Wolność słowa i obłuda

Autor: Józef Kabaj


Na pozór mogłoby się wydawać, że te dwie wartości moralne nie mają ze sobą nic wspólnego. Tymczasem tak się jakoś składa, że chodzą w parze. Zwłaszcza u nas. Pomimo tego, że pierwsza z tych wartości uchodzi w powszechnej opinii za zdecydowanie pozytywną, druga zaś za zdecydowanie odpychającą, czyli negatywną. Obserwujemy bowiem – tj. słyszymy i czytamy – jak niektórzy publicyści tudzież politycy usiłują cenzurować wypowiedzi innych, nawet te pretendujące do tytułu dzieł sztuki (utwory literackie, formy muzyczne lub plastyczne prezentacje), dla siebie zaś rezerwują zupełną swobodę wypowiedzi – bez względu na to, czy naruszają one czyjeś dobra osobiste swoją natarczywością, obcesowością, bezkompromisowością bądź obelżywym charakterem samych sformułowań. A to jest obłuda, jeżeli ktoś się domaga wolności słowa dla siebie i niemal jednocześnie odmawia tego samego prawa komuś innemu. Bo nie chodzi o same tylko określenia, jak przerwanie ciąży, spędzenie płodu, aborcja z jednej strony, i unicestwienie życia, zabicie dziecka (nienarodzonego, lecz mimo wszystko…) lub wręcz morderstwo. Takiego lub innego nazywania jeszcze nikt nikomu u nas jak na razie nie zabrania, dopóki obywa się bez wyzwisk. Chodzi tu jednak o wartości przede wszystkim, które za tymi pojęciami się kryją. Takie jak wolność decydowania o swoim życiu i zdrowiu, jak godność czy prawość. Bardziej konkretnie zaś o to, czy kobieta ma prawo odrzucić narzucony jej wbrew woli i potrzebie „dar życia”. Zwłaszcza gdy nie jest pewna ofiarodawcy, albo ma podstawy obawiać się o szansę przeżycia. Całkiem konkretnie – czy ma prawo unicestwić zarodek w swoim ciele, osobiście lub z pomocą osób trzecich.
 
Wydawałoby się, że jest to jej sprawa. Jej ból i psychiczne następstwa ciężkiej decyzji. Jesteśmy jednak istotami społecznymi, w związku z czym grupa może osłabiać efekty czyich rozstrzygnięć bądź je wzmacniać. Usprawiedliwiać nasze decyzje i łagodzić ewentualne cierpienia, albo też potęgować ból i psychiczną traumę, rozdrapując rany i sprawiając, że blizny nigdy nie znikną. To nie jest bajka z Szeherezadą lub Alicją, gdzie wszystko się dobrze skończy. Przerwana przed laty dyskusja odżyła w związku z wyrokiem Trybunału, który zasądził odszkodowanie na rzecz pokrzywdzonej w oczach jednych, a niedoszłej zabójczyni w opinii drugich. Roztrząsa się za i przeciw, głównie formalne argumenty, niczym kamienie (discussio). Mimo że nie ma tu niczego do roztrząsania, jako że pod względem prawnym sprawa była klarowna. Dysputy natomiast praktycznie nie było i nie ma. Do tego bowiem potrzeba czegoś więcej, niż kamieni. Dysputa wymaga mianowicie głębokiego namysłu. Przydałoby się wręcz studium nad moralnymi wartościami, głoszonymi i deklarowanymi w naszym kraju, oraz nad sposobem ich funkcjonowania.
 
Wpierw jednak należy sobie uświadomić, gdzie się sprawy toczą lub rozgrywają. Otóż decyzja o poddaniu się operacji usunięcia płodu powstała w umyśle (duszy) rzeczonej kobiety. Jej osobowość, uformowana w Polsce pod koniec XX wieku w powszechnym standardzie, dopuszczała pewien luz (w technicznym języku nazywa się to tolerancją) w obowiązującym prawie moralnym, dyktowanym przez Kościół Rzymskokatolicki jako prawo zarazem naturalne i boskie. Większość bodaj katoliczek zdolnych do rozrodu stosuje środki antykoncepcyjne, aby uniknąć rodzenia rok po roku, mimo iż KRK surowo tego zabrania. Wiele kobiet spośród tych, które zaszły w ciążę wbrew swemu życzeniu, spędza płód w ten lub inny sposób, pomimo jeszcze surowszych zakazów, wręcz potępienia ze strony hierarchii kościelnej i szeregowych kapłanów oraz innych strażników „życia poczętego”. W danym przypadku był jeszcze dodatkowy motyw aborcyjnej decyzji: poważne zagrożenie zdrowia położnicy. Tak więc rozterki moralne toczyły się w świadomości ciężarnej i tam zapadło rozstrzygnięcie moralnego dylematu: zaryzykować urodzenie dziecka czy sprowokować poronienie (względnie usunąć płód mechanicznie). Przy czym pojęcia dylemat używam w znaczeniu sytuacji moralnej, rozterki, z której nie ma dobrego wyjścia, bo każde rozwiązanie grozi tragicznymi następstwami.
 
Rozstrzygnięcie podjęte przez kobietę zostało zakwestionowane, zawieszone i uchylone. Teraz ponownie wypada zapytać: gdzie? Odpowiedź brzmi: poza nią. Na mocy prawa kościelnego, zwanego kanonicznym – czyli miarodajnym (od greckiego pręta trzcinowego do mierzenia) – wyjątkowo rozbieżnego z prawem państwowym. Ciekawe przy tym, że w sprawach dotyczących własności nie ma takich rozbieżności. A ponieważ owa matka odwoływała się do Trybunału po wymuszonym urodzeniu dziecka, zniesławiano ją (i nadal się to czyni) jako tę, która chciała jakoby zamordować własne potomstwo (nienarodzone). Zniesławia się ją i oskarża wobec społeczności, która powinna skutkiem tego traktować ją jak przestępcę, niedoszłego zbrodniarza wręcz. Także oskarża się ją wobec tego dziecka, które urodziła (nie jedynego zresztą). A ma ono już 9 lat. Oszczędzono je, by mogło wyjść na świat z łona matki. Ale teraz już nie podlega ochronie. W każdym razie nie podlega ochronie jego psychika, przede wszystkim życie uczuciowe. Stosunki z matką dotąd normalne, odtąd mają być koszmarne dla jednej i drugiej osoby. Bo winna? Bo musi ponieść karę?
 
Jednym z głównych motywów, podnoszonych przez stronę potępiającą, jest fakt wystąpienia przez kobietę o odszkodowanie. Innym zaś to, że je otrzymała. Jednak moralne dyskwalifikowanie jej z tego powodu wydaje się naciąganym ekstrapolowaniem winy, „ustalonej” w oskarżeniu o „próbę zabójstwa” poprzez aborcję. Legalną w danym wypadku (gdyby do tego doszło), przypominam.
 
Normy moralne mogą uzupełniać niedostatki prawa. Lecz nie powinny wyręczać – jak to zachodzi w przypadkach linczu. Jeżeli natomiast normy religijne wypierają naturalne poczucie właściwości, często pojawiają się wątpliwości, czym się kierować. Czy dajmy na to zasadą, że cierpiącego należy pozostawić w spokoju, by sobie zasłużył na szczęście wieczne – takie podejście odnotowujemy np. w hinduizmie i nie tylko. Kiedy zaś przykazania religijne funkcjonują jako prawo państwowe, wówczas miewamy takie rozwiązania jak kamienowanie kobiet posądzonych o niewierność lub klitoridektomię. Tego ostatniego, tj. zupełnego obrzezania kobiet, jak na razie jeszcze nie mamy. Choć w niektórych krajach ościennych – z dużym napływem imigrantów z Afryki – jest już i ten problem moralny: tolerować te praktyki rytualne i tym podobne, albo nie. Tym bardziej, że takim barbarzyńskim „zabiegom” (nieraz przy użyciu ułamka szkła) poddawane bywają przeważnie maleńkie dziewczynki. Z naszego punktu widzenia jest to przecież okrutne okaleczanie – a moralność ma chronić, z założenia, słabszych przed zadawaniem im cierpienia bądź przed wyrządzaniem im krzywdy. Nawet gdy to się odbywa w majestacie lokalnego prawa, religii albo prymitywnych guseł.
 
A co winne dziecko pani Alicji, które okalecza się psychicznie przez to, że się mu odbiera możliwość kochania i szanowania rodzonej matki? Zakładając a priori, że matka go nie kocha? Kto o tym przesądza? Oby tylko nie okazało się to nieodwracalnym okaleczeniem! Głęboką raną będzie na pewno i na długo. Miłość i zaufanie buduje się bowiem przez długie lata wysiłków i oddania drugiej osobie. Zachwiać zaś uczuciem, albo nawet je unicestwić, można jednym podejrzeniem. A kto za to poniesie odpowiedzialność?
 
Jak z tego widać, niezbyt dobrze sobie radzimy z tego rodzaju problemami. Podobnie zresztą jak z przypadkiem sławnego reżysera, który dopuścił się przed 30 laty niesławnego postępku z nieletnią (bardzo nieletnią), wręcz dziewczynką. Różnimy się też w opiniach na temat eugeniki. Nie mamy pewności – przynajmniej niektórzy z nas jej nie mają – czy należy respektować prawo do rodzicielstwa (rozmnażania się) istot ludzkich skrajnie upośledzonych? Zarówno chorych psychicznie – w szczególności tych nieuleczalnych w perspektywie najbliższych kilku lat – jak i ekstremalnych kalek fizycznych w rodzaju dziewczyny bez rąk od samego barku. I nawet na ten temat nie dyskutujemy. Jak i w przypadku wielu podobnych, nieraz wręcz palących problemów, takich jak (na przykład granice obrony koniecznej, uporczywej terapii etc.). Tak jakby pewne zagadnienia były wyłączone spod kompetencji ludzi, których dotyczą, a zastrzeżone do wyroków specjalnych instancji. A może należałoby jednak stworzyć taką instytucję, która sprawdzałaby naturalne zdolności do prokreacji? Od badania i kwalifikowania jakości plemników i jajeczek, poprzez sprawność fizyczną potrzebną do pielęgnacji dzieci i zapewnienia im minimum bezpieczeństwa, po sprawdzanie rozsądku i podstawowej wiedzy psychologicznej oraz pedagogicznej. Tak jak niewidomemu nie wydaje się prawa jazdy, a niesprawnemu lotnikowi licencji pilota, tak samo może jednak nie powinno się powierzać małych dzieci opiece ślepców czy osób pozbawionych kończyn?
 
Czy tak ma być, byśmy się wciąż poruszali po omacku w świecie naszych wartości moralnych? Przez kolejne tysiąclecie? Byśmy nadal udawali lepszych, niż jesteśmy, gdy nie umiemy sobie radzić z elementarnymi problemami moralnymi, takimi jak kłamstwo czy korupcja? Wydaje się, że tak będzie dopóty, dopóki nie uznamy tych podstawowych wartości – takich jak życie i zdrowie, godność, wolność, uczciwość itd. – za nasze przede wszystkim dobro. Mówiąc konkretniej, za dobra przez nas tworzone, wcielane (tak lub inaczej) i konsekwentnie kontrolowane, na ile to możliwe. Za dobra stanowione przez nas, tj. przez ludzi tego świata, nie zaś przez przybyszów goszczących przejazdem na Ziemi zaprojektowanej przez mniej lub bardziej miłosiernych kosmitów.
 
Józef Kabaj, etyk, filozof, publicysta
 

Forum Myśli Wolnej nr 42-43/2009, s. 17-19