Kapitał społeczny a Internet
Autor: Marta Adamek
Nie sposób mówić o Internecie i drzemiącym w nim potencjale społecznym, nie mając wglądu w to, co jest jego podstawą, czyli swoistego rodzaju kapitał społeczny. Koncepcja kapitału społecznego nie jest niczym nowym, sięga bowiem XIX, a nawet XVIII wieku. Jego idea wiąże się z takimi myślicielami jak A. Tocqueville, Jon St. Mill, Ferdinand Toennies, Emil Durkheim, Max Weber, John Locke, Jean J. Rousseau i Georg Simmel, Pierre Bourdieu, James Coleman, Robert Putnam. Właściwie każdy z tych autorów mówił o zdolnościach jednostek do tworzenia sieci relacji i więzów społecznych.
Według R. Putnama sformułowania „kapitał społeczny” po raz pierwszy w 1916 roku użyła kuratorka szkół wiejskich w zachodniej Wirginii Lynda J. Hanifan. Według niej kapitał społeczny odnosi się do „dobrej woli, towarzystwa, sympatii i stosunków wzajemnych między jednostkami i rodzinami, czyli do wszystkiego, co kształtuje wspólnotę”.
Tym, który spopularyzował pojęcie kapitału społecznego był James Coleman. Twierdził on, że w ramach potencjału ludzkiego mieszczą się nie tylko umiejętności i wiedza człowieka, ale także, a może i przede wszystkim, możliwości tworzenia grup dla określonego celu.
P. Bourdieu natomiast wyróżniał trzy formy kapitału: ekonomiczny, kulturowy i społeczny. Kategorią znamienną dla tego socjologa był kapitał kulturowy rozumiany jako idee, wartości, przedmioty i umiejętności o charakterze kulturowym, nabywane przez jednostkę przez całe życie. Kapitał ten podlegał konwersji w dwie pozostałe formy kapitału: społeczny i ekonomiczny. Kapitał społeczny natomiast to dla Bourdieu „suma zasobów […], które należą się jednostce lub grupie z tytułu posiadania trwałej, mniej lub bardziej zinstytucjonalizowanej sieci relacji, znajomości, uznania wzajemnego. To znaczy, jest sumą kapitałów i władzy, które sieć taka może zmobilizować”. Również współcześnie Nan Lin odnosi ten termin do „zasobów zawartych w sieciach społecznych i używanych przez ludzi w działaniach”. A więc kapitał społeczny to pewien zasób, jakieś środki o wyjątkowej wartości, jakich jednostka nabywa uczestnicząc aktywnie w życiu społecznym.
Z czasem pojęcie kapitału społecznego weszło do powszechnego użycia. Zapis o kapitale społecznym coraz częściej pojawia się także w ważnych dokumentach rządowych i międzynarodowych. Określenia tego, czym jest ten kapitał podjął się m.in. Bank Światowy, który termin ten odnosi do zespołu instytucji, powiązań i norm, które kształtują jakość i liczbę społecznych interakcji. Jednak to nie suma instytucji, których zadaniem miałoby stać się podbudowywanie społeczeństwa, ale spoiwo, które trzyma je razem.
