Wobec doświadczenia choroby
Autor: Stanisław Kubiak
W świecie szalejącego postępu kurczy się ludzka zdolność do godzenia się z własną skończonością. Rozchodzą się drogi pomiędzy medycyną, której emanacją są specjaliści, a chorymi, których najlepszym przedstawicielem jest starość. Lekarzom braknie czasu dla chorych, i także dla siebie, za to starość najczęściej choruje, jest na emeryturze i ma czasu w bród. Pierwsi pracują, jak dawni przodownicy pracy górniczej czy przędzalniczej, drudzy częściej zastanawiają się nad sobą i światem. I chcieliby jeszcze porządzić sobą samym, powstrzymując starzenie się: serca, nóg, płuc, tętnic, wątroby, nerek. I nerwów! Ale – jak? Lekarze pędzą, spiesznie badają, aplikują leki i zabiegi, wykonują normy na taśmociągu życia – co 15 minut następny do naprawy. Tymczasem starość u progu skończoności robi się ciekawska i zaczyna rozpytywać o przyczyny cierpienia, bólu, zwiotczenia, umierania, jakby przyszła do szkoły zdrowego życia. I modli się czasem do lekarza, jak rabin z Kocka: Ja Panie, nie pytam, jaki jest powód mojego cierpienia, ale chcę byś mnie przynajmniej zapewnił, że powód taki istnieje.
I często filozofuje i zastanawia się – jakie dalsze życie warte byłoby większych starań, skoro jest coraz krótsze? Co wobec tego warte jest ludzkich trosk i zmartwień, skoro wszystko musi być skończone? Ale w tym zastanawianiu się nie ma z kim dyskutować odpowiedzi. Nie dość bowiem, że lekarzom wyznaczono minutowe limity przyjęć, jeszcze nakazano im skupiać się na ciele doszczętnie pofragmentowanym, wedle specjalizacji. Z nogami do ortopedy, z oczyma do okulisty, z żołądkiem do gastrologa, sercem zajmie się kardiolog, gardłem otolaryngolog, innym podejrzeniami onkolog, przedtem jeszcze radiolog, a może potrzebny jest urolog. Ulotne myśli, zwiewne uczucia i emocje zostały wypchnięte na bocznicę, a ciało rozpisane na prawie 60 specjalności medycznych, głównie somatycznych. A to jest – historycznie biorąc – ledwie początek dziejów ludzkiej parcelacji.
To co ma robić ta starość? Zrazu klęka przed boskim ołtarzem, ale Pan Bóg jak był tak pozostaje niemy, to idzie modlić się do lekarzy, którzy się ciągle spieszą. Rozpytuje więc o znachorów. I tak sobie kuśtyka i żyje do tej szczęśliwej chwili, w której utrata rozumu z chorobą Alzheimera wybawi ją z doczesności. Niech wtedy inni martwią się – co dalej robić z jej żywymi zwłokami. Ale do tej szczęśliwej chwili jeszcze próbuje ratować swoje istnienie, albo i nie, ponieważ potrafi także, w pełni władz swego umysłu, rezygnować z podtrzymywania trwania. Bo – czy życie, w którym zagonieni lekarze, nie wspominając krewnych, nie mają czasu i zrozumienia dla drugiego człowieka, jest jeszcze światem żywych czy umarłych?
Właśnie kładą ją, jak nie pod elektrokardiografem to pod encefalografem, albo tomokomputerem, pod jakimś akceleratorem i „rezonatorem” (?) jądrowym. Czegoś takiego jej oczy dotąd nie widziały, ani uszy nie słyszały. Okrążają ją postacie tajemnicze, małomówne, w kitlach, jak dawni szamani biegli w badaniu wschodów i zachodów słońca oraz zaćmień. Odprawiają nad nią jakieś msze czy raczej egzekwia: naczyniowe, onkologiczne, pulmulogiczne, kardiologiczne, radiologiczne, urologiczne, laryngologiczne. A nawet – okazuje się – diabetologiczne! Wprowadzają (albo i wwożą) do sal kaplicznych z monitorami, komputerami, głośnikami, mikrofonami, jako świątkami. Kładą na hydrauliczno-elektronicznych szuflach, każą znieruchomieć, milczeć, milczeć i milczeć. I nie ruszać się! Nie ruszać się! A nie ma tam śladu nieba i ziemi, jest tylko jakiś elektroniczny gwiazdozbiór i medyczny kosmodrom. No to musi szeptać modlitwę albo dopytywać się – co się z nią takiego wyprawia? – A po co to wszystko? A czym mnie się naświetla? Jakież to mogą być promienie, których nie widać? Czy one tylko przeświecają, czy też przypiekają? A jak poparzą – to co robić? Milczeć czy krzyczeć? Do kogo, na kogo?
Wprowadzają ją do okablowanego „bunkra”, najpierw wpasowują w napromiennik akceleratora, potem zostawiają, wychodzą, żeby schować się za pancernymi wrotami. Za nimi siadają w fotelach z podgłówkami, jak w kabinie pilota, patrzą w monitory, i uruchomiają standardowe odliczania. Nie ruszać się, nie gadać, nie rdzewieć, nie myśleć na głos, ale milczeć! Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden, zero! Po piętnastu minutach tej mszy – odliczanie nad następnym. W końcu moja społecznie usposobiona starość zaczyna się zastanawiać: Jak medycyna sama może czuć się w tej bioelektronicznej maszynerii? Ileż lat jej lekarze i pielęgniarki mogą być przyssani do takich taśmociągów, bez szkody dla ich serca i rozumu? I myślę sobie także: czy moja starość powinna się biernie przyglądać ich automatyzowaniu, czy też może próbować ratować ich ciała, serca i umysły przed schłodzeniem i oziębianiem? I dalszą robotyzacją? Czy to wszystko w ogóle ma jeszcze ludzki sens, czy jest postępem czy magią Zulusów w nowoczesnym tylko przebraniu?
Posadzili mnie przed magicznym okiem komputera, pstryknęli i zarejestrowali moją twarz, „dolepili” jej wizerunek do elektronicznej karty indentyfikacyjnej, z życiorysem i opisem choroby. Dodali „ingrediencje” personalne, nawet numer PESEL, wszystko żeby się przypadkiem nie pomylić. Potem będą – przed wejściem do akceleratora albo rezonatora – odbywać ze mną coś na kształt odprawy celnej i rewizyjnej albo bankomatowej. I tak dalej. Wszystko ściśle… według procedury zarządzania jakością – biura certyfikacji ISO, które temu centrum ratownictwa akurat wystawił Polski Rejestr Statków (sic!). Nie do wiary, oczy póki co jeszcze mnie nie mylą, na korytarzu wisi dyplom ISO Polskiego Rejestru Statków. A że mam praktykę ryzykownego wspinania się po górach – moje lęki śmiertelne ustępują teraz ciekawości: – co oni jeszcze ze mną zrobią ciekawego w terapii sprawdzonej przez system jakości produkcji i remontu okrętów?
Tak właśnie, chorując, odbywam swoją wyprawę jakby w góry Kaukazu, tak zwiedzam swoje ostatnie lata życia, jakbym szedł ku jeszcze mi nieznanej ziemi. Idę sobie nie jedwabnym, ale akurat…
… onkologicznym szlakiem
którym chodzą chorzy przygniecieni metafizycznym lękiem przed zaświatami. W poczekalni jest docześnie czysto i elegancko, czekający siedzą zamilkli i oniemiali, na ścianach szaleją kretyńskie, rozwibrowane grafiki op-art., które symbolizują światło i ruch życia. Przy drzwiach stoi szafa z akwarium, pełnym egzotycznej zieleni, musującej toni, i tęczowych, roztańczonych rybek, które mają w sobie zdolność krążenia po wiecznie tej samej linii trwania. Ich tańce nudzą jednostajną monotonią, ale pewnego razu woda zmętniała, zaczęły tracić wyraziste kontury, aż się rybki zatrzymały. Ktoś zawołał: – Matko Bosko! One się nie ruszają! One giną! Giną na naszych oczach, a my patrzymy! I nic nie robimy!
Ktoś w półdrzemce oczekiwania odrzekł:
– A co by tu można robić?
– Jak to co, ratować! Ratować! Przecież umierają!
– Ratować? Ale nam ratować się nie uda? Bo jak?
– Jak to jak? Krzyczeć, jeśli nie można inaczej! Krzyczeć! Manifestować!
No i ktoś zaczął.., inni dołączyli, zaczęliśmy krzyczeć, jeden przez drugiego: Woda zmętniała! Smog w akwarium! Rybki się duszą! Pompy stanęły! – Wołanie bębniło szpitalnym korytarzem, aż zbiegli się specjaliści: fizyki medycznej, elektroniki i promieniotwórczości, technicy od akceleratora, nawet radiolodzy nuklearni przerwali pracę. Patrzyli na znieruchomiałe akwarium i – jak to specjaliści – nie wiedzieli, co robić. Potrzebny był specjalista od pomp! Wezwali hydraulika, przybiegł w te pędy, otworzył (wytrychem?) zamek do szafy z pompą, zerknął i rozłożył ręce. Na tej marce pomp) się nie znał. Kluczem (francuskim?) pobełtał mętną wodę, żeby ją napowietrzyć ożywił rybki na krótko. Ktoś (nie wiadomo kto) wezwał (telefonicznie) administrację, administracja wezwała konserwatora akwariów miejskich, ten siadł do samochodu i pędził przez miasto, ale ulice znowu były zakorkowane pewnie przez innych specjalistów. Hydraulik mieszał wodę, dzięki czemu w poczekalni chorych z nowotworami wstępowała nadzieja, że rybki odżyją!
Byłem, widziałem to, słyszałem, przychodziłem tu kilkadziesiąt razy po przydział swojej wiązki promieni. Nie nudziłem się, przeżyłem awarię pompy w akwarium i dwie awarie akceleratora. Przypatrywałem się chorym na raka i starości, i wysoce specjalistycznej medycynie – do syta. Wiem ile trudu i męki oraz pieniędzy wymaga podtrzymanie długowieczności takich jak ja. Może nawet pojąłem sens zdania Alana W. Watta: Ludzie giną i o wiele więcej cierpią niż trzeba, ponieważ za wszelką cenę zajmują się ocaleniem samego siebie. Nie jestem buddystą, ale już godzę się z przemijaniem w nastroju ulgi. Przy sposobności odkrywałem (eureka!), dlaczego starość, gdy dociera do granic swojej mocy (niemocy), często (coraz częściej) przestaje się sama leczyć. Najpierw rezygnuje z jakiejś tam, pojedynczej wizyty lekarskiej, potem następnej, wreszcie zauważa, że medycyna pozbawiła ją głosu. I honoru, który ona, póki co czasem wyżej ceni niż trwanie w proszalnym upokorzeniu. No i wtedy właśnie, nie pytając o zdanie ani mędrców Kościoła ani sądu sama zaczyna nielegalnie wpisywać rytuał swojego trwania w rytuał świadomej regulacji umierania – ”I było mi dobrze, bo wiedziałem, że umieram”.
Organizacja, technika i technologia obsługi chorych jest (w znanych mi przychodniach w roku 2008 i 2009) następująca: Najpierw stoi się w kolejce do rejestracji, potem do gabinetu lekarza, później do jednego z prawie 60 specjalistów. Kolejki do specjalisty Narodowego Funduszy Zdrowia wydłużają się do dwóch, trzech i więcej miesięcy, chyba, że płaci się samemu. Potem zaczynają się niespodzianki. Mój otolaryngolog zwolnił się z pracy w przychodni, bo znalazł zatrudnienie lepiej opłacone. Odczekałem kolejkę do następcy, ten musiał wyjść nagle w sprawie rodzinnej. W następnym terminie zastałem ogłoszenie: gabinet nieczynny z powodu niedofinansowania. Nic się nie stało, nie chodziło przecież o życie, jeno o słabnący mi słuch, dzięki czemu nie muszą słuchać córki, a oczy ostrzegają mnie przed pędzącymi samochodami. Ale do okulisty czeka się trzy miesiące.
