Po wyborach prezydenckich w Polsce
Witamy wybór Bronisława Komorowskiego
Środowisko skupione wokół naszego czasopisma, które czuje się trwałą częścią polskiego i europejskiego ruchu świeckich humanistów, z szacunkiem wita wybór Bronisława Komorowskiego na urząd prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Uważamy ten wybór jako dobry dla Polski, ale także racjonalny i optymalny w warunkach kraju podzielonego dziś, nie z własnej winy, na dwie części, skupione wokół dwóch istotnie odmiennych obozów politycznych, z których jeden, czyniąc z cynizmu, demagogii i kłamstwa instrument swojego programu i działań, dążył i wciąż dąży bez skrupułów do narzucenia Polsce systemu, „w którym – jak dobitnie stwierdził nowo wybrany prezydent – śmierć Barbary Blidy stała się symbolem tego systemu”, „wizji państwa podejrzliwości i strachu”, państwa autorytarnego, przedstawionego Polakom pod postacią tzw. IV RP. Tej groźnej dla demokracji wizji stanął naprzeciw obóz sił demokratyczno-liberalnych, który w osobie Bronisława Komorowskiego przedstawił polskiemu społeczeństwu proste racje i program: budowy porozumienia i zgody w sprawach najważniejszych dla państwa i obywateli, zaniechania wojny polsko-polskiej, umacniania wolności, praw i godności każdego człowieka, otwarcia na świat i umacnianie w nim miejsca Polski bez kompleksów, fobii czy resentymentów.
Kampania prezydencka ujawniła, czego nie można ukrywać, głębokość sporu o kształt naszego państwa i jego przyszłość. Ale kampania prezydencka i jej wynik – a to jest najważniejsze – ukazała i tę prawdę, że oto najbardziej aktywna i przeważająca część społeczeństwa – mimo chwil niepokoju – nie dała się uwieść ani fałszywym maskom, ani grze kartą smoleńską, ani wykorzystywaniem istotnie bolesnych doświadczeń tegorocznej powodzi, bo zrozumiała, że to gra bez skrupułów, zwłaszcza bez skrupułów moralnych.
Toteż polska demokracja dokonała, powtórzmy, dobrego wyboru, bo przerwał on – w miejscu bardzo dla państwa istotnym – czas destrukcji systemu ustrojowego, co stwarza warunki do tyle koniecznych, co ważnych reform w wielu ważnych sferach życia kraju, także w tych sferach, które są szczególnie bliskie świeckim humanistom, że wspomnieć jedynie o przestrzeganiu konstytucyjnej zasady neutralności światopoglądowej państwa, zdolnego stanowczo bronić swej autonomii i stać na straży przestrzegania prawa przez wszystkich.
I dlatego też środowiska skupione wokół naszego czasopisma nie ukrywając swojej tożsamości ideowej, a więc i możliwych równie zdań w wielu kwestiach lecz zarazem zdolni do ich przekraczania w duchu dialogu i porozumienia z ufnością witają wybór prezydenta Bronisława Komorowskiego łącząc z tym wyborem nadzieję na wyraźne przyspieszenie przemian czyniących lepszym kształt polskiego życia.
Poniżej drukujemy trzy komentarze naszych autorów przybliżające znaczenie niedawnych wyborów prezydenckich w Polsce.
Redakcja
RES HUMANA
***
Autor: Jerzy J. Wiatr
Przyspieszone wskutek tragedii smoleńskiej wybory prezydenckie stanowią osobliwy paradoks. Trzej główni kandydaci, reprezentujący najsilniejsze ugrupowania parlamentarne, mają powody do zadowolenia – każdy z innego powodu. Takiej sytuacji nie można było sobie wyobrazić kilka miesięcy temu, gdy wszystko wskazywało na łatwe i wysokie zwycięstwo kandydata Platformy Obywatelskiej Bronisława Komorowskiego nad urzędującym prezydentem Lechem Kaczyńskim. Notowania prezydenta były bardzo niskie, niższe niż któregokolwiek z jego poprzedników w ostatnim roku kadencji. Negatywnie oceniało prezydenturę Lecha Kaczyńskiego grubo ponad pięćdziesiąt procent badanych, a w sondażach preferencji wyborczych uzyskiwał dwadzieścia lub nawet mniej procent wskazań. Komentatorzy zgodnie przewidywali wysokie zwycięstwo marszałka Komorowskiego, który sporą większością pokonał swego rywala ministra Radosława Sikorskiego w prawyborach Platformy Obywatelskiej. W grudniu ubiegłego roku konwencja krajowa SLD wysunęła kandydaturę Jerzego Szmajdzińskiego, co poprzedzone było bezskutecznymi próbami uzyskania zgody Włodzimierza Cimoszewicza na kandydowanie. Panowało przekonanie, że kandydat lewicy nie zdoła wyjść poza „żelazny elektorat” SLD.
