Chopina portret duszy z melancholią w tle

Autor: Jadwiga Sebesta
 
 
Każdej jesieni deszcz jest inny
I inne liście strąca wiatr
A tylko smutek pana oczu –
Panie Chopinie – wciąż ten sam.
Agata Budzyńska, Spacer z Chopinem

Spośród niezliczonych chorób duszy melancholia spoczywa majestatycznie na cokole sztuk jako jedna z muz, uwznioślona, otoczona chwałą mitu, a jej cierniowy laur uchodzi za oznakę geniuszu. Stan melancholii to jakby metafizyczny dreszcz przemijalności, odczucie metafizycznej wagi czasu będącego drugim imieniem rzeczy. Czarne słońce melancholii nie wschodzi i nie zachodzi, ale zawsze okolone chmurami rzuca cienie dosięgające najdalszych horyzontów myśli. Nostalgia spełnia się w czuwaniu ponad miarę i siły, w nasłuchiwaniu echa wszechświata, w natężeniu myśli aż po wycieńczenie zamiarem wejścia w istotę bytu, nade wszystko zaś w istotę piękna.
 
 
Na tle melancholii anatomia duszy Fryderyka Chopina okazuje się mapą przewodnią doskonałej wiwisekcji najsubtelniejszej siatki nerwów. Sylf fortepianu pozostawał pod dożywotnim urokiem posępnej muzy, tworząc „wymęczone ponurości”, jak mawiał o swych utworach. Trzeba wiedzieć, że mimo prób tragizowania postaci Fryderyka Chopina, jego autentyczny wizerunek miał niewiele wspólnego z romantyczną pozą werteryzmu. Chopin lubił formy klasyczne, w muzyce szukał logiki, kochał Bacha, Haydna i Mozarta, nie znosił krokodylich łez i egzaltacji. Wolał Hummla od Beethovena, którego namiętność „nazbyt często zbliżała się do kataklizmu”. Grał delikatnie, ledwie głaszcząc klawiaturę, jakby chłodny, lekki wietrzyk czynił to za niego. Jego oryginalne tempo było zda się dużo wolniejsze aniżeli chcą tego współczesne interpretacje. André Gide zauważył to jako pierwszy i nie omieszkał zbesztać wirtuozów zbyt pewnych taktu, z pianą na ustach, zdyszanych wręcz i rozdygotanych, jakby natchnął ich sam szatański Berlioz, gdy tymczasem chopinowski duch wołał o litość, o zwolnienie tempa, trochę wahania, bojaźni i namysłu.
 
Melancholicy na ogół czują się nie najlepiej w żywiole słowa, zwłaszcza słowa mówionego. Nie inaczej bywało z małomównym Fryderykiem. Nie lubił przemów, korespondencji, z trudem znajdował i dobierał wyrażenia, zwłaszcza gdy znajdował się w szerszym gronie. Nie będzie nadużyciem zdanie, że w głębi serca czuł awersję względem pozowanego modus vivendi elit, względem tzw. śmietanki towarzyskiej, choć był rozchwytywanym beniaminkiem arystokratycznej socjety. Kiedy już zdecydował się odezwać, wygłaszał krótkie, treściwe zdania zdradzające pewien dystans do przedmiotu, którym zajął myśli. Nierzadko frazy wychodzące z jego pięknie skrojonych ust były obdarzone sporym ładunkiem ironii. Artysta patrzył na świat trzeźwo, ludzi oceniał surowo podług ich obłudy, małostkowości i próżności, ale i samemu sobie nie szczędził sarkastycznej krytyki. Nie znosił wulgaryzmów ani podniesionego tonu. Bolała go głowa, gdy ktoś perorował piskliwym głosem, a damskie, wysokie „c” doprowadzało go niemal do szału. Rzeczywistość pełna hałasów i odorów bywała dla niego, obdarzonego nadzwyczajną sensualnością, nazbyt uciążliwa. Czasem poirytowany słyszał kłótnie w sąsiedniej kamienicy, co rujnowało mu nerwy. Chopin zdecydował się na bytowanie w światach urojonych (espoces imaginaires), w postaci „upiora”, obumarłego cienia i tylko ze względu na siostry zrezygnował z myśli o samobójstwie.
 
Uważał się za depozytariusza danego przez Boga talentu. Zgodnie z tym przeświadczeniem czynił wszystko, by poprzez sumienną i systematyczną pracę oraz żelazną, wręcz heroiczną konsekwencję uczynić zadość wyrokowi losu. Za największą cnotę uważał cierpliwość. Starania wokół kompozycji okupione mozołem, trudem i licznymi poprawkami przypominały niekończące się tortury rodzenia… Pokreślone rękopisy zabazgrane tzw. „muchami” odpowiadały jego wewnętrznej dyspozycji – wątpliwościom, skrupułom i zmaganiom z materią sztuki: „Całymi dniami zamykał się w swoim pokoju, spacerował po nim, płakał, łamał pióra, powtarzał i zmieniał setki razy jeden takt, tyleż razy zapisywał go i wymazywał, a nazajutrz zaczynał wszystko od nowa, z drobiazgowym, beznadziejnym uporem. Przesiadywał sześć tygodni nad jedną stronicą, aby w końcu zapisać ją tak, jak to nakreślił w pierwszym rzucie”. George Sand dziwiła się, jak to możliwe, by mimo ataków krwotocznego kaszlu, gorączki, nie jedząc z goła nic, niestrudzenie tworzyć. Dolegliwości śmiertelne i straszne sprawiły, że jej podopieczny osiągał w bólu ostateczność. Wydawał się jednak obojętnieć na własną niedolę, choć bywało, że nieczuły na silne ciosy, z trudem znosił niewielkie niedogodności, kontrując gderliwością, biadoleniem i kaprysami ataki słabszego wroga. Co prawda Sand opiewała jego anielską cierpliwość, hart ducha, łagodność i dobroć, jednak zdania te zdają się tak dalece posuniętą idealizacją, iż trudno dać im wiarę. Co do skrajnej hiperestezji chorego pisarka miała niewątpliwie rację. Z kobiecą empatią ujęła fenomen jego geniuszu, kreśląc wierny portret galernika wrażliwości: „[…] Wydaje mi się, że jest to istota zbyt delikatna, zbyt niezwykła i zbyt doskonała, by żyć naszym ciężkim i twardym życiem ziemskim”. W „Dziejach mojego życia” Sand określa psychikę Chopina metaforą odartego ze skóry żyjątka, „któremu rzecz najmniejsza, zgięcie listka róży, cień muszki przelatującej wyciska krew na policzkach”. Ferdynand Hiller, wierny kompan muzyka wspomina kruchość przyjaciela: „Ta blada cera, ta wiotkość postaci budziła uczucie, jakiego doznaje troskliwy zbieracz szkła weneckiego lub saskiej porcelany”.
 
Obok melancholika Chopina, któremu czarna żółć nieraz dawała się we znaki, jasna żółć choleryczki Sand wydawała się szlachetną formą waleczności. Trudno jednak nie zauważyć, że pisarka lubiła wybielać własne wady, zaś co do swego ulubieńca wyrażała niespójne opinie, raz nazywając go malkontentem i nieznośnym, pozbawionym temperamentu słabeuszem, innym razem wychwalając pod niebiosa jego wielkoduszność i miłość. Użalała się też nad przymusową wstrzemięźliwością seksualną, którą powodowała u niej uderzenia gorąca i krwi do głowy, nocne poty czy drżenie kolan. Marzyła o intensywnej, namiętnej miłości, a tu dostał jej się „biedny anioł” gardzący trywialnością seksu. Chopin najwyraźniej nie należał do mężczyzn o wysokim libido, czemu nie była rada, na swój sposób jednak sublimowała popędy, otaczając chorego macierzyńską czułością i współczuciem. Dyskretna seksualność kompozytora prowokowała rozliczne komentarze: to zarzucano mu homoseksualizm, rzekomo potwierdzony afektem do Tytusa Wojciechowskiego, to znów rozwodzono się nad kochliwością Fryderyka, której towarzyszyła niestałość, niezdecydowanie manifestowane wobec coraz to nowych dam. Niewykluczone, że erotyczne zahamowania Chopina i jego powściągliwość w alkowie brały się z jego religijnej gorliwości mającej w sobie gorycz grzechu, lęku przed piekłem i potępieniem. Chopin był bardzo podatny na tego typu sugestię. Widywał na jawie upiory i mary, drżał o los bliskich zmarłych, którym przepowiadał pośmiertne katusze. Dziś powiedzielibyśmy, że cierpiał na swego rodzaju nerwicę eklezjalną naznaczoną obsesjami seksualnymi oraz skrupułami przeczulonego sumienia. Miłość nigdy nie kojarzyła mu się ze szczęściem spełnienia, przeciwnie: chopinowski Amor miał uwiązane skrzydła, smutne oblicze. Pozę przybierał wstydliwą i chował się w najtajniejsze zakamarki duszy. Nic dziwnego, że czuł dojmującą samotność. Inna sprawa, że on, tak szarmancki, tak niebywale uprzejmy, nie przepadał za ludźmi. Bycie odludkiem pasowało mu bardziej niż to, do czego był przymuszony: towarzystwo, formy, kurtuazja, koncerty, zabawianie dam, praca dydaktyczna podejmowana dla chleba. Choć cenił sobie występy przed publicznością, miał za każdym razem fatalną tremę. Ponadto wydawało mu się, co zda się szczytem braku pewności siebie, że audytorium zachwyci się co najwyżej jego eleganckim strojem, nienagannym kołnierzem i śnieżną bielą rękawiczek. Z paryskiego mieszkania pisał do Juliana Fontany bynajmniej nie w tonie skargi, że oto zamieszkał w trumnie, w celi, z mnóstwem szpargałów, ale i z Bachem… no i z dala od kogokolwiek („z ludźmi nic do czynienia mieć już nie trzeba”).
 
Umiał żartować ze swojej choroby, zabiegów lekarskich i jaskrawej głupoty bezsilnych medyków. W 1839 roku na Majorce z przekąsem notuje wizytę niekompetentnych lekarzy: „Trzech doktorów z całej wyspy najsławniejszych: jeden wąchał, com pluł, drugi stukał, skądem pluł, trzeci macał i słuchał, jakem pluł. Jeden mówił, żem zdechł, drugi – że zdycham, trzeci – że zdechnę”. Nawet najtragiczniejsze refleksje kompozytora kończyły się jakąś kpiną z banału, który zbytnio mu się narzucał przy każdej niemal okazji. Rodzajem autoterapii był dla niego śmiech rozwiewający grozę śmierci i umierania.
 
Serce Fryderyka nie wytrzymało długoletnich zmagań z chorobą płuc. Przez niemal dwa stulecia ludzkość winiła prątki gruźlicy za to przedwczesne odejście i niemal całożyciową mękę Sylfa fortepianu. Tymczasem najnowsze badania, utrudniane jednak po dziś dzień zakazem molekularnej analizy serca, a przeprowadzane na bazie innego rodzaju, indukcyjnej dokumentacji, nie potwierdzają hipotezy gruźlicy płuc i krtani, kierując uwagę na inną jednostkę chorobową, tj. mukowiscydozę, którą zdefiniowano dopiero w latach 30-tych ubiegłego wieku. Genetycznie uwarunkowana mukowiscydoza tłumaczyłaby, zdaniem prof. Wojciecha Cichego z AM w Poznaniu i zespołu pulmonologów, większość objawów obserwowanych nie tylko u Chopina, ale i u jego młodszej siostry Emilii, która jeszcze w dzieciństwie przegrała walkę z tą nieuleczalną chorobą. Na potwierdzenie przypuszczeń podaje się przesłanki patograficzne: Chopin miał beczkowatą klatkę piersiową, cierpiał na dolegliwości żołądkowo-jelitowe i płucne, był osłabiony, poczerniały i opuchnięty na twarzy, borykał się z kaszlem i dusznościami, prawdopodobnie pozostawał bezpłodny z powodu niedrożności nasieniowodów, miał sporą niedowagę (ważył 45 kg przy 177 cm wzrostu), pałeczkowate palce, kłopoty z trzustką (niewydolność), trawieniem tłuszczy, uskarżał się na nawracającą gorączkę, ropnie, zapalenie zatok oraz krtani, uciążliwe katary, nadmiar zalegającego śluzu, próchnicę, napady gorąca i migreny. Chopin miał tak delikatną konstrukcję kostną, że obawiał się urazów i złamań za każdym razem, gdy podróżował dyliżansem. Wydawało się, że przezroczysty i kruchy, nie z ciała, a ze szkła został stworzony. Zwłaszcza przeguby dłoni i kostki cieniutkie, wiotkie przyprawiały go o lęk. Po większym wysiłku fizycznym kompozytor czuł się tak wyczerpany i pozbawiony tchu, że wymagał podtrzymywania, wyręczania i przezornej asysty. Był zda się przekonany, że nie płuca, a serce sprawi mu śmiertelny zawód i rychło oddeleguje na cmentarz.
Smutek Chopina brał się z odczucia daremności, jakiejś pustki poczynań, które wypełniają chwilowy rozbłysk życia na tle nieskończonych połaci nieistnienia. Fryderykowi jego własna egzystencja wydawała się niepotrzebna, a on sam zbyteczny. Nie uważał swych dzieł za usprawiedliwienie ziemskiej niedoli, gdyż rozwijanie talentu stanowiło wewnętrzny przymus, któremu był posłuszny nie na poczet przyszłej chwały, lecz gwoli sprawiedliwości wobec świata. Godne powtórzenia zdanie, o ironii, prorocze, a tak wdzięcznie zanegowane przez Chopina cytuje Willemetz: „«Dziennik Urzędowy» utrzymuje, że jak Mozartem Niemcy, tak Polacy mną się szczycić będą, nonsens bardzo jasny”. Zdarzyło mu się bez pardonu nazwać swą własną osobę trującym grzybem… Świat odczuwał przede wszystkim sercem, choć słowo to nie odpowiadało ówczesnej sentymentalnej konwencji. „Z listów Chopina wynika, że w jego rozmyślaniach o własnym życiu najczęściej pojawiają się takie słowa, jak sieroctwo, tęsknota, zgryzota, bieda i żal, toteż ton jego życia najlepiej określa łaciński wyraz oerumno. Znaczy on tyle co troski, utrapienia, udręczenia i ma tę zaletę, że w jego polu semantycznym mieszczą się wszystkie znaczące słowa, które nas atakują, kiedy czytamy wypowiedzi Chopina o sobie samym”.
 
Dla Chopina jego cielesna słabość, a przecież i przy tym śmiertelna choroba były oznaką stanu zawieszenia pomiędzy bytem a niebytem. Artysta czuł się coraz bliższy śmierci, uznając ją za przystań pogodną i bezpieczną. Brak woli życia nazywał martwą odrętwiałością albo obojętnością. Kilka kroków dzieliło go od osiągnięcia ataraksji, ideału greckich cyników. Z drugiej zaś strony jego serce nawiedzało widmo samotności, czuł się opuszczony, zawieszony w próżni i nieutulony w żalu za miłością. Takie oto dziwne słowa skreślił podczas wojaży, powodowany tęsknotą za rodziną i Konstancją Gładkowską: „Studgard. Dziwna rzecz! To łóżko, do którego idę. Może już niejednemu służyło umierającemu, a mnie to dziś nie robi wstrętu! Może niejeden trup leżał, i długo leżał na nim!- a cóż trup gorszy ode mnie? […] Trup także nie ma kochanki! – Nie może się rozmawiać z otaczającym i go swoim językiem! – Trup taki blady jak i ja. Trup taki zimny jak ja teraz na wszystko zimnym się czuję. [..] Więc niewiele mi brak do matematycznie ścisłego pobratania się ze śmiercią. […] Sam, sam. Ach, nie da się moja bieda opisać. Ledwo ją czucie zniesie”. Przybylski konstatuje: „Świat jawił się więc Chopinowi jak makabryczna manufaktura…”. Kwintesencją chopinowskiej melancholii jest pewnego rodzaju oddalenie od wartkiego strumienia czasu, dystans wobec wszelkich przejawów witalności, jakby sam uważał się za na wpół umarłego. Można odnieść wrażenie, czytając krótki i fragmentaryczny dziennik mistrza, że Fryderyk zagłuszony otępiającym działaniem opium i belladonny, żył tylko do pewnego stopnia… Co prawda nadmiernie rozwinięty i wysublimowany system nerwowy kompozytora wystawiał go na ekstremum bólu i rozkoszy, niemniej egzystencja w cieniu śmierci lepiej opisuje jego codzienny, dość nędzny stan aniżeli, joie de vivre…feerie słonecznych barjoie słonecznych barw inspirujące do uciech. Fortepian służył mu za instrument ekspresji tych wszystkich odcieni grozy, które mroczniały w jego sercu. Zdawało się, że dźwięczące klawisze jęczały i stękały w imieniu wirtuoza, służąc mu za najczulsze ramię.
 
W nawiedzających go chwilach zwątpienia zwierzał się sztambuchowi: „Cóż przyjdzie komu z mojego bytu?” Miał jednak przeświadczenie, że gdzieś, kiedyś zdarzy się cud ponownych narodzin i wtedy, choć już martwy, będzie żył naprawdę i dla innych, póki co jednak życie dawało bilans ujemny i to straszliwie, jak mniemał. Jego słowa „schowajmy się na po śmierci” były wyrazem nie tylko tej oto nadziei, ale również świadectwem wycofania pomimo pozorów światowego życia. „Tere bzdere kuku. Otóż największa prawda na świecie!” – pisał Hegemon-śmierć zawsze wychodzi z tarczą. Chodzi jednak oto, by „schować się na po śmierci”. „Taki jest bowiem sens muzycznego piękna: zdławić zgrozę egzystencji irracjonalną mądrością melodii i harmonii. Nie zawsze wiadomo jak, chociaż zawsze wiadomo dlaczego”.
 

Res Humana nr 3/2010, s. 34-37