Kryzys to obietnica przezwyciężenia

Autor: Stanisław Obirek


Zbyt długo i nazbyt gruntownie wczytywałem się w kazania najbieglejszego bodajże mistrza słowa w diagnozowaniu ludzkich ułomności by nie dostrzec dwuznacznych skutków moralizatorskich uniesień. Bardziej przekonuje mnie socjologiczna i psychologiczna analiza, która odsłania tajniki ludzkich motywów o wiele precyzyjniej niż moralizatorski zapał. Dlatego nie podejmuję się diagnozowania kondycji moralnej współczesnych Polaków, niezależnie od tego, czy chodzi o tzw. człowieka z ulicy czy o prominentnych przedstawicieli świata polityki, mediów czy szeroko rozumianej kultury. Kiedyś Piotr Skarga, bo jego to słowa mam na myśli, jak zaświadczył dominikanin Fabian Birkowski na pogrzebowym kazaniu, którym żegnał złotoustego kaznodzieję, we wrześniu 1612 roku wołał: „serca ludzkie trzymał w ręku swym i obracał nimi, kędy chciał, przez dziwną, a jemu tylko daną wymowę”. To „obracanie serc ludzkich” rzadko skutkowało nawróceniem. Częściej utwierdzało w fanatycznych i niezdolnych do kompromisu postawach.

Rozsądni i wrażliwi na polityczne reperkusje słów nadwornego kaznodziei Zygmunta III przełożeni zakonni, zalecali ostrożność i mitygowali nazbyt krewkiego kaznodzieję, cenzurując i pomijając kontrowersyjne fragmenty kazań sejmowych, choćby te, w których Skarga zalecał wzmocnienie władzy królewskiej kosztem swobód braci szlacheckiej. Opłacił się ten rozsądek. Jezuici stali się sumieniem szlacheckiej demokracji i w dobrym i złym sensie. Bardziej jednak w złym. Wprawdzie Jan Stanisław Bystroń stwierdził, nie bez ironii, że „szlachta piła z bernardynami, uczyła się ascezy u karmelitów, ale dzieci jezuitom oddawała i w ważniejszych wypadkach radziła się u jezuitów”, to ich wpływ do dziś nie przestaje budzić emocji. Tak więc moralizowanie pozostawmy kaznodziejom.

Dziś mniej dowierzamy kaznodziejom. Znaczniej więcej dowiadujemy się o naszym świecie zgłębiając teorie i analizy naukowe niż wsłuchując się w tyrady moralizatorów wołających o poprawę obyczajów. Bardziej inspirujące jest przyglądanie się językowi, który dominuje sferę publiczną niż zaprzątanie sobie uwagi krzykliwie wygłaszanymi deklaracjami naprawy zepsutego jakoby do cna świata. Michał Głowiński udowodnił nader przekonująco, że nadużycia w sferze języka wcale się nie skończyły z chwilą zmiany systemu politycznego. Nowomowa w rzeczywistości demokratycznej ma się nader dobrze, a skutki psucia języka są dokuczliwe dla wszystkich. Najciekawsze diagnozy pojawiają się w chwilach kryzysu. Nieprzypadkowo zapewne Karol Marks wypracował przenikliwą krytykę stosunków społecznych i konfliktów klasowych obserwując narastające napięcia społeczne w XIX-wiecznej Europie Zachodniej, a Zygmunt Freud swoje, do dziś zachowujące wartość, analizy ciemnych stron kultury i religii kreślił mając w pamięci skutki pierwszej wojny światowej i przeczuwając nadejście największego kataklizmu w dziejach ludzkości jaką była druga wojna światowa i Holocaust. Swój esej „Kultura jako źródło cierpień” Freud kończył znamienną uwagą: „Wydaje mi się, że losowa kwestia rodzaju ludzkiego sprowadza się do pytania, czy i na ile uda się rozwojowi kultury zapanować nad zaburzeniami współżycia wywoływanymi przez ludzki pęd do agresji i samozagłady”. Dziś wiemy, że kultura poniosła klęskę. Podobnie bezlitosne spojrzenie na religię z eseju „Przyszłość pewnego złudzenia” napisanego w 1927 roku zachowuje swój ciężar, zwłaszcza w dzisiejszym kontekście narastającego fanatyzmu religijnego. Mimo ponawianych prób przez teologię, diagnozy ojca psychoanalizy zachowują swoją moc, a szczegółowe dookreślenia nie odbierają im znaczenia. Poza tym trzeba stwierdzić, że to nie teologia, ale antropologia dostarczyła argumentów na rzecz dialogu, a więc stworzyła możliwość przezwyciężenia fatalnych w skutkach podziałów społecznych. Ta pierwsza dostrzegła jego znaczenie dopiero wtedy, gdy dane dostarczone przez antropologię okazały się nieodparte. By zrozumieć znaczenie tego procesu trzeba przypomnieć dorobek antropologiczny polskich naukowców takich jak Bronisław Malinowski i Jerzy Zubrzycki, gdyż obaj zaznaczyli swoją obecność w intelektualnym pejzażu XX wieku. Z żyjących dodałbym Zygmunta Baumana, który od dziesięcioleci stanowi rodzaj socjologicznego sejsmografu odnotowującego zmiany mentalności człowieka ponowoczesnego.

