Ludwika Dorna porachunki z PiS.
Refleksje po lekturze wywiadu-rzeki - Rozrachunki i wyzwania
Autor: Władysław Loranc
Polska – kraj co prawda niewielki lecz zdaniem inteligentów skupionych wokół PiSu szczodrze nasycony znakomitościami. I przekonanie to, zaraźliwe jak katar, udziela się także ludziom Platformy, drugiej prawicowej partii rywalizującej z tą pierwsza o udzielenie właściwej odpowiedzi na pytanie gdzie tych zdolnych, a zarazem przyzwoitych, jest więcej: u nas czy u was?
Dwie panie: Amelia Łukasiak i Agnieszka Rybak opublikowały wywiad-rzekę z panem Ludwikiem Dornem. Wywiad dłuższy niż najdłuższa z polskich rzek. Autorki zwracają w nim uwagę na dwie znakomitości ze zbioru gwiazd klasy najwyższej: „Ludwik Dorn, analityk znakomicie uzupełniający Jarosława Kaczyńskiego znakomitego przywódcę i stratega”. Bohater wywiadu nie oponuje, lecz pamiętając kto stoi na brzegu rzeki i obserwuje zawodników, powołuje się na opinię autorytetu najwyższego, a jest nim Adam Michnik. W 1990 roku skomplementował on twórcę PiS J. Kaczyńskiego słowami: „Stworzyłeś partię z niczego i przeciw wszystkim”. L. Dorn do tych słów dodaje od siebie: „Trudno o większy komplement”. Nie zauważa jednak, że z niczego i przeciw wszystkim można stworzyć organizację taką jak mafia a nie partia. Uznając ten komplement za hołd, a zarazem za dowód jego zasadności, analityk nie potwierdza swych kompetencji. Po kilkunastu latach gry w tercecie „trzech bliźniaków” właśnie on nie miał wątpliwości, że z gwiazdozbioru znakomitości wypadł nie tylko J. Kaczyński, ale i jego brat Lech. Dał temu wyraz w rozmowie z autorkami wywiadu. Na ósmej stronie książki czytamy: „Prezes J. Kaczyński załamał się psychicznie, moralnie, intelektualnie i politycznie pod ciężarem prezydentury swojego brata Lecha Kaczyńskiego (...) całkowicie się wypalił (...) Ta czaszka już się nie uśmiechnie”. Cytat z Szekspira wyjaśnia dlaczego recenzję książki opatruję nadtytułem już zaczerpniętym z dzieła dramaturga, który na polityce znał się jak chyba nikt w światowej literaturze.
W czasie minionym, lecz dobrze pamiętanym, bo więcej wtedy uwagi poświęcano sprawie chleba niż sprawie igrzysk, chętnie opowiadano dowcip: „Jaka jest różnica między jabłkiem a partyjnym działaczem? Jabłko spada, gdy dojrzeje, a działacz dojrzewa, gdy spadnie”. To właśnie przydarzyło się L. Dornowi. Nie zrobił kariery naukowej a z sukcesem budował swą karierę polityczną. Tworzył niewiele znaczące teksty polityczne, ale tkwiły one korzeniami w życiu a nie w literaturze. Pojmował je jednak literacko. O strajkach sierpniowych pisał tak: „Nie potrafią rozstrzelać (to o władzy – WL.) a nie mają dość kiełbasy żeby zapchać żołądki wściekłym ludziom i w ten sposób ich spacyfikować”. Nie interesował się podmiotowością robotników, położeniem chłopów, izolacją inteligencji. Dla Dorna politycznym programem był L. Dorn. Ta ważna cecha postawy doprowadziła go do sojuszu z organizatorami partii Porozumienie Centrum, a później z J. Kaczyńskim, głównym kreatorem „Prawa i Sprawiedliwości”. On przyciąga do siebie ideą powrotu do II RP i przekonaniem, że siłą społeczną dziś zdolną to osiągnąć jest inteligencja. L. Dorn w wywiadzie tak tłumaczy tę ideę: „Druga Rzeczpospolita, która była państwem inteligenckim, związała ze sobą na śmierć i życie naród w całym jego przekroju społecznym. Polskę przed bolszewikami ocalił wcielony do wojska polski chłop”. A wcielał go w