„Medycyna dawała mi swobodę działania”
Autor: Barbara Krupa-Wojciechowska
Przed laty na jakimś pogrzebie z nieżyjącym już dziś profesorem zastanawialiśmy się czy nie warto by było raz w roku pisać własne przemówienie na ewentualną okazję, gdyż słyszane enuncjacje kolegów często mają mało wspólnego z filozofią życia tych, którzy odchodzą. Projektu nie zrealizowaliśmy.
Teraz dobijam do osiemdziesięciolecia. Dane mi było przeżyć niezwykle ciekawe czasy. Sądzę, że może warto by zanotować jakieś uwagi, które oczywiście nie mają znaczenia dla współczesnych, ale może oddadzą nastrój ludzi i hołd tym, którym dane było uczestniczyć w niezwykle interesujących wydarzeniach XX stulecia.
Większość ludzi z mojego i starszego pokolenia już nie żyje, ale z wielkim patriotycznym zapałem odbudowywali kraj. Doprowadzili do rozwoju szkolnictwa, także wyższego. Ponosili trud awansu i to nie tylko analfabeci, ale także profesorowie uniwersyteccy, którzy po wojnie rekrutowali się ze zdziesiątkowanej inteligencji. Rozwój licznych Uczelni po wojnie wymagał wielkiego trudu, samozaparcia, ale i entuzjazmu.
Przykładowo, w okresie międzywojennym było w Polsce 5 wydziałów lekarskich, po wojnie, po migracji połowy narodu i przerwie okupacyjnej powstało ich 10. Podziemne studia okupacyjne organizowano w bardzo ograniczonym zakresie. Wielu przedwojennych profesorów zostało zamordowanych. Zaczynano więc wszystko prawie od nowa.
Wspomnienia z własnej działalności politycznej i zawodowej opublikowałam w 2004 roku. Żeby było zabawniej książkę „Polityka i medycyna” wydali mi znajomi katolicy. Poza redaktorem Jerzym Domańskim z „Przeglądu” tzw. lewicowa prasa przemilczała ją. Nawet się nie zdziwiłam, gdyż wtedy zaczęto wracać do przedwojnia, organizować bale charytatywne. przebierano się za Mikołajów. Kraj zaczął się robić bardziej medialny niż socjalny. Wygląda to czasami dość kuriozalnie. Tak zwana wolna prasa oczernia wszystkich niezależnie od poglądów w sposób niezwykle prymitywny, uważając, że jest to wyraz wolności, a nie głupoty.
W każdych przemianach politycznych liderzy wierzą, że mają receptę na przyszłość. Chociaż procesy te podobnie jak biologiczne często idą mimo nas, a w niniejszym stopniu dzięki nam. Adam Michnik nawet nie przypuszczał, że rozpocznie erę afer podsłuchowych w establishmencie i nie tylko przyczyni się do osłabienia lewicy, ale także odsunie od wpływów całą postępową antykomunistyczną inteligencję polską wywodzącą się podobnie jak on sam z dawnej lewicy. Dobrze, że Lew Rywin na komisji sejmowej zachowywał się godnie, bo na dokładkę moglibyśmy mieć nową falę antysemityzmu.
To, że żyję najdłużej z całej mojej rodziny, jest osiągnięciem, gdyż poza jedną babcią wszyscy ginęli, albo przez politykę, albo przez powikłania chorobowe w wieku 50–60 lat.
Jest w tym, poza zmianą warunków społecznych, także sukces zawodu, który uprawiam Medycyna w czasie mego życia zawodowego dokonała ogromnego postępu. Miło mi, że w jakimś zakresie udało mi się przyczynić do jej rozwoju i badać zjawiska, które są społecznie i naukowo obecnie aktualne. Mnie osobiście umożliwiło to kontakty ze światem, a moim uczniom, już w czasie mojej emerytury, dało widoczny splendor w strukturach krajowych i międzynarodowych. Jestem więc człowiekiem spełnionym.
Chcę wspomnieć ludzi, którzy już nie żyją, a wnieśli wielki wkład i poświęcenie dla odbudowy kraju. Jedni byli ideologicznie zaangażowani w ruch lewicowy, inni przedstawiciele tzw. prawicy po prostu z poczucia patriotyzmu. Pamiętam profesorów, którzy wywodzili się z przedwojennej burżuazji czy ziemiaństwa, którzy po tragicznych doświadczeniach wojennych, przystąpili do odbudowy kraju z niezwykłym zapałem. Dziś do „fasonu” należy pokazywanie siebie w postaci ofiar systemu. Bawi mnie jak ludzie z obecnego establishmentu, gierkowskie czasy, w których żyli i działali, traktują jako przykład groźnego totalitaryzmu. Poprzednie pokolenia w Polsce przeżywały nie takie formy totalitaryzmu, ale wtedy nie było „fasonu” na występowanie w roli ofiary. Pamiętam lekarza, którzy po wojnie siedział z wyrokiem śmierci, a po 1956 działał w ZSP i był znakomitym lekarzem w Stoczni Gdańskiej.
Teraz w gazetach pisze się, że scenariusze filmów oparte są na materiałach z SB. Jakby opracowania tych służb były rzeczywiście niezwykle wiarygodne.
IPN załatwia także współtowarzyszy z dawnej opozycji w sposób zupełnie bezrozumny. Oczywiście poprzedni system miał wiele błędów. Ale rewolucja socjalna i techniczna, którą dokonało moje i starsze od mego pokolenie jest nie do przekreślenia.
Zaletą mojego wieku jest to, że ma czas na czytanie książek spoza swojej profesji zawodowej, gdyż nie gonią go żadne terminy, a realne myślenie o terminie ostatecznym każdy traktuje jako przykrą oczywistość, którą stara się ostrożnie ukrywać w pamięci.
Ukazuje się obecnie wiele interesujących przekładów, zwłaszcza z literatury zachodniej. Nawet piewcy liberalizmu jak Fukujama i inni cytują Marksa i im to nie przeszkadza. U nas z gorliwością neofitów wszyscy piszą, a nawet uchwalają, że wolność uzyskaliśmy dopiero przed 20 laty. Tak jakby ewolucja poprzedniego systemu nie przyczyniła się do przemian.
Występujący w telewizji posłowie z prawicy, którzy mają się za ludzi uprzednio zniewolonych, często są dziećmi pierwszego pokolenia awansu społecznego dokonanego po wojnie. Widać to po formie wypowiedzi i ich wyglądzie. Tak bywa po każdym przewrocie. Myśmy także po wojnie podobnie niemądrze mówili o okresie międzywojennym.
Z czasem się to zmienia, młode pokolenie dorasta, nie ma już niepewności świeżych zwycięzców i zaczyna na trzeźwo oceniać przemiany.
Dowodem na to jest żywa dyskusja, która rozgorzała po opublikowaniu książki Domosławskiego o Ryszardzie Kapuścińskim. Biografia, w której autor w sposób niezwykle interesujący pisze o czasach, które stworzyły tego utalentowanego pisarza, ale i on je tworzył. Piszący biografię rozmawiał z ludźmi, którzy go znali. Dobrze, że teraz wydał książkę, a nie jak niektórzy radzą po latach, gdyż za chwilę tych rozmówców z powodu wieku po prostu nie będzie.
Artur Domosławski dokumentuje postawę swego bohatera w sposób prawdziwy i oryginalny. Mimo, że jest człowiekiem młodszym wyłamał się z obecnej mody kwalifikowania każdego dawnego członka PZPR w roli karierowicza czy agenta. Opisuje środowisko tzw. wierchuszki KC w sposób interesujący. Pokazuje ich zróżnicowane poglądy.
Z kolei w niezwykle aktywnej dyskusji prasowej dominuje chęć przypisywania Kapuścińskiemu poglądów nie Jego, a występujących w mediach dyskutantów. Zapominają, że sukces jego literatury wypływał z tego, że jak nikt potrafił pokazać żywych ludzi z tzw. trzeciego świata, ich nędzę bunty i rebelie. Rozumiał ich poglądy i przez to był autentyczny. Nie bez znaczenia na jego postawę ideową miało życie na Polesiu przed wojną i własne doświadczenia okupacyjne. Miał niespotykany talent i umiejętność obserwacji mechanizmów władzy. To mu dało zasłużoną sławę nie tylko w kraju, ale i w świecie.
Żywe zainteresowanie i dyskusja nad książką Domosławskiego świadczy o tym, że ludzie młodzi chcą się zbliżać do prawdy lat powojennych. Dlatego ma takie powodzenie. To dobrze, bo przecież obecni i przyszli młodzi wpłyną na zmianę ocen, a także polityki.
Całe życie zawodowe i polityczne przeżyłam w jednej Uczelni i to z własnego wyboru. Medycyna dawała mi swobodę działania. W przeciwieństwie do zawodowych polityków, czy dziennikarzy miałam większą swobodę wypowiedzi i możliwość odchodzenia i powrotów do czynnej działalności politycznej.
Obserwacja i kontakt z jedną Uczelnią przez przeszło 60 lat wydaje się być interesujący także teraz po zmianie systemu. Tu także coś się zmienia. Przykładowo młodzi ludzie w ostatnich latach chcą się doktoryzować z zakresu historii medycyny. Dokumentują osiągnięcia życia profesorów, którzy już nie żyją, a których wpływ na rozwój medycyny i szkolenie kadry był szczególny.
Profesorowie ci za życia nie przypuszczaliby ile można po strasznych pożogach wojennych znaleźć danych archiwalnych dotyczących ich działalności. Sami przeżyli czasy I i II wojny światowej, tworzyli w okresie międzywojennym, w czasie okupacji i po wyzwoleniu. Okazuje się że wiele danych zachowało się nie tylko w kraju, ale i zagranicą, np. w archiwach w Wilnie zachowane są akta Uniwersytetu Stefana Batorego.
Na obrony doktoratów przychodzą sędziwi dawni uczniowie profesorów, ale i ludzie młodzi, którzy podobnie jak doktoryzujący się nie znali ich osobiście. Sądzę, że kontakt międzypokoleniowy jest niezwykle ważny wychowawczo.
Przykładowo na obronę doktoratu na temat życia i działalności mojego profesora, który sam był ateistą, miał piękną kartę sprzed wojny, okupacji i okresu powojennego, przybyli liczni ludzie, o bardzo zróżnicowanym światopoglądzie i opcjach politycznych. W tym dwie zakonnice w kornetach i dwóch przedstawicieli religii mojżeszowej w myckach na głowie.
Tworzy się coś nowego. Po ostatnim przewrocie promotora tej pracy zwolniono z Uczelni za to, że uprzednio wykładał marksizm dla medyków. Rektor nawet nie zadał sobie trudu, żeby dowiedzieć się, że doktoryzował się on i habilitował z historii okresu międzywojennego. Co teraz jest bardzo na czasie i przysparza mu splendoru. Wrócił, rozwinął zakład historii medycyny. Jednocześnie wybrano go na rektora prywatnej humanistycznej uczelni, która ma wszystkie unijne uprawnienia. Prasa, która zajmuje się rozgrywkami politycznymi na szczytach władzy o takich problemach nie pisze, a może już by należało.
Zjawiska społeczne zaczynają się często na dole, a nie tylko w ośrodkach władzy.
Autorką tekstu jest profesor nauk medycznych, przez ponad pół wieku związana z Gdańską Akademią Medyczną, obecnie na emeryturze. Przez wiele lat uczestniczyła w życiu społecznym i politycznym, zawsze z uwagą wysłuchiwana na spotkaniach z udziałem najwyższych władz państwa.
Res Humana nr 3/2010, s. 31-33