W świecie dobra i zła

Autor: Mieczysław Michalik
 

Przypomnijmy na początku słowa Arystotelesa:
„To bowiem jest właściwością człowieka – odróżniającą go o od innych stworzeń żyjących, że on jedyny ma zdolność rozróżniania dobra i zła, sprawiedliwości i niesprawiedliwości i tym podobnych; wspólnota zaś takich istot staje się podstawą rodziny i państwa”.
 
Właśnie – ta zdolność wyróżnia człowieka, jest znamieniem jego człowieczeństwa, nadaje mu godność, oznacza jego wielkość. Zarazem wszakże stanowi podłoże dramatyzmu jego istnienia oraz podłoże jego poniżenia, przez zło wyrządzane z samowiedzą i celowo, także z przyjemnością i satysfakcją.
 
Dobro – zło: immanentne, niezbywalne elementy ludzkiej egzystencji. Uniwersalność oraz trwałość pojęć i dotyczącej ich problematyki odpowiada powszechności i „odwieczności” zachowań ludzkich, sytuacji, stosunków społecznych itp. określanych przy użyciu tych podstawowych w człowieczym leksykonie kategorii. A cóż oznacza tu owa powszechność i „odwieczność” – oczywiście w rozumieniu bardzo skrótowym i elementarnym?
 
1
 
Przejdźmy otóż do przykładowego przybliżenia kilku kwestii ukazujących wzajemne przenikanie się w naszym życiu dobra i zła. Jest to szeroka i kontrowersyjna, w pełni już autonomiczna kwestia relatywizmu moralnego. Tu przypomnijmy jedynie, że pojęcie relatywizmu używane bywa w różnych znaczeniach, jest różnie pojmowane i interpretowane. Zaiste trudno o lepszy przykład pojęciowej wieloznaczności powodującej zamęt, nieporozumienia, prowadzącej w analizach także do symplifikacji oraz falsyfikacji poszczególnych stanowisk. Rzecz nie tylko w tym, że pojęciem tym oznacza się różne zjawiska społeczne i różne koncepcje etyczne, a co za tym idzie, że różne stanowiska są przedstawiane jako relatywistyczne oraz poddawane mniej lub bardziej druzgocącej krytyce. Rzecz także w tym, że pojęcie relatywizmu bywa w sporach etycznych nadużywane, stosowane dla dyskredytacji adwersarza, niekiedy na drodze świadomych, celowych, oszczerczych imputacji poglądów łatwo poddających się krytyce, niekiedy zaś w wyniku określonego, nasyconego emocjonalnie pojmowania relatywizmu i nakładania go na kwestionowane poglądy. Określenie jakiegoś stanowiska mianem relatywistycznego jest wówczas oskarżeniem – utożsamiane z amoralizmem, nihilizmem, skrajnym subiektywizmem. To zapewne sprawia, że tak częste są deklaracje antyrelatywistyczne, że także ci, którzy pod takim czy innym względem stają na stanowisku relatywizmu, odżegnują się od tego pojęcia.
 
Oczywiście – należy to wyraźnie zaznaczyć, iż podstawową kwestią jest przeciwieństwo dobra i zła, konieczność nabywania umiejętności rozróżniania ich i praktycznego jej stosowania. A zarazem jakże wiele danych wskazuje, że do tej umiejętności rzecz się nie sprowadza – że często nie tylko nie jest to możliwe, lecz nawet uwzględnienie tej prostej przeciwstawności staje się moralnym błędem, ze względu na złożoność ludzkich relacji i wieloaspektowość wartości, zasad moralnych. To historycznie zakorzenione kontrowersje dotyczące absolutyzmu, bezwzględności – czy względności owych wartości i zasad. Są one szeroko i wyczerpująco w literaturze omawiane – tutaj więc nie dowołujemy się do nich. W polskiej literaturze etycznej zajmowali się tymi kwestiami m.in. M. Ossowska, Ija Lazari-Pawłowska, A. Eilstein, L. Kołakowski, i wielu innych. Z jednej strony poszukiwanie niezmiennych i bezwzględnych praw moralnych – ów „głód absolutu” – z drugiej odwieczne „wszystko jest względne”, czy „wszystko płynie”.
 
Nie jest tak bynajmniej, jak twierdził Gandhi, iż „Dobro i zło istnieją obok siebie, a człowiek dokonuje wyboru”. Oby. Tak bywa w sytuacjach prostych, powtarzalnych – skłamać – powiedzieć prawdę, oddać czy zatrzymać znalezione pieniądze. Ale w sytuacjach złożonych, ekstremalnych? Dramat polega właśnie na owym wyborze, kiedy prawda staje się zbrodnią, a kłamstwo bohaterstwem. Na splątaniu, przeplataniu się dobra i zła, ich konfliktowości, kiedy wolność wyboru jednego z nich rodzi niepewność i poczucie tragizmu.
 
Można jednak nieco przekornie zapytać, czy przyjmując argumenty występujące po obu stronach sporów jest może tak, że jedne wartości – składowe dobra, lub ich przeciwieństwa – są zawsze bezwzględne, absolutne, inne zaś zawsze względne? Często tak to jest przedstawiane.
 
Za zasadę bezwzględną uznaje się np. zasadę nakazującą szanować rodziców. A co z takim szacunkiem wobec ojca gwałciciela córki? Ma go szanować i milczeć – czy ujawnić i oskarżyć. Za bezwzględną wartość – dobro – uznaje się pokój. A pokój niesprawiedliwy – sankcjonujący zniewolenie i upodlenie? Żonglerki słowne niczego tu nie załatwiają. Tuwimowskie hasło: „Niech prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość – sprawiedliwość”. Ale absolutyzacja prawa – czego przykładów dostarczają i polskie sądy – prowadzi do absurdów i nonsensów, do sytuacji, w których najwyższe stosowanie się do prawa staje się krzywdą najwyższą.
 
Czyż zatem nie byłoby właściwiej przyjąć, że każde dobro i zło – w wielości ich postaci – będąc zasadniczo rozróżnialne i przeciwstawne i w tym znaczeniu bezwzględne – bywa zarazem względne przez swe odniesienia historyczne, kulturowe, sytuacyjne, podmiotowo-przedmiotwe. Że zatem – mówić należy o złożoności ich składników bezwzględnych i względnych, o ich jedności – a każdy z nich staje się takim, nabiera takiego znaczenia ze względu na swe odniesienia i funkcje. Że zatem można założyć dyskusyjną tezę, iż „bezwzględność dobra” (W. Tatarkiewicz) podobnie zła jest o tyle również względna.
 
Odwołajmy się jedynie dla porządku do wartości życia – uznawanego powszechnie za wartość najwyższą, wymagającą ochrony („od poczęcia do naturalnej śmierci”), a które tak często jest poświęcane w imię jakichś innych wartości: pokoju, bezpieczeństwa, wolności, czy czyjegoś innego życia. Mówił K. Capek, iż życie jest taką wartością, że nawet oddaje się je zażycie.
 
Stwierdzał w wywiadzie prasowym w r. 1999 amerykański autor dzieła „Przewodnik po etyce” A. Singer – a za wypowiedź tę był ostro krytykowany jako relatywista, zaniżający wartości życia: „Największą słabością tradycyjnej etyki jest utrzymanie pozorów, że każde – bez wyjątku – ludzkie życie jest święte. Twierdzi się, że przerywanie ludzkiego życia jest niedopuszczalne a jednocześnie to życie się odbiera – tyle, że w sposób zakamuflowany (...) lekarze akceptują dziś etykę jakości życia, a nie etykę jego świętości”. To zapewne duże uogólnienie, ale dotyczy ono realiów, praktyki, a nie deklaracji – mówią coś o tym przykłady z polskich szpitali. Aksjologiczne wsparcie takich poglądów może stanowić opinia Seneki, iż „Dobrem nie jest samo życie, ale piękne życie”.
 
