Magnetyzm kiczu

Autor: Jerzy Franczak
 

1. Kicz uważa się za ersatz twórczości, za przeciwieństwo oryginalności, za pierwiastek antywalorowy. Mówimy, że kiczowate są seryjne produkcje filmowe, krasnale ogrodowe czy zasłonki do łazienki. A jednak to, co w kiczu odstręczające, stanowi jednocześnie jego o jego sile: to z jednej strony moc podważania wszelkich hierarchii, z drugiej zaś – jego aintelektualizm. Kicz stanowi zatem podwójną odpowiedź: na terror kanonów estetycznych i dyktat racjonalności. Rozkosz apatii, przyjemność tkwienia w wygodnych schematach myślowych oraz prostoduszna, ckliwa uczuciowość – te niechciane i napiętnowane jako wsteczne pierwiastki, wypierane z tak zwanej kultury wysokiej, rozrastają się bujnie w niszach kultury uznawanej za „niską”.
 
Ale sprawa, rzecz jasna, nie jest tak prosta. Wydaje się, że wszystkie klasyczne próby opisania fenomenu kiczu zestarzały się gwałtownie w przeciągu ostatnich kilku dekad. Herman Broch uznawał za podstawową cechę kiczu dążenie do podobania się wszystkim, za wszelką cenę. Prawdziwa sztuka potrzebuje więc kiczu, aby wytworzyć w sobie przeciwciała. Dziś wydaje się raczej, że wszelka tandeta „pracuje” nawet w arcydziełach, że stanowi jedną z sił napędowych wielkiej sztuki. Milan Kundera pisał, że kicz to stacja tranzytowa pomiędzy bytem a zapomnieniem, gdyż jego źródła tkwią w zgodzie na tenże byt. Dziś sięganie po poetykę szmiry wydaje się jednym z gwałtowniejszych przejawów niezgody na świat, jednym ze skuteczniejszych zabiegów dywersyjnych dostępnych sztuce. Jeżeli kicz powtarza to, co skonwencjonalizowane, zużyte i martwe, można wykorzystać go do obnażenia konwencjonalności i martwoty całej kultury. Jeżeli kicz nie ma własnej tożsamości, gdyż legitymuje się tożsamością dzieł autentycznych, można użyć go do obalenia idei autentyku. Skoro nie mieści się w ramach oficjalnej kultury, doskonale obrazuje utratę poczucia środka i staje się antidotum dla sztuki elitarnej, wyrazem buntu przeciwko muzealno- antykwarycznemu żywotowi dzieł.
 
Kiedyś twierdziło się, że kicz musi być nieświadomy. Dziś sztuka oscyluje pomiędzy wyrafinowaniem a przystępnością, proponuje szczególną grę walorami i antywalorami: powaga obnaża swoją ludyczność, a poprzez tandetę prześwitują filozoficzne głębie. Tak dzieje się w filmach Almodóvara, Allena, Jarmuscha czy Tarantino, w prozie Coovera, Bukowskiego, Bieńczyka czy Foksa. Rozwój tej tendencji wiąże się zwykle z kryzysem sztuki modernistycznej, która zamknęła się w swojej splendid isolation i skazała na niezrozumiałość i niedostępność. Odpowiedzią na elitarność awangard, neoawangard i transawangard miałaby być rehabilitacja kiczu, zastąpienie utopii całości radosnym eklektyzmem, przymusu inwencji – anarchią formy, prymatu rozumu – logicznym anakolutem, pomieszaniem rejestrów i zmysłów. Niejeden ze współczesnych estetyków – jak Mikel Dufrenne – przyklasnął kiczowi, uznając jego szpetotę za mniejsze zło w porównaniu z niemoralnością reglamentacji dostępu do piękna.
 
Mnie jednak, muszę wyznać, najbardziej interesuje coś innego. Nie zabawa w podwójne kodowanie (Charles Jenks), ani urok dzieł ostentacyjnie mal faites (rzecz jasna – pour épater). Nie teorie kultury, oparte na kiczu, rozpoznające istotę naszej „kompulsywnej imitacji, będącej neurotyczną reakcją na próżnię pamięci” (Umberto Eco) lub zbliżoną do rytuału rolę kiczu w naszej hiperrzeczywistości (Jean Baudrillard). Nie wierzę w skuteczność podwójnego kodu, ani w piękno kiczu traktowanego jak przyprawa. Pozostaję nieufny względem wizji współczesnego świata jako potężnego Disneylandu albo zamku Supermana, w którym zgromadzono kilkanaście wiernych replik bohatera (tzw. symulaków). Wydaje mi się, że i dzisiaj istnieje wyrazista dwudzielność sztuki, dwa różne stopnie jej komplikacji i odmienne projekty czytelników (proszę porównać pasażera, proszącego w kiosku o „lekturę na dwie godziny” do „idealnego czytelnika cierpiącego na idealną bezsenność!). Sądzę, że istnieje jakieś decorum – reguły odpowiedniości stylistyczno-tematycznej, przypieczętowane milczącą i niepisaną zgodą. Sądzę też, że w naszym odbiorze sztuki nadal posługujemy się hierarchiami, której bieguny wyznaczają arcydzieło i kicz.
 
