Analiza postawy obrażania się z powodów światopoglądowych, głównie religijnych

Autor: Lech Ostasz
 

1. Kilka uwag o obrażaniu się w ogóle
 
Obrażanie się występuje bardzo często w codziennym życiu, gdyż jest zachowaniem słabszym niż agresja i pozwala na rezygnowanie z niego w sposób społecznie dobrze widziany. Skoncentrujemy się tutaj na obrażaniu pod względem światopoglądowym, głównie zaś religijnym. Zwięzła definicja obrażania kogoś i obrażania się na kogoś brzmi: są to procesy mentalne (i oczywiście zarazem osobowościowe) z dominacją negatywności (zwykle w stopniu małym lub średnim), przebiegające w sposób przykry przynajmniej dla jednej strony.
 
Obrażać kogoś to uszczuplać jego poczucie identyfikowania się z czymś - w tym najpierw z sobą samym, ale także z kimkolwiek bądź czymkolwiek, pomniejszać jego znaczenie w jego własnych oczach i oczach innych, imputować mu wady i przywary, których nie ma, głosić nieprawdziwe zdania na jego temat, niedoceniać jego zachowań, wyśmiewać go, obrzucać przekleństwami itd.; w ścisłym sensie: robić to intencjonalnie, z zamysłem.
 
Natomiast obrażać się to brać czyjeś komunikaty jako obrażające (w wyżej wymienionym rozumieniu), czy to gdy są one obrażające intersubiektywnie (tj. inni, przeciętni ludzie, też odbieraliby je jako obrażające, gdyby skierowano je do nich), czy też tylko subiektywnie (tj. inni nie odbierają ich jako obrażające). Następnie, nie mieć chęci kontynuowania komunikowania się z kimś lub nie mieć chęci podjęcia komunikowania się z kimś („nie odzywać się” do kogoś, „chodzić z naburmuszoną miną” itp.), czuć urazę i żal. Im ktoś silniej się z czymś identyfikuje, im ma sztywniejszą postawę wobec czegokolwiek, im ma mniejsze poczucie własnego znaczenia, tym będzie bardziej skłonny obrażać się. Obrażanie się jest trudno oddzielić od takich zachowań jak unikanie kogoś bądź czegoś oraz bycie wzburzonym w sobie.
 
Podane wyżej określenie nie pokrywa się w pełni z potocznym rozumieniem. Potoczne rozumienie obrażania się jest mało przydatne do ustalania prawdy o obrażaniu się, gdyż z góry przydziela całą winę stronie obrażającej, odzywa się stereotyp: jedna osoba (bądź grupa osób) w całości winna, druga osoba (bądź grupa osób) w całości niewinna. Jednym ze skutków potocznego rozumienia obrażania się jest to, że nie pozwala ono obrażającemu się pracować nad sobą w tym względzie.
 
W mocy tych, którzy się obrażają jest obrażać się lub nie, obrażać się bardziej lub mniej. Naturalnie, w mocy obrażających jest też obrażać lub nie, obrażać bardziej lub mniej, jednak procesy samokontrolne wydają się być u tych drugich mniejsze niż u pierwszych, ci drudzy są zwykle bardziej pobudliwi, mniej spokojni, często bardziej krótkowzroczni. Obrażający się mają też zwykle więcej czasu na przemyślenia i na zareagowanie, łatwiej mogą uzyskać dystans wobec tego, co się do nich mówi, co się im komunikuje. Obrażający się ma większą szansę pracować nad sobą i przy tym jeszcze pomagać w pracy nad sobą obrażającemu niż odwrotnie. Jeśli nie byłoby obrażających się, to obrażanie kogoś straciłoby rację bytu. Przykład daje Diogenes z Synopy: „Gdy ktoś zauważył: <Wielu z ciebie się śmieje> odpowiedział: <Ale mnie ich śmiech nie dosięga>”(l). Przy czym idzie tutaj o śmianie się w znaczeniu naigrawania się i szydzenia, na które Diogenes potrafi patrzeć z boku. Z kolei tradycja filozoficzna mówi o Arystypie, że gdy pewien człowiek zaczął mu wymyślać, ten szybko oddalił się, a gdy tamten krzyknął za nim: „Dlaczego uciekasz”, Arystyp zawołał: „Albowiem jak tobie wolno mnie lżyć, tak mnie wolno nie słuchać obelg”. (2) Arystyp rozumiał się na dbaniu o niezabrudzanie własnego rozumu.
 
Z jednej strony trzeba baczyć na to, jak używa się słów, z drugiej trzeba dawać sobie możliwość ich swobodnego, płynnego używania - połączenie tych dwóch stron jest rzeczą niełatwą.
 
