej ewolucji ?realnego socjalizmu? w Polsce.
 
Polityce zmiany ustroju w klimacie narodowego pojednania przeszkodziło jednak doświadczenie kilku lat intensywnej walki. Skłonny jestem oceniać stan wojenny w kategoriach racji podzielonych, w tym zwłaszcza klasycznego konfliktu między racją stanu (zawsze czyjąś) a aspiracjami społecznymi. Sądzę jednak, że koszta społeczne i psychologiczne okazały się dużo większe niż oczekiwano: stworzyły bowiem kapitał nienawiści, do dziś dnia przeszkadzający porozumieniu się Polaków. Ale dostrzegam też, że jedną z przyczyn tego stanu rzeczy był, tak bardzo idealizowany, pokojowy charakter solidarnościowej rewolucji. Zgodnie z teorią ?nowego ewolucjonizmu?, głoszącego ?wymuszanie? zmian przez społeczną presję, była to wielka krucjata moralna, ćwiczenie się w radykalizmie, w demonizowaniu przeciwnika i w odrzucaniu dialogu z nim. Normalna wojna może wyrabiać nawet szacunek dla drugiej strony, ale wojna moralna, totalny bojkot, bezwarunkowa konfrontacja wymagała napięcia nienawiści, pogardy, umiejętności dyskontowania ustępstw bez odwzajemnienia i kwitowania .Tak widać być musiało, skoro chodziło o wojnę moralną właśnie, o całkowitą delegitymizację strony przeciwnej.
 
Trudno więc dziwić się, że w środowisku kombatantów opozycji pojawiły się nastroje dalekie od demokratycznego kompromisu. W ludziach dawnego ustroju (jeśli nie odżegnali się totalnie od własnej tożsamości) poczęto widzieć nowe wcielenie starego wroga, z którym nie wolno było ?dzielić się Polską?. Jak stwierdził z ubolewaniem Adam Michnik, po zwycięstwie w walce o wolność musiał nastąpić czas bezwzględnej walki o władzę.
 
 

 

II. Moralistyka zwycięzców, czyli metoda moralnego dyktatu

 

 
Z punktu widzenia drogich mi wartości ? i to wartości moralnych właśnie, takich jak wolność światopoglądowa i autentyczna (a nie instrumentalna tylko) tolerancja, prawdziwą klęską było posługiwanie się w tej walce nie zawsze szczerym absolutem moralnym, przeciwstawianym nie tylko komunizmowi, lecz także nihilistycznym rzekomo konsekwencjom liberalizmu. W tej perspektywie brak rozliczenia z peerelowskim ?komunizmem? wydawał się moralną katastrofą, ignorowaniem podziału na ? dobro? i ?zło? w sferze publicznej. Nawet człowiek tak światły i zacny jak Jerzy Turowicz uważał wybór ?postkomunisty? na stanowisko prezydenta RP za moralnie niedopuszczalny, a Jan Rokita wpadł histerię ogłaszając, że tradycyjny Kościół jest ?ostatnim bastionem? przeciwko wrogowi nr 1, czyli ?kwaśniewszczyźnie?.
 
Praktycznym zastosowaniem poglądu o niezbędności walki z moralnym relatywizmem i nihilizmem stały się metody moralnego dyktatu, urzeczywistniane dwoma sposobami:
1) próbami wykluczenia przez ostracyzm i izolację,
2) próbami legislacji moralności, czyli uczynienia moralne słusznych poglądów prawnie obowiązującymi.
 
Jako przykład pierwszej z tych metod przypomnę ciekawą skądinąd dyskusję w ?Znaku? (w której brałem udział) na temat moralności w polityce. Na pytanie Michnika dlaczego nie zaproszono do dyskusji przedstawicieli SLD, np. Cimoszewicza czy prof. Reykowskiego, redaktor pisma, Jarosław Gowin, odpowiedział: ?Uczestnictwo postkomunistów w tej dyskusji uważałbym za naruszenie pewnego tabu, za symboliczne zamazanie granic dobra i zła, prawdy i fałszu? Ja po prostu konstatuję fakt, że podejmując takie a nie inne wybory moralne w czasach komunizmu ludzie ówczesnego obozu władzy obiektywnie postawili się poza wspólnotą moralną?.
 
Dziś, jak ośmielam się sądzić, stawianie wymienionych wyżej osób ?poza wspólnotą moralną? byłoby chyba nie do pomyślenia. Nie jestem jednak przesadnie optymistyczny. Słynna propozycja Michnika i Cimoszewicza, aby ująć w punktach te wydarzenia z najnowszej historii Polski, co do których istnieje zgodność interpretacji, a resztę pozostawić historykom, wywołała (również w środowisku ?Gazety Wyborczej?) gwałtowne oburzenie i do dziś dnia nikt nie śmie podjąć jej na nowo ? tak silna jest obawa przed przyznaniem postkomunistom choćby cząstkowej racji. Co więcej: 20. rocznicę wyborów 4 czerwca 1989 roku uroczyście obchodzono w całym kraju bez wzmianek o poprzedzających je porozumieniach Okrągłego Stołu, bez udziału przedstawiciela ówczesnego obozu władzy i oczywiście bez gen. Jaruzelskiego, który osłaniał te wybory i został po nich pierwszym prezydentem niekomunistycznej Polski. Spędził on ten dzień w sądzie, z oskarżenia o przestępstwo pospolite. Małoduszność etyczna wciąż święci więc triumfy i nie zanosi się, aby znikła.
 