Najbardziej interesuje mnie kicz-autentyk, nieświadomy siebie, komiczny i przerażający mimo woli, skierowany do kogoś innego i przypadkiem przechwycony przeze mnie; uciekając się do uproszczeń i przerysowując, cytując gotowe i zarazem niczyje teksty, obiegowe przekonania i prawdy, wskazuje on niechcący na materię naszej „rzeczywistości”: na nieprzezroczystość konwencji, na władzę idiomu, na gwałt i rozbój frazesu. Naturalnie i z niebywałym wdziękiem oddaje przyrodzoną nienaturalność. Jest nadgorliwy w schlebianiu gustom, łzawy i prostoduszny; sam nie wie, że obraca się w symbol nieautentyczności i przemocy; nie wie, że jest w stanie wywołać klaustrofobiczny lęk. W ten sposób staje się bardziej frapujący, niż niejedno ambitnie zakrojone dzieło.
 
Kicz źle znosi metarefleksję – poddaje się jedynie bezrefleksyjnej kontemplacji i naśladowaniu, wchłania wszelką odmienność i przemienia w siebie samego. Dlatego porzucam niniejsze rozważania na tym wczesnym etapie – po wstępnym, pobieżnym rozpoznaniu terenu – jeszcze zanim wykluje się z nich jakaś oryginalna myśl. Zamieniam te abstrakcyjne dywagacje i erudycyjne popisy w szkic recenzji z najbardziej kiczowatej książki, jaką przyszło mi ostatnimi czasy przeczytać – rzec by można: z prawdziwego arcydzieła kiczu.
 
2. Autor(ka) i jej dzieło. Joann Ross, autorka omawianego tu dzieła, należy bez wątpienia do najbardziej tajemniczych postaci literatury współczesnej. Cóż bowiem o niej wiadomo? Nic ponadto, że mieszka w Stanach Zjednoczonych i że pisze powieści – jedną za drugą – w tempie świadczącym o dużej lekkości pióra i niewątpliwym polocie literackim. Trudno nawet stwierdzić z całą pewnością, czy Joan Ross to prawdziwe nazwisko, czy jedynie pseudonim autora/autorki „Magnetyzmu serc”. Dysponując tak skąpymi danymi biograficznymi, pochylmy się nad samym dziełem, które zresztą doskonale broni się samo. Nieznana jest data ukończenia powieści. Pierwsze polskie wydanie powieści pochodzi z 1993 roku (Harlequin, seria „Temptation”).
 
Treść. Abby Swan to ambitna, sławna i bogata gwiazda filmowa. Jednak w jej życiu dzieją się rzeczy niewytłumaczalne. Czy tajemniczy pożar w mieszkaniu albo spadający reflektor w studiu nagraniowym to tylko zbiegi okoliczności…? Zagubionej gwieździe przychodzi z pomocą Sam Garett, agent FBI, „mężczyzna który potrafił być atrakcyjny i mimo aroganckich manier posiadał wrodzoną delikatność”. On właśnie ratuje Abby przed śmiertelnym ciosem spadającego reflektora, zmuszony jest też pilnować bezpieczeństwa aktorki w jej domu. Szybko między artystką a jej aniołem stróżem nawiązuje się skomplikowana gra; relacje między nimi nie należą do łatwych. Wkrótce obecność Sama staje się dla Abby „czymś wręcz pożądanym”; zostają kochankami, mimo iż Sam na ogół „nie łączy pracy i spraw osobistych”. Wszystko się komplikuje. Groźny wielbiciel zostaje złapany, a Samowi przydzielone zostaje inne zlecenie; muszą się rozstać. Abby próbuje namówić go, aby został: - „Proszę cię, żebyś się teraz ze mną kochał!” Agent FBI broni się, jak umie: - „To niezgodne z moją etyką zawodową, szalone i z gruntu niebezpieczne”. Ale na nic zda się opór; miłość silniejsza jest od nich. „Ich usta spotykają się w szaleńczym, nieprzytomnym pocałunku”.
 
Problematyka utworu. „Magnetyzm serc” ukazuje zawiłe relacje między kobietą a jej ochroniarzem. Namiętność popycha tych ludzi ku sobie, a obawa przed zaangażowaniem się w poważny związek powstrzymuje ich przed zatraceniem się w miłości. Jednak uczucie, po wielu perypetiach, przezwycięża mnożące się jak grzyby po deszczu przeszkody – dzielące Kena i Aby obowiązki zawodowe, temperamenty, majątek… Rozumieją, że tym, czego naprawdę pragną, jest „kochać się… do końca świata…”
 
Dialogi. Powieść rozpisana została na barwne, żywe dialogi. To w ciągnących się całymi nocami rozmowach między Abby a Kenem toczy się właściwa akcja utworu: dramat ich miłości. Dialogi te iskrzą się paradoksami, zuchwałymi woltami myśli i słownymi grami, bawiąc wyszukanym dowcipem, porażając trafnością sformułowań i znajomością natury ludzkiej: „– Nosisz broń? – A ty nosisz nadzwyczaj seksowną bieliznę…– Nie widzę związku między jednym a drugim. – Narzędzia pracy. Ja mam swoje i ty masz swoje. – Bielizna to nie to samo co broń. – Och, nie wiem. Na swój sposób może okazać się równie niebezpieczna”.
 
Artyzm. Powieść została napisana językiem mięsistym, wręcz barokowym. Mienią się w nim wszystkimi barwami tęczy humor, tragizm losu, szalona miłość i paraliżujący strach przed niewiadomą przyszłością. Ross udało się wpleść w tę znakomicie opowiedzianą, trzymającą w napięciu historię dużo poezji, która – jak wiadomo – najlepiej jest w stanie oddać wielkie uczucia: „Wydawało jej się, że jego ręce unoszą ją na skraj przepaści, gdzie ciemność przeplata się ze światłem, a zimno z gorącem. Różowa mgła przesłoniła jej wzrok. Wreszcie zasnęli, wyczerpani i osłabli, tuląc się w ramionach jak para rozbitków. Ich miłość stawała się bardziej intensywna, bardziej rozpaczliwa, jakby siłą swej pasji chcieli powstrzymać wschód słońca”.
 
Znaczenie utworu. „Magnetyzm serc” Joann Ross jest jednym z tych dzieł literatury światowej, które wciąż czekają, aż przywróci się im należne miejsce pośród innych arcydzieł gatunku. Ukazując dzieje tyleż burzliwej, co prawdziwej miłości, rzutuje je autorka na bogate tło obyczajowe. Różnicuje też z autentyczną maestrią język postaci (Abby najczęściej mówi „ooch”, natomiast Sam raz po raz „klnie z cicha”). Obrazowy sposób pisania (sceny miłosne) splata się tu z niebanalną problematyką i pytaniami natury moralnej (dylematy agenta FBI), z dynamicznie nakreślonymi sylwetkami psychologicznymi („Kocham cię – szepnęła. – Nic z tego nie będzie – oznajmił stłumionym głosem”), z uderzającą wrażliwością na zmysłowe piękno świata („księżycowy blask sączył się przez okno, kreśląc na ścianach i podłodze tajemnicze wzory”) oraz ze znakomicie zbudowanym suspensem (czy Sam rzeczywiście jest z FBI? czy można zaufać temu podłemu Kenowi?). Nade wszystko zaś – powieść ta opowiada o wielkiej pasji, o uczuciu, które nadaje życiu ludzkiemu wyższy sens; uczuciu, o jakim każdy z nas po cichu marzy. Powyższy szkic już w punkcie wyjścia zaraził się bylejakością od swego przedmiotu i automatycznie przemienił się w parodię szkolnego bryku. Jednocześnie poprzedzające go wywody okazały się nieludzko abstrakcyjne i nieatrakcyjne, pozbawione literackiego sex-appealu. Powieść natomiast, poddana grze dwóch krzywych zwierciadeł, ujawniła niespodziewane głębie. Jej szmirowatość wyzwoliła dziwny magnetyzm. Jej papierowość poczęła odsyłać do kosmicznej prowizorki. Jej kicz okazał się przylegać do tandety świata.
 
Jerzy Franczak – pisarz i publicysta, dr nauk humanistycznych na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.
 

Forum Myśli Wolnej nr 42-43/2009, s. 36-39