Wspomniani badacze pokazują ideologiczne uwikłanie religii, co nie przeszkadza w oczekiwaniu, że będzie ona spełniać jednoczącą i twórczą rolę w XXI wieku. Cienie historii chrześcijaństwa można przezwyciężyć wyzyskując pozytywny potencjał tej religii, co się dokonało w badaniach terenowych Malinowskiego, w działalności Jerzego Zubrzyckiego w Australii oraz w publikacjach Zygmunta Baumana. Dodać trzeba, że pluralizm religijny to fakt, który sprowokował niezwykle ożywioną refleksję teologiczną, której ciągle zbyt mało znanym patronem może być Walter Ong. Europa Środkowa, dzięki geograficznej i kulturowej przestrzeni, od wieków była miejscem krzyżowania się wpływów Zachodu i Wschodu, Południa i Północy. Nie zawsze potrafiliśmy wykorzystać to położenie jako szczególną szansę wzajemnego wzbogacenia. Wiek XXI stanowi niepowtarzalną szansę by to odmienić.

* * *

Zacznijmy od Malinowskiego. Jedna z najciekawszych książek opublikowanych w XX wieku a poświęconych religii została wydana przez Akademię Umiejętności w Krakowie w roku 1915. Była to rozprawa habilitacyjna urodzonego w 1884 roku w Krakowie Bronisława Malinowskiego zatytułowana Wierzenia pierwotne i formy ustroju społecznego. Pogląd na genezę religii ze szczególnym uwzględnieniem totemizmu. Malinowski pochłonięty badaniami terenowymi w Australii, Nowej Gwinei i Wyspach Trobriandzkich, nie wrócił już do systematycznych rozważań nad religią i jej miejscem w życiu społecznym. Niemniej jednak ich wagę doceniał i tylko przedwczesna śmierć w 1942 roku nie pozwoliła mu do nich wrócić. Ale nawet rozproszone uwagi w dziele jednego z najwybitniejszych antropologów minionego wieku pozwalają uznać Kraków za miejsce narodzin ważnej myśli religioznawczej. Choć swoje najważniejsze książki Bronisław Malinowski napisał w Wielkiej Brytanii i po angielsku, to jednak, jak we „Wstępie” do I tomu jego Dzieł napisał Andrzej Paluch, ukształtował go właśnie młodopolski Kraków i zadzierzgnięte wówczas przyjaźnie, m. in. ze Stanisławem Ignacym Witkiewiczem (Witkacym). To właśnie środowisko wielokulturowego i tolerancyjnego Krakowa pozwoliło Malinowskiemu wypracować oryginalną i nowatorską koncepcję antropologiczną. We wspomnianym dziele poświęconemu początkom religii pisał: „Religia jest bardzo skomplikowaną instytucją społeczną i postawą psychiczną człowieka, obejmującą szeroki zakres różnorodnych elementów. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że dla wszechstronnego rozumienia istoty i genezy religii należy uwzględnić szereg różnorodnych motywów, wniknąć z wielu stron w mechanizm psychiczny człowieka, wziąć pod uwagę działanie mnóstwa warunków społecznych i zewnętrznych, w których człowiek się znajduje”. Tak szerokie spojrzenie na fenomen religii pozwala sytuować go w szerokim kontekście kulturowym, a co ważniejsze, stanowi skuteczną zaporę wobec wartościujących osądów. Co więcej Malinowski w ostatnim okresie swego życia zwracał uwagę na, a więc już po opublikowaniu swoich fundamentalnych prac z badań terenowych, powtarzał wielokrotnie, że każda religia spełnia funkcję pozytywną w społecznościach i tylko jej formy wynaturzone działają destabilizująco czy nawet destrukcyjnie: „Każdy dogmat, każde twierdzenie