Drastycznym przykładem drugiej z wymienionych metod było żądanie ?Solidarności?, aby w nowej konstytucji znalazło się potępienie PRL. Prób takich było jednak więcej, a ostatnio modne stało się uchwalanie przez parlament obowiązujących interpretacji historii. Aleksander Małachowski pisał o tym w roku 1998 w felietonie pod wymownym tytułem ?Zagrożenie?: ?Coraz bardziej absurdalne uchwały podejmowane w parlamencie czy to w sprawie ciągłości prawnej Polski sanacyjnej z obecną, czy to uchwała potępiająca PRL, czy wreszcie jawnie neototalitarny projekt ustawy dekomunizacyjnej stawiają nie tylko opozycję pokomunistyczną, ale wszystkich przyzwoitych ludzi w trudnej sytuacji moralnej?.
 
W przekonaniu piszącego te słowa wszelkie próby połączenia moralności z przymusem ? nie tylko z przymusem prawnym, ale również z zorganizowaną zbiorową presją społeczną, są w istocie głęboko amoralne. Leon Petrażycki miał rację pisząc o zasadniczej różnicy między prawem a moralnością jako dwoma systemami normatywnymi. Prawo, aby być etyczne, nie może być instrumentem czyjejś moralności, a moralność powinna wznosić się ponad prawną sprawiedliwość. Mobilizacja zbiorowego nacisku moralnego niszczy źródła moralności, ponieważ niezgodna jest z wolnością sumienia i ideałem Caritas. Moralność nie może narzucać swych norm przez ustawodawstwo, powinna działać za pomocą przykładu, a nie przez tworzenie atmosfery wymuszonego konformizmu.
 
W odróżnieniu od moralności, prawo musi sięgać po przymus, ale tylko w wyraźnie i mocno ograniczonym zakresie. Moralność jest zawsze absolutna i totalna, pretenduje więc do kontroli nad całokształtem nie tylko zachowań, lecz nawet myśli ludzkich. Stawia też przed ludźmi zadania wymagające nieustannego wysiłku ? nigdy bowiem nie jest się dość moralnym. Ale dlatego właśnie życie społeczne musi być regulowane przez prawo, które określa tylko granice indywidualnej wolności, zabezpieczając każdej jednostce wolność sumienia i swobodę wyboru. Podporządkowanie prawa społecznej moralności owocuje zniewoleniem teokratycznym (w przypadku moralności religijnej) lub totalitaryzmem (w przypadku moralności świeckiej).
 
Społeczeństwo polskie pozbyło się niechcianego ustroju dzięki olbrzymiej i wyraźnie ukierunkowanej politycznie mobilizacji moralnej. Miało to jednak wiele nieprzewidzianych i niepożądanych konsekwencji. Poważnie nadwątliło zdolność do uznawania różnic politycznych za rzecz normalną, nie pociągającą za sobą zrywania przyjaźni i kontaktów towarzyskich. Szczególnie rozpowszechnioną forma etycznego antyliberalizmu stała się w Polsce szeroka akceptacja poglądu, że tak czy inaczej pojmowana zbiorowość ma prawo do rozległej normatywnej kontroli nad jednostką, obejmującej w zasadzie wszystko. Wiele powiedzieć mogą na ten temat obrońcy praw kobiet i mniejszości seksualnych ? zwłaszcza w świetle wyjątkowo upokarzających i bezprecedensowo brutalnych ataków na Alicję Tysiąc. Ale kontrola, o której mowa, dotyczy również spraw ściśle politycznych: jej cechą wyróżniającą jest przecież uprawomocnianie roszczeń grupy rządzącej do ?prześwietlania? całego przebiegu życia obywatelskiego.
 
Najjaskrawszym przejawem tej kolektywistyczno-despotycznej tendencji jest oczywiście popularność, którą cieszyła się niedawno idea powszechnej lustracji, również dziś mająca wielu zwolenników. Liczba pryncypialnych przeciwników tej idei, takich jak Andrzej Romanowski, Adam Michnik i Barbara Skarga, była zaskakująco mała, co świadczyło o niewielkim zrozumieniu elementarnych praw jednostki. A przecież była to idea jednoznacznie totalitarna, przekreślająca prawo do domniemania niewinności wymagająca od ludzi samooskarżeń i wymownych aktów skruchy, co w czasach stalinowskich nazywano ?rozbrajaniem się przed kolektywem?. Dominowała w niej myśl, że jednostka nie może się zmienić, jest bowiem ?geneologicznie? uwarunkowana ? na wzór niezmiennego ?uwarunkowania przez pochodzenie klasowe? w radzieckim komunizmie.
 