Mówi się, że słowami można ranić. Jest to jednak mówienie w dużym stopniu przenośne. Słowa nie zranią kogoś, kto sam z siebie nie był podatny na zranienie, często też nadwrażliwy. Ktoś podatny na zranienie i nadwrażliwy poczuje się zraniony czymkolwiek, nawet samym milczeniem. Nie wolno zatracać obrazu priorytetów - rozstrzygające jest ranienie fizyczne. Pamiętali o tym starożytni, gdy ukuli powiedzenie: Verba nullo sunt verbera - słowa nie są uderzeniami (uderzeniami w sensie fizycznym, w ścisłym sensie raniącym). Jeśli ktoś po obrażeniu słowem czuje się tak, jak gdyby ktoś go uderzył czy zranił w sensie ścisłym, to zatraca priorytety związane ze swoim trwaniem i przystosowaniem do życia. Powinien on zastanowić się nad swoją podatnością na ranienie psychicznie i nad swoją nadwrażliwością, a nie poprzestawać na obwinianiu innych osób i na żalu do nich. Zachowanie kogoś takiego jest często zachowaniem unikowym, często przydziela on całą winę innym i wybiela siebie.
 
Sądzę, że wielu ludzi skorych do obrażania się nie rozumie adekwatnie roli języka w ludzkim życiu i kulturze. Słowa są po to, by je produkować w dużej liczbie, by pozwalać sobie na twórcze ich używanie, by spośród wielu słów użytych próbnie wybrać te najtrafniejsze, najbliższe istoty rzeczy. W słowach trzeba „przebierać”, ale niekiedy można pozwalać sobie na „nieprzebieranie w słowach”, gdyż to drugie dopuszcza dużo spontaniczności, która bywa potrzebna nie tylko podczas komunikowania się z innymi.
 
Słowo zawsze jest mniej ważne niż czyn. Cenienie słowa tak samo jak czynu jest pomieszaniem priorytetów (krok dalej, czyli cenienie słowa bardziej niż czynu jest już absurdem szkodliwym dla każdego). Na priorytet czynów zwracało uwagę wielu, by przytoczyć choćby tylko Eurypidesa: „Kto słowem / Zwycięża, zręczny, lecz trwam w przekonaniu, / Że czyny więcej ważą niźli słowa”.(3)
 
Naturalnie, słowa krytyczne, prowokujące czy właśnie obraźliwe mogą prowadzić do czynów, ale nie muszą, nie ma tu związku koniecznego. W większości przypadków nie prowadzą. A jeśli ktoś chce, by nie prowadziły, na pewno nie będą prowadziły.
 
Najczęstszą postacią obrażania się pod względem światopoglądowym jest obrażanie się ludzi wierzących religijnie. Jest tak, gdyż w nastawieniach i przeżyciach religijnych emocje i nieugiętość postaw odgrywają większą rolę niż w innych aspektach światopoglądu.
 
2. Obrażanie się, bycie krytykowanym i bycie prowokowanym
 
Obrażanie się jest ściśle związane z byciem krytykowanym i byciem prowokowanym. Aktorami na scenie omawianego problemu są z jednej strony: obrażający się i ci, którzy obrażają bądź są za takich przez tych pierwszych uważani, następnie: krytykowani i ci, którzy krytykują oraz prowokowani i ci, którzy prowokują (bądź są za takich uważani).
 
Krytykowanie i bycie krytykowanym potrzebne są dość często, zaś obrażanie kogoś i obrażanie się zwykle są niepotrzebne. Jest różnica między tymi ludźmi, którzy odróżniają bycie krytykowanym od bycia obrażanym, wysłuchiwanie krytyki od obrażania się a tymi ludźmi, którzy tego nie odróżniają. Jednak nikomu nie jest łatwo te sytuacje uchwycić a tym bardziej je kontrolować. Jeszcze trudniej jest odróżniać sytuacje obrażania i prowokowania.
 
Chyba prawie wszyscy zgodzą się, że na krytykę posługującą się wiedzą i rzetelnymi argumentami nie należy reagować obrażaniem się. Z kolei, aby podczas krytykowania nie obrażać, nie należy używać wyrażeń silnie zabarwionych negatywnie, wulgarnych, wyrzucających wewnętrzne napięcia krytykującego (co nazywane jest w psychoterapii zachowaniem „acting out”) oraz nie należy używać zdań fałszywych i kłamliwych. Ale naprzeciwko krytykującego bądź obok niego stoi krytykowany, który może mieć silne napięcia wewnętrzne i interpretować wyrażenia tylko krytyczne jako aż obrażające (do tego problemu wrócimy później).
 
Jeśli człowiek, zwłaszcza jego umysł, nie jest poddawany krytyce i twórczemu prowokowaniu, to bardzo łatwo zapada, by użyć zwrotu Kanta, w „dogmatyczną drzemkę”. Dodajmy od razu: ma prawo sobie drzemać, ale gdy tak drzemie, nie ma prawa rościć pretensji do prawdy. Umysł może też zapadać w, znów użyjmy zwrotu Kanta, „dogmatyczne rojenia” - i ma prawo sobie dogmatycznie roić, ale wtedy gdy swojego stanu nie narzuca innym ludziom, poza tym będąc w tym stanie nie może rościć pretensji do bycia odpowiedzialnym.
 
Nie spotykamy ludzi z umysłami wyjściowo czystymi, w każdym jest jakoś zapisana historia jego życia. Pod wpływem słów, zdań pochodzących od innych ludzi i docierających do danego człowieka, jego umysł przepracowuje w dużym stopniu to, co aktualnie słyszy według tego, co wcześniej słyszał, według tego, co dotychczas uwewnętrznił, co w nim do tej pory się osadziło.
 
Trudność z obrażaniem się na kogoś i obrażaniem kogoś w takich sprawach jak religia (czy światopogląd lub ideologia) polega na tym, że przy niejasności istoty i zakresu religii (czy światopoglądu, ideologii) i braku posługiwania się empirią nie ma ścisłej granicy między krytykowaniem i obrażaniem. (W ramach nauki prawie nie ma tego problemu, gdyż opiera się ona na dowodach empirycznych i racjonalnych.) Religia zawiera mit, magię, doktrynę z dogmatami, kult, członków instytucji i części psychik wyznawców. Kształt funkcjonującej w danym czasie religii jest w olbrzymim stopniu efektem jej historii; właściwie nie można jasno oddzielić tego, co jest w religii współczesne od jej historii.
 
To, że nie ma wyraźnej granicy między krytykowaniem i obrażaniem widać po stopniach nasilenia krytykowania. Pod względem nasilenia spotykamy krytykowanie słabe, średnie, silne, bardzo ostre. Dwa ostatnie stopnie łatwo, często i niepostrzeżenie przechodzą w obrażanie.
 
Oczywistością jest, że krytykującemu trzeba stawiać dużo wyższe wymagania rzeczowości, wiedzy, samokontroli itd. niż obrażającemu. Jednak w przypadku tworów historycznych takich jak religia, wymóg ten napotyka na trudność. Jeśli od kogoś krytykującego religię wymagałoby się niemal pełnej obiektywności, zbierania najrzetelniejszych danych i argumentów na rzecz jego tez i tez przez niego podważanych (co nierzadko wymaga wielu lat studiowania dokumentów), zaś przedstawiciele religii poprzestaliby na powtarzaniu swoich mitów, magicznych i wierzeniowych formuł, dogmatów i nie opartych na wiedzy rozstrzygnięć, to krytyka byłaby niemal uniemożliwiona.
 
Drugim, obok krytyki, pojęciem blisko związanym z obrażaniem jest prowokowanie. Jest ono pożądanym zabiegiem, ale wymagającym twórczych i subtelnych umiejętności. Prowokowanie w sensie pozytywnym bądź neutralnym (a nie negatywnym) to:
a) dobitne zwracanie uwagi na coś; dokładniej: rzucająca się w oczy próba spowodowania, aby druga osoba zwróciła na coś uwagę; jest to następnie
b) brawurowe skłanianie kogoś, by zainicjował jakiś ciąg myślenia lub zmienił aktualny kierunek myślenia; jest to też
c) próba skłonienia kogoś, by podjął się rewizji zajmowanego przez niego stanowiska; i wreszcie
d) chęć spowodowania twórczego zamieszania. Prowokowanie, któremu przydaje się przymiotnik „twórcze”, często zawiera spontaniczny śmiech i żart, przemyślaną ironię, niekiedy karykaturę i sarkazm.
 
Prowokowanie w pozytywnym lub neutralnym sensie nie musi i raczej nie powinno być odczytywane jako obrażanie; zaś prowokowanie w negatywnym sensie (czyli z udziałem negatywnych emocji, ostrego i mało kontrolowanego wyładowywania własnych napięć itd.) zbliża się do obrażania lub przechodzi w nie.
 
Prowokowanie kogoś dla pobudzenia jego myślenia lub po to, by ów ktoś przyjrzał się swojemu stanowisku jest potrzebne, z tym zgodzi się chyba każdy. Powstaje przy tym pytanie, czy niekiedy nie jest dopuszczalne umiarkowane obrażanie tych, którzy konsekwentnie stronią od pobudzania swojego myślenia lub niewzruszenie stoją na stanowisku sztywnym i dogmatycznym? Nie ma jasności w tym względzie. Postawmy więc uzupełniające pytanie, co obie strony mogą mieć z takiego umiarkowanego obrażania? Próbując na to pytanie odpowiedzieć, można przypuszczać, że poruszenie czyichś emocji, uczuć, części osobowości być może poruszy myślenie, które bardziej niż do tej pory będzie brać się za dociekanie prawdy, kierować się ku ważnym a dotychczas zaniedbanym wartościom. Takie umiarkowane obrażanie stawałoby się obrażaniem metodycznym (służyłoby przewidywalnemu wpływaniu na czyjeś myślenie). Jednak, powtarzam, prowokowanie w tym sensie jest trudną sztuką używania rozumu i słowa, nie zawsze może być ono dopuszczalne, nie każdy może chcieć je akceptować, każdy ma prawo na nie się nie godzić.
 
Religiom (i nie tylko religiom) powinien przysługiwać w życiu społecznym areał, który jest wolny od czyjegokolwiek obrażania. Jednak czy ten postulat (bądź wymóg) może być stosowany wobec wszystkich religii w tym samym stopniu? Niestety nie. Postulat ten komplikuje się, gdy mamy do czynienia z religiami, o których inni (tj. osoby spoza tych religii) sądzą, że ignorują one naturę człowieka bądź występują (przynajmniej niekiedy) przeciwko niej; o których sądzą, że mają niekorzystne skutki dla procesu samoaktualizacji i współaktualizacji ludzi. Postulat ten komplikuje się też wtedy, gdy osłabienie sztywnej postawy wyznawców religii wymaga krytyki tego, z wiary w co wywodzi się w dużym stopniu sztywna postawa tychże wyznawców. Trudno jest tak ukształtować religie, aby miały w zasłużony sposób coś zupełnie nietykalnego, gdyż religie są tworami ludzi i określonego kontekstu kulturowego (z kolei ludzie są tworem trwającej miliardy lat ewolucji biologicznej - dwa tysiące lat czy dwieście lat temu nie było wiedzy o ewolucyjnym dziedzictwie, dziś mamy na ten temat dość rozległą wiedzę). Ludzie są wysoce omylni, a konteksty kulturowe mogą mieć czynniki powodujące ich omylność. Jednak jeśli tylko widać, że dana religia respektuje naturę ludzką i nie czyni ludziom i innym istotom żywym krzywd, to powinna być ona chroniona przed obraźliwymi uwagami, również przed obraźliwymi uwagami ze strony przedstawicieli innych, konkurencyjnych religii. „Być chroniona” - ale jak? Najlepszą ochroną jest sama struktura religii i wysoka kultura życia społecznego. Religia, która chroniąc się wykorzystuje instrument państwa i prawa, daje wyraz swojej słabości, jednak niekiedy może z niego korzystać.
 
Poza krytykowaniem i prowokowaniem są inne terminy związane z problemem obrażania i obrażania się. Mają one słabsze nasilenie ekspresyjne, merytoryczne i perswazyjne. Są to takie terminy bądź zwroty jak: „tykanie czegoś/ kogoś” (ze swoim przeciwieństwem: „nietykalnością”), „czepianie się czegoś/kogoś”, swobodne, niekiedy niefrasobliwe „wypowiadanie opinii” o innych ludziach i o różnych rzeczach.
 
Weźmy spośród nich do naświetlenia, z konieczności pobieżnego, termin „opinie”. Opinie są wypowiedziami opartymi na myślach, które nie są do końca przemyślane, na skojarzeniach, na subiektywnych postawach, mniemaniach, nie niosą one dostatecznie sprawdzonych informacji. Naturalnie, w życiu społecznym potrzebny jest obieg opinii (między innymi dlatego, że nie jest łatwo mieć od razu sądy bliskie prawdy na jakiś temat). Stosownie do tego opinie są też wygłaszane często. A są one pozytywne, negatywne i neutralne. Jeśli negatywne opinie nie są przedstawiane przez osobę je wygłaszającą jako sądy prawdziwe, jeśli nie niosą z sobą założeń o kwestionowaniu egzystencjalnych podstaw i praw drugiej osoby (tj. nie nawołują do zabijania, ranienia, do zemsty, nienawiści czy poniżania), to mogą być od czasu do czasu wygłaszane i wygłaszający może przyjąć, że inni nie będą się automatycznie na niego obrażać. Bez względnie swobodnego obiegu różnych opinii zamarłoby względnie swobodne życie społeczno-kulturowe. W niejasnych przypadkach ktoś wygłaszający negatywną opinię powinien przypomnieć, że wygłasza tylko opinię, nie zaś sąd pretendujący do prawdy, zaś wysłuchujący powinien ze swej strony upewnić się co do tego. Negatywna opinia mało trafna bądź nietrafna i wyrażona za czyimiś plecami staje się plotką, na którą każdy ma prawo się obrażać, choć powinien starać się nie obrażać.
 