Możliwości społeczne jakie drzemią w człowieku są podstawą nie tylko dzisiejszego społeczeństwa obywatelskiego czy nawet gospodarki, ale także Internetu. Jak bowiem twierdził Coleman „Tak jak i inne postaci kapitału, kapitał społeczny jest produktywny, umożliwia bowiem osiągnięcie pewnych celów, których nie dałoby się osiągnąć, gdyby go zabrakło. […] Na przykład grupa, której członkowie wykazują, że są godni zaufania i ufają innym, będzie w stanie osiągać znacznie więcej niż porównywalna grupa, w której brak jest zaufania”. To właśnie zaufanie jest według Piotra Sztompki najcenniejszą formą kapitału społecznego. Sztompka definiuje zaufanie jako przekonanie (i związane z nim działanie jednostek/grup), zakładające korzystny dla nas efekt postępowania innych ludzi, instytucji i urządzeń. Do podobnych wniosków dochodzi Francis Fukuyama, który właśnie na zaufaniu zasadza dobrobyt danego kraju. Poziom zaufania w danym społeczeństwie determinuje nie tylko rozwój społeczny, ale też gospodarczy. Fukuyama pokazuje to na przykładzie dwóch wydawać by się mogło skrajności: indywidualistycznego społeczeństwa Amerykańskiego i familistycznego społeczeństwa Chińskiego. Oba kraje cechuje jednak bogata historia tworzenia więzi społecznych. Jednakże w czasie gdy społeczeństwo amerykańskie cechuje się wysokim poziomem zaufania ogólnego, chińskim firmom-rodzinom trudno zaufać komuś nie złączonemu z nimi więzami pokrewieństwa. Na kryzys w obszarze kapitału społecznego Fukuyama daje jednak receptę: współdziałanie instytucji demokracji i kapitalizmu z wartościami kulturowymi. Te pierwsze bowiem nie są wystarczające, by samodzielnie kształtować dostatek i stabilność społeczeństwa ponowoczesnego. Muszą być wsparte przez moralny obowiązek, zaufanie i wzajemność interesów. Tak rozumiany kapitał społeczny nie jest budowany poprzez racjonalne decyzje, czy kalkulacje, ale za pomocą spontanicznych zachowań społecznych, które Fukuyama klasyfikuje jako główną część kapitału społecznego. Według amerykańskiego politologa, najważniejszą cechą tego kapitału jest zdolność tworzenia nowych związków i funkcjonowania według reguł przez nie ustanowionych.
Putnam natomiast wychodzi z założenia, że podstawą kapitału społecznego są sieci społeczne, które mają wartość. Dlatego wnioskuje, że nawet najbardziej powiązana jednostka w słabo sprzężonym społeczeństwie nie jest w stanie być tak efektywna, jak mocno powiązana jednostka w mocno sprzężonym społeczeństwie. Tym samym wyróżnia on dwa rodzaje kapitału społecznego: łączący (bridging), inaczej inkluzyjny oraz spajający, czyli ekskluzywny. Pierwszy służy tworzeniu tożsamości i wzajemności, drugi z kolei – podtrzymywaniu tej wzajemności i stymulacji solidarności. Putnam, podobnie jak Fukuyama i Sztompka, za nieodzowny element kapitału społecznego uznaje zaufanie, a dokładniej zasadę uogólnionej wzajemności, która polega na czynieniu czegoś dla kogoś, nie oczekując nic w zamian, jednocześnie ufając, że ktoś za jakiś czas odwzajemni naszą przysługę.
W swej książce „Samotna gra w kręgle”, Putnam dokonuje syntezy przemian zachodzących w sferze zaufania i erozji amerykańskiego kapitału społecznego. Pomiaru jakości (poziomu) kapitału społecznego dokonuje na podstawie obserwacji zjawisk społecznych takich jak działalność w klubach, stowarzyszeniach; udział w wyborach; zainteresowanie polityką; religijność. Putnam dochodzi do wniosku, że we wszystkich tych sferach mamy do czynienia ze znacznym spadkiem aktywności społecznej ludzi. Badacz powołuje się chociażby na wyniki frekwencji wyborczej w USA, która w 1960 roku wynosiła 62,8 %, a w 1996 – już tylko 48,9 %. Jako że jego książka była napisana przed wyborami prezydenckimi 2008 roku, Putnam nie mógł odnieść się do frekwencji w tychże wyborach. Według doniesień Center of the Stududy of the American Electorate frekwencja ta wyniosła 63 %. Jednak akurat w przypadku tych wyborów, to nie procent oddanych głosów jest najważniejszy. Biorąc bowiem pod uwagę przebieg kampanii wyborczej Barracka Obamy, raczej trudno mówić o braku aktywności ze strony Amerykanów, a tym bardziej o erozji kapitału społecznego. Zjednoczenie celem i ideą, które pozwoliło na odbudowę zaangażowania społecznego i stworzenie nowych sieci, relacji między jednostkami, przypomniało o wielkim potencjale kapitału społecznego, jaki drzemie w społeczeństwie amerykańskim. Należy jednak mieć na uwadze, że prawdopodobnie był to zryw jednorazowy, nie mający większego wpływu na zmianę codziennej aktywności Amerykanów w życiu społecznym. Jeśli chodzi natomiast o zaangażowanie w działalność lokalnych klubów i stowarzyszeń, to Putnam zauważa, że w ostatnim ćwierćwieczu zmniejszyło się ono o ponad połowę. Podobnie jest w przypadku składek członkowskich wpłacanych na rzecz wszelkich organizacji.
Ważne miejsce w tworzeniu kapitału społecznego odgrywa religijność. Dotyczy to nie tylko społeczeństwa amerykańskiego, ale także każdej innej narodowości. Kościoły są bowiem miejscem wykluwania się życia społecznego, norm oraz życia obywatelskiego, a osoby aktywne religijnie znacznie częściej angażują się w działalność klubów, stowarzyszeń, organizacji dobroczynnych, a przede wszystkim w wolontariat i filantropie, które również są ważnymi elementami kapitału społecznego. W sferze religijności jednak również możemy zaobserwować spadek aktywności społecznej.
Przyczyn erozji kapitału społecznego Putnam doszukuje się przede wszystkim w zmianie generacyjnej. Badacz zauważa, że w ostatnim trzydziestoleciu XX wieku pokolenie bardzo obywatelskie zastąpione zostało pokoleniami, które są znacznie słabiej zakorzenione we wspólnocie pierwotnej i obywatelskości. Jako kolejne, ale nie mniej ważne przyczyny autor książki wskazuje po pierwsze, na zmianę warunków pracy. Szczególną uwagę zwraca na restrukturyzację, zmniejszenie zatrudnienia i produkcji oraz nowe formy zatrudnienia takie jak praca przejściowa. Po drugie, na wzrost presji czasu i pieniędzy. Po trzecie suburbanizację, która zmusza pracowników do dojeżdżania do pracy z dalekich odległości. I po czwarte, odnosi się do nowej rozrywki i „pożeracza czasu”, jakim okazała się być telewizja (zmiana elektroniczna). Choć dzisiaj okazuje się ona zajmować jednostce znacznie mniej czasu niż komputer. Należy jednak pamiętać, że kapitał społeczny nie jest i nigdy nie był egalitarny. Jego rozdysponowanie nie jest równe, a różne społeczeństwa wykazują odmienne skłonności do tworzenia grup i więzi społecznych.
Współcześnie coraz częściej pada pytanie czy Internet może być elementem tworzącym kapitał społeczny? A może to Internet jest kapitałem społecznym? W ciągu zaledwie kilku lat po powstaniu Internetu, pojawiły się w nim symulakra więzi społecznych i aktywności obywatelskiej. Dziś można przez Internet wziąć ślub, wyspowiadać się i zagłosować w wyborach. Putnam jednak nie nazywa tego rodzaju więzi utartym już terminem „kapitał społeczny”, ale używa sformułowania „wirtualny kapitał społeczny”. Nie staje on też po żadnej ze stron sporu o to, czy Internet i komputeryzacja przyczyniają się do rozpadu tradycyjnych więzi społecznych. Tak naprawdę Putnam stoi po środku tego konfliktu, argumentując, że spadek obywatelskiego zaangażowania nastąpił jeszcze zanim Internet rozprzestrzenił się na tak dużą skalę jak dzisiaj, ale jednocześnie politolog nie jest ślepy na negatywne skutki, jakie niesie ze sobą sieć. Badacz przypomina nam także, że podstawą wszystkich sieci (wirtualnych czy realnych) jest komunikacja. Wydawać by się więc mogło, że komunikacja tradycyjna powinna współgrać z Internetową, a co za tym idzie, kapitał społeczny z kapitałem wirtualnym. Jak bowiem pisze Putnam „kapitał społeczny to sieć, a Internet to sieć wszystkich sieci”.
Według Yochai Benklera, Internet daje znacznie szersze możliwości komunikacyjne niż zwykła komunikacja, a modele porozumiewania się są w nim znacznie bardziej zróżnicowane. Internet nie tylko pozwala na przekazywanie wiadomości tekstowych, wizualnych oraz dźwiękowych, ale dopuszcza także sposobność asynchronicznego (poczta elektroniczne) i synchronicznego przesyłania informacji (gry i telefonia internetowa).