Ciekawe, że sama myśl o przebaczeniu uznawana była za liberalny permisywizm, a nie za głęboko chrześcijańską wartość. Również hierarchowie Kościoła głosić poczęli, że warunkiem przebaczenia jest poniesienie kary, a przynajmniej przyznanie się do winy i wyrażenie skruchy. Gdzie podziała się więc rdzennie ewangeliczna myśl o przebaczeniu bezwarunkowym i powszechnym?
 
Wielki filozof polskiego romantyzmu, August Cieszkowski, wiele pisał na ten temat w swej głębokiej analizie Modlitwy Pańskiej, zatytułowanej Ojcze Nasz. Podsumował te rozważania zdaniem o konieczności ?powszechnej świata amnestii ? wszyscy bowiem zawinili przeciwko wszystkim?. Sądzę, że powinniśmy zapamiętać tę myśl ? jako antidotum na deficyt wielkoduszności, małostkowe frustracje i marzenia o odwecie.
 
Uzasadnieniem prawa do takich marzeń stała się teoria głosząca, że kultywowanie pamięci ? na równi z prawem do wykluczania ? jest fundamentem wspólnoty narodowej. Zapomniano oczywiście, że Ernest Renan w klasycznym tekście ?Co to jest naród?? (1882) uznał, że równie istotnym warunkiem istnienia narodu jest zapominanie, bez którego wiele narodów, np. francuski, nie mogłoby ukształtować się i przetrwać. Zignorowano kulturę starożytnych Greków, powszechnie aprobujących nakaz zapominania (amnezja) o rzeczach złych w celu zachowania pokoju ? tak jakby jedynym wzorem do naśladowania był żydowski zahor, czyli obowiązek pamięci. Nie chciano jednak pamiętać o tym, co niewygodne, np. o tym, że konstytucja francuska 1814 roku zakazywała wszelkiego dochodzenia kto nim był przed restauracją, a także o tym, że w demokratycznej Hiszpanii, która początkowo miała być dla nas modelem, nie wolno było wspominać kto był po czyjej stronie w wojnie domowej. W ten sposób pamięć narodowa przekształciła się w nieznośną pamiętliwość, celebrującą doznane krzywdy i nieprzyjazne uczucia wobec sąsiadów, w połączeniu z poczuciem własnej moralnej wyższości.
 
Szkodliwość tych postaw znacznie pogłębia fakt, że głosiciele ?polityki historycznej? i ideologowie z IPN skłonni są przypisywać Polakom jednolitą, moralnie obowiązującą tożsamość, nie przyjmując do wiadomości, że nowoczesny naród, w odróżnieniu od plemienia, jest wspólnotą pluralistyczną, wielotożsamościową, połączoną kulturą i wspólną historią, ale mieszczącą w sobie różne opcje światopoglądowe i różne warianty historycznej pamięci. Znaczna część elit postsolidarnościowych chce jednak przywłaszczyć sobie prawo do reprezentowania ?prawdziwego? narodu (w odróżnieniu od Polaków ?metrykalnych? jedynie lub ?polskojęzycznej ludności?) i zmonopolizowania narodowej pamięci. Nazwałem to nacjonalizmem integralnym skierowanym do wewnątrz, dążącym do zdominowania i ideologicznego podporządkowania własnego społeczeństwa. Jest to zjawisko ważne i niezmiernie niepokojące, zasługujące na odrębną analizę, której nie jestem w stanie dokonać w ramach niniejszej wypowiedzi.
 
 

 

III. Liberalizm bez sprawiedliwości

 

 
Charakterystyczną cechą polskiego krajobrazu ideologicznego jest także szczególne połączenie moralistyki antykomunistycznej i narodowej z czysto ekonomicznym liberalizmem, głoszącym bez skrupułów program powrotu do bezwzględnych reguł wolnorynkowej konkurencji oraz drastycznego wzrostu nierówności społecznych, kosztem obniżenia poziomu życia pracowników najemnych, strukturalnego bezrobocia i zepchnięcia części ludności do wegetowania poniżej społecznego minimum.
 
