Wobec wyborów prezydenckich - wyzwanie i szansa lewicy
Autor: Jerzy J. Wiatr
Tragedia pod Smoleńskiem wstrząsnęła Polską. Powszechna żałoba połączyła – inna rzecz, że na krótko – ludzi, którzy przed tą fatalną sobotą znajdowali się po przeciwnych stronach politycznego przedziału. Spowodowała, że zdecydowana większość Polaków inaczej spojrzała na dzisiejszą Rosję, która łącząc się z nami w żałobie a zarazem otwarcie mówiąc o zbrodni katyńskiej i jej sprawcach dokonała wielkiego kroku ku pojednaniu obu narodów.
Śmierć prezydenta Lecha Kaczyńskiego postawiła państwo polskie przed poważnym wyzwaniem. Konstytucja 1997 roku, wzorowana w tej sprawie na konstytucji marcowej 1921 roku, czyni Marszałka Sejmu tymczasową głową państwa. Nakazuje mu także wyznaczenie terminu wyborów prezydenckich i to na niezbyt odległy termin – nie dłuższy niż sześćdziesiąt dni od dnia ogłoszenia wyborów, co musi nastąpić w ciągu czternastu dni od opróżnienia się stanowiska prezydenta. Bronisław Komorowski znalazł się w trudnej sytuacji, gdyż nieoczekiwanie stał się równocześnie tymczasową głową państwa i kandydatem najsilniejszej partii w wyborach prezydenckich. Sposób, w jaki pełni obowiązki prezydenta, jest bacznie obserwowany a przez PiS krytykowany zawsze wtedy, gdy nie realizuje on domniemanego „testamentu” zmarłego prezydenta.
Wybory prezydenckie 2010 roku odbywać się będą w innej sytuacji niż ta, której oczekiwano przed smoleńską katastrofą. Zmienił się polityczny i psychologiczny kontekst tych wyborów, zmienił się układ sił.
Wielu komentatorów oczekuje, że najbliższe wybory będą się odbywały w klimacie umiaru i poszanowania przeciwników, czego tak bardzo brakowało polskiemu życiu politycznemu od obu kampanii wyborczych 2005 roku. Chciałbym, by tak było. Polityka jest dziedziną sporu, ale nie musi być przepojona wrogością i nienawiścią. Czy jednak tak będzie?
W pierwszych tygodniach po katastrofie pojawiły się głosy nienawiści. Jej głosiciele chcą z tych trumien zbudować kapitał polityczny. Zdzisław Krasnodębski, Antoni Macierewicz, Jarosław Marek Rynkiewicz i paru innych już w pierwszych dniach żałoby narodowej zaczęli szczuć przeciw tym, którzy różnili się politycznie z Lechem Kaczyńskim i odrzucali politykę Prawa i Sprawiedliwości. Niestety wtórował im Jarosław Kaczyński w liście przesłanym na pogrzeb ministra Aleksandra Szczygły pisząc: „Musimy podjąć tak nagle przerwane ich dzieło. Być może przegramy, być może owoców naszej pracy nie doczekamy, być może nie uda nam się jeszcze tym razem powrót do Polski. Ale musimy dać świadectwo”. Ewa Milewicz słusznie stwierdza, że „jeśli te słowa są przemyślane, jeśli nie wynikają ze stanu emocjonalnego prezesa PiS, to znaczy, że do Polski ze Smoleńska przybywa partia gniewu, łomotu, porachunków” (Gazeta Wyborcza, 23 kwietnia 2010).
Poważni publicyści nie ukrywają, na czym polegały różnice dzielące tragicznie zmarłego prezydenta i jego krytyków. Jerzy Baczyński i Janina Paradowska stawiają kluczowe pytanie „o sens prezydentury w Polsce”, o to, „czy ma być prezydenturą obywateli czy Narodu?” i przypominają, że „pytanie o dorobek tej prezydentury, która do czasu katastrofy miała tak niskie społeczne poparcie, pozostaje” („Pomnik prezydenta”, Polityka, 24 kwietnia 2010). Wybory będą w dużej mierze próbą ocenienia tego rodzaju prezydentury, który prezentował Lech Kaczyński i który stawia nam za wzór jego brat, zarazem szef Prawa i Sprawiedliwości i kandydat tej partii na stanowisko prezydenta.