Internet może też być traktowany jako nowe dobro wspólne. Jako przykład takiego stanu rzeczy Justyna Hofmokl podaje Wikipedię, która jest największą encyklopedią świata, redagowaną w 266 językach (stan na 28 czerwca 2009). Tworzona w całości przez wolontariuszy funkcjonujących na otwartej platformie, która umożliwia redagowanie artykułów każdemu, kto tylko zechce, stała się najczęściej odwiedzaną witryną na świecie. Z uwagi na powyższe cechy, Hofmokl uznaje Wikipedię za dobro publiczne. Wirtualne przedsięwzięcia typu Wikipedia, Benkler nazywa „oprogramowaniem społecznym”, a więc pewną formą wymiany zdań, dzięki której możliwy jest kontakt między ludźmi, który bez Internetu niebyły technicznie realny.
Tymczasem Don Tapscott i Anthony Wililiams mówią o zjawisku znacznie szerszym niż Wikipedia, mianowicie o wikinomii. Wikinomia to globalna współpraca oparta na czterech filarach: otwartości, partnerstwie, wspólnocie zasobów i działaniu na skalę globalną. Przykładem może być Linux, który udostępnił swoją aplikację na warunkach powszechnej licencji publicznej, w zamian za możliwość wdrażania poprawek, jakich dokonają jego użytkownicy. Dzięki temu przedsięwzięciu Linux stał się jedną z najpopularniejszych platform dla komputerów pełniących funkcję serwerów sieciowych. Tapscott i Williams dopatrują się w wikinomii przyszłości rozwoju gospodarczego oraz tworzenia nowych i innowacyjnych produktów i usług, a XXI wiek nazywają erą „homo sapiens wikinomicus”.
Informacja przekazywana w sieci przez internautów, owszem ułatwia nawiązywanie kontaktów, umożliwia współpracę, ale czy to wystarczy by stworzyć kapitał społeczny? Powstaje także pytanie czy internetowe wspólnoty są wspólnotami rzeczywistymi? A co za tym idzie, czy tworzony przez nie kapitał społeczny jest realny? Kwestie te rozważał m.in. Manuel Castells, który jednak nie daje na te pytania jednoznacznej dopowiedzi. Twierdzi bowiem, że wirtualne społeczności są wspólnotami, ale wspólnotami nie fizycznymi, które podlegają innym niż te realne, wzorom komunikacji i interakcji. Nie znaczy to, że są one „nierzeczywiste”, ale że funkcjonują na innym poziomie tejże rzeczywistości. Internet daje jednak możliwość zawierania społecznych kontaktów osobom, które w innym przypadku nie miałyby możliwości ich nawiązania.
Putnam zwraca tu uwagę na pewne ograniczenia, które mogą rozmyć płonne nadziej o powstaniu nowych, ulepszonych wspólnot wirtualnych. Po pierwsze, komunikacja elektroniczna charakteryzuje się bliskością zainteresowań, a nie lokalizacji. Przykładowo fora internetowe mają bardzo zawężone tematy, co nie przeszkadza jednak w uczestniczeniu w kilku takich przedsięwzięciach na raz. Po drugie, anonimowość internauty zmniejsza możliwość sprawowania nad nim jakiejkolwiek kontroli społecznej. Po trzecie, należy wspomnieć o tzw. „wykluczeniu cyfrowym”. Nie każdy bowiem ma dostęp do Internetu i jego treści, o czym mogą świadczyć najnowsze wyniki badań dotyczące polskiego Internetu. Okazuje się, że pod koniec 2008 zaledwie 44 % Polaków korzystało z Internetu. Jest to jednak aż o 13 % więcej w porównaniu z rokiem poprzednim. Jako czwarte zagrożenie, Putnam wymienia nieefektywność (a właściwie niezdolność) do komunikacji niewerbalnej. Emotikony to za mało. Co więcej, spotkanie on-line niekoniecznie pozwala na natychmiastową komunikację zwrotną. Po piąte, badacz obawia się wirtualnej jednorodności. Kontakty coraz częściej są bowiem jednowymiarowe, lokalna różnorodność w wirtualnym świecie po prostu zanika.
Putnam nie umniejsza jednak argumentów stojących za Internetem, które mówią o takich korzyściach jak: łatwiejsze rozwiązywanie problemów zbiorowych, szybsze osiąganie zamierzonych celów, większy egalitaryzm i szczerość niż w przypadku komunikacji bezpośredniej. Wszystko to nie zmienia jednak faktu, że w sieci znacznie łatwiej kogoś oszukać, co nie czyni łatwiejszym budowania zaufania społecznego – według Sztompki i Fukuyamy – niezbywalnego elementu tworzącego kapitał społeczny.
Według polskiego socjologa – Tomasza Grosse – wirtualny kapitał społeczny nie jest nawet namiastką realnego – buduje prowizoryczną więź społeczną i uniemożliwia kontakt bezpośredni. Grosse traktuje Internet jako jedno z wielu narzędzi w biznesie. Argumentuje to takimi przykładami jak przypadek Doliny Krzemowej Krzemowej, gdzie badacze nie stwierdzili występowania modelu kapitału społecznego opisanego przez R. Putnama. Ponadto Grosse twierdzi, że w najbardziej rozwijających się regionach często można zauważyć niski stopień zaangażowania obywatelskiego.
Tymczasem okazuje się, że Internet może być nie tylko źródłem nowych kontaktów, ale także sposobem na umacnianie tych starych, zawartych w świecie realnym. Za pomocą Internetu porozumiewamy się coraz więcej i częściej, przede wszystkim z najbliższymi członkami rodziny i naszej społeczności, ale także z osobami bardzo oddalonymi geograficznie. Nie znaczy to jednak, że zaniedbujemy społeczność lokalną. Równocześnie z rozwojem naszych „umiejętności wirtualnych”, dokonuje się przeobrażenie norm społecznych i oprogramowania, które powalają na powstawanie stabilnych i bogatych okoliczności do tworzenia nowych relacji społecznych. A te znowu okazują się wykraczać poza więzi, wokół których dotychczas koncentrowało się nasze życie. Tak uwarunkowaną społeczność wirtualną Benkler nazywa „społeczeństwem usieciowionym”, gdzie „jednostki usieciowione są połączone ze sobą w siatce luźno splecionych, zachodzących na siebie i płaskich powiązań”, a wszelkie hierarchie stają się mało ważne. Tej samej społeczności M. Castells nadał miano „społeczeństwa sieci”.
W Polsce Internet i zainteresowanie siecią rośnie z godziny na godzinę. Wydłuża się także czas jaki Polacy poświęcają na przeglądanie stron internetowych. Obecnie są to już około 44 godziny miesięcznie, co oznacza, że przeciętny polski internauta spędza w sieci około półtorej godziny dziennie. To prawie godzinę więcej niż w roku 2004. Nie można więc bagatelizować tematyki „kapitału wirtualnego”. Należy jednak zadać sobie pytanie czy współczesny „wirtualny kapitał społeczny” to ten sam, o którym już prawie wiek temu pisała Lynda Hanifan? Patrząc z perspektywy przytoczonych przeze mnie definicji wydawać by się mogło, że różnicy nie ma. Zarówno w świecie wirtualnym jak i realnym można budować mniej lub bardziej trwałe relacje, sieci kontaktów, więzi oraz wszelkiego rodzaju powiązań, które dają jednostce dostęp do pewnych zasobów. Nie ulega jednak wątpliwości, że „wirtualnego kapitału społecznego” nie można rozpatrywać w tych samych kategoriach, co zwykły kapitał społeczny, odnoszący się do wspólnot lokalnych. Ten wirtualny, rządzi się bowiem nieco innymi prawami (dla jednych mniej, a dla innych bardziej egalitarnymi), które choć nie czynią go czymś zgoła odmiennym, każą jednak postrzegać go jako nowe (inne) zjawisko.
Autorka – studentka studiów magisterskich w dziedzinie socjologii na Wydziale Humanistycznym AGH w Krakowie
Forum Myśli Wolnej nr 42-43/2009, s. 30-35