Medycyna po prostu wypycha starość na pobocza. Chce czy nie, nie może inaczej. W budżetach państwowych, samorządowych i domowych brak pieniędzy na podtrzymywanie zbyt długo żyjących. Polityków dręczy z tego powodu rozdwojenie jaźni na chrześcijańską i kapitalistyczną, jak tu bowiem pozbyć się kosztownej starości zachowując niewinność. Może zrobi to za nich niewidzialna ręka rynkowej opatrzności? Niech zmusza starych i biednych do płacenia za pomoc, na co ich nie stać, wtedy jednak sami odejdą w zaświaty. Inaczej służba zdrowia rozchoruje się do cna z przeciążenia i wycieńczenia.
Tymczasem długowieczność, jak na złość wciąż występuje o prolongatę trwania i zadusza medycynę. Liczba chorych zdaje się wzrastać w postępie geometrycznym, a moce medyczne – w arytmetycznym. To, oczywiście, zapowiada zapaść, śmierć medycyny z niedotlenienia, uwiąd umysłowy jej reprezentantów, utratę zdolności do zastanawiania się nad sobą? Agape, Satana!
Toteż jako świadomy swego losu pacjent, jak tylko mogę, próbuję uczłowieczać służbę zdrowia. Wedle stawu grobla, zwracam się do lekarzy i pielęgniarek
...ciepłym słowem, z pogodnym humorem
Z życzliwym uśmiechem, co jednak wypada przeważnie operetkowo. Rejestratorki odradzają żartów, zachęcają raczej do zwołanie manifestacji przed biurami Narodowego Funduszu Zdrowia, w obronie finansów przychodni. Mnie z kolei demonstracja starości dotkniętej podagrą wydaje się koszmarną groteską. Toteż ograniczam się do składania wyrazów solidarności i zrozumienia niepopłatności bytu lekarzy i pielęgniarek. Zaprzyjaźniona, dyplomowana pielęgniarka od razu otwiera się i mówi: – A wie Pan, czasem to już nie wiem, czy pracuję, jako człowiek, czy jako automat? Nie wiem – czy jestem z krwi i kości, czy pacynką wypchaną siankiem medycznej wiedzy.
I to mówiąc machinalnie robi mi zastrzyk w tyłek, wskutek czego pytam – dla podtrzymanie rozmowności: – A wiele razy na dzień, tak pani musi kłuć?
Prostuje się, staje zaskoczona, odkłada strzykawkę, jakby musiała nabrać tchu: – No wie Pan – powiada – w dupę to, za przeproszeniem, o wiele razy za dużo. Hhmm, nie liczyłam, chociaż ostatnimi laty mniej niż dawniej! Wszystkich teraz rozpoznaję po dupach. Bo musi pan wiedzieć, że na tym poziomie nie spotkałam jeszcze sobowtóra, ale życie mi od tych widoków nie pięknieje.
Po tej inwokacji odpłaca mi się pytaniem: – Jak pan taki ciekawski, to czemu pan nie zapyta o to samo urologa: – Ile razy na godzinę zagląda do odbytnicy? Ile – na etacie, ile nadliczbowo, prywatnie, za pieniądze? Ginekologów też niech pan pyta, i seksuologów, dentystów? Jaka może być pod tym względem wytrzymałość duszy lekarskiej za tak marne pensje? Radiolodzy, owszem, mają czystszą robotę, elektroniczno-fotograficzną, ale tak samo nudną, jak telewizja. Czy to jest życie, proszę pana, czy automatyzacja zawodów medycznych? Przed studiami mówili, że będę pracować z ludźmi i dla ludzi, ale to się nie sprawdziło, mam robotę fragmentaryczną, mechaniczno- automatyczną i cokolwiek brudną. Tyle tylko, że te najnowsze urządzenia są tak eleganckie, że miło!
Po takich rozmowach zwykle dostaję wyrzutów sumienia, że oni przeze mnie muszą się tak męczyć, a ja tymczasem zwiedzam sobie medycynę, jak szczyty świata i zdają mnóstwo krajoznawczych pytań. Czasem zaczynam, jak doświadczony wędrowiec: – Ciekawym, panie doktorze, do jakiej tym razem dotarłem choroby? Ale lekarze nie podejmują dialogu. Raczej pomrukują. W filmie „Pora umierać” siedzi za biurkiem lekarka, znużona jak przekarmiony mops i patrzy na starą „turystkę” w progu. Odzywa się do niej urzędowo, bezosobowo, niektórzy tak lubią, powiada: – Niech wejdzie! Niech wejdzie! – A starość stoi i nie wchodzi, tylko stoi harda, jakoś wzburzona. Patrzy butnie, cofa się, zanim trzaśnie drzwiami, krzyczy do jej wielebności także bezosobowo: – A niechże pocałuje mnie w dupę!
Coś podobnego? Niestety, to się zdarza coraz częściej. Spotykają się przecież dwie coraz rozleglejsze choroby społeczne: zagoniona, umęczona, nowoczesna i postępowa medycyna z coraz częściej zbuntowaną, staroświecką starością. A ta starość czasem buntuje się, wcale nie prosi, tylko żąda, bo co ma do stracenia. Rewolty nie zrobi, ale ust nie da sobie zakneblować. Sam też zapisuję się do tego ruchu sprzeciwu, póki mogę – próbuję poprawiać nastroje lekarskie humorem, niekiedy jednak doprawione ironią: – Dzień dobry, Panie doktorze, przepraszam, że jeszcze żyję!
Od razu taksują mnie ze zwiększoną uwagą, jako ciekawszy przypadek somatyczny, a jeżeli psychiatryczny? Moi onkolodzy (trzech odeszło w ciągu jednego roku do innej służby) nie lubią takiego luzu, wolą nastroje przedprosektoryjne. Chorzy chodzą do nich jak w kondukcie za własną trumną. To jak się do takich uśmiechać. Przed południem badają 4–5-ciu na godzinę i oszczędzają siły do roboty popołudniowej. Wracając do domu wieczorem, mają wszystkiego dość, nie chce się im ani pracować ani żyć, oddadzą się telewizyjnym migotaniom. Ugrzęźli w jakiejś biomaszynerii taśmowej, na nic nie mają czasu, owszem lepiej zarobią, ale nie mają czasu skontaktować się nawet z samym sobą, co dopiero z drugim człowiekiem. A może by tak emigrować? Dziś człowiek myślący (homo sapiens) – czasem przyznają – wygląda im na jakąś historyczną bajdę. Musi się bowiem spieszyć, jakby miał z przodu rozetkę, z tyłu wtyczkę z kablami i został podłączony podczas pracy do sterowni zarządzających – tak wedle Stanisława Lema, który wszakże nie przewidział rozkwitu podłączeń bezprzewodowych.
I tak wzbiera we mnie złośliwość i uszczypliwość, która szuka ujścia. Leżę oto pod tak zwanym symulatorem, jakbym był jego łożyskiem. Symulator krąży wokół mnie pojękując mechanicznie. Krążąc oświetla moje podbrzusze, przy którym krzątają się dwie operatorki w białych kitlach i rysują na nim coś na kształt tarczy strzelniczej! Usta mają zasznurowane, ale pracują jak mrówki. Tatuaże, które wykreślają ułatwią potem pracę akceleratorowi, który je zobaczy, by precyzyjnie obstrzeliwać (promieniami) podbrzusze, bo gdzieś w nim zagnieździł się rak. I trzeba jemu teraz dać „popalić”. Dlatego odda do niego 140 salw w 35 dniowych ratach, ale w tym celu zostanie mi zabronione mycie, ponieważ woda i mydło podrażniają spalenizny skóry. Jezu! – wołam – to mam śmierdzieć jak cap, przez prawie dwa miesiące! – Nie szkodzi – pouczają – niech się (on, ono, ona) dobrze wietrzy...
Z zakneblowanymi ustami czekam tedy na pierwsze naświetlenia i zbieram w sobie chęć jakiegoś odwetu, jako że pozbawiony zostałem prawa do ciekawienia się sobą i tym, co ze mną wyprawiają. Jako że uczyniono mnie cząstką logistycznej struktury nowoczesnego techno-nuklearnego systemu medycyny. W tym systemie muszę co rusz podpisywać jakieś deklaracje o zrzeczeniu się prawa do samostanowienia. A tymczasem obrońcy praw człowieka i środowiska, zajmują się obroną niepodległości, praw człowieka, zielonej doliny Rospudy i ginących przy szosach żab? Niebawem powstanie w Polsce generalna dyrekcja ochrony środowiska. A człowieka?
Broniąc się wyglądam raczej na pomyleńca. Bo chciałbym wiedzieć, na przykład: – Czy po napromieniowaniu, nie będę świecić nocami, jak leśne kurki po wybuchu atomowym w Czarnobylu? Ale reprezentanci medycyny nuklearnej nie odpowiadają na pytania, tylko odburkują. Czemu choremu zabrania się więcej wiedzieć? Przecież życie nie musi być nudne, przecież umieranie jest życiem.
Przed prześwietleniem szkieletu (tak zwaną scyntygrafią) podpisałem oświadczenie, że znam zakaz zbliżania się do dzieci i kobiet w ciąży (sic!)! Albowiem otrzymałem dawkę jakichś tam jonów złota (?) i promieni, które mogą innym szkodzić? A mnie, to nie? A jeśli szkodzą i mnie, to jak? Czy nie mogę wiedzieć, czym zostałem nafaszerowany? Z jakim skutkiem? Jakie mogą być tego objawy? Jak sam mam się zachowywać w tym brzemiennym stanie? I rozzłościłem ich pytaniem: – Czy ciemną nocą nie otoczy mnie złota aureola, przez co dewotki z Radia Maryja wezmą mnie za świętego?
Medycynę odsuwa od chorych: brak czasu, niedostatek pieniędzy i jej rosnąca wiedza. A jej wiedza, jak brak czasu i pieniędzy, staje się tyrańska, wymusza bowiem od chorych coraz powszechniejszą pokorę i poddanie. A tymczasem ja wciąż widzę chorowanie, jako szkołę przetrwania, wyprawę ku biegunom ziemi albo w głąb puszczy Amazońskiej. W tej drodze chciałbym mieć w medycynie pomocnika, ale tak pomocna rola zdaje się ją pomniejszać. Znam lekarzy, którzy chętnie wyruszają ze mną, ale wyjątkowo, na krótko, bo narcystycznie zakochana w sobie medycyna specjalistów woli celebrować własną nadzwyczajność i boskość. A nie tam jakąś pomocniczość. Toteż jak sowizdrzał
…obmyślam psoty.
Leżę pod ramieniem akceleratora, wygląda jak odmiana nowożytnego mamuta z parku jurajskiego. Stanął w grubych, ceglanych murach starego szpitala, a ja leżę w jego łożysku, cichy i znieruchomiały, żeby mnie przypadkiem nie schrupał. W tym położeniu myślę sobie bezwiednie, że w zabytkowych ścianach tego domu żyć jeszcze powinny szczypawice. Wyobrażam sobie, jak wędrują obrzeżem obudowy akceleratora, chociaż wolałbym stonogę. Stonoga wydaje się bardziej fotogeniczna, medialna, jak …telewizyjny kicz pod tytułem Tańce z gwiazdami. Nóżki niosą jej cylindryczne ciało z wdziękiem, w profesjonalnym rytmie roztańczonych, operowych łabędzi! Co zrobią medycy, gdy powiem o tym widzeniu?
Ale oni doszczętnie wytruli wszystkie żyjątka, bo tu musi panować aseptyczny ład, chociaż akcelerator promieniując syczy jak żmija. Leżę w nim, po kolejnej awarii, jak w centrum świata, gdziekolwiek jesteś, jesteś w centrum świata a on krążąc klekocze, jakby w obudowie tańczyła zgubiona moneta. Wolałbym stepowanie stonogi, tymczasem obluzowało się coś daleko większego, cięższego i metalicznego. Operator w sterowni słyszy to samo, co ja. Wszystko ma na podglądzie i na podsłuchu, słyszy mój oddech i wszystko, co dzieje się pode mną, nade mną i obok. Słysząc pewnie medytuje – co by ten stuk mógł znaczyć? Przecież akcelerator nie przemawia słowami, starzejąc się zrzędzi, po swojemu zrzędzi. Tedy na wszelki wypadek przyciska wyłącznik, wzywa konserwatora, wstaje z fotela, otwiera żelazne wrota do komory naświetlań, wchodzi ponury, za nim biegnie konserwator, który zna nie jedną tajemnicę szpitalnego poliszynela. Ja ślizgiem staczam się z łożyska na obie nogi, zbieram się do wyjścia, konserwator półautomatycznie spowiada się Ponuremu (operatorowi):
– Zawsze, kolego, lepszy wkrętak zgubiony w obudowie maszyny niż tampony w brzuchu chorego.
Ponury wygląda na skamieniałą świętość, konserwator na jej podnieconego ministranta, obaj wydają się mnie choremu półbogami z konstelacji akceleratora. Moi utytułowani naukowo koledzy, najwyżej osadzeni na tym nieboskłonie, niechętnie słuchają tych relacji. Krzywią się, irytują, że zawracam im głowę. Gdy już mają mnie dość, wtedy sięgają do sakramentalnej formuły nowożytnej filozofii medycyny. Ona zaś brzmi tak:
– Co wolisz? Nowoczesną medycynę, która ratuje ci życie, czy jej bezradne, serdeczne podanie ręki?
– Jak to ratuje życie? – opowiadam – Czy wybawi życie od śmierci! – I na tym kończą się nasze dialogi. Oni po prostu są w swej postępowości nieprzemakalni, wymienili ludzki sens i potrzebę serdecznego podania ręki na wiarę we wszechmoc nauki i techniki!
I tak to kolekcjonuję – jak badacz, alpinista, antropolog – doznane wrażenie, zdarzenia i myśli, filtruję je przez swoje uszy, oczy i umysł. Potem składam w obrazy, które są tak zastanawiające, że każą pytać: Czy ta nowoczesna medycyna aby wie, że w swym scjentyficznym (naukowym) przebraniu naprawdę powraca do starego świata magii?
Do mojej przychodni wchodzi stara, czysta, starannie ubrana kobieta i podaje rejestratorkom modlitewnik. Poświadczam niniejszym jej przybycie własnym wiarogodnym podpisem. Niczego tu nie zmyślam. Stara wywołuje zaskoczenie, żeby nie rzec – zdumienie. Dotknięta demencją najpewniej pomyliła adresy? A skądże! Czy jest ważne, do której przychodni i którego dnia? Ważne, że z modlitewnikiem zamiast z książeczkę zdrowia. Jeszcze nie zawarła paktu przyjaźni ze swoją samotnością, jeszcze ożywiają ją nadzieje, które medycyna już nie spełnia. Rejestratorki cierpliwie tłumaczą, że pomyliła adresy, ale ona wie, co robi. Ja – powiada – źle się czuję, ja chcę do lekarza. I znowu wyciąga rękę do rejestratorek i podaje modlitewnik, a one go odpychają, a ona wierzy, że modlitewnikiem przywróci medycynie utracone ciepło. I tylko drażni cierpliwość czekających za nią, zajmuje czas i miejsce młodym, którzy jeszcze nie wykorzystali swojej szansy na długowieczność. A mnie się zdaje, że jestem w dawnym, pokoleniowym buszu „Stu lat samotności” Marqueza, tyle tylko, że oświeconym przez postęp, jakiego świat dotąd nie widział.
Autor jest reporterem i publicystą, b. wieloletnim prezesem gdańskiego Forum Zdrowia QUO VADIS – grupy profesorów Akademii Medycznej i Akademii Wychowanie Fizycznego i Sportu. Wykładał na gdańskiej AWFiS socjologię zdrowego życia w gospodarce rynkowej.
Res Humana nr 3/2010, s. 21-26