Zwolennicy takiego wariantu rozwoju odpierają się zwykle tezą Hayeka o konieczności wyeliminowania z ekonomii pustego rzekomo pojęcia ?sprawiedliwości społecznej?. Hayek jednakże, czego uparcie nie chcą zrozumieć jego polscy entuzjaści, był przedstawicielem ?staroliberalizmu?, przeciwstawiającym się ewolucji liberalizmu w skali ogólnoświatowej, uzasadniającej przyznanie jednostkom nie tylko tradycyjnych praw ?wolnościowych?, lecz również praw ekonomicznych i socjalnych, uznawanych międzynarodowo i urzeczywistnionych w liberalno-demokratycznych ?państwach dobrobytu?. Przed pojawieniem wolnorynkowego neokonserwatyzmu Margaret Thatcher i Ronalda Reagana najbardziej reprezentatywnym myślicielem liberalnym był John Rawls, dla którego najważniejszą częścią liberalnej filozofii społecznej była właśnie teoria sprawiedliwości, uzasadniająca socjalizację liberalizmu, odrzucaną przez neoliberalnych apologetów samowładztwa rynku.
 
Mówiąc najkrócej, Rawls zdefiniował sprawiedliwość jako maksymalizację społecznego minimum. Oznacza to, że nierówność społeczna, będąca rezultatem ?prymatu wolności?, usprawiedliwiona jest tylko wtedy, gdy w efekcie daje taki przyrost ogólnych zasobów społecznych, który polepsza sytuację ludzi najmniej uprzywilejowanych. Nic natomiast nie usprawiedliwia takiego wzrostu nierówności, za który płacić muszą najbiedniejsi. Jak łatwo zauważyć, zasada ta uprawnia redystrybucyjne zadania państwa i nie daje się pogodzić z absolutyzowaniem praw własnościowych.
 
Można bronić poglądu, że teoria ta nie uwzględnia sytuacji krajów zmuszonych dokonać w krótkim czasie radykalnej transformacji ustrojowej i że tak właśnie było w Polsce. Zwolennik Rawlsa odpowiedziałby, że są to sytuacje wyjątkowe, wymagające czasowego pogwałcenia sprawiedliwości i że należy nazywać to po imieniu. Nie mógłby jednak udzielić zgody na trwałe pogarszanie się losu najgorzej uposażonych, na określenie ich protestów mianem ?populistycznych roszczeń? i na świadomą rezygnację z regulowania gospodarki rynkowej w celu zabezpieczenia każdemu obywatelowi społecznego minimum.
 
Niestety jednak, to właśnie stało się w naszym kraju. Solidarność z neoliberalizmem, czyli liberalizmem restauracyjnym, odrzucającym samą ideę społecznej sprawiedliwości, uznaliśmy za rodzaj narodowej misji, za przejaw dynamizmu naszego regionu, przeciwstawiający nas inercyjnemu bezwładowi ?starej Europy?. Publicyści uważający się za liberałów powrócili do języka prymitywnej Spencerowskiej apologetyki, wedle której bogactwo społeczne wytwarzają tylko prywatni pracodawcy, a ludzie pracy najemnej są nieoprawnymi ?roszczeniowcami?, źródłem społecznych kłopotów. Powoływanie się na międzynarodowo uznane prawa socjalne uważa się za ? roszczeniowość? właśnie. Za ?roszczeniowców? uważa się ludzi zarabiających nędzne grosze i walczących o absolutne minimum życiowe; popieranie tych ludzi określa się pogardliwie jako ?populizm?, a termin ?trybun ludu? używa się jako szyderstwa.
 
W odpowiedzi na ankietę rozpisaną w roku 1999 przez Stowarzyszenie Studiów i Inicjatyw Społecznych ?Polska przed nowymi problemami?, skomentowałem to następująco: ?Za szczególnie oburzający uważam fakt, że firmują to wszystko ludzie dawnej ?S?, którzy reprezentowali w latach PRL ruch skrajnie egalitarny i ?roszczeniowy?, domagający się absolutnych limitów na zarobki i stan posiadania, formułujący postulaty absurdalnego wręcz powiększenie uprawnień socjalnych (np. trzyletnich aż urlopów macierzyńskich). Jak można tak dużo mówić o ?tożsamości? i dzielić społeczeństwo wedle ?rodowodów?, skoro radykalnie zmieniło się własną tożsamość, przerzucając się od wulgarnego socjalizmu w wulgarny kapitalizm? O tożsamości można mówić w takiej sytuacji pod jednym warunkiem: jeśli redukuje się ?tożsamość? do lojalności grupowej, nie mającej nic wspólnego z tożsamością ideową?.
 
Karol Modzelewski dziwił się łatwości z jaką dokonano tej zdrady własnego elektoratu i wyrażał wstyd z tego powodu. Aleksander Małachowski proponował ?pokorne wyznanie?: ?Oszukaliśmy was ? prosimy o wybaczenie, gdyż nie uczyniliśmy tego świadomie?. Nasuwa się także myśl, że w wielu wypadkach mieliśmy do czynienia ze spełnieniem przewidywań Jana Wacława Machajskiego, że inteligencja czyli ?posiadacz kapitału umysłowego?, wykorzysta ruch robotniczy instrumentalnie, jako narzędzie realizacji własnych interesów. Warto odnotować, że amerykański socjolog węgierskiego pochodzenia, Ivan Szelenyi, dowiódł płodności tej myśli w swych badaniach nad formowaniem się elit rządzących w postkomunistycznych państwach Europy Środkowej, zwłaszcza na Węgrzech i w Polsce.
 
