Praktykować moralność
 

 
Autor: Tadeusz Bartoś
 
 
W publikowanych ostatnio wypowiedziach na temat moralnej kondycji Polaków dochodzi do głosu opinia, wypowiadana przez Marcina Króla, że przekaz kulturowo-etyczny w naszym kraju jest poważnie utrudniony z powodu zniknięcia lub osłabienia warstw społecznych będących dotychczasowymi nośnikami wzorców zachowań, mianowicie ziemiaństwa i inteligencji. Pierwsza trwale zniknęła z życia społecznego druga straciła na znaczeniu. Życie publiczne zdominowane zostało przez „inwazję chamstwa” „ludzi z nikąd”, powiada Król. Na dominującą u nas kulturę post-chłopską, szybko stającą się kulturą nowych-zamożnych, ma jeszcze wpływ Kościół katolicki. Jednak osłabienie jego autorytetu, także z powodu chybionej polityki personalnej, dominacji w hierarchii katolickiej osób pozbawionych cywilizacyjnej ogłady (bliskiej w stylu siermiężnej Samoobronie), pozwala przewidywać, że także ten pas transmisyjny etycznych zachowań ulegnie atrofii. Dopiero nowe pokolenie ludzi, którzy w dorosłość weszli pod koniec lat 90., zdobywając wykształcenie w Polsce będącej członkiem Unii Europejskiej (co oznacza między innymi znajomość języków, a dzięki wymianie studentów także rzeczywiste, choćby krótkie, uczestnictwo w życiu tradycyjnych społeczności Zachodu), może przynieść zmianę cywilizacyjną.
 
Nic jednak nie dzieje się automatycznie. Wykształcenie się wyższego obyczaju kulturowo-etycznego całej warstwy społecznej to kwestia kilku pokoleń. Można temu sprzyjać, lub zadanie utrudniać, albo wręcz uniemożliwiać. Obecna globalizacja pozwala oczywiście, by taki proces przemian został wydatnie skrócony.
 
 

* * *
 

 
Instytucją mającą wpływ na poziom etyczny społeczeństwa jest niewątpliwie szkoła. Od sposobu jej organizacji zależy jakość naszego życia. Szkoła to – można by górnolotnie powiedzieć – miejsce wykuwania się przyszłości narodu. Wiemy o tym nie od dziś, skoro pobrzmiewają w uszach słowa Andrzeja Frycza-Modrzewskiego: „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”.
 
Na marginesie. Gdyby chcieć coś podpowiedzieć pozbawionej tożsamości lewicy: nowoczesny program edukacyjny mógłby stać się jej sztandarem w sytuacji kiedy przeżywa ona dogłębną utratę orientacji w świecie. Zadanie zbyt wymagające?
 
 

* * *
 

 
Nie czuję się kompetentny, by program edukacyjny choćby zarysować. Jednak kilka kwestii wartych jest wspomnienia. Najpierw oczywistości. Szkoła ze względu na powszechny obowiązek edukacyjny jest miejscem, w którym całe pokolenia w kluczowym okresie życia od szóstego do osiemnastego roku, spędzają znaczącą część czasu. Tutaj „lepi” się przyszłego obywatela. Społeczności szkolne są miniaturą późniejszych społeczności lokalnych, zawodowych, do pewnego stopnia także rodzinnych. W szkole wykształcić można tak brakującą dziś Polakom zdolność do współpracy, działania zespołowego, jeśliby odpowiedni program uczył takich zachowań. Tutaj dokonuje się ćwiczenie adekwatności reakcji społecznych, bycia ocenianym, promowanym, rywalizacji, wspierania się wzajemnego, itp.
 
W podnoszeniu poziomu polskiej szkoły oczywistością są jakość programu oraz odpowiedni dobór kadry. Potrzeba przy tym korzystania ze współczesnej wiedzy o zachowaniach społecznych ludzi, która wskazuje jak liczne powinny być klasy, by mogła zachodzić rzeczywista socjalizacja uczniów (zapewne niewiele ponad 20 osób), jak liczne powinny być szkoły, by nie stawały się bezosobowymi molochami, generującymi, w cieniu anonimowości, grupy nieletnich przestępców (zapewne nie więcej niż 300 osób). Anonimowość uczniów znika, kiedy ich imiona (na poziomie klasy) oraz twarze (na poziomie szkoły) są rozpoznawalne przez nauczycieli.
 
Projektowanie takich zmian wymaga inwestycji, warto jednak podjąć się kalkulacji czy nie przyniosły by one w przyszłości daleko większego zysku, jeśliby okazało się, że mamy dojrzalsze emocjonalnie społeczeństwo, bardziej zdolne do kooperacji, mniej paranoidalno-nieufne, mniej reagujące nieadekwatnie pozbawioną formy agresją, zdolne do podejmowania i przyjmowania lojalnej krytyki. Taka inwestycja pozwoliłaby na dokonanie znaczącego skoku cywilizacyjnego, dzięki któremu zwykłemu obywatelowi byłoby łatwiej i przyjemniej żyć.
 
 

* * *
 

 
Uwagi te wesprzeć można opublikowanymi w ostatnich latach badaniami nad biologicznymi uwarunkowaniami zachowań moralnych. Być może najważniejszą nową daną jest odkrycie przez neuropsychologa Giacommo Rizzolatti z uniwersytetu w Parmie tak zwanych neuronów lustrzanych. Dokonało się ono przypadkowo, w trakcie eksperymentu z udziałem makaka. Kiedy małpka ta brała do ręki orzech, obserwowano reakcję jej mózgu. Przypadkowo w jej obecności po orzecha sięgnął pracownik i ku zaskoczeniu badaczy u zwierzęcia pojawiła się identyczna reakcja.
 
Dzięki neuronom zwierciadlanym, patrząc na jedzącego czujemy jakbyśmy sami jedli, patrząc na kaleczącego ciało innego zwierzęcia czujemy jakby nasze ciało było kaleczone. Neurony zwierciadlane są biologiczną podstawą silnego mechanizmu hamującego, mającego swój odpowiednik w tradycji religijnej w złotej regule: „nie czyń drugiemu co tobie nie miłe”, wraz z jej pozytywnym wariantem: „Wszystko wiec, co byście chcieli, żeby wam ludzie czynili, i wy im czyńcie” (Mt 7, 12). Jest to zarazem biologiczna postawa dla empatii, współczucia, oraz uczenia się.
 
Warunkiem uruchamiania tego etycznego instynktu jest bliski, najlepiej wzrokowy kontakt pomiędzy osobnikami. Mark Hausner, psycholog z Harvard College, w eksperymencie zatytułowanym The moral sense test (http://wjh1.wjh.harvard.edu) szukał odpowiedzi na pytanie o zachowanie wobec konieczności poświęcenia życia mniejszej grupy ludzi dla ratowania większej. Wymownym przykładem jest eksperyment mostka i zwrotnicy. W ankiecie zapytano respondentów, jaką decyzję podjęliby w dwóch alternatywnych sytuacjach. W pierwszej rozpędzony wagon jedzie na tłum ludzi, a zwrotnicą można zmienić jego bieg tak, że wpadłby on jedynie na kilka osób. Druga sytuacja to zatrzymanie rozpędzonego wagonu poprzez zepchnięcie z mostu na tory grubego człowieka. Większość ankietowanych zgodziła się na zachowanie pierwsze, odmówiła zaś wyboru drugiej opcji, pomimo, że ona dawała jeszcze niższy rachunek ofiar.
 
Wniosek: bliski bezpośredni kontakt utrudnia zachowania nieetyczne. Z kolei katalizatorem zachowań niemoralnych jest dystans, pozwalający na skuteczną depersonalizację relacji.
 
Ustalenia te znalazły wsparcie w eksperymentach Joshuy Greena z zakładu psychologii Uniwersytetu Harvarda, wykazujących, że w sytuacji bezpośredniego kontaktu uruchamia się w naszym mózgu jądro migdałowate, stara ewolucyjnie część mózgu odpowiedzialna za emocje, gdy tymczasem rozważając dylemat moralny w oderwaniu od bezpośredniego kontaktu z drugim człowiekiem, kalkulując, że – zacytujmy złej sławy powiedzenie Kajfasza – „lepiej, aby jeden człowiek zginął za naród” (J 18, 14), działa kora przedczołowa odpowiedzialna za myślenie abstrakcyjne.
 
 

* * *
 

 
Wszystkie te odkrycia pozwalają na bardziej świadome wypracowywanie programu etycznowychowawczego. Organizacja życia społecznego, która wymagałaby systematycznej bliskości (słownej, wzrokowej, dotykowej) wywołuje reakcje empatyczne, co w rezultacie prowadzi do utrwalenia zachowań etycznych. Bezosobowość, możliwość działania wobec innych i podejmowania w ich sprawach decyzji w trybie zaocznym, to prosty mechanizm uwalniający i petryfikujący „demony zła”.
 
Doświadczenie wychowawcze w historii społeczeństw intuicyjnie uwzględniało zapewne te przesłanki (skauting być może jest najlepszym przykładem), dziś jednak dzięki nowym odkryciom możemy lepiej jeszcze przemyśleć proces edukacyjny, by kładł nacisk na spotkanie, zwiększał interakcję osobową i redukował możliwość działania wobec innych ludzi bez ich udziału.
 
Ten punkt widzenia powinien być wskazówką zarówno dla projektowania procedur systemu wychowawczego, jak i organizacji rozmaitych instytucji społecznych, takich jak szpitale, urzędy, Kościoły, domy kultury, domy opieki, itd. Pozwoli to na budowanie społeczności zaangażowanych bardziej w dialog i współpracę, aniżeli w personalne ataki, przytyki, podjazdy, pyskówki, insynuacje, niedyskrecję i nietolerancję. Dotyczy to także redaktorów gazet, którym łatwiej jest zniszczyć czyjeś życie, jeśli nie zetknęli się twarzą w twarz z ofiarą (vide przypadek senatora Krzysztofa Piesiewicza), a także, last but not least, przedsiębiorców, pracodawców, którzy właśnie dzięki bezosobowości procesów podejmowania decyzji zostają pozbawieni mechanizmów powstrzymujących przed wyrządzaniem krzywdy.
 