religijne czy magiczne daje człowiekowi wolność, która wynika z ufności w jego własne wartości i z zaufania do mocy, które znajdują się poza nim, ale które nie są mu obce”. A to przeświadczenie wynikało właśnie z komparatystycznych badań religii tzw. ludów pierwotnych, a więc przedchrześcijańskich. W 1938 roku, a więc w przededniu drugiej wojny światowej, wyrażał głębokie przeświadczenie w jednoczącą funkcję religii, znowu łącząc je z doświadczeniami terenowymi: „Na podstawie szczegółowych badań głównych dogmatycznych twierdzeń wierzeń pierwotnych i cywilizowanych, mitologii, rytuału i wpływów etycznych doszedłem do przekonania, że: „Jedność religii, jeśli chodzi o istotę, formę i funkcję można znaleźć wszędzie”, a w kilku podsumowujących akapitach próbowałem wykazać, że być może największa moralna i kulturowa tragedia dnia dzisiejszego polega na schyłku właściwych wierzeń i na ich zastępowaniu przez stworzony na nowo pseudomistycyzm”. Jak wspomniałem, swoje uwagi na temat roli i znaczenia religii kreślił Malinowski w określonym kontekście historycznym, gdy dwa totalitaryzmy – stalinowski komunizm i nazistowski faszyzm – odsłaniały swoje zbrodnicze oblicze. Religia, a zwłaszcza chrześcijaństwo wydawało się w samej rzeczy kulturową alternatywą dla tych zniewalających ideologii. W istocie Malinowski dostrzegał w chrześcijaństwie szansę na uratowanie największej wartości, jaką była dla niego wolność i sprzymierzeńca we wprowadzaniu najlepszego ze znanych w historii systemów politycznych, mianowicie demokracji. Ten sam kontekst sprawiał, że Malinowski nie dostrzegał, albo nie chciał dostrzec, zniewalającego potencjału obecnego w każdej religii, również w chrześcijaństwie. Choć z uznaniem czytamy uwagi znakomitego antropologa na temat współzależności wolności i religii, to wiemy, że owa współzależność nie zawsze jest i nie zawsze była respektowana. Wprost przeciwnie, to w imię religii niejednokrotnie wolność sumienia była gwałcona. Zaś polityzacja religii, czy ureligijnienie polityki to nie tylko teoretyczna możliwość, ale stan faktyczny, którego doświadczamy choćby w Polsce po roku 1989. Niemniej jednak warto się wsłuchać w nader celne spostrzeżenia skreślone przez Malinowskiego w 1941 roku w opublikowanym już pośmiertnie eseju „Natura ludzka, kultura i wolność”: „Wolność jest najbardziej dynamicznym, istotnym i ogólnym czynnikiem w ramach dzisiejszych problemów. Demokracja to wolność w działaniu. Wolność sumienia jest istotą religii, a religia jest rdzeniem cywilizacji. Odrzućmy chrześcijaństwo, a religia wkroczy w postaci nordyckiego mitu o aryjskiej wyższości, rytuału Hitlera i nazistowskiej etyki dominacji. Odrzućmy Boga w ramach ateistycznej kampanii prowadzonej w Rosji, a będziemy mieli do czynienia z kultem ducha Marksa i jego ewangelii przy grobowcu z zabalsamowanym ciałem Lenina”. Oczywiście powyższe uwagi są słuszne i jestem gotów się zgodzić, że „religią jest rdzeniem cywilizacji” i że odrzucenie chrześcijaństwa prowadzi do wynaturzeń ideologicznych, pod warunkiem jednak że nie mamy do czynienia właśnie z chrześcijaństwem jako religią Jezusa z Nazaretu, a nie z nadużyciami ideologicznymi dokonywanymi w imieniu głoszonej przez niego Ewangelii.