Smoleńsk zmienił niemal wszystko. Zmieniła się przede wszystkim percepcja dramatycznie przerwanej prezydentury. W sondażach prowadzonych po 10 kwietnia pozytywne oceny prezydentury Lecha Kaczyńskiego osiągnęły imponujący poziom 65 procent. W atmosferze narodowej żałoby szczególnego sensu nabrało hasło kontynuowania misji tragicznie zmarłego prezydenta, czego logicznym następstwem musiało być wysunięcie przez Prawo i Sprawiedliwość kandydatury Jarosława Kaczyńskiego. Stanął on do walki nie tylko o prezydenturę, ale także o przyszłość stworzonej przez siebie partii. Gdyby kandydat Pis otrzymał tak żenująco zły wynik, jaki przed 10 kwietnia wróżyły sondaże, przyszłość Prawa i Sprawiedliwości stanęłaby pod znakiem zapytania. Niezadowoleni z kolejnych klęsk – zwłaszcza młodsi – działacze tej partii podnieśliby zapewne sztandar buntu przeciw twórcy i szefowi partii.
Platforma Obywatelska znalazła się w trudnej sytuacji. Jej kandydat był zarazem pełniącym obowiązki głowy państwa, a każdy jego krok był uważnie obserwowany przez opinię publiczną i krytykowany przez opozycję. Bronisław Komorowski musiał zmierzyć się nie z żyjącym prezydentem, lecz ze zrodzonym z tragedii smoleńskiej mitem narodowym. Nie było to łatwe zadanie.
Dla lewicy wybory stanowiły wielkie wyzwanie. Śmierć Jerzego Szmajdzińskiego postawiła ją przed koniecznością ponownego szukania kandydata. Raz jeszcze bezskutecznie próbowano uzyskać zgodę Włodzimierza Cimoszewicza na kandydowanie. Kandydat Socjaldemokracji Polskiej Tomasz Nałęcz wycofał się z kandydowania wzywając do głosowania już w pierwszej turze na marszałka Komorowskiego. SLD zdecydował się jednak nie ulec szantażowi plebiscytarnych wyborów między dwoma kandydatami prawicy i wysunął własnego kandydata – przewodniczącego partii Grzegorza Napieralskiego. Początkowe notowania sondażowe nie dawały mu więcej niż 5–6 procent głosów, a niektórzy komentatorzy zapowiadali, że upokarzająca klęska wyborcza będzie końcem jego roli jako przywódcy SLD. Przed pierwszą turą Włodzimierz Cimoszewicz oświadczył publicznie, że w pierwszej turze odda głos na Komorowskiego, by zapobiec wyborowi Kaczyńskiego. Gdyby wyborcy poszli za sugestią byłego premiera, los kandydatury Napieralskiego zostałby przesądzony. Stało się jednak inaczej. Oświadczenie Cimoszewicza nie zmniejszyło poparcia dla Napieralskiego, które szło w górę. W sondażach poprzedzających oświadczenie Cimoszewicza Napieralski uzyskiwał poparcie na poziomie 8–9 procent, a dzień później już 12 procent. Ku zaskoczeniu komentatorów okazało się, że dotychczasowe zasługi i autorytet byłego premiera nie wystarczają, by spowodować przepływ głosów od kandydata lewicy do marszałka Komorowskiego.
W kampanii wyborczej kandydaci dwóch największych partii starali się pozyskać poparcie lewicowych wyborców. Jarosław Kaczyński nie tylko wyparł się języka politycznej wojny i zaprzestał nawoływania do powrotu „Czwartej Rzeczypospolitej” ale nawet chwalił Edwarda Gierka. Bronisław Komorowski przypomniał samobójczą śmierć Barbary Blidy a wysuwając kandydaturę Marka Belki na prezesa NBP zasygnalizował, że otwarty jest na współprace z ludźmi lewicy.
W kampanii podstawowe problemy strategiczne (koncepcje modernizacji i rozwoju, stosunek do Unii Europejskiej) pozostawały w cieniu a na plan pierwszy wysuwane były tematy światopoglądowe, jak stosunek kandydatów do legalizacji zapłodnienia in vitro czy też parytetu kobiet i mężczyzn na listach wyborczych. Taki język kampanii narzucał PiS licząc na poparcie konserwatywnych środowisk katolickich i hierarchii kościelnej. Nie bardzo pomylił się, gdyż większość biskupów zabierających głos w sprawie wyborów dość wyraźnie udzielała poparcia Jarosławowi Kaczyńskiemu. Inni, w tym nowy Prymas Polski abp. Józef Kowalczyk, nawoływali do niemieszania się duchowieństwa do polityki. Apele te nie były respektowane przez znaczną część duchowieństwa. Wynik wyborów pokazał jednak, że poparcie ze strony biskupów nie gwarantuje zwycięstwa. Podobnie było w 1995 roku, gdy Episkopat w liście do wiernych wzywał do tego, by nie głosowali na polityka, który zajmował wysokie stanowiska we władzach PRL. Był tylko jeden taki kandydat i to on wtedy wygrał wybory.
Pierwsza tura wyborów dała pokazała, że liczą się jedynie kandydaci trzech najsilniejszych partii: Platformy Obywatelskiej, Prawa i Sprawiedliwości oraz Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Bronisław Komorowski zajął pierwsze miejsce ale jego wynik (41.54%) był znacznie poniżej wielu prognoz sondażowych oraz ambicji PO liczącej na rozstrzygnięcie już w pierwszej turze. Jarosław Kaczyński zdobywając 36.46% potwierdził swą silną pozycję i rolę PiS jako silnej partii opozycyjnej. Grzegorz Napieralski zdobywając 13.68% zaskoczył obserwatorów i sprawił radość zwolennikom. Choć nie wszedł do drugiej tury, uzyskał wynik lepszy niż kandydaci lewicy w wyborach prezydenckich 1990 i 2005 roku ( Włodzimierz Cimoszewicz i Marek Borowski), którzy zajęli czwarte miejsca z wynikiem o parę procent gorszym niż wynik szefa SLD. W tym sensie pierwsza tura wyborów nie tylko potwierdziła rolę SLD jako jedynej poważnej siły na lewicy i trzeciej partii w kraju, ale także pokazała, że w Grzegorzu Napieralskim lewica ma przywódcę zdolnego do odnoszenia sukcesów. Będzie to owocowało w przyszłości.
Klęskę natomiast ponieśli pozostali kandydaci. Byli wśród nich tak znani, jak były premier (a obecnie wicepremier) Waldemar Pawlak, były minister spraw zagranicznych Andrzej Olechowski i były marszałek Sejmu Marek Jurek. W sumie siedmiu kandydatów mniejszościowych uzyskało zaledwie 8.32% głosów, co potwierdza nieraz formułowaną tezę, że w wyborach prezydenckich nie da się uzyskać sukcesu bez poparcia któreś z najsilniejszych partii politycznych.
Druga tura miała charakter swoistego plebiscytu za czy przeciw rządom Platformy Obywatelskiej, lub – inaczej to ujmując – za lub przeciw powrotowi do polityki realizowanej w latach rządów PiS (2005– 2007). W tej rywalizacji uderzające było to, że im dłużej trwała kampania, tym silniejsza była pozycja Kaczyńskiego. W przeddzień głosowania (gdy w Polsce obowiązywała już cisza wyborcza) „International Herald Tribune” powołując się na najnowsze sondaże stwierdził, że różnica między obu kandydatami jest zbyt mała, by można było przewidzieć wynik. Był to niewątpliwy sukces Jarosława Kaczyńskiego, który uzyskał wynik znacznie lepszy niż ten, który wróżyły mu sondaże na początku kampanii. Zmniejszając dystans do lidera wyborów Kaczyński udowodnił, że PiS jest w stanie nawiązać z Platformą Obywatelską równorzędną walkę. W znacznej mierze było to wynikiem wygrywania emocji zrodzonych z tragedii smoleńskiej, a w części także – konsekwencją umiejętnej gry „na dwóch fortepianach”. Jednym były umiarkowane deklaracje samego kandydata, obliczone na pozyskiwanie wyborców centrowych a nawet lewicowych, a drugim – pełne nienawiści enuncjacje ludzi z jego zaplecza, którzy podsycając emocje grali na mobilizację „żelaznego elektoratu” skrajnej prawicy. Postawić jednak można pytanie, czy taka taktyka jest w stanie na dłuższy czas zapewnić Prawu i Sprawiedliwości polityczne powodzenie.
Ostateczny wynik wyborów był w pierwszym rzędzie konsekwencją tego, że Bronisław Komorowski zdołał przyciągnąć znacznie większą część wyborców lewicy niż Jarosław Kaczyński. Według wyborczego sondażu OBOP na Komorowskiego głosowało 1 117 000 wyborców Napieralskiego a na Kaczyńskiego zaledwie 499 000. Biorąc pod uwagę, że między kandydatami różnica wynosiła niewiele ponad milion głosów (Komorowski zdobył 8934 tys. a Kaczyński 7919 tys.) i że uzyskali oni niemal jednakowe przyrosty głosów wśród wyborców, którzy nie głosowali w pierwszej turze1, uzasadnione wydaje się stwierdzenie, że bez silnego poparcia lewicowych wyborców Bronisław Komorowski nie wygrałby tych wyborów. Warto zastanowić się, dlaczego tak się stało.
Oficjalne stanowisko SLD nie wskazywało, na kogo głosować w drugiej turze, a sam Grzegorz Napieralski starannie unikał ujawnienia, na kogo zamierza głosować. Było to konsekwencją różnic, jakie istniały w środowiskach lewicowych (nie tylko w samym SLD, ale także we współdziałających z nim partiach i organizacjach) w tej sprawie. Aleksander Kwaśniewski, choć sam jednoznacznie poparł w drugiej turze Komorowskiego, uważa, że była to trafna decyzja, gdyż zapobiegała rozdźwiękom na lewicy i w samym SLD („Gazeta Wyborcza” 5 lipca 2010). Niesłuszne są też twierdzenia, że w ten sposób Napieralski wspomagał Kaczyńskiego. Zarzut taki byłby zasadny tylko wtedy, gdyby lider lewicy wezwał do głosowania na kandydata PiS lub sam ostentacyjnie tę kandydaturę poparł.
Przyczyny, dla których cześć wyborców lewicy opowiedziała się za Jarosławem Kaczyńskim, były dwie. Na niektórych wciąż jeszcze oddziaływał argument, że PiS reprezentuje „lewicowy” program socjalny; z tego powodu piec lat temu Lecha Kaczyńskiego poparli między innymi Adam Gierek i Ryszard Bugaj. Drugim powodem był stosunek PO (choć nie osobiście Komorowskiego) do lewicy ujawniony przy wielu okazjach (m.in. w złamaniu porozumienia w sprawie ustawy medialnej) i sprowadzający się do wyniosłego traktowania wyborców lewicy jako takich, którzy i tak nie mają wyboru i muszą głosować na kandydata PO, by nie dopuścić do wyboru Jarosława Kaczyńskiego. Dla części lewicowych wyborców było to obraźliwe i skłaniało ich do niegłosowania lub nawet głosowania na kandydata PiS.
A jednak ponad milion wyborców lewicy, głosujących w pierwszej turze na Napieralskiego oddało 4 lipca swe głosy na Komorowskiego zapewniając mu wygraną. Należę do tej części wyborców lewicy i, jak sądzę, rozumiem ich motywację. Szło nam o trzy sprawy:
Po pierwsze: nie daliśmy się zwabić argumentem, że Jarosław Kaczyński przeszedł głęboką przemianę i że w konsekwencji z jego strony nie grozi juz recydywa tej fatalnej, autorytarnej polityki, której symbolami była zakończona jej samobójstwem nagonka na Barbarę Blidę i sprzeczna z konstytucją nowa ustawa lustracyjna. Osobiście nie neguję tego, ze w polityce możliwa jest bardzo głęboka zmiana. Obserwowałem ją u wielu dawnych działaczy PZPR i nie mam moralnego prawa odmawiać tej możliwości komukolwiek. Ale testem przemiany muszą być czyny, a nie słowa długo. Jak długo Antoni Macierewicz i Zbigniew Ziobro należą do czołowych działaczy PiS, tak długo trudno mi uwierzyć w autentyczne porzucenie przez PiS koncepcji „czwartej RP” i w jego gotowość do wygaszania „wojny polsko-polskiej”.
Po drugie: Platforma Obywatelska przy wszystkich swych ograniczeniach ideologicznych jest partią, która w pewnych warunkach gotowa jest współdziałać z lewicą na partnerskich warunkach. Tak między innymi układają się stosunki w samorządzie stolicy. Z zainteresowaniem odbieram sugestie niektórych polityków PO (m.in. Hanny Gronkiewicz-Waltz), że po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych mogłaby powstać koalicja PO-SLD i że taka koalicja byłaby dobra dla Polski. Chociaż między tymi dwiema partiami istnieją głębokie różnice programowe, to jednak w takich kwestiach jak polityka wobec Unii Europejskiej czy wobec Rosji bliżej jest SLD do PO niż do PiS. Z punktu widzenia strategii politycznej SLD podkreślanie wyraźnego dystansu dzielącego go od obu głównych partii prawicy jest w pełni uzasadnione, ale trzeba liczyć się z faktami, a więc także z tym, że po wyborach parlamentarnych porozumienie polityczne między PO i SLD może okazać się niezbędne dla zapewnienia Polsce stabilnego rządu.
Po trzecie wreszcie: Bronisław Komorowski na tle innych polityków PO wyróżnia się umiarem i gotowością do współpracy. Nie bez przyczyny jego kandydaturę poparli dwaj byli prezydenci z lewicy – Wojciech Jaruzelski i Aleksander Kwaśniewski. Nigdy nie uważałem (znając go od wielu lat), że jako prezydent Bronisław Komorowski będzie bezwolnym narzędziem premiera Tuska. Przekonany jestem, że będzie prowadził własną politykę zmierzającą do zasypywania historycznych podziałów. Tylko idąc tą drogą będzie w stanie powtórzyć sukces Aleksandra Kwaśniewskiego – stać się prezydentem jeśli nie wszystkich, to ogromnej większości obywateli naszego państwa. Tego nowemu Prezydentowi (i nam wszystkim) szczerze życzę.
***
Autor: Daniel S. Zbytek
Dla wszystkich uczciwie myślących, a tym bardziej dla ceniących reguły nowoczesnej demokracji, która jest dla nich autentyczną wartością, a nie frazesem ukrywającym inne niż demokracja cele, wejście Prawa i Sprawiedliwości do wyborów prezydenckich, nawet po tragicznej śmierci naturalnego ich pretendenta, dotychczasowego prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego, nie stanowiło zaskoczenia, bo było uznaniem działania naturalnych mechanizmów demokratycznych.
Ale już kwestia, czy pretendentem PiS do prezydentury powinien być brat zmarłego prezydenta, nawet kiedy jest liderem tego ugrupowania, była z pewnością kwestią nie rozstrzygniętą od razu. Ale stało się jak się stało: Jarosław Kaczyński uznał, że to może najlepszy sposób uczczenia pamięci zmarłego brata, ponad osobistym bólem i bolesną stratą. Wiele osób, znajdujących się bliżej lub dalej PiS, myślało jednak inaczej: zastanawiali się czy można, w tak krótkim czasie, pokonać moralne, psychologiczne, po prostu zwyczajnie ludzkie bariery i podjąć wyborczą walkę o urząd prezydenta państwa. Te wszystkie bariery Jarosław Kaczyński pokonał bez najmniejszych, zdaje się, skrupułów, lecz aby podjętemu wyborowi nadać stosowną dramaturgię, aby te skrupuły przeobraziły się w poświęcenie słusznej sprawie, bądź nabrały cech wypełniania testamentu brata, trzeba było znaleźć maski, wiele masek, aby pretendent do urzędu, wspierany całym już odtąd wielkim sztabem wytrawnych politycznych macherów, dobrze mógł rolę swą wypełnić.
I powiedzmy szczerze, i niezależnie od tego jak ta szczerość jest gorzką – Jarosław Kaczyński, dobrze odegrał swą rolę w maskach, które nakładał, aby ukryć swoje rzeczywiste poglądy, myśli, niepohamowany język, na swój sposób rozumianą moralność.
Ale, jak zauważył prof. Andrzej Romanowski w swym znakomitym tekście („Gazeta Wyborcza” z 24–25 lipca 2010 ), „Świetny wynik Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich to zła wiadomość dla Polski. W jaki sposób katastrofa smoleńska mogła unieść PiS i jego prezesa na tak wysoką falę? Wszak na zdrowy rozum to nieszczęście, wynikłe prawdopodobnie z pędu do demonstracji, z imperatywu lądowania w każdych warunkach, powinno było stanowić przestrogę przed takim uprawianiem polityki. Tymczasem doczekaliśmy zbiorowej histerii odwołującej się do płytko pojętej tradycji bitewnej i powstańczej, do tych wzorów przeszłości, które wykazywały najmniejszą polityczną kalkulację, ba! Największą dozę nieodpowiedzialności”.
Wybory te ukazały jeszcze coś innego i może jeszcze ważniejszego: ukazały głęboki podział Polski i Polaków, także podział między elitami oraz dużą częścią społeczeństwa. Jej niemałą częścią są ludzie doświadczający wielu niedostatków i biedy, są wciąż niemałe rzesze młodych na wsi, którzy albo wegetują wspierani przez mizerne renty dziadków, albo, w coraz większym stopniu emigrują – początkowo sezonowo, ale w coraz większej liczbie na stałe. Oni odnoszą się z dystansem do gładkich przemówień polityków, oni nierzadko kwestionują demokratyczny system. To potencjalnie bardzo niebezpieczny elektorat, gotowy pójść za populistami dowolnej maści, dążący do zniszczenia istniejących elit.
Tę wściekłość zagospodarowało PiS. A umiejętnie podniecana przez sztabowców przyniosła Jarosławowi Kaczyńskiemu niemały sukces. Ale sukces, który nie wystarczył, aby zdobyć władzę prezydenta państwa. Elektorat Kaczyńskiego, dodajmy, okazał się, jak zresztą przewidywano, elektoratem negatywnym, ujemnie oceniającym obecną władzę państwową, elektorat skłonny poprzeć program populistyczno-roszczeniowy, poprzeć władzę, która zamiast sprawnie funkcjonować, będzie organizować parady żołnierzyków na konikach, lustrację i smoleńskie rekolekcje. Wybory prezydenckie AD 2010 pokazały, że ta alternatywa była bardzo realna.
Ta władza byłaby w niemniejszym stopniu zagrożeniem dla dotychczasowego, z trudem uzyskanego, miejsca Polski w Europie i w świecie. Bo władza PiS to skazanie Polski na izolację, tym bardziej niebezpieczną w warunkach, w których jedynie ścisła współpraca między państwami może zapewnić pomyślność każdego poszczególnego państwa.
Zwycięstwo wyborcze Bronisława Komorowskiego, jest – w tej perspektywie – zwycięstwem Polski myślącej racjonalnie. W takim myśleniu mieści się szacunek dla zwycięscy, ale i niepokój, czy zwycięzca zdolny będzie udźwignąć ciężar odpowiedzialności, zdolny wypełnić wiele postulatów bliskich ludziom lewicy, zdolny choć w części doprowadzić do zakończenia wojny polsko-polskiej oraz do uczynienia Polski krajem równych szans i sprawiedliwie dzielonych dóbr. Te nadzieje, wolno sądzić, w niemałym stopniu podyktowały większości Polaków dokonanie wyboru nowego prezydenta RP, wyboru oddalającego zarazem widmo IV RP.
***
Autor: Zdzisław Słowik
Zaskakujący dla wielu wynik Jarosława Kaczyńskiego w wyborach prezydenckich nie powinien nadmiernie dziwić nikogo, jeśli tylko zwrócił nieco więcej uwagi na okoliczności, w których odbywały się te wybory.
Przypomnijmy okoliczności podstawowe: odbywały się w cieniu katastrofy smoleńskiej ze wszystkimi jej następstwami psychologicznymi i politycznymi; odbywały się też w czasie zmagań ludności i władz z dwiema falami powodzi. Obie te okoliczności stały się swoistym darem dla tych wszystkich w PiS, którzy bardzo szybko doszli do wniosku, że warto w tych właśnie okolicznościach podjąć walkę o urząd prezydenta RP. Szybko też ustalili, dziś już zupełnie czytelną, taktykę gry o zdobycie tego urzędu.
