Tekst, który poniżej publikujemy, jest fragmentem obszernego listu skierowanego 10 marca 2010 r. przez Generała Wojciecha JARUZELSKIEGO do dr Piotra Gontarczyka, jednego z prominentnych pracowników Instytutu Pamięci Narodowej (m.in. współautora książki o Lechu Wałęsie, która wywołała skandal) i odpowiedzią na prośbę o spotkanie w związku z zamiarem napisania przez niego biografii Generała. List Generała, jako szczególnego świadka najnowszej polskiej historii, traktujemy jako ważne świadectwo ukazujące prawdę o niektórych fragmentach tej historii, tym ważniejsze na tle zmasowanej kampanii fałszerstw, przeinaczeń, a nawet pospolitego kłamstwa o powojennej Polsce i jej złożonych losach; także jako świadectwo osobistej odwagi i determinacji wobec wojny wypowiedzianej Generałowi przez polską skrajną prawicę, której, dodajmy, dr Piotr Gontarczyk jest jednym z czołowych przedstawicieli.
Redakcja
Przeciw fałszom i fałszerzom polskiej historii
Autor: Wojciech Jaruzelski
W odpowiedzi na kolejny Pański list z 24 stycznia br. podtrzymuję stanowisko przedstawione w liście z 9 stycznia br., w którym uzasadniłem bezcelowość naszego ewentualnego spotkania, rozmowy. Umocnił mnie w tym przekonaniu Pański udział oraz wypowiedzi w filmie „Towarzysz Generał”. Stał się on przecież swego rodzaju moją „biografią”, przy tym o bez porównania większym zasięgu niż i wariant książkowy. Już na podstawie tego filmu można spodziewać się, jaki charakter mieć będzie tekst, biografia Pańskiego autorstwa.
Nie jest to z mojej strony uwaga „zaporowa”. Nieskończoną ilość razy mówiłem i pisałem o niewydolności, o wadach wrodzonych oraz grzechach realizacyjnych minionego systemu. Samokrytycznie też oświadczałem: żałuję, ubolewam, przepraszam. Odnosi się to szczególnie do wszystkich tych okoliczności i faktów, jakie niosły jakąś ludzką krzywdę i ból. Wyrażałem i wyrażam szacunek dla historycznych zasług demokratycznej opozycji, a zwłaszcza fenomenu „Solidarności”, jej historycznej roli oraz dalekosiężnej, otwartej na świat wizji i drogi. 30. rocznica niewątpliwie przyniesie bogate, uroczyste jej podsumowanie. Mnie zaś chodzi jedynie o uwzględnienie realiów, „materii i ducha” czasu historycznego. O zrozumienie zróżnicowanych poglądów i motywacji ludzi wówczas żyjących i działających. O nie wystawianie uznaniowych „cenzurek” z patriotyzmu. O uszanowanie dziesięcioleci aktywnego życia milionów ludzi, którzy służyli i pracowali dla Polski takiej, jaką ona realnie mogła być. O sprawiedliwą ocenę tego, co było ciężką ułomnością Polski Ludowej: ograniczona suwerenność, brak prawdziwej demokracji, praworządności, szeroko rozumianych wolności oraz efektywności gospodarczej, wreszcie efekty doktrynalno-dogmatycznych ograniczeń. Wszystko to było źródłem kolejnych kryzysów.
Trzeba też dostrzec inny problem, który – zarówno w tym filmie, jak też w różnych opracowaniach i publikacjach – dominuje. Jest to koncentrowanie krytycznej uwagi niemal wyłącznie na postępowaniu władzy. A przecież nieraz było ono również reakcją, następowało w wyniku takich faktów i działań, które naruszały podstawowe warunki funkcjonowania gospodarki, anarchizowały życie kraju, wzmagały realność zewnętrznego zagrożenia, w tym nokautu gospodarczo-społecznego od l stycznia 1982 roku. Przecież stan wojenny nie spadł „Jak grom z jasnego nieba”. Coś go poprzedzało, coś się do niego przyczyniło. Tu warto przypomnieć posiedzenie Komisji Krajowej „Solidarności” w Gdańsku w dniach 11–12 grudnia 1982 roku. Jednym słowem chodzi o to, aby patrzeć głębiej, z empatią, ze zrozumieniem wielopłaszczyznowych realiów owego czasu. W szczególności uzyskać uczciwą odpowiedź na pytanie, czy mogło nie dojść do stanu wojennego. Moje wyjaśnienia złożone przed Sądem i zawarte w książce: „Ostatnie słowo”, zwłaszcza – chociaż nie tylko – na stronach 273–292 próbują dać udokumentowaną odpowiedź – i co? Głuche milczenie. Ono jest też odpowiedzią, a raczej „białą plamą”...