* * *

O Zubrzyckim można napisać równie wiele, choć większość jego dorobku jest ukryta w rządowych publikacjach firmowanych przez profesora Zubrzyckiego. To właśnie urodzony w 1920 roku „ojciec polityki wielokulturowości w Australii”, który podobnie jak Malinowski, swoją działalnością naukową pokazał pozytywny potencjał tkwiący w chrześcijaństwie. W przeciwieństwie do swego wielkiego poprzednika, nie jest niestety w Polsce znany, tak jak i jego pisma. Miałem okazję spotkać się z profesorem Zubrzyckim po praz pierwszy w 2000 roku w Canberze, w mieście, w którym wypracował zręby swej rewolucyjnej koncepcji wielokulturowości. Nasze rozmowy mieliśmy okazję kontynuować później w Krakowie. Był nie tylko autorytetem dla zwolenników wielokulturowości, często przeciwstawianej tradycyjnej koncepcji chrześcijaństwa utożsamianego z cywilizacją łacińską. Potrafił też do niej przekonywać swego rówieśnika Jana Pawła II, który zaprosił Zubrzyckiego do pracy w ramach Papieskiej Rady Nauk Społecznych powołanej do życia w 1994 roku. Jednym z najciekawszych wymiarów tej Rady było jej otwarcie na specjalistów z różnych dziedzin nauk społecznych niezależnie od ich przynależności religijnej czy światopoglądowej. Jak często podkreślał profesor Zubrzycki, nawet niewierzący byli uważnie wysłuchiwani ze względu na ich kompetencje. Zubrzycki ukończył to samo Liceum im. Jana III Sobieskiego, które przed nim ukończył Malinowski. Zapewne również dla jego koncepcji wielokulturowej miejsce pierwszych wtajemniczeń intelektualnych nie było obojętne. Tutaj zetknął się z tolerancyjnym katolicyzmem, któremu pozostał wierny całe życie. W ostatnich latach swego życia wracał chętnie do Polski i ubolewał, że jego własny kraj, mimo głoszonego przywiązania do katolicyzmu nie jest w stanie odkryć wolnościowego potencjału tego wyznania, a wręcz przeciwnie ulega jak najgorszym tradycjom zamknięcia i poczucia wyższości wobec innych.

Choć studiował w Londynie, na macierzystej uczelni Bronisława Malinowskiego (London School of Economics), nie zetknął się z nim, gdyż przyjechał do Londynu już po wojnie, a więc po przedwczesnej śmierci Malinowskiego. Doktorat z socjologii napisał pod kierunkiem innego wybitnego socjologia polskiego – Floriana Znanieckiego. Gdy więc w roku 1956 przyjechał do Australii, był ukształtowany zarówno w polskiej jak i brytyjskiej szkole socjologicznej. Od początku swego pobytu w Camberze wykładał socjologię na Narodowym Uniwersytecie Australii. Był nie tylko wybitnym uczonym, ale stał się osobą publiczną. W latach 1970–86 kierował Wydziałem Socjologii i stworzył prawdziwą szkołę wielokulturowości, która w znacznym stopniu ukształtowała politykę wobec wieloetnicznego kraju. Każdy nowoprzybyły obywatel czuł, że współtworzy kultury swojej nowej ojczyzny. Jako członek rady Australian Institute of Multicultural Affairs wpływał na decyzje polityczne rządu Australii zaś jako przewodniczący Australian Ethnic Affairs Council przyczynił się do stworzenia instytucjonalnych ram umożliwiających działalność etnicznych stacji radiowych i różnych inicjatyw sprzyjających wielokulturowości i poczuciu przynależności na zasadach równości do społeczności obywatelskiej nowej ojczyzny ponad stu narodowości z jakiej składa się społeczeństwo Australii. Gdy zmarł w maju 2009 roku powszechnie żegnano w nim autora projektu wielokulturowości, który stał się obowiązującym modelem cywilizacyjnym Australii, w przeświadczeniu, że bez jego udziału i wkładu nie było by to możliwe w takim kształcie w jakim to jest obecnie.

Tak więc zakorzenienie w tradycji chrześcijańskiej stwarza sprzyjający klimat do pojawienia się dialogu ekumenicznego i międzyreligijnego, który jawi się jako jeszcze jeden element coraz szybciej globalizującego się świata. Przy czym jest to wymiar pozytywny tego procesu, gdyż wchodzące we wzajemne relacje wyznania chrześcijańskie czy odmienne religie, odkrywają zarówno własne ograniczenia jak i bogactwo innych. Antropolodzy znacznie wcześniej niż teologowie, zwrócili uwagę na twórczy potencjał tkwiący w religii. Refleksja teologiczna pojawiła się dopiero za odkryciami etnografów i antropologów pracujących w terenie, którzy spojrzeli na poszczególne religie właśnie we wspomnianym kontekście kulturowym, a nie tylko w perspektywie teologicznej. Najważniejszym owocem tego nowego podejścia do religii było odkrycie ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego jako zjawiska nie tylko pozytywnego, ale i wzajemnie wzbogacającego poszczególne religie. Poza tym, właśnie dzięki badaniom antropologicznym, okazało się że na poszczególnych religii nie można widzieć w oderwaniu od historii. Inaczej mówiąc, każda z nich, w tym również chrześcijaństwo, ma w sobie zapisane własne dzieje, jest też rezultatem wzajemnych oddziaływań, wpływów i konfliktów. Przykładem tego nowego spojrzenia w teologii katolickiej jest pozytywna ocenia synkretyzmu religijnego jako alternatywy dla gorszących wykluczeń, a nawet zbrodni dokonanych w imię źle pojętej wierności tradycji.

Jak się wydaje, to historia Rzeczpospolitej Wielu Narodów dostarcza wyjątkowego materiału historycznego pozwalającego zilustrować wyżej wspomniane procesy. To właśnie tutaj, na skrzyżowaniu wielu kultur, narodów i religii, dokonywało się pokojowe ich przenikanie. A fakt, że Polska była określana jako jedyne w Europie państwo bez stosów, przestaje być efektowną metaforą lecz nośnym obrazem stanu faktycznego pokoju nie tylko między wyznaniami chrześcijańskimi, ale i między religiami. Burzliwe, a nawet dramatyczne dzieje naszego kraju sprawiły, że to dziedzictwo otwartości i tolerancji zostało w dużym stopniu zapomniane, a romantyczna mitologia, z obrazem Polski jako „Chrystusa narodów”, cierpiącej za innych zdominowała wyobraźnię narodową. Początek XXI wieku to dobra okazja by sięgnąć do innej tradycji, właśnie tej wielonarodowej, wielokulturowej i wieloreligijnej.

* * *

Ani Malinowski, ani Zubrzycki nie mieli okazji komentować meandrów ludzkiej myśli XX wieku w Polsce uwikłanej najpierw w totalitaryzm faszystowski, jako pierwsza ofiara napaści nazistowskich Niemiec w 1939 roku, a później jako satelitarne państwo imperium sowieckiego. Zygmunt Bauman odczuł na własnej skórze konsekwencje zarówno pierwszego jak i drugiego, stąd jego głos ma wartość świadectwa. Najpełniej opowiedział o tym Annie Seidler-Janiszewskiej i Romanowi Kubickiemu w Życiu w kontekstach. Rozmowy o tym, co z nami i o tym, co przed nami, książce której ciąg dalszy jest dopisywany w blogu Zygmunta Baumana. Muszę przyznać, iż do tych czytelników jego książek należę, dla których są one rodzajem drogowskazu i wyznacznikiem tego, czym będziemy w najbliższej przyszłości. Nie ma czasu ani miejsca by szczegółowo omawiać tezy rozproszone w licznych i wielojęzycznych publikacjach Baumana, wystarczy przywołać tytuły niektórych: Nowoczesność i zagłada, książka zawdzięczająca wiele wspomnieniom żony Janiny, która przeżyła piekło Holocaustu w Warszawie, a wskazująca na destrukcyjne wymiary kultury; Prawodawcy i tłumacze, uzmysławiająca koniec ambicji regulatywnych intelektualistów europejskich, Globalizacja dająca tyleż przenikliwy co pouczający namysł nad kondycją współczesnego świata; Ponowoczesność jako źródło cierpień, książka słusznie podważająca etykietę postmodernisty przypiętą myślicielowi, który tejże ponowoczesności jest zapamiętałym krytykiem, i jeszcze wiele innych. Interesujący i chciałoby się rzec ewangeliczny, wymiar jest obecny w Pracy, konsumpcjonizmie i nowych biednych, książce która z perspektywy socjologicznej podejmuje problem ubóstwa.

Warto zwrócić uwagę na esej Baumana Raport o kondycji moralnej świata opublikowany w 20 numerze „Tygodnika Powszechnego” z 15 maja 2005 roku, a wcześniej wygłoszonego w ramach Dni Tischnerowskich w Poznaniu. Tekst o tyle znamienny, że pokazujący społeczne, a nawet moralne zatroskanie Baumana kondycją świata. Otóż Zygmunt Bauman powołuje się na napomnienia Jana Pawła II: „Pytanie zawarte przez Jana Pawła II w orędziu na tegoroczny Światowy Dzień Pokoju: ‘Czyż osoba może się w pełni realizować, nie uwzględniając swej natury społecznej, czyli bycia z innymi i dla innych?’ – jest retoryczne. Bycie ‘z’ czyni odpowiedzialność za innych losem nieodwracalnym człowieka, gdy bycie ‘dla’ uznanie i przyjęcie tej odpowiedzialności za zasadę życia, wynosi owo zrządzenie losu do rangi powołania. To właśnie podejmując się odpowiedzialności za dobro innych, na jaką skazany jestem już jako istota społeczna, spełniam się jako ‘osoba’. Być osobą to tyle, co zdać sobie sprawę z odpowiedzialności za innych, zgodzić się na tę odpowiedzialność i uznać, że choć wszyscy jesteśmy sobie nawzajem winni odpowiedzialność, to ja i tylko ja odpowiadam się za wywiązanie się ze swojej”.

Warto przypomnieć, że Jan Paweł II zdecydowanie i do końca przeciwstawiał się szaleńczym pomysłom prezydenta Stanów Zjednoczonych rozwiązywania napięć i konfliktów drogą zbrojną, dufnego w zasoby arsenału swej armii. Podobny głos rozlegał się i z Leeds, gdzie od 1990 roku Zygmunt Bauman jako emerytowany profesor tamtejszego uniwersytetu konsekwentnie sprzeciwia się wszelkim próbom siłowych rozwiązań konfliktów światowych. Zdaniem Baumana: „Na nic się zda argument, że cel tak wzniosły, jak ludzka wolność i demokracja, można przybliżyć zwiększeniem kalibru bomb i obszaru spustoszenia. Te środki do tego celu nie prowadzą. Nie można walczyć o szacunek dla praw ludzkich i ludzkiej godności przy pomocy Guantanamo, Abu-Ghraib czy Bagramu. Nie służy świętości ludzkiego życia zmiatanie z powierzchni ziemi ludzkich osiedli. Siejąc wiatr, tylko burzę można zebrać. Jak to Jan Paweł II celnie w swym orędziu ujął: „Zła nie zwycięża się złem: na tej drodze bowiem, zamiast pokonać zło, zostaje się przez nie pokonanym... Pokój jest dobrem, które należy wprowadzać poprzez dobro”. Zbiegają się oto myśli filozofa zatroskanego właściwym gospodarowaniem zasobami cywilizacji i przywódcy religijnego przejętego zachowaniem przykazań Bożych.

Nie sposób chwilami oderwać się od pełnego pasji opisu świata, w którym przyszło nam żyć, a zwłaszcza jego moralnej kondycji, kończyć jednak wypada odsyłając do samodzielnej lektury nie tylko referowanego Raportu o kondycji moralnej świata ale i innych równie ważnych i namysłu godnych zapisów myśli Zygmunta Baumana. Na koniec przywołam jeszcze fragment poświęcony globalizacji, ujętej wszak odmiennie nieco, już nie o gościnności mówiący ale o odpowiedzialności na politykach spoczywającej: „Negatywna natura dotychczasowej globalizacji jest główną bodaj przyczyną, dla której tak trudno wziąć się światu za bary z zadaniem skądinąd tyleż oczywistym, co i nie cierpiącym zwłoki. Gdy dostępne ludzkości narzędzia działania politycznego nadają się li tylko do wewnątrzpaństwowego użytku, nie ma się co dziwić, że skłonni jesteśmy traktować planetę jako magazyn łupów do podziału raczej niż jako wspólne domostwo, o które wszyscy mieszkańcy dbać powinni równie gorliwie w imię własnego dobra, tożsamego z dobrem wspólnym. Oglądając się za siebie, na twarze swych wyborców, politycy prześcigają się w staraniach o to, by z ogólnoplanetarnej puli wykroić najsmaczniejsze kąski dla tych szczęśliwców, którzy powołali ich do władzy, nie troszcząc się o zgubne ich wyścigu następstwa dla perspektyw ogólnoludzkiego ładu. Narzędzia działania i prerogatywy, jakimi dysponują, nie zaradzą planetarnemu chaosowi; może więc przynajmniej uda się odgrodzić od globalnej dżungli własny zakątek planety, otoczyć go fosą nie do przebycia i murem ochronnym nie do przebicia, i wycisnąć z ogólnoświatowego bałaganu maksymalny dla własnej zagrody pożytek...”. W Globalizacji Zygmunt Bauman pokazał, że próżne to nadzieje. Od nas zależy czy pozwolimy na te beztroskie harce politykom obiecującym gruszki na wierzbie, a to oznacza aktywne kształtowanie świata w jakim przyszło nam żyć i zdawanie egzaminu dojrzałości na co dzień, bez ulegania pokusy sprawdzania na ile zdają go inni.

Uwagi sprowokowane zachętą organizatorów debaty poświęconej „Moralnym problemom Polski współczesnej” zacząłem od sceptycznej uwagi poświęconej możliwościom naprawy ludzkiej natury środkami kaznodziejskimi, nawet tak mistrzowsko użytymi jak to miało miejsce w przypadku Piotra Skargi. Zakończyć chciałbym optymistycznie wyrażając wiarę w katartyczną moc słowa pisanego, przez świadków XX-wiecznych totalitaryzmów. Wybieram jednego z najbardziej elokwentnych: Imre Kertesza – więźnia Auschwitz i ofiarę komunistycznego zniewolenia na Węgrzech. To w jego powieściach i eseistyce dosłuchuję się autentycznego głosu człowieczeństwa nieujarzmionego i zachowującego godność w warunkach tej godności urągającej. W eseju Przytłaczający spadek Europy (GW 14–15 listopada 2009) oryginalnie wygłoszonym w Berlinie w 2007 roku w ramach konferencji „Perspektywa Europa” Kertesz ogłasza wiarę w potęgę wiedzy: „Człowieka ponad historię może wznieść jedynie wiedza, w tych strasznych, pozbawiających wszelkiej nadziei czasach totalnej historii wiedza stanowi jedyną godną ucieczkę, wiedza staje się jedynym dobrem”. Podzielam to przekonanie, choć oszczędzone mi zostało doświadczenie, na którym Kertesz je opiera.

Autor jest profesorem filozofii, wykłada na Uniwersytecie Warszawskim i Łódzkim.