kamasze właśnie inteligent. Żoliborska elita zaczęła marzyć o powtórce z historii. Gdy chaos po obaleniu programu „Okrągłego Stołu” otworzył drogę do władzy pogrobowcom endecji, ksenofobom z chadecji i spadkobiercom sanacyjnych pułkowników, gra o władzę skomplikowała się. Główna idea Kaczyńskich, że liczy się naród jako całość a nie poszczególne środowiska „zawisła w powietrzu”. Nabrała znaczenia bezpośrednia walka o władzę. Było się przecież mniejszością, ale z ambicjami na rządy silnej ręki. To L. Dorn zaproponował nazwę nowej partii: „Prawo i Sprawiedliwość”. Jak rozumiano prawo zademonstrował Ziobro przekonując swoich, że dobrze sformułowany zarzut zwalnia od żmudnego i medialnie nieatrakcyjnego udowadniania winy. Jaka ma być s p r a w i e d l i w o ś ć demonstrował M. Kamiński dając swoim pretorianom nagrody w wysokości 150–170 tysięcy złotych, podczas gdy walczący z gangsterami policjant otrzymywał nagrodę 800–1000 złotych.
L. Dorn jeden z liderów partii, także minister i marszałek Sejmu stał się zakładnikiem sytuacji w której rząd był już tylko zbiorowiskiem osób przyjmujących projekty ustaw. „Realne decyzje zapadały gdzie indziej (...) Ten rząd i ta partia nie funkcjonowały” (s. 171). Autor zacytowanej opinii włączył się do gry o reformę państwa. Mówi w wywiadzie: „Próbowałem reformy caratu poprzez przekształcenie go w monarchię konstytucyjną bez detronizacji Najjaśniejszego Pana. I tak przegrałem”. Taktykę pozbawiania go wpływów tłumaczy nadużywaniem argumentów etycznych dla celów politycznych. Pisze: „Jest to ulubiony zabieg pana Kaczyńskiego: powiedzenie, że jeśli się ze mną politycznie nie zgadzasz to moralnie jesteś świnią” (s. 15). Przegrał w starciu ze środowiskiem, którego formy organizacyjne były przecież także jego dziełem. To zabolało i w tym bólu Ludwik Dorn zaryczał!
Dojrzewanie dopiero po upadku nie zobowiązuje do współczucia przegranemu, ale nie powinno się też przejść obojętnie wobec jego skarg, bo są w nich refleksje pouczające, a bywa że ważne. Nie tylko politycy, lecz także wyborcy mogą się dużo nauczyć czytając wywiad-rzekę. Podam jeden przykład. Autor wspomina, że w styczniu 2001 roku powstała PO, a pół roku później zorganizowano PiS. We wrześniowych wyborach 2001 roku niekwestionowanym zwycięzcą była Lewica kierowana przez Leszka Milera. I tu pada ważna konkluzja: „Od 1989 roku nieważne kto dochodził do władzy, w sferze gospodarki i tak rządził Leszek Balcerowicz. Jego koncepcja była realizowana niezależnie od tego czy formalnie był w rządzie czy też nie”. Nasz autor mówi wprost, że tylko L. Balcerowicz wiedział dlaczego jest w rządzie i po co rządzi, a nie wiedział tego już ani Buzek ani Krzaklewski. Dlatego bez znajomości tej książki trudniej rozumiemy o co toczy się walka między dwiema prawicowymi partiami. Trudniej rozumiemy także przyczyny zaostrzenia sporów o politykę obronną. Łatwiej ją analizować nie tylko i nie tyle na tle katastrofy samolotu pod Smoleńskiem, lecz na tle zestawienia z konkluzją, którą Dorn powtórzył w wywiadzie: „Obecnie polskie siły zbrojne są w przededniu likwidacji, która będzie następować w latach 2010–2020” (s. 213). Książkę Dorna z pożytkiem przeczyta każdy kto sądzi, że od rozstrzygnięcia sporu PO czy PiS zależą losy kraju. Od tego nie zależy nasza przyszłość i dlatego zakończę te refleksje w nietypowy sposób. Przedstawię mój punkt widzenia tylko tematem związanym z książką o której piszę.