W ścisłym związku z powyższym kompleksem zagadnień pozostaje kwestia reprywatyzacji ? nie prywatyzacji, którą można pojmować czysto pragmatycznie, lecz reprywatyzacji, jako restytucji ?świętego prawa własności?. Zwrot w tym kierunku był dogmatyczną arogancją w stosunku do olbrzymiej większości społeczeństwa polskiego lat powojennych, która w pełni aprobowała reformy nacjonalizacyjne. Arogancja ta obrażała przy okazji znaczną część środowisk emigracyjnych, w tym środowisko paryskiej ?Kultury?, które uznawało potrzebę reform nacjonalizacyjnych i ich nieodwracalność. Można było i należało naprawić krzywdy wynikłe z przeprowadzenia reform w atmosferze braku szacunku dla prawa. Żenujące było jednak rozpętanie z tego powodu kampanii indoktrynacyjnej, wmawiającej społeczeństwu, że bezwarunkowa własność prywatna była zawsze przez nikogo nie kwestionowanym ?fundamentem zachodniej cywilizacji?, że postulat redystrybucji lub ?unarodowienia? własności nigdy nie pojawiał się w dziejach myśli polskiej i temu podobne ideologiczne nonsensy. Żenująca była też okoliczność, że Kościół katolicki, wbrew własnej tradycji i ?nauce społecznej?, wykazał w tych sprawach bardo daleko posuniętą korporacyjną interesowność, dochodząc praw właścicielskich sprzed setek lat, lub występując w roli naturalnego spadkobiercy dóbr kościelnych na ziemiach poniemieckich.
 
Jacek Kuroń i Karol Modzelewski, w artykule pt. ?Cena reprywatyzacji?) sprzeciwili się reprywatyzacji wskazując na jej kolosalne koszty ? blisko 44 mld z budżetu państwa, co uniemożliwiłoby zabezpieczenie zdrowia i życia obywateli, realizację powszechnego prawa do edukacji i oczywiście, niezbędną modernizację kraju. Bronisław Łagowski, skupiając się na problemie strat poniesionych w czasie wojny, pisał o nonsensowności żądania odszkodowań za kataklizmy dziejowe; wskazywał, że ?mieszkańcy zburzonej Warszawy mają takie same prawa do odszkodowań jak zabużanie? i konkludował: ?Wszystkie prawne i moralne przesłanki, jakimi rząd solidarnościowy kieruje się w sprawie reprywatyzacji, są fałszywe?. Ja z kolei podkreślałem, że nowoczesny liberalizm nie stoi na stanowisku ?nieprzedawnionych praw własności? i nie daje żadnego alibi zwolennikom ustawy, która przywracałaby prywatną własność sprzed wielu lat kosztem najuboższych członków społeczeństwa.
 
Niewiele można do tego dodać. Ale przypomnienie tej debaty jest wciąż aktualne, bo sprawa nie została rozstrzygnięta i wciąż zachodzi niebezpieczeństwo, że rozstrzygnie się w duchu dogmatów przestarzałej i moralnie zdyskredytowanej ideologii.
 
 

 

IV. Nacjonalizm antyrosyjski, czyli kultywowanie mitu wroga

 

 
O tej ostatniej sprawie napisałem już bardzo wiele, a więc zmuszony będę powtarzać się. Nie mogę jednak uchylić się od tego, bo sprawa jest zbyt ważna. A zgadzam się niestety z opinią Michaiła Gorbaczowa, że ?jeśli chodzi o stosunek do Rosji, w Polsce wszystko jest zniekształcone?.
 
Opinia ta nie uwzględnia oczywiście polskich prac naukowych ? bardzo różnorodnych, dążących do obiektywizmu i często bardzo przychylnych wobec rosyjskiej kultury. Na poziomie funkcjonowania politycznego jest jednak inaczej. Od samego początku polskiej niepodległości środki masowego przekazu wbijały Polakom do głowy, że Rosja jest krajem obcym cywilizacyjnie i organicznie wrogim Polsce i Europie, że różnica między ZSRR a przedrewolucyjną Rosją jest mało ważna wobec wspólnego mianownika jakim był i jest nadal rosyjski imperializm, że data 17 września jest w gruncie rzeczy ważniejsza niż 1 września, że największą zbrodnią popełnioną na Polakach w czasie II wojny światowej był Katyń i że odpowiedzialność za tę zbrodnię ponosi Rosja jako naród, a nie stalinizm, którego główną ofiarą byli przecież Rosjanie; to właśnie sprawiło, że przy otwarciu cmentarza katyńskiego nie doszło do spotkania Lecha Wałęsy z Borysem Jelcynem i Aleksandrem Sołżenicynem, chociaż tak miało być i być powinno.
 
Od samego początku świadomie pomniejszano znaczenie Gorbaczowowskiej pierestrojki (jakby w obawie, że docenienie jej potencjału osłabi argumentację na rzecz ?ucieczki Polski na Zachód?); od samego początku podejrzewano o imperializm nawet Jelcyna (mimo że wzywał on autonomiczne części Federacji Rosyjskiej do ?brania tyle suwerenności, ile tylko udźwigną?), popierano natomiast, z zapałem godnym lepszej sprawy, Jelcynowskie reformy ekonomiczne, które przyniosły Rosji (również w opinii ich amerykańskiego współtwórcy, Jeffreya Sachsa, który przyznał się do tragicznej omyłki) bezprecedensową klęskę gospodarczą, obniżającą poziom życia ludności prawie o połowę, skracającą o kilka lat średnią życia i ? tym samym ? radykalnie podważającą w Rosji autorytet rynkowej demokracji. Do Władimira Putina, który jednak wyciągnął Rosję z zapaści, odnoszono się wrogo nie tylko dlatego, że wzmocnił w Rosji tradycyjnie autorytarne (?wertykalne?) struktury władzy, ale głównie dlatego, że mu się powiodło. Obowiązywał bowiem ? i obowiązuje nadal ? pogląd, że Rosji nie należy życzyć dobrze, jej sukcesy bowiem są zasadniczo sprzeczne z interesami Polski, a jej klęski są jej własną winą. Rosjanie bowiem ? jak się argumentuje ? nie są ofiarami komunizmu, ponieważ sami go wybrali; komunizm jako taki jest tworem Rosji właśnie, a nie myśli zachodniej; nie jest nawet prawdą, że w osobie Sołżenicyna Rosja wyraziła skruchę za komunizm, w gruncie rzeczy bowiem autor ?Archipelagu Gułag? był dla swych rodaków nazbyt pobłażliwy.
 
Wynotowałem to polskie credo nie z prasy prawicowo-nacjonalistycznej, lecz z programowego artykułu Ernesta Skalskiego ?Czerwona zaraza, czarna śmierć? wydrukowanego w ?Gazecie Wyborczej?. Niestety, harmonizował on z ogólną linią tego znakomitego skądinąd pisma. Przypomnę, że z okazji wizyty Putina w Polsce ta sama ?Gazeta Wyborcza? opublikowała komentarz Krystyny Kurczab-Redlich, nazywający prezydenta Rosji ?dzisiejszym Stalinem? lub ?faszystą?, wierzącym w knut i skutecznie dławiącym nie tylko wolność słowa, lecz nawet wolność myślenia?; że publicyści tej gazety z życzliwą wyrozumiałością odnosili się do czeczeńskich akcji terrorystycznych i to w dodatku wykonywanych pod kierownictwem jordańskiego fundamentalisty emira Chattaba, osobiście powiązanego z Bin Ladenem, który nakazał mu ?zniszczenie Rosji?; że na czeczeńską napaść na orkiestrę wojskową w Kaspijsku, przechodzącą przez miasto w otoczeniu dzieci i weteranów wojny z okazji obchodów Dnia Zwycięstwa (w wyniku tej napaści zginęło 41 osób) ?Gazeta zareagowała nie wyrazami solidarności z ofiarami terroru (jak to uczynił m.in. prezydent G.W. Bush), lecz artykułem W. Jagielskiego o bohaterskim Chattabie, którego śmierć z rąk Rosjan dała Czeczenom powód do krwawego odwetu w Kaspijsku. Artykuł ten, warto dodać, opatrzony był wizerunkiem Chattaba i wyrażał wielki, graniczący z podziwem szacunek dla jego działalności.
 
W roku 2005 odbyły się w Moskwie uroczyste obchody 60. rocznicy zwycięstwa nad hitlerowskimi Niemcami. Chętnie zgodzę się, że Putin nadał im charakter mocarstwowo-triumfalistyczny, co kontrastowało z polityką przemilczania straszliwych kosztów zwycięstwa, będących rezultatem stalinowskich represji. Nie ulega też wątpliwości, że Putin nie powinien był reagować na wystąpienia antyrosyjskie w prasie polskiej (wzywające prezydenta Kwaśniewskiego do zbojkotowania obchodów) przemilczeniem polskiego wkładu w zwycięstwo. Ale oczywiste jest również, że nie doszło by do tego, gdyby prasa polska akceptowała obchody zwycięstwa ? akcentując, że było to również zwycięstwo polskie ? a nie prześcigała się w wypowiedziach nawołujących do bojkotu tej uroczystości.
 
W prasie polskiej oceniono Putinowskie obchody zwycięstwa bardzo negatywnie, traktując je jako przejaw rosyjskiej pychy imperialnej i wrogości wobec Polski, wymagającej zdecydowanego odporu. Zapomniano jednak o tym, co było 10 lat temu ? w okresie, gdy Rosja przeżywała głębokie rozczarowanie do wyników zmiany ustrojowej, przeżywając okres upokorzenia i nie mogąc nawet marzyć o jakiejkolwiek dumie imperialnej. Otóż prezydent Wałęsa odmówił wówczas przybycia na uroczystą defiladę w Moskwie z okazji 50. rocznic zwycięstwa nad Niemcami i oświadczył, że premier Oleksy będzie tam prezentować wyłącznie siebie i bliskie sobie siły polityczne oraz że jego decyzja przyjazdu do Moskwy jest w istocie aktem zdrady politycznej, podobnym do Targowicy i zasługującym na osądzenie przez Trybunał Stanu.
 
Tym samym Rosja została potraktowana jako formalny wróg Polski ? pomimo że w uroczystościach moskiewskich wziął udział prezydent USA, prezydent Francji, a nawet kanclerz zjednoczonych Niemiec. Aby zrozumieć, jak odebrano to w Rosji trzeba zdawać sobie sprawę, że po dyskredytacji komunizmu zwycięstwo w wojnie z Hitlerem stało się dla Rosjan najważniejszym źródłem dumy narodowej. Okupiono to zwycięstwo ofiarami niewiarygodnie wysokimi (oddało życie blisko 27 milionów ludzi), ale uzyskano w zamian rzecz ogromnie dla Rosjan ważną: poczucie, że ocalili Europę, że zostało to docenione i że mają być z czego dumni. Olbrzymia cześć Rosjan pogodziła się z utratą terytorialnych zdobyczy tej wojny, przyjęła do wiadomości brak efektywnej pomocy Zachodu w okresie ekonomicznej zapaści, nie dotrzymanie obietnic danych Gorbaczowowi i dość powszechny brak entuzjazmu wobec idei ?powrotu Rosji do wspólnego europejskiego domu?. Ale właśnie dlatego nie można było oczekiwać od Rosjan, że rozbroją się moralnie wyrzekając się pamięci o dniach swojej chwały.
 
Zbojkotowanie przez niepodległą Polskę największego święta postkomunistycznej Rosji przesądziło negatywnie sprawę polsko-rosyjskiego pojednania ? w tym również sprawę wspólnego uczczenia ofiar zbrodni katyńskiej. Rosja zareagowała na to wyniosłym nieco ignorowaniem Polski. Polska natomiast zaangażowała się rodzaj moralnej walki z Rosją, prowadzonej przy pomocy nieprzyjaznych i zaczepnych gestów symbolicznych, zmierzających do moralnego upokorzenia Rosjan, nawet za cenę rezygnacji z materialnych korzyści, które można by mieć w zamian za bardziej pragmatyczną politykę wobec byłego hegemona regionu. W ocenie przyczyn upadku ZSRR za wyraz naiwności uznano pogląd, że główną z nich był kryzys legitymizacji systemu, a więc czynnik moralno-ideowy; przyjęto natomiast brutalną diagnozę Zbigniewa Brzezińskiego, dowodzącą, że Rosja jest po prostu ?krajem pokonanym?, który przegrał ?zimną wojnę? i zmuszony został do kapitulacji. Skoro zaś pokonani z natury rzeczy muszą żywić nadzieję na odwet, przeto nie należy ustawać w dyktowaniu im surowych warunków, aby do końca wykorzystać odniesione zwycięstwo.
 
Cele polskiej polityki zagranicznej określone zostały (jak to wyraził z aprobatą Bogdan Cywiński) jako ?kopanie i pogłębianie obronnej fosy między sobą a Rosją?. Co ciekawsze, wykopywano tę fosę nie tylko przy pomocy normalnych (a więc maskujących swe istotne cele) działań dyplomatycznych, lecz również używając i nadużywając gestów jawnie wrogich, nie mających żadnego konkretnego celu poza drażnieniem i upokarzaniem wschodniego sąsiada. Jaki bowiem sens miało zburzenie toruńskiego pomnika żołnierzy radzieckich w lipcu 1997 roku, powtarzane parokrotnie (bo nie było to technicznie łatwe), wbrew protestom z Rosji, Ukrainy i Białorusi i wbrew poglądom większości mieszkańców miasta? Jaki konkretny sens miało usunięcie z Krakowa pomnika marszałka Koniewa, który ocalił Kraków i Częstochowę przed zniszczeniem, zaskakując Niemców niespodziewanym manewrem oskrzydlającym? Czemu służyć miało pokazanie Putinowi w Oświęcimiu nie dokumentów na temat wyzwolenia obozu przez Armię Radziecką, ale wystawy na temat zniewolenia narodów ZSRR?
 
