Krzyż – narzędzie do ukrzyżowania

Autor: Władysław Loranc
 

Wymownym dowodem, że zmieniono w naszym kraju tak wiele, by porównując go z ustrojem i obyczajami saskich czasów stwierdzić, iż nic się nie zmieniło, jest fakt możliwości założenia jarmarku w dowolnym miejscu i podjęcia na nim handlu wszystkim, wartościami także, nawet tymi z wysokiej półki czyli chrześcijańskimi. Do czerwca sądziłem, że z tej powodziowej fali ocalał wyjątkowy symbol – krzyż! Utraciłem tę pewność.
 
To, co dzieje się na Krakowskim Przedmieściu w sąsiedztwie Pałacu Prezydenckiego i najważniejszych świątyń, wywołuje niepokój i wstyd. Wmanewrowano oba związki harcerskie, by wniosły tam krzyż dla podkreślenia żałoby i na czas jej trwania. Rychło okazało się, że ma on tam pozostać na zawsze lub do ewentualnego wymienienia na realizację pomnikową upamiętniającą Prezydenta i jego żonę. Taki był „dekret” samozwańczego przedstawiciela narodu, przegranego pretendenta do urzędu prezydenta Polski, lidera PiS. Wyborcom wszystkich opcji postawiono pytanie: „Czy już zrozumieliście kto tu rządzi, a w każdym razie kto rządzić powinien”? Mającym „kłopoty z myśleniem” (ulubiony to zwrot Jarosława Kaczyńskiego) wyjaśnił on z właściwą mu arogancją, że stosunek do obecności krzyża w tym miejscu jest testem dla prezydenta-elekta czy jest za krzyżem czy podejmuje z nim walkę.
 
No i zaczęło się, jedni do Sasa drudzy do Lasa. Uczestnicy sporu o krzyż nie zauważyli jak zmieniono jego funkcje i rolę w religii chrześcijańskiej. Z symbolu tego, co w niej święte powrócono do roli pierwotnej, rzymskiej. Oto stał się on znowu narzędziem do ukrzyżowania. Tym razem prezydenta- elekta publicznie pomówionego o wolę bluźnierstwa o to, że jeśli nawet wierzy, to wierzy źle lub nieszczerze. Od początku nie chodziło o żadne upamiętnienie ofiar. Pisowcy i ich wódz chcą w tani sposób przy pomocy prostego narzędzia ukrzyżować „źle wybranego przez niekompetentnych wyborców”, prezydenta-elekta. Egzekucja ma być publiczna. Przeistoczono symbol wiary. Odrzucono religijny i moralny sens krzyża, zamieniając go w pospolite narzędzie gry politycznej. Moherowe berety idą, by krzyżować liberałów w imię interesów solidarnych.
 
Zwrócę uwagę na szczegół najważniejszy dla mnie w tym jarmarku, który odbywa się na Krakowskim Przedmieściu. Hierarchia Kościoła lokalnego, lecz jednak stołecznego, przypomniała sobie gest Piłata wykonany wtedy, gdy tłuszcza wołała: „Ukrzyżuj go!” Ordynariusz zrazu umył ręce. Uczynił ten gest nie w tym celu by uniknąć współodpowiedzialności za wymuszaną, tym razem tylko cywilną śmierć dopiero co wybranego prezydenta. Swym dystansem poparł rosnące w popularność przekonanie: „Wartości niech bronią się same”! Stało się tak, że przez pewien czas ludzie wierzący i niewierzący przyglądali się, która ze świątyń będzie na tyle odważna, by przyjąć krzyż, który nie chce być narzędziem walki o niskie cele i patologiczne intencje. Zauważę, że nie przystoi hierarchom powtórzenie gestu Piłata.
 
Przypomnijmy sobie grudzień 1922 roku i śmierć Gabriela Narutowicza. Tamta, maniakalna zbrodnia też dojrzewała w klimacie bierności. Póki jeszcze czas zapytajmy więc sami siebie: dlaczego w epoce Prymasa Tysiąclecia i Jana Pawła II nie pojawili się księża tak zaangażowani w naprawę kraju i jego reformę jak byli nimi: Konarski, Staszic, Kołłątaj, tacy intelektualiści jak biskupi Załuscy czy Ignacy Krasicki, a pełno wokół naśladowców Rydzyka, zaś kierowanie Kościołem powierzono takim biskupom jak Michalski, Głódź czy Frankowski. Jarmark na Krakowskim Przedmieściu uzmysławia każdemu w jak niebezpiecznym położeniu znalazł się kraj, w którym dokonano tylu zmian, że nic się nie zmieniło. Nawet zdolność do wstydu nas opuściła.
 

Res Humana nr 4/2010, s. 9