Po dzień dzisiejszy trwa dziwny mętlik w ocenie rzeczywistej roli Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Minęło 14 lat od momentu, kiedy po pięcioletniej aktywnej, merytorycznej działalności komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, demokratycznie wybrany Sejm Rzeczypospolitej Polskiej, 23 października 1996 roku powziął uchwałę uznającą wprowadzenie stanu wojennego za uzasadnione wyższą koniecznością. W tym mieściła się też ocena WRON, uznanej zresztą jako ciało niedecyzyjne, nie zastępujące żadnego organu konstytucyjnego. Sejm obecnej kadencji, a faktycznie jego parlamentarna większość – bez poprzedzających studiów i analiz, jakie miały miejsce w latach 1991–1996 – zajął inne stanowisko, m.in. arbitralnie osądzając działalność WRON, włącznie z emerytalnymi tego konsekwencjami. I w tym miejscu zdumiewająca okoliczność. Akt oskarżenia sporządzony przez Prokuraturę IPN na str. 77–78 stwierdza, iż to kolegialne ciało nie miało charakteru decyzyjnego, Rada nie mogła podejmować działań mających wpływ na organy administracji państwowej. Jej członkom zalecano podejmowanie działań, głównie o charakterze propagandowym. W rezultacie nie mogąc posadzić na ławie oskarżonych WRON jako takiej, znaleziono formułę zastępczą. Zostałem oskarżony oraz jeszcze kilka osób z artykułu 258 kk, mającego zastosowanie wobec bossów, hersztów bandyckich grup i mafii. Pisząc moją biografię będzie Pan miał karkołomne zadanie – jak pogodzić ocenę większości sejmowej z oceną Prokuratury IPN. Jedno jest niewątpliwe – to przykład instrumentalnego traktowania historii.
„Odgrzewane są” po raz kolejny: tzw. zeszyt Anoszkina, wypowiedzi Władimira Bukowskiego itd. itp. Film „Towarzysz Generał” pokazał jak „historia może stać się histerią”. Pan, jako profesjonalny historyk, powinien sprawę ocenić wnikliwie, wszechstronnie. Są liczne dokumenty, materiały, publikacje, oświadczenia, w tym wybitnych radzieckich dowódców, np. późniejszych wiceministrów Obrony ZSRR – generałów Dubynina i Aczałowa. Przede wszystkim jednak trzeba odtworzyć widziane wówczas gołym okiem przygotowania organizacyjno-militarne do interwencji, konkretne fakty wokół naszych granic oraz wewnątrz kraju, od których było aż gęsto. O „pomoc” nie trzeba by prosić, gdyby destabilizacja w Polsce, w kluczowym geostrategicznie rejonie, dramatycznie się zaostrzyła (17 grudzień 1981 roku – to niechybnie wróżył) – to żadne zaproszenie nie byłoby potrzebne. Leonid Breżniew l marca 1982 roku, oświadczył oficjalnie, otwarcie: „Gdyby komuniści ustąpili drogi kontrrewolucji... losy Polski, stabilność w Europie, a również na całym świecie byłyby zagrożone”. Przywołuję te słowa, nie po to, ażeby zasłaniać się tą groźną postacią. Chodzi o geostrategiczne abecadło. Polska w owym czasie stała się swego rodzaju poligonem zimnej wojny. Procesy, wydarzenia zachodzące w naszym kraju, niebezpieczeństwo wymknięcia się ich spod kontroli, oznaczały, iż zakłócona byłaby w szerszej skali tzw. równowaga bezpieczeństwa stron, na której utrzymywał się przez dziesięciolecia – co prawda chory, ale jednak – pokój.