Ale wybory prezydenckie odbyły się też, zresztą nie po raz pierwszy, w okolicznościach szczególnego zaangażowania, jeśli nie powiedzieć, determinacji polskiego Kościoła katolickiego, który – po cichu, bez żadnych wielkich słów czy deklaracji – wyraźnie poparł kandydata opozycji, demonstrując zarazem wyraźną niechęć do rządzącej koalicji i jej kandydata w wyborach prezydenckich. To ważny fakt, którego nie można przeoczyć, a tym bardziej zignorować w ogólnym rachunku wyników tych wyborów. A fakt ten, według wiarygodnych szacunków, wyraził się bardzo wymiernie: ponad połowa polskich biskupów oraz blisko siedemdziesiąt procent kleru parafialnego udzieliło w sposób jawny lub zakamuflowany pełnego poparcia liderowi radykalnej partii polskiej prawicy, dokonując tym samym politycznego wyboru. A kandydat opozycji uzyskał kolejne, bezcenne wsparcie.
Lecz mimo tego wszystkiego: kościelnego wsparcia, z zastosowaniem instrumentów psychologicznego szantażu oraz odwołujących się jak zawsze do kwantyfi katorów najwyższych – narodu, patriotyzmu i świętej wiary; mimo tyle rozszalałej co prostackiej agitacji toruńskiego Radia Maryja i jego politycznych protektorów; mimo masek, które ich faworyt zmieniał niemal codziennie w odgrywanej przez siebie komedii, stając się raz przyjacielem lewicy, innym razem „braci Rosjan”, a jeszcze innym – zdolnym do zakończenia wojny polsko-polskiej; i wreszcie mimo tyle pompatycznego, co po prostu niemądrego wyznania wodza, że „Polska jest najważniejsza” – to wszystko, razem wzięte, poniosło klęskę.
Polska demokratyczna, otwarta na świat, tolerancyjna i zdolna do porozumienia, do budowania tego, co łączy a nie dzieli, taka Polska, w osobie Bronisława Komorowskiego, powiedziała dobitnie „nie” Polsce lęków, podejrzliwości i strachu, Polsce autorytarnej, tzw. IV RP. Ale mówiąc „nie” tej chorej w swej istocie wizji Polski, polska demokracja dostrzec też musi też istniejące w niej rozległe obszary autentycznych ludzkich trosk, niezaspokojonych potrzeb czy niezawinionego bólu.
Dlatego satysfakcja ze zwycięstwa polskiej demokracji musi być połączona z poważnym namysłem nad stanem tej części Polski, której myślenie i zachowanie – pomijając manipulację nimi – jest efektem braku uczestnictwa wielu, wciąż bardzo wielu ludzi w korzyściach, które stwarza system demokratyczny, dzięki któremu kraj nasz – widać to gołym okiem – zmienia się w tempie niezwykłym, ale zarazem owoce tego rozwoju – i to też widać – nie są dostępne w sposób równomierny i sprawiedliwy dla wszystkich. To powoduje, że wciąż rozległe są w Polsce obszary biedy i niedostatku, że niemało jest osób i grup, które czują się zagubione czy wręcz wykluczone.
Konserwatywna polska prawica i ciążący nie od dziś w jej stronę polski Kościół, wciąż potężny zasobami posiadanych środków i wpływów, dyskontuje te wszystkie lęki, frustracje, wszystkie ludzkie żale i ludzkie niedole. Ale czyniąc tak, staje się zarazem więźniem tej traumy, niezdolnym do dostrzegania aktywnego uczestnictwa wielu w tym w sukcesie, w ruchu ku nowym wartościom, nowym kształtom naszego życia; stając się – powiedzmy wprost – hamulcem rozwoju, kustoszem zacofania i stagnacji.
To wielki, i nie tylko polski, dylemat wielu państw, społeczeństw i Kościołów. Zaostrzył się on w naszym kraju po śmierci Jana Pawła II. Zabrakło bowiem kogoś myślącego w szerokim horyzoncie – przekraczającym granice państw, narodów, kultur i religii; tego, który przez długi czas wyznaczał też, choć z różnym skutkiem, horyzonty polskiego Kościoła, powstrzymując różne siły odśrodkowe czy partykularne interesy. Te wszystkie hamulce przestały działać od tamtej, sprzed pięciu lat, śmierci polskiego papieża.