Na krytykę zawierającą sądy pretendujące do prawdy czy prawdziwe, na prowokowanie, na opinie trzeba reagować w zróżnicowany sposób, a nie tak samo czy podobnie.
 
Krytykę pod swoim adresem trzeba dopuszczać, przynajmniej co jakiś czas. Przy czym jasne jest, że nie znaczy to, iż mamy do siebie przyjmować wszystko, co niesie kierowana ku nam krytyka, możemy się przed nią bronić. Gdy ktoś jest często, a zwłaszcza zbyt często krytykowany, to uodparnia się na krytykę, co jest naturalne. Jednak ktoś może uodporniać się na krytykę także wtedy, gdy wcale nie jest ona często na niego kierowana. Co więcej, ktoś może, jak niektórzy wyrażają się, zaimpregnować się na krytykę. Zabieg zaimpregnowania się w życiu psychicznym, społecznym a także religijnym nie jest dobrym zabiegiem – związany jest on m.in. z izolacjonizmem, zbyt dużym projektowaniem własnych przeżyć na świat, no i ze zwykłą gruboskórnością.
 
Obrażanie się może sięgać dalej niż chęć uodpornienia się bądź bycia zaimpregnowanym na krytykę. Bywa ono (piszemy: „bywa”, nie piszemy, że jest zawsze) chwytem służącym obrażającemu się do zatkania ust tym, którzy chcą mu wykazywać, że nie ma racji. Chwyt polega na tym: „Ja mam poglądy, jakie chcę mieć lub jakie uważam za prawdziwe, praktykuję to, co chcę praktykować lub co uważam za dobre, wierzę jak mi się podoba. Nie odpowiada to innym? Inni cierpią na tym? Sądzą, że nie mam racji? A cóż to mnie obchodzi. Jeśli wezmą się za krytykowanie mnie, wytykanie moich błędów, ja odpowiadam: <Obrażacie moje uczucia...> Odstąpcie i dajcie mi pole do mojego ekspandowania w społeczeństwie”.
 
Bardzo obraźliwi są dyktatorzy. Przytoczmy przykład cesarza Antoninusa zwanego Karakallą, który na początku III wieku n.e. miał dokonać egzekucji na obywatelach własnego państwa, mieszkańcach Aleksandrii, którzy wyśmiewali się z niego. Historyk rzymski Herodian pisze: Aleksandryjczycy „lubią powtarzać błyskotliwe opowieści i dowcipy, i w ten sposób obrzucają wybitne osobistości wieloma złośliwościami, które im samym wydają się zabawne, ale są przykre dla tych, co są przedmiotem oszczerstwa; bo z tego rodzaju powiedzeń najwięcej drażniące są te, które odnoszą się do rzeczywiście popełnionych przewinień. Dużo więc takich dowcipów krążyło między nimi [o cesarzu Antoninusie]”. Cesarz obmyślił zemstę. Przybył do Aleksandrii i zaprosił męską młodzież miasta do stworzenia doborowej falangi ku czci Aleksandra Wielkiego. Zaprosił miłymi słowami młodzież do centrum miasta. Ci „zawierzyli jego obietnicom i snując najlepsze nadzieje ze względu na łaski jakie dotąd świadczył miastu, zebrali się”. Wtedy kazał otoczyć młodzież wojskiem i wydał rozkaz ich wybicia. „Podczas, gdy jedni żołnierze zajęci byli mordowaniem, drudzy poza ich obrębem poczęli kopać olbrzymie doły, po czym wlekli i wrzucali do nich padających”.(4)
 
Jest to przykład o przejściu początkowego czucia się obrażonym do czucia silnej urazy i następnie do zemsty. Jednak oczywiście przejścia takie nie są konieczne, zwykle poprzestaje się na czuciu się obrażonym bez silnej urazy.
 

Res Humana nr 3-4/2007, s. 15-19