 

* * *
 

 
Wcielenie w życie opisanych powyższej zasad doprowadzić może do sytuacji, w której jakaś część społeczeństwa bardziej będzie żyć w zgodzie z normami etycznymi, aniżeli tylko o nich mówić. To niezwykle ważne przesunięcie w procesie rozwoju społeczeństw. Moralność deklarowana, pouczanie, stawianie innym moralnych wymagań, samo jest bowiem moralnie dwuznaczne. Wygłaszanie nauk etycznych łatwo staje się sposobem na odwrócenie uwagi od własnych niemoralnych zachowań. Bycie sumieniem innych to skuteczny mechanizm maskujący. Działa tu prosta logika: poucza innych ten, kto sam pouczenia nie potrzebuje. On już wie, dlatego poucza. Nauczyciel moralności siebie samego ogłasza moralnym autorytetem. Iluzja ta jest jednym ze źródeł etycznej demobilizacji. Wystarczy dobro, miłość, bezinteresowny dar z siebie – na ustach.
 
Drugą wadą tego typu postawy jest jej formalizm. Wymagania moralne głoszone przez nauczycieli moralności, wyrażane są w formułach uniwersalnych. Ma on wszelkie cechy prawa kodeksowego, które abstrahuje od kontekstu jednostkowego. Mówiąc językiem tradycyjnym, nie pobudza indywidualnego sumienia, lecz wymaga podporządkowania, ćwiczy jedynie cnoty uległości i dyscypliny. Inaczej jeszcze: generuje pełną heteronomizację etyki wraz z atrofią autonomicznej wrażliwości moralnej.
 
Dzięki odkryciom neurobiologów wiemy dziś, że taki uniwersalny kodeks etyczny jest wytworem abstrakcyjnych operacji kory przedczołowej, a nie odczucia moralnego i empatii powstających w ciele migdałowatym i w neuronach zwierciadlanych. To wyjaśnia dlaczego głoszone przez nauczycieli moralności ogólne normy etyczne jako uniwersalne wieczyste prawo, nie skłaniają do zachowań etycznych: nie uruchamiają neuronów zwierciadlanych i ciała migdałowatego.
 
To już trzeci zarzut wobec idei umoralniania społeczeństwa poprzez głoszenie moralnych nauk. Przed zabójstwem nigdy jeszcze nie powstrzymała człowieka treść abstrakcyjnej zasady „nie zabijaj”, podobnie jak przed cudzołóstwem, kradzieżą czy kłamstwem nie uchroniła człowieka znajomość kolejnych przykazań dekalogu. Raczej owo spotkanie twarzy Drugiego, jak pisał Emanuel Levinas, jest faktycznym imperatywem. Etyka kodeksowa działa skutecznie nie z uwagi na perswazyjną siłę jej zawartości (że mianowicie źle jest zabijać itd.), a jedynie dzięki groźbie kary – jest więc czymś koniecznym, lecz niewystarczającym. Dyscyplinuje, ale nie wychowuje, bo nie potrafi obudzić empatii, etycznej wrażliwości, spontanicznej dobroci.
 
 

* * *
 

 
Z tego punktu widzenia interesujące jest nauczanie Jezusa z Nazaretu, który prawo rozumiane jako zestaw przepisów przekłada na międzyludzkie relacje. One są dla niego punktem wyjścia. Szereg jego zachowań wskazuje na pierwszeństwo, jakie dawał bezpośredniemu kontaktowi i empatycznemu zrozumieniu sytuacji, nad analityczno-abstrakcyjną aplikacją ogólnych praw etycznych do konkretnych sytuacji (jak postuluje tradycyjna etyka katolicka).
 
Odpowiedź na zarzut faryzeuszy, że uczniowie łuskają kłosy zboża w szabat, wraz z konkluzją, że szabat jest dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu, spotkanie z kobietą przyłapaną na cudzołóstwie zakończone słowami: i ja ciebie nie potępiam, uzdrowienie w szabat, przebaczenie łotrowi na krzyżu, niech wystarczą za przykłady.
 
 

Tadeusz Bartoś, filozof, dr hab., profesor nadzwyczajny Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora, dyrektor programowy Warszawskiego Studium Filozofii i Teologii. Opublikował m.in. Tomasza z Akwinu teoria miłości, Kraków 2004, Metafizyczny pejzaż, Kraków 2006, Wolność równość katolicyzm, Warszawa 2007, Jan Paweł II. Analiza krytyczna, Warszawa 2008, W poszukiwaniu mistrzów życia. Rozmowy o duchowości, Warszawa 2009.