Kościół katolicki w Polsce, jak w wielu innych krajach współczesnego świata, doświadcza – przyznajmy to – goryczy wielu tyle przykrych, co obiektywnych następstw tych przemian, także wielu następstw wynikających z procesów laicyzacji. Lecz zamiast wyjść tym przemianom naprzeciw z programem otwartym, takim programem, którego wyraźne kontury zarysował Sobór Watykański II (1962–1965), Kościół polski wybrał powrót do obrony starych, wydawało się, że opuszczonych już na zawsze, okopów i twierdz. Zamyka się w nich coraz szczelniej, nieczuły na krytykę z zewnątrz i z wewnątrz, czym – jak zauważył jeden z uważnych jego obserwatorów – „odebrał sobie narzędzia samooczyszczenia”, i choć wciąż, wolno sądzić, niesie pocieszenie cierpiącym w sytuacjach granicznych, to nie „umie rozmawiać z ludźmi o życiu codziennym” (z rozmowy prof. Adama Chmielewskiego z „GW” z 15 lipca 2010).
A taka otwarta rozmowa o realnym świecie ludzkich potrzeb i ich nadziejach uczyłaby pokory a nie wyniosłości, stwarzała szanse odgrywania przez Kościół twórczego uczestnictwa w dialogu, a nie roli wyłącznie pouczającej czy karcącej, wciąż opartej na prawdach, z których wiele należy do odległej historii.
A może, formułuje tę nadzieję środowisko świeckich humanistów traktując Polskę jako wartość niepodzielną, nowo wybrany prymas Polski ks. abp Józef Kowalczyk, znany ze swej otwartości i zdolności do dialogu, stanie się, z mocy autorytetu swego Urzędu, znakiem otwarcia polskiego Kościoła, właśnie w duchu dialogu, dialogu o najważniejszych polskich sprawach. I być może, prymas Polski znajdzie w osobie nowo wybranego prezydenta RP dobrego partnera do zainicjowania takiego dialogu i wspólnego działania.
Bo Polska po wyborach prezydenckich ma prawo żądać powrotu kraju do życia w warunkach normalności, a nie w stanie wojny polsko-polskiej wzniecanej przez te same siły polityczne, które od kilku już lat w tej wojnie widzą sens swego istnienia, te siły, które w wyborach prezydenckich poniosły klęskę, z którą nie chcą się pogodzić, sięgnęli teraz do swej gry o istnienie i o władzę – odsłaniając swoje rzeczywiste oblicze – coraz bardziej brudne karty, stosując coraz bardziej nikczemne metody, i sącząc treści coraz bardziej zatruwające polskie życie.
To wielkie wyzwanie dla wszystkich sił demokratycznych, to czas wielkiej dla Polski próby i niemniej doniosłego wyboru, to także wyzwanie dla Kościoła. Bo awanturnikom czas najwyższy powiedzieć: dość! Kościół polski dawał w swej historii wielokrotnie świadectwo roztropnej odpowiedzialności; to z tej odpowiedzialności, pamiętamy czas nieodległy, narodziła się jego mediacyjna rola, dzięki której powstały przesłanki do historycznego dzieła Okrągłego Stołu i do pokojowego przejścia Polski do nowego systemu ustrojowego. Wybór nowego prezydenta Polski, życzliwie przyjęty – sądząc z listu gratulacyjnego jaki otrzymał od Prezydium Episkopatu Polski – i wyrażona przez Bronisława Komorowskiego jego zdecydowana wola zakończenia wojny polsko-polskiej, tworzy sytuację, wobec której Kościół nie powinien zachować milczenia. Co więcej, Kościół polski może w zakończeniu tej wojny odegrać rolę podobną do tej, jaką odegrał współtworząc fundamenty III RP.
Drogę, którą Kościół wybierze – to jego, oczywiście, wybór, ale wybór, który nie może być obojętny dla wszystkich, także świeckich humanistów, dla których dobro Polski, jej stabilny, a zarazem dalszy rozwój był i pozostaje nieocenioną wartością.
Res Humana nr 4/2010, s. 1-7