To, co w Polsce powstało, ma mniej cech ustroju demokratycznego a znacznie więcej cech oligarchii. Warunki w jakich znalazło się społeczeństwo nie uzasadniają użycia określeń typu: „władza ludu” czy „władza narodu”. Lud nie ma władzy, bo nie ma wpływu na ruch kapitału. Narzucono mu spór o IPN a nie rozmawia się z nim o krążeniu kapitałów. Ludzie pracujący nie mają wpływu na ustalenie ceny ich pracy i na ochronę warunków jej wykonywania. Nie są pewni swego bezpieczeństwa. Ich wpływ za pośrednictwem aktu wyborczego jest wątły i krótkotrwały. W statystycznie powszechnym odczuciu obywateli ludzie administrujący państwem polskim w małym stopniu są ich plenipotentami, a w niepokojąco dużym rzecznikami instytucji globalnego kapitalizmu. Wynikających stąd zagrożeń nie równoważy troska państwa o najchętniej cytowane wartości: „Bóg – naród – życie od poczęcia do naturalnej śmierci”. Wartości są tak celowo sformułowane by uzasadnione było doczepianie do Dekalogu jedenastego przykazania. „Gdy zepsuciu ulega cała kultura, moralni przywódcy muszą rządzić narodem wbrew jego woli” – a takie właśnie credo lansują zwolennicy amerykańskiej rewolucji konserwatywnej. W Polsce patrzy w ich stronę przede wszystkim PiS. Dlatego J. Kaczyńskiemu warto przypomnieć, że nawet wartości zwane absolutnymi nie uprawniają nikogo do wyłączenia obywatela z jego praw konstytucyjnych. Jedyną wartością stałą jest człowiek: gdy się rodzi jest wolny, gdy pracuje ma swą godność, solidarny jest z każdym co broni praw innego człowieka. Dlatego podobnie jak L. Dorn odmawiam poparcia zwolennikom „rewolucji moralnej”. Różnię się jednak od niego tym, że popieram SLD. Jest to lewicowa alternatywa. Ma nadal wyborców. Jest siłą jedynie zdolną do zorganizowania oporu przeciw politykom, którzy profesorom zazdroszczą rozumu, robotnikom poczucia godności pracy, a centroprawicowej partii sztuki rozwiązywania konfliktów. Tolerowanie polityki PiS-u zapowiada katastrofę. Realne wyjście jest tylko jedno. Już w wyborach prezydenckich, a zdecydowanie w parlamentarnych udowodnić istnienie lewicowej alternatywy opartej na trzech założeniach: polityka dobrego sąsiedztwa w niepodzielonej Europie, społeczne stosunki w kraju oparte na poszanowaniu godności pracy, ustrój demokratyczny testowany równą szansą obywateli w dostępie do oświaty, kultury i podstawowej ochrony zdrowia. Wyborca popiera każdego, co broni demokracji, ale ten akt polityczny wymaga nie tylko odrzucenia rządów autorytarnych. On wymaga odwagi sprzeciwu wobec oligarchów.
Po prostu trzeba wybierać demokratyczną koncepcję życia, a nie tylko demokratyzm aktu głosowania. A tego nie rozumie Ludwik Dorn, mimo że zdecydował się na bunt wobec Jarosław Kaczyńskiego.
Amelia Łukasik, Agnieszka Rybak, Ludwik Dorn: „Rozrachunki i wyzwania”. Wydawnictwo Prószyński i s-ka, Warszawa 2009.
Res Humana nr 3/2010, s. 9-11