Za opiniami relatywizującymi dobro i zło, przy ich racjonalnych uzasadnieniach, czai się ogromne i realne niebezpieczeństwo – łatwych i wygodnych rozgrzeszeń zła, jego uzasadnień, pozornie racjonalnych rezygnacji z dobra, przejścia do zasady bezwzględnego relatywizmu oznaczającego już skrajny utylitaryzm i moralny cynizm.
 
Powtórzmy, że dobro i zło w konkretnych sytuacjach, to nie tylko sprzeczność, przeciwieństwa, ale i pokrewieństwa, przenikanie się, jedność i zgodność.
 
Założone przedstawienie przykładów takiego ich pojmowania ma stanowić nie tylko ilustrację tej tezy, ale i dowód na to, że takie pojmowanie jest raczej powszechne, może być przedstawiane racjonalnie, bez emocji – choć nie każdy z tych przykładów, nie każda teza mogą być pojmowane bezkrytycznie.
 
W licznych też sytuacjach życiowych potwierdzenie znajduje opinia Nietschego, iż kto walczy z potworami, sam staje się potworem – zbyt trwałe zwalczanie jakiegoś zła staje się udziałem zwalczających je – paradoksalnie przechodzi na nich.
 
Na drugim, zaś biegunie mamy do czynienia z wezwaniami do odpuszczania win, do miłosierdzia, wybaczania – ewentualnie pod warunkiem zadośćuczynienia za wyrządzone krzywdy. Przypomnijmy tylko powojenne relacje polsko-niemieckie i polsko-ukraińskie. Wybaczamy, ale nie zapominamy. Razić może w tych relacjach domyślne założenie, że istnieje w historii tych narodów jakaś symetria – równość krzywd oraz win, choć każdy z nich wyolbrzymia i absolutyzuje doznane przez siebie krzywdy, a pomniejsza winy.
 
Tutaj również szczerzy zęby w przewrotnym uśmiechu „demon” relatywizmu: czyż takie wybaczanie nie jest, mimo wszystko usprawiedliwianiem, tolerantyzmem, zgodą na zło? A co z wezwaniami: winni muszą być ukarani – a tu już kłania się ambiwalentność „polityki historycznej”, przemieszczania się racji: czyjeś – moje, swoi – obcy, czyli ideologiczne partykularyzmy i stronniczości.
 
2
 
Odnotujmy kolejny zespół opinii, w których zło akceptuje się ze względów poznawczych. Gogol ujmował to w tezie: „Musisz popełnić zło, aby umieć czynić dobro”. Teza ta nawiązuje do sygnalizowanych już wcześniej wzajemnych odniesień.
Ale akcentuje ona praktyczne do nich podejście – należy popełnić jakieś zło – dopiero wówczas uświadomimy sobie wartość i potrzebę czynienia dobra.
 
Potocznie również często się mówi, że dopiero popełniwszy jakieś zło przyjmujemy doń negatywne nastawienie, niechęć – odczuwamy wyrzut sumienia, skruchę, pragnienie naprawy zła, wyrównania krzywd – doznajemy pozytywnego olśnienia i ekspiacyjnego dążenia do czynienia dobra. Na zasadzie nawrócenia, uzdrawiającego samooczyszczenia, zmiany orientacji moralnej, moralnych rekompensat. Uczyniłem w życiu tyle zła, że teraz mogę – muszę – czynić tylko dobro. Na tej zasadzie działają znane w historii transformacje grzeszników – w dobroczyńców, a nawet świętych.
 
Jest to oczywiście zbyt poszerzona „wykładnia” tezy Gogola. Sama w sobie wydaje się ona zbyt ryzykowna przez swój uogólniający sens. Może słuszniej zamiast imperatywu: „musisz popełnić zło” byłoby powiedzieć: zdarza się, że popełnienie – popełnianie zła – pozwala zmienić zachowanie człowieka i zwraca go w stronę dobra?
 
Czy istotnie, aby poznać gorycz np. klęski, zdrady – zła – nie wystarczy intelekt – czyjeś doświadczenie? Koniecznie należy doznać jej z autopsji? Aby coś poznać – trzeba tego doznać? Wprawdzie mówi się, że syty nie zrozumie głodnego, że tylko przeżycie kiedyś głodu pozwala wiedzieć, co on oznacza. Podobnie jest z cierpieniem – można werbalnie współczuć komuś w cierpieniu – ale by je zrozumieć, trzeba go doznać.
 
Można tu dalej pytać: Czy trzeba popełnić zło czynnie, aby go poznać – czy wystarczy biernie doznać zła? Np. krzywdy, zdrady, aby ich samemu nie wyrządzać, nie popełnić, wiedząc jak one bolą?
 
Inny sens ma pragmatyczny postulat T. Kotarbińskiego: należy poznać – w działaniu praktycznym, w walce konkurencyjnej itp. – możliwe chwyty niegodne, aby ich unikać, nie stosować ich. Tutaj owo poznawcze podejście do zła ma praktycznie moralne znaczenie. Jest to owo sokratejskie wiedzieć, na czym polega zło, aby go unikać. W praktyce jednak jest raczej tak, że uczy się „chwytów niegodnych” – w polityce, gospodarce, współżyciu – po to właśnie, aby jej skutecznie stosować („Czarny PR”).
Wszakże, z drugiej strony, znów pojawia się przeciwstawna kwestia. Czy istotnie należy być bez winy, nigdy nie popełnić żadnego zła, żeby jakieś zło, lub jego sprawcę potępić? Kto z was jest bez winy, niech pierwszy rzuci w ladacznicę kamieniem... Czy ktokolwiek jest, może być bezwzględnie moralnie czysty, bez jakiekolwiek winy? Umiejętność rozróżniania dobra i zła nie jest potrzebna aniołom – w swoistym sensie jest potrzebna szatanom.
Bardzo częste są praktyki, a także głosy racjonalizujące zło – które można sprowadzić do twierdzenia, iż często dobro realizuje się przez zło – że zło może odgrywać jakąś pozytywną rolę, może być popełniane w imię dobra. Mamy tu zatem do czynienia z teleologicznym pojmowaniem zła – z poszukiwaniem jego celowości.
 
Różne odmiany wallenrodyzmu. Kolaboracja z wrogiem w imię przeżycia – także zdrada. Szpiegostwo. Brutus: „Zabicie tyrana jest rzeczą szlachetną”. Hamlet: „Okrutnym muszę być, aby być dobrym”. Mówił K. Wojtyła, iż zło jest o tyle potrzebne człowiekowi i światu, że stwarza okazję do czynienia dobra. Powiada się też, że diabeł może również odegrać w historii pozytywną rolę (L. Kołakowski). J. Tischner zauważał, iż idea zła właściwego danej epoce mobilizuje wyobraźnię, wyjaśnia nieszczęścia, budzi nadzieję. Zło przyczynia się do harmonii świata, o tyle spełnia pozytywną rolę. Wskazywał Levinas: „Jakiś stopień zła i okrucieństwa jest konieczny do tego, by przeżyć swe życie spokojnie, a na koniec umrzeć we własnym łóżku”. Jest to niezbędne do pełni życia, pełni doznań? A też, bo nic, co ludzkie nie jest mi obce?
 
Z jednej strony – aspekt przyzwolenia na zło, lub nawet jego czynienie właśnie w imię dobra. To prawda, że bardzo wiele ludzkich cierpień, nieszczęść, krzywdy miało i ma u swych początków jakieś pragnienie dobra, dążenie do dobra.
 
3
 
Na puentujące zakończenie: potrzeba i paradoksy moralnej doskonałości. Kolejne zło w dobrym. Wielki i wieloboki problem antropologiczno-aksjologiczny, odnoszący się do natury człowieka i moralnego dramatyzmu jego życia. Spory o to, na czym polega jego człowieczeństwo – jaki charakter mają mieć stawiane przezeń samemu sobie – w imię określonych racji – wymogi moralne. Elementarnej, powszechnie dostępnej – upraszczając sprawę – przyzwoitości, czy moralnego heroizmu i doskonałości.
Właśnie – problem moralnej doskonałości. Narzucanej sobie lub innym. W czym ma się wyrażać? Czy jest ona możliwa? W skali i w sensie gatunkowym jest to już kwestia, z punktu widzenia np. teologii, zarozumialstwa człowieka, przypisywania sobie uproszczonych praw, uprawnień i mocy, np. rozumu – równania się z Bogiem i przeciwstawiania się mu. A w sensie jednostkowym?
 
To też jest kwestia dążenia do moralnego perfekcjonizmu, świętości – lub przypisywania sobie doskonałości, obnoszenia się z nią, wygórowane mniemania o sobie. Odnotujmy skrótowo, że szlachetnie pięknym jest dążenie do perfekcjonizmu, np. zawodowego, także moralnego. Wyższe od przeciętnych standardów aspiracje. Na miarę swego potencjału i sił – „Silniejszy jestem, cięższą podajcie mi zbroję” – Zawisza Czarny. Mówił Goethe: „Wysokie wymagania – nawet niespełnione – już same w sobie są bardziej godne szacunku, niż niskie wymagania spełnione bez reszty”. Niż minimalizm życiowy i moralne ubóstwo.
 
Wszakże – gdzie są owe człowiecze miary doskonałości w ludzkim wymiarze życia, stosunków społecznych i naturalnych ograniczeń: biologicznych i intelektualnych, psychicznych i moralnych człowieka? Stąd biorą się tak liczne obawy, iż pragnienie własnej doskonałości, zachowania zawsze przysłowiowych czystych rąk (a woda i obmywanie rąk symbolizuje niewinność, a raczej unikanie udziału w jakichś decyzjach – Piłat) – może oznaczać np. przyzwolenie na określone zło, bierne przyglądanie się jego istnieniu i jego skutkom. Oczywiście – znów z jednej strony Gandhi, z drugiej w istocie zbrodnicza polityka nieinterwencji. A po środku – prowokacja, podżeganie, jątrzenie. I przeciwne do zamiarów skutki przesadnych dążeń do moralnej czystości.
 
Pisał Fourier w „Królu Olch”: „Człowiek opanowany demonem czystości sieje zniszczenie i śmierć”. Mówił Pascal: „Kto udaje anioła często staje się bydlęciem”. Popada w zarozumialcze uzurpacje, kabotynizm, faryzeizm i hipokryzję. W fałszywą świętoszkowatość. Często „lepsze” bywa wrogiem „dobrego”. W stosunkach międzynarodowych – etnicznych, grupowych – przypisywanie sobie jakiejś doskonałości, wyjątkowych właściwości i wartości – to wrogość i pogarda dla innych – rzekomo gorszych, niższych ras i narodów. To – w historii – europocentryzm. Także faszyzm, nacjonalizm, rasizm. Ludobójstwo, holocaust. Dwie uwagi są tu na zakończenie niezbędne do powtórzenia. Pierwsza – że teoria, filozofia czy metafizyka zła jest niezbędna dla jego objaśniania, wiedzy, pobudzania wrażliwości społecznej – choć niekiedy może ją stępiać. Wszakże sama nie wyeliminuje żadnego zła. I druga – że u podłoża wszelkiego zła, społecznego i jednostkowego tkwią w podstawowym znaczeniu istotnie określone struktury i stosunki, organizacja życia zbiorowego.
 
Autor jest profesorem filozofii, etykiem, wykładowcą akademickim. Tekst niniejszy jest fragmentem większej całości.
 

Res Humana nr 3/2010, s. 13-17