Teraz o marsz. Wiktorze Kulikowie. W czasie międzynarodowej Konferencji w Jachrance pod Warszawą (listopad 1997 rok) m.in. mówi on: „Wielokrotnie jako Głównodowodzący miałem kontakty z towarzyszem Kanią, towarzyszem Jaruzelskim i innymi dowódcami wojskowymi i nikt z nich nigdy nie postawił problemu wkroczenia do Polski” (zapis z taśmy magnetofonowej – str. 156). Ale po wielu latach, w filmie o Ryszardzie Kuklińskim mówi już inaczej. Dlaczego? Może pewien ślad stanowi jego niezwykle krytyczna ocena Gorbaczowa oraz zapowiedź: „Będzie reintegracja Związku Radzieckiego”, w czasie wspomnianej już Konferencji w Jachrance. A może coś mówi relacja z jego wypowiedzi zamieszczonej 7 listopada 1997 roku na łamach gazety „Rzeczpospolita” (cytuję) „Twierdzi, iż nawet gdyby Polska »wypadła« z bloku wschodniego, to nie wydarzyłoby się nic strasznego z punktu widzenia wojennych planów Paktu Warszawskiego. »Byłby kłopot, ale nie żyjemy w kosmosie« – mówi. Wojna z NATO nie mogłaby zacząć się niespodziewanie i wystarczyłoby czasu, aby wojska radzieckie drugiego rzutu, przykarpackiego, białoruskiego oraz moskiewskiego okręgu wojskowego »przeszły przez Polskę bez kłopotów«”. Interesujące!
Jest mnóstwo dowodów, iż marsz. Kulikow nie należał do „gołębi” – wręcz przeciwnie. Gdyby nie było to żałosne, byłoby śmieszne, iż środowiska znane ze swej rusofobii, posądzające naszych wschodnich sąsiadów o wszelkie bezeceństwa i fałszerstwa – nagle pochylają się z takim zaufaniem nad wszystkim co mogłoby być wykorzystane przeciwko tzw. komunie. I to właśnie jest ten przykład. A mówię to ja, który nigdy koniunkturalnie, tchórzliwie nie odgradzał się od przeszłości, od ówczesnego sojuszu, a deklarował i deklaruje swój szacunek do Narodu Rosyjskiego i sympatię do Rosjan. Dlatego też natrętne przywoływanie przy każdej okazji rutynowego „misia” z Breżniewem przyjmuję z humorem. Jednocześnie znam, pamiętam realia antagonistycznie, blokowo podzielonego świata i brutalną logikę czasu zimnej wojny. W tych kategoriach patrzę i oceniam postępowanie polityków, wojskowych i po prostu ludzi, w tym Kulikowa, z jego „zakonserwowanym” sposobem myślenia. Kliniczny tego przykład: po konferencji w Jachrance pojawia się – można to nazwać ,,spod poły” – tzw. zeszyt Anoszkina, zawierający luźny, nigdzie nie zarejestrowany zapis różnych rozmów marsz. Kulikowa, przebywającego w Polsce od 7 do 17 grudnia 1981 roku. O rozmowie ze mną nie ma tam ani słowa. Zeszyt ten – w postaci specjalnej broszury – został wydany przez Instytut Studiów Politycznych PAN, wraz z kwestionującym jego wiarygodność – moimi i gen. Floriana Siwickiego – komentarzami. Zapadła cisza. Po 11 latach, w grudniu 2008 roku na łamach tygodnika „Wprost”, próbował ją przerwać – bez szerszego echa dr Antoni Dudek. Ale za rok rozpętała się burza. W filmie o Ryszardzie Kuklińskim, a następnie „rozdmuchany” w filmie „Towarzysz Generał”, pojawił się jak „królik z kapelusza” - zapis mojej rozmowy z Kulikowem, w nocy z 8 na 9 grudnia 1981 roku. Zapis ten utrzymany jest w rozbudowanej, protokolarnej, całkowicie odmiennej stylistyce, niż cały ów „zeszyt”. Widać wyraźnie, że został sporządzony „nie na gorąco”, a po jakimś czasie. Kiedy i po co? Dziwne jest również, że brak jest zapisu mojej rozmowy z wicepremierem ZSRR Nikołajem Bajbakowem – też w nocy z 8 na 9 grudnia – w której uczestniczył marsz. Kulików. Charakterystyczne, iż Bajbakow, który 10 grudnia w czasie posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR relacjonował swój pobyt w Polsce, a w szczególności rozmowę ze mną, mówi jedynie o moich prośbach o pomoc gospodarczą i ani słowa o jakiejkolwiek innej...
Temat jest szeroki. Moi oskarżyciele próbują zagrać na emocjach, uczynić z niego „cudowną broń”. Trudno odnieść się do tego w – z natury rzeczy – ograniczonym objętościowo tekście. Postaram się uczynić to odrębnie, w rozszerzonej formule. Dla bezkrytycznych „smakoszy” owych sensacji może to okazać się żenujące.
Teraz o Władimirze Bukowskim. Przypomnę, iż kiedy przebywał on w Polsce 19 maja 1998 roku – przy medialnym akompaniamencie – przekazał w Sejmie RP teczkę z dokumentami, w tym kopię–wyciąg z zapisu protokolarnego, z posiedzenia Biura Politycznego KC KPZR w grudniu 1981 roku. Była to „popłuczyna” z dobrze znanego i szeroko opublikowanego w Polsce, jeszcze w 1993 roku, tzw. Archiwum Susłowa (piszę o tym m.in. w książce „Ostatnie słowo”, str. 246–249). Bukowski w czasie wspomnianej wizyty wygłaszał m.in. taką opinię: „Jaruzelski wątpił w posłuszeństwo Wojska Polskiego i w związku z tym zwracał się do Związku Radzieckiego i innych państw bloku o wprowadzenie wojsk. Gdy wszyscy mu odmówili, wprowadził stan wojenny”. W książce „Moskiewski proces” (Wyd. Volumen 1998 rok) pisze podobnie, tylko zamiast „wątpił” stwierdza, iż „nie dowierzał” armii polskiej. I podsumowuje to w taki sposób: „A stan wojenny wprowadził dopiero, wtedy, gdy przekonał się, że pomocy wojskowej od Moskwy nie dostanie”. Tymi kuriozalnymi stwierdzeniami p. Bukowski oraz rozumujący podobnie: po pierwsze – obrażają rozsądek, inteligencję społeczeństwa polskiego; po drugie – wyświadczają mi niezamierzoną przysługę, sprowadzając rzecz do absurdu. Okazuje się bowiem, iż dopiero, kiedy mi „odmówiono”, przestałem nagle „wątpić” w posłuszeństwo armii, zacząłem jej dowierzać. Otóż nigdy nie miałem w tej mierze żadnych wątpliwości. Potwierdziło to życie – wojsko jednoznacznie i w pełni zaangażowało się po stronie stanu wojennego. Żadna „pomoc” nie była potrzebna.
Również w filmie „Towarzysz Generał”, a w ślad za tym w audycji „Tomasz Lis na żywo”, Władimir Bukowski wygłasza – w sposób wręcz obelżywy – swoje oceny. Ale bardzo znamienne jest zestawienie tych wypowiedzi, z tym co napisał we wspomnianej wyżej książce: „Doskonale wyposażona i wyszkolona półmilionowa armia polska, w odróżnieniu od swych czeskich kolegów z przed dwunastu lat, na pewno nie zachowałaby się neutralnie. Co zaś – do reakcji ludności, wróżby były zupełnie zbyteczne. A więc chodziło o wojnę w środku Europy z trzydziestopięciomilionowym narodem, znanym ze swego oporu, o partyzantkę na dziesięciolecia, o setki tysięcy ofiar.” A dalej pisze: „....Ponadto sprawa nie ograniczała się do pogróżek i słów Breżniewa o tym »że nie porzucą Polski w nieszczęściu«, ni mniej, ni więcej 44 radzieckie dywizje zostały ściągnięte nad polską granicę”. Jak mają się te oceny do jego filmowych wynurzeń. Przecież w swej książce wyraża jednoznacznie pogląd, co mogłoby oznaczać wprowadzenie do Polski – obojętnie w jakiej formule – niosących „bratnią pomoc”. Kto więc mógł na nią liczyć, byłby poza wszystkim innym, skrajnym samobójczym głupcem! Chyba, że Władimir Bukowski parafrazując słowa Horodniczego z „Rewizora” Gogola, widzi we mnie podoficerską wdowę, która miała wychłostać się sama. A w ogóle wszystkich twórców, współtwórców i adoratorów filmu zachęcam, ażeby zamiast dziwacznych spekulacji, korzystali z abecadła faktów i logiki...
Oczekuję na orzeczenia niezawisłych sądów. Nasza rozmowa dotycząca tych tematów nie miałaby więc uzasadnienia. Chyba, że chciałby Pan podzielić się wiedzą o kolejnej „białej plamie”. Dlaczego Amerykanie nie poinformowali „Solidarności”, Kościoła, Papieża o realności stanu wojennego, nie ostrzegli też władz przed podjęciem tej decyzji? Czy nie było to ich myślenie w kategoriach „mniejszego zła”? Czy nie mogliśmy odczytać tego wówczas jako sygnału „zielonego światła”? Jaka w tym wszystkim była rola Ryszarda Kuklińskiego? Przywołam też pytanie dlaczego przemilczany jest komunikat 181 Konferencji Episkopatu Polski z 26 listopada 1981 roku, a w nim słowa: „Kraj nasz znalazł się w wielkim niebezpieczeństwie, przeciągają nad nim ciemne chmury, grożące walką bratobójczą”. Innymi słowy wojną domową. Podobnie jak „zakonspirowana” jest relacja, jaką 22 grudnia 1981 roku – a więc dziewięć dni po wprowadzeniu stanu wojennego – złożył Papieżowi Janowi Pawłowi II ówczesny Sekretarz Episkopatu Polski, biskup Bronisław Dąbrowski? Zachęcam do jej przeczytania w książce – pamiętniku pt.: „Rozmowy Watykańskie arcybiskupa Dąbrowskiego” (Wyd. Instytut Wydawniczy PAX – 2001 rok, str. 239–240). W międzyczasie pozwoliłem sobie dokonać „dekonspiracji”, cytując odnośny fragment tego tekstu (w książce „Ostatnie słowo” – str. 287–288).
Lata 1982–1989 – to nie były jałowe obroty. Wypowiedziałem się w tej materii m.in. w rozdziale pt.: „Obrachunki z przeszłością”, w znamiennie przemilczanej książce: „Polska pod rządami PZPR” (Wyd. PROFI – 2000 rok). Film sugeruje, iż zmiany, reformy w Polsce były podejmowane pod naciskiem Związku Radzieckiego. Oto pogląd obliczony na politycznie ślepych i naiwnych. Kto go głosi, chyba nie zajrzał do dwutomowych wspomnień Michaiła Gorbaczowa „Źyzń i reformy” (Wyd. Nowosti 1995 r.), a w nich 32 rozdział pt.: „Jaruzelski sojuznik i jedinomyszlennik”...
Jeśli chodzi o „białe plamy” – to nie nas, a my uporczywie wzywaliśmy do ich ujawnienia. Już w czasie pierwszej, pięciogodzinnej rozmowy „w cztery oczy”, z nowo wybranym sekretarzem generalnym KC KPZR Michaiłem Gorbaczowem, która odbyła się w kwietniu 1985 roku w Warszawie, podjąłem problem tzw. białych plam. Chodziło o pakt Ribbentrop-Mołotow, deportacje, a zwłaszcza Katyń. Gorbaczow przyjął to ze zrozumieniem. Powstała Komisja Wspólna do ich wyjaśnienia. Po drodze były ogromne opory, zahamowania. Pisał o nich współprzewodniczący Komisji z polskiej strony prof. Jarema Maciszewski w książce pt.: „Wydrzeć prawdę” (Wyd. BGW 1993 r.). Ostateczny efekt – 13 kwietnia 1990 roku Prezydent Federacji Rosyjskiej Michaił Gorbaczow – w obecności Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Wojciecha Jaruzelskiego oraz całej polskiej delegacji, oficjalnie oświadczył, iż winną zbrodni jest strona radziecka, NKWD. Wyraził ubolewanie. Przekazał na moje ręce spisy zamordowanych polskich oficerów. Nazajutrz tj. 14 kwietnia, byłem pierwszym Prezydentem Rzeczypospolitej Polskiej, który przybył do Katynia i w asyście kompanii reprezentacyjnej Wojska Polskiego, złożył hołd zamordowanym polskim oficerom. Oświadczenie Gorbaczowa stanowiło akt przełomowy. Dziś – chyba z uwagi na moją rolę – jest marginalizowany, spychany w cień, przez o dwa lata późniejszy moment dostarczenia Prezydentowi RP Lechowi Wałęsie, obecnie znanego powszechnie dokumentu – zbrodniczej decyzji Stalina i jego najbliższych współpracowników...
W sprawie nazwanych przez Pana „czystek” w Wojsku z Żydów i osób pochodzenia żydowskiego. Wielokrotnie stwierdzałem, iż jest to jedna z ciemnych kart naszej najnowszej historii – mówię o tym z bólem i wstydem. Trzeba jednak oceniać je kompetentnie, z należną powagą. Tego w filmie brak. Odsyłam więc do mojego listu do prof. Paczkowskiego (tam na str. 7–11 zobaczyć można, jak w soczewce i cynizm Lecha Kowalskiego), a także do listopadowego numeru „Więzi” z 1998 roku, do tygodnika „Wprost” z 8 kwietnia 2001 r., oraz do niedawnego artykułu – członka Kolegium IPN – prof. Jerzego Eislera – tygodnik „Polska Zbrojna” nr 9 (683) z 28 lutego 2010 roku...
Film „Towarzysz Generał” miał kilkumilionową widownię. Wszedł do Internetu. Znajdzie się w arsenale mistyfikacji i pomówień, półprawd i pokrętnych interpretacji, dotyczących różnych aspektów naszej najnowszej historii. Widoczny jest też tendencyjny, selektywny dobór materiału filmowego. Przez lata będzie on zdejmowany z przysłowiowej półki i uruchamiany przy różnych okazjach i sytuacjach, jako swego rodzaju dokument, świadectwo czasu historycznego. Stanowi on oskarżycielski koncentrat. Jego sugestywność i emocjonalność będą ożywiały i wyostrzały historyczne podziały. W tym liście odniosłem się tylko do niewielkiej części filmu. Całość wymaga szerszego, odrębnego opracowania. Na „kontrfilm” trudno liczyć. W rezultacie w masowym odbiorze ta wersja pozostanie na długo – być może na zawsze – bez konkurencji.
Na zakończenie taka refleksja. Otóż – wbrew logice i historii – oddalające się w czasie procesy, sytuacje, wydarzenia są przywoływane i eksploatowane z coraz większą ostrością i zajadłością. Dziwi to nawet w porównaniu z sytuacją po II wojnie światowej, kiedy to krytyką potępienie przedwrześniowych rządów i różnych dramatycznych wydarzeń tamtego czasu, stopniowo – zwłaszcza po 1956 roku – schodziły na dalszy plan, nie tylko zresztą w pamięci, ale również w ówczesnej polityce. Daje się to także zauważyć w innych krajach – w tym mających za sobą dramatycznie trudną historię. Obecnie – co paradoksalne – w demokratycznej Polsce zachodzą zjawiska przeciwne. To najlepsza ilustracja jak odpowiednio wyakcentowana historia staje się poręcznym narzędziem polityki. Spodziewam się, iż w tę linię zostanie też wpisana moja biografia Pańskiego autorstwa.
Mam świadomość bezowocności tego listu, ale pozostanie on – nawet gdy mnie już nie będzie – w dyspozycji niektórych organizacji oraz różnych kompetentnych, wiarygodnych osób, jako dokument, opinia, jaką Pan znał pisząc moją biografię.
Tytuł tekstu i wybór z obszernej całości pochodzi od Redakcji.
Res Humana nr 4/2010, s. 31-36