Piszę te słowa w listopadzie 2009 roku, a więc w okresie, gdy rząd Donalda Tuska poczynił pewne kroki na rzecz normalizacji stosunków z Rosją, a premier Rosji, Władimir Putin, wziął udział w polskich obchodach 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej, poprzedzając swój przyjazd publikacją obszernego i pełnego dobrej woli ?Listu do Polaków?. Wróciłem właśnie z Moskwy, z międzynarodowej konferencji pt. ?Polska i Rosja: obowiązek pamięci i prawo do zapomnienia?, zorganizowanej z intencją przyczynienia się do wzajemnego zrozumienia i pojednania między Rosją a Polską. Jej obrady sprawiały wrażenie, że w stosunkach między Polską a Rosją wszystko jest w jak najlepszym porządku, że dzielą nas tylko różne ukierunkowania historycznej pamięci, ale że są to różnice, które dziś nie muszą uniemożliwiać wzajemnej życzliwości i współpracy.
 
Tak się jednak złożyło, że tuż przed wyjazdem do Moskwy wpadły mi w ręce materiały innej konferencji, zorganizowanej w marcu ub. roku we Wrocławiu, pod auspicjami Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego i wydane pt. Polska polityka wschodnia. Czytamy w niej, że polskim interesem narodowym jest, od XIV stulecia bez zmian, ?okcydentalizacja polityczna, gospodarcza i cywilizacyjna Ukrainy, Białorusi, Mołdawii i być może również krajów kaukaskich? (ale nie Rosji!), co stawia nas ?w zasadniczej sprzeczności z polityką rosyjską?; że chcemy być ?w centrum Europy? czyli odepchnąć Rosję jak najdalej na wschód, Rosja zaś, o zgrozo, nie pozwala nam realizować tej polityki, że jest to naszą ?strategią narodową?, a jeśli nie podoba się Unii Europejskiej, to ?powinniśmy codziennie powtarzać, że kochamy Rosję najbardziej na świecie, a jednocześnie robić swoje?. Są to wypowiedzi Jerzego Marka Nowakowskiego, dyrektora Centrum Wschodniego Polish Open University. Wtóruje mu dzielnie poseł Paweł Zalewski, dowodzący, że ?własny interes, zdefiniowany przez polską historię? sięga Morza Kaspijskiego, zaś udział Polaków w rozwoju Tbilisi jest ?częścią naszego dziedzictwa?, i że również na Zakaukaziu i w Armenii ?jesteśmy w stanie odegrać rolę wiarygodnego promotora przemian demokratycznych? itd.
 
Inni uczestnicy tej konferencji wypowiadali się mniej zdecydowanie, ale nie było żadnego głosu przeciw (z wyjątkiem wypowiedzi Rosjanina, prof. Mikołaja Iwanowa). Zastanawia też brak tradycyjnych argumentów o zagrożeniu Polski przez rosyjski imperializm. Uczestnicy konferencji nie zakwestionowali opinii dyrektora Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, Sławomira Dębskiego, że za cenę uznania status quo mielibyśmy dobre relacje z Rosją, tak jak Węgry. Rzecz w tym jednak, że to Polska chce zmiany status quo na swoją korzyść, kosztem Rosji. Wyrażając to dobitnie, lecz ściśle, to Polska właśnie jest państwem rewizjonistycznym.
 
Wypowiedź niniejsza nie jest miejscem dla polemiki z tą wizją wschodniej misji Polski. Uważam ją za dogłębnie nierealistyczną, ale chcę koncentrować się na problemach moralnych. Otóż w stosunku do Rosji w znacznej części klasy politycznej dzisiejszej Polski dostrzegam coś, co bardzo źle kojarzy mi się moralnie. Z jednej strony ustawiamy się na pozycji niewinnej ofiary rosyjskiego imperializmu, rzeczywistego lub urojonego, przyznając sobie prawo do przemawiania do Rosjan tonem moralnej wyższości, wiedząc, że są na to wrażliwi i licząc, że podkopie to ich wiarę w siebie. Z drugiej strony, wchodzimy w anachroniczną rolę quasi- imperialnego rywala Rosji, przeceniając w śmieszny czasem sposób swe własne możliwości, nie licząc się ani z Unią Europejską, której jesteśmy członkiem, ani z opinią większości własnego społeczeństwa, zupełnie przeważnie obcego takim ambicjom. Co ciekawe, wolimy ?okcydentalizować? Zakaukazie niż Rosję, co potwierdza podejrzenie, że chodzi nam w istocie nie o szerzenie na Wschodzie europejskości, lecz o promowanie własnych politycznych wpływów.
 
Tym samym marnujemy, niestety, duże możliwości naszego kraju we wpływaniu na pozytywny rozwój sytuacji w Rosji, w integrowaniu jej z Zachodem. Wielu z nas bowiem boi się nie przysłowiowego ?barbarzyństwa? rosyjskiego niedźwiedzia, lecz właśnie europejskiego rozkwitu i odrodzenia Rosji.
 
 

 

Autor jest jednym z najwybitniejszych historyków, członkiem rzeczywistym Polskiej Akademii Nauk, Em. profesorem na wielu uczelniach, w tym Notre Dame University w Stanach Zjednoczonych.