Kandydat lewicy na urząd Prezydenta RP – Grzegorz Napieralski
Jeszcze niedawno oczywiste wydawało się, że Lech Kaczyński nie ma szans na reelekcję. Wybory czerwcowe pokażą, czy tragedia smoleńska zmieniła nastawienie wyborców. Jarosław Kaczyński stara się uzyskać sukces, który miałby głęboki, polityczny i symboliczny, sens: byłby zwycięstwem zza grobu „prezydenta Czwartej Rzeczypospolitej”. Ma do tego prawo, ale ci, którzy z taką wizją się nie zgadzają, mają niemniejsze prawo przeciwstawienia się tej moralno-politycznej ofensywie.
Jak to czynić najskuteczniej? Niedoszły kandydat centrolewicy Tomasz Nałęcz, dowodzi, że lewica nie powinna wystawiać własnego kandydata, gdyż to rzekomo utrudnia walkę przeciw naporowi PiS. Nie zgadzam się z tym poglądem.
Kandydat lewicy w pierwszej turze nie zmniejsza a zwiększa prawdopodobieństwo zapobieżenia wyborowi kandydata PiS. Gdyby takiego kandydata nie było, część wyborców lewicy albo zostałaby w domach, albo nawet głosowała na Jarosława Kaczyńskiego z tych samych powodów, dla których w 2005 roku Lecha Kaczyńskiego poparli tacy lewicowi politycy jak Adam Gierek i Ryszard Bugaj, to znaczy z uwagi na program socjalny. Gdy do wyborów przystąpił kandydat lewicy, ludzie ci mają na kogo głosować w zgodzie z własnymi przekonaniami. Oznacza to zwiększenie szansy na to, że rozstrzygnięcie nastąpi dopiero w drugiej turze. Wtedy można będzie decydować, kogo i w jaki sposób oraz na jakich warunkach poprzeć. Uważam, że w żadnym wypadku lewica nie powinna poprzeć Jarosława Kaczyńskiego, ale uważam także, że jej poparcie dla Bronisława Komorowskiego – jeśli, co wydaje się najbardziej prawdopodobne, to oni wejdą do drugiej tury – nie może być dawane na kredyt, bez wyraźnych uzgodnień co do tego, jaka ma to być prezydentura. Bez takich uzgodnień w drugiej turze wyborcy lewicy pozostaną w domach.
Kandydatem lewicy jest przewodniczący SLD Grzegorz Napieralski. Ma on poparcie nie tylko własnej partii, lecz także wielu autorytetów lewicy i licznych organizacji społecznych, w tym Towarzystwa Kultury Świeckiej. Młody przywódca SLD wziął na swoje barki zadanie, które miało przypaść Jerzemu Szmajdzińskiemu. Mam wielki szacunek dla tej decyzji.
Niektórzy ją jednak krytykują. Tomasz Nałęcz uważa, że utrudni ona zatrzymanie ofensywy PiS. Nie ma racji, gdyż, jak poprzednio pisałem, w pierwszej turze istnienie lewicowej alternatywy zwiększa – a nie zmniejsza – prawdopodobieństwo tego, że o wyniku zadecyduje dopiero druga tura. Nie ma też racji, gdy ubolewa nad tym, że nie ma wspólnego kandydata całej lewicy. Znalezienie takiego kandydata byłoby cenne, ale wysiłki w tej sprawie czynione rozbiły się o uporczywe domaganie się, by kandydat ten był możliwie daleki od SLD – jedynej rzeczywiście liczącej się partii lewicowej w Polsce.
Włodzimierz Cimoszewicz w wywiadzie, który mnie przykro zaskoczył (Gazeta Wyborcza, 24–25 kwietnia br.), dowodzi, że Napieralski nie jest politykiem dostatecznie dojrzałym. Oczywiście, obecny kandydat lewicy jest o ponad dwadzieścia lat młodszy i nie ma tak imponującego dorobku politycznego, jak były premier, marszałek Sejmu, minister sprawiedliwości a później spraw zagranicznych. Aleksander Kwaśniewski słusznie jednak odpowiada na ten zarzut mówiąc, że „dojrzewanie musi się kiedyś zaczynać”. Przypomnę nadto, że dwadzieścia lat temu, gdy Cimoszewicz oddał lewicy wielką przysługę kandydując – na z góry przegranych pozycjach – w pierwszych powszechnych wyborach prezydenta, był tylko o cztery lata starszy niż Napieralski obecnie, posłem był przez nieco więcej niż rok (a nie sześć lat, jak obecny kandydat) i poza przewodnictwem Parlamentarnego Klubu Lewicy Demokratycznej nie pełnił w przeszłości żadnej znaczącej funkcji politycznej (Napieralski zaś był kolejno wiceprzewodniczącym, sekretarzem generalnym i przewodniczącym SLD). Młodość i brak doświadczenia politycznego nie przeszkodziły w 1990 roku Cimoszewiczowi w zajęciu czwartego miejsca i uzyskaniu wyniku, który był podwaliną późniejszych sukcesów lewicy w kolejnych wyborach. Uzyskane wówczas przez Cimoszewicza niespełna dziesięć procent głosów słusznie potraktowaliśmy wtedy jako sukces, za który my – ludzie lewicy – jesteśmy ówczesnemu kandydatowi lewicy wdzięczni. Pokazał, że lewica liczy się i utorował drogę do znacznie lepszych wyników w kolejnych wyborach. Mam nadzieję, że co najmniej to samo uda się Grzegorzowi Napieralskiemu.
Dla ruchu laickiego wybory są kolejnym wyzwaniem, w którym idzie o upomnienie się o neutralność światopoglądową państwa. Kontrowersyjna decyzja o pochowaniu Lecha i Marii Kaczyńskich na Wawelu krytykowana była nawet w gronie biskupów, a wypowiedzi niektórych dostojników Kościoła Katolickiego po smoleńskiej tragedii, podzieliły go i zraziły wielu wierzących tonem bezkompromisowej walki i potępienia dla tych, którzy nie są entuzjastami „Czwartej RP”. „Żałoba narodowa Kościoła nie scaliła” – trafnie pisze Katarzyna Wiśniewska (Gazeta Wyborcza, 21 kwietnia br.).
Dla ruchu laickiego nie jest obojętne to, że o miejscu wiecznego spoczynku Prezydenta RP decydują nie władze Rzeczypospolitej a władze kościelne. Jest w tym niebezpieczna dla demokracji polskiej symbolika, w istocie niezależna od tego, czy Lech Kaczyński na Wawel zasłużył.
Miejsce naszego ruchu było i jest na lewicy. Jest ona w bardzo trudnej sytuacji, ale nie stoi na straconych pozycjach. Wybory prezydenckie 2010 roku muszą pokazać, że lewica w Polsce nie tylko istnieje, ale potrafi wpływać na to, kto i jak będzie rządził. Dlatego głos oddany na Grzegorza Napieralskiego jest głosem za Polską nowoczesną, otwartą na świat, tolerancyjną, wolną od zacietrzewienia i ideologicznego dyktatu. Za Polską, która jest wspólnym domem wszystkich jej obywateli.
P.S.
W latach dwudziestych dwukrotnie Marszałek Sejmu Maciej Rataj obejmował tymczasowo stanowisko głowy państwa: po zamordowaniu w grudniu 1922 roku Gabriela Narutowicza oraz po wymuszonej przez zamach stanu rezygnacji Stanisława Wojciechowskiego w maju 1926 roku. Wtedy jednak prezydenta wybierało Zgromadzenie Narodowe, co upraszczało procedurę sukcesji.
Res Humana nr 3/2010, s. 6-8