Smoleńsk – ból, pamięć, refleksja
Katastrofa smoleńska, jej skala i symbolika, która wywarła tak wielkie społeczne poruszenie i narodową żałobę, musi stać się czasem poważnego namysłu, refleksji, czasem bardzo trudnej lekcji dla wszystkich, z których muszą też wyłonić się nowe idee i działania, zdolne powstrzymać niszczącą nasze życie wojnę polsko-polską, stan wszechogarniającego i z premedytacją organizowanego napięcia; zdolne przywrócić społeczeństwu wzajemne zaufanie, szacunek i duch porozumienia.
Próbą takiego myślenia o Polsce po smoleńskiej katastrofie są publikowane poniżej teksty, które traktujemy jako zachętę do poważnej debaty o najważniejszych dziś sprawach Polski i Polaków.
Redakcja
* * *
Lekcja smoleńska
Odchodzą w codzienność dni narodowej żałoby, poruszające do głębi słowa psalmów, modlitw i mów przy trumnach zmarłych; wysychają zły, ból i cierpienie po bliskich, którzy zginęli w tej katastrofie. Ale też ten ból trwać będzie nadal, bo zbyt głęboka jest rana jaką doświadczył naród, państwo, nasz polski współczesny czas.
Dlatego po dniach żałoby i w obliczu skali tej katastrofy nie wolno nikomu uchylić się od poważnego namysłu nad tym, co się istotnie wydarzyło, uchylić od pytań bardziej fundamentalnych niż te, które dotyczą technicznych przyczyn katastrofy, od pytania choćby takiego, czy do tej tragedii musiało w ogóle dojść, do tragedii, w której śmierć ponoszą prezydent państwa, najwyżsi dowódcy polskich sił zbrojnych, wiele ważnych osób życia publicznego oraz ci, których krewni spoczywają w Katyniu i którzy z potrzeby sumienia spieszyli tam, aby przekazać swym bliskim świadectwo pamięci?
To pytanie wymaga odpowiedzi, bo od samego początku tego dramatu, u samych jego źródeł tkwił głęboki konflikt, świadomie i cynicznie wniesiony do polskiej rzeczywistości ostatnich lat: konflikt dzielący Polaków na lepszych i gorszych, stygmatyzujący tych, którzy żyli i pracowali w powojennej Polsce, i tych, chodzących dziś w aureoli zwycięzców, którzy tamtą Polskę uznali za antropologiczne zło, z którym trzeba walczyć. To powołanie do walki część z nich przeniosła w nowy demokratyczny czas pod postacią tropienia w nim urojonych wrogów, układów, tworząc konstrukcje, w rodzaju tzw. IV RP, mające uchodzić za świadectwo szczególnych kwalifikacji do nazywania sobie „prawdziwymi Polakami”, prawo do bezwstydnego uzurpatorstwa. I to z tego uzurpatorstwa zrodził się konflikt dzielący dziś polską klasę polityczną i scenę polityczną, przenikający nawet do życia wielu rodzin; konflikt realnych różnic ideowych i politycznych, ale w niemniejszym stopniu także konflikt ambicji. Te ambicje pięć lat temu ujawniły swą niszczącą siłę rujnując, i tak wątłe, najwyższe struktury władzy wykonawczej państwa. Ich przejawem była powtarzana jak mantra retoryka na temat tego, kto jest najważniejszym przedstawicielem państwa, kto jest tym pierwszym sprawiedliwym, tym stróżem cnót dla Polaków najwyższych, w imię których ten pierwszy sprawiedliwy jest ponad wszystkimi i wszystkim, ponad parlamentem, rządem, ponad wszystkim i nie może też nie być wszędzie tam, gdzie uzna, że musi być.
Z mrocznych czeluści tego dramatycznego konfliktu wyłoniła się, jak wiemy, koncepcja nie jednej – zgodnej i odpowiedzialnej w działaniu - polskiej reprezentacji państwowej ma obchody rocznicy zbrodni katyńskiej, lecz dwóch, w odstępie zaledwie trzech dni, reprezentacji na te same obchody w Katyniu. Trzy dni, tylko trzy dni, które w atmosferze rywalizacji i napięcia, okazały się wiecznością dla tak wielu, zarazem ujawniając światu rozmiary polskiego konfliktu, jaki zaplanowano tym razem przenieść na obcą ziemię i tak już skrywającą polski dramat.
Te mroczne czeluści ambicji i różnych politycznych kalkulacji były matką klimatu, który wypełniał pośpiech, wielki pośpiech do celu i wielka towarzysząca temu presja, której nikt nie mógł się oprzeć, także wielu z tych, którzy przekroczyli próg prezydenckiego samolotu rankiem 10 kwietnia, choć zapewne uznawali ten lot zarazem za szczególne wyróżnienie albo przywilej. Nie można wykluczyć, że tę presję i pośpiech, krępujące zdolność racjonalnego myślenia, czuli też ci, w rękach których znajdowały się stery tego samolotu. Może czarne skrzynki ujawnią ten fakt.
Byłaby to istotna przesłanka potwierdzająca potrzebę głębszego namysłu nad katastrofą smoleńską, przesłanka odpowiedzi na pytanie fundamentalne, które tu formułuję i wobec którego w imię prawdy nie wolno uciec nikomu. Takie pytanie i wynikającą zeń konkluzję można już odczytywać ze słów marszałka Bronisława Komorowskiego, gdy w Krakowie, z murów Bazyliki Mariackiej wezwał do zakończenia wojny polsko-polskiej; można zrozumieć z wielu roztropnych refleksji o porządku demokratycznym, który wyklucza wszelkie uzurpatorstwo, wszelkie wynoszenie się ponad służbę społeczeństwu i państwu i który z zasady zaufania i poszukiwania w dialogu tego, co wspólne czyni fundament pomyślności społeczeństwa obywatelskiego. Dodajmy: systemu, który wyklucza filozofię konfliktu jako instrumentu sprawowania władzy i ma siłę, zdolną demontować barykady dzielące społeczeństwa.
To ważne lekcje kwietniowego dramatu pod Smoleńskiem. Ale już widać, że to lekcje nie dla wszystkich, nie dla wielu polityków skrajnej prawicy czy ich najemnych dziennikarzy, także duchownych czy utytułowanych ludzi nauki, a nawet poetów. Oni wszyscy nie poczuwają się do jakiejkolwiek winy, lecz usilnie szukają alibi dla swych złowieszczych przekonań, ukrycia tego, co uczynili, szukają sposobów ocalenia owych czeluści zła, które od lat tworzyli, a dziś nie myślą o niczym innym tylko o tym, aby z tych czeluści czerpać nowe siły do wzniecenia jeszcze większej wojny polsko-polskiej, jeszcze większych konfliktów, jeszcze większej katastrofy. I to wszystko w imię pamięci o zmarłym tragicznie prezydencie, którego w tyle nadzwyczajnym, co zaskakującym społeczeństwo polskie pośpiechu pochowali na Wawelu.
Nie wyprzedzajmy wszelako biegu faktów, bo dynamika życia społecznego i stan świadomości społecznej najczęściej przekraczają ludzką wyobraźnię, także dotkniętych chorą wyobraźnią. Nadchodzi czas realnej próby, realny sprawdzian rzeczywistego stanu polskiego odczuwania i myślenia po doświadczeniu smoleńskiego dramatu. Wybory prezydenckie mogą być pierwszym, doniosłym sprawdzianem tego, czego Polacy pragną, jakiego porządku w Polsce oczekują, jakim wartościom chcą nadać szczególną wagę i sens, po to właśnie, aby odzyskać bez lęku zdolność do odpowiedzi na najtrudniejsze pytania, jakich ostatni polski czas nie oszczędził nam wszystkim. Także odpowiedzi na pytanie o celowość i sens tragicznego lotu prezydenckiego samolotu do Smoleńska.
Zdzisław SŁOWIK
* * *
Niepotrzebna podróż – zmarnowane biografie
O tragedii poinformowano prawie natychmiast. Wydarzyła się nieomal na naszych oczach. Zareagowaliśmy instynktownie, można powiedzieć, że spokojnie i odpowiedzialnie. Nic jednak nie było i nie stało się jasne. Pytanie jak mogło dojść do tragedii, która wstrząsnęła państwem zadano już w pierwszych godzinach i fakt, że pytało tysiące ludzi przedstawicieli wszystkich stanów potwierdza powagę sytuacji. Nie wpłynął on jednak na zrozumienie etiologii katastrofy pod Smoleńskiem. Dopiero dzisiaj, 24 kwietnia przeczytałem w „Gazecie Wyborczej” esej prof. B. Łagowskiego, dla mnie arcyważny dowód, że w Polsce istnieją jeszcze intelektualiści, rozumiejący swe zobowiązania wobec normalnych ludzi. Oni nie kumkają z innymi żabami, lecz myślą wnikliwie, a mówią wprost. Jest ich już niewielu, ale jeszcze są!
Podzielam myśl autora, że właściwym kontekstem do oceny katastrofy jest polityka historyczna realizowana przez PiS i oplatający tę partię bluszcz polityczny. Chcę jednak uściślić, że przenicowanie najnowszej historii nie jest ich celem, lecz wyłącznie środkiem, narzędziem. Prawicy chodzi nie o prawdę historyczną i zrozumienie sensu dziejów Polski w XX wieku, jednak o stworzenie ideologii umożliwiającej powrót do polityki oraz realiów gospodarczych i socjalnych II RP, państwa słusznie nazywanego Polską międzywojenną. Uzupełnienie pozwala mi na aprobatę ważnej myśli zanotowanej w eseju Łagowskiego: „Zdumiewający cynizm z jakim Polacy posługują się Katyniem w psychologicznej wojnie z Rosją nie byłby możliwy gdyby tę zbrodnię brano konkretnie (...) jako fakt zaistniały w określonym miejscu i czasie”. W myśleniu Pisowców Katyń to nie tyle zbrodnia wojenna prawnie nie podlegająca przedawnieniu, lecz symbol o funkcjach sakralnych. Stosunek do niego ma być najważniejszym testem postawy politycznej i moralnej wszystkich uczestników wojny światowej między siłami faszyzmu, zjednoczonymi w sojuszu: „Berlin – Rzym – Tokio”, a siłami demokratycznymi skupionymi w antyfaszystowskiej koalicji, do której w lipcu 1941 roku przystąpiła m.in. Polska i ZSRR. Przyczyną cynicznego stosunku do ofiar Katynia są interesy polityczne prawicy, interesy tak egzotyczne, że wciąż trudne do otwartego przedstawienia społeczeństwa. Słabnącą kondycję kraju i chwiejne samopoczucie Polaków kształtują; zupełny upadek znaczenia programów wyborczych oraz niepokój, iż zawiodły podstawowe zasady polityczne, na których budowano demokratyczne państwo. Przed pięciu laty PiS wystartował po władzę ze zręcznie pomyślaną ofertą: „Państwo solidarne a nie liberalne”. Koalicyjny rząd PiS, LPR i Samoobrony w dwa lata ośmieszył tę ofertę. Po przyspieszonych wyborach rząd koalicji PO i PSL skokietował nas hasłem „Kochajmy się”! Położenie obywateli nieco się poprawiło, ale socjalna kondycja ludzi pracy, powszechne zagrożenie bezrobociem, brak swobody zrzeszania się dla obrony praw zawodowych nie uległy istotnej poprawie.
W konsekwencji walka dwu prawicowych partii o zdobycie pełni władzy nie toczy się wokół rozwiązania przypomnianych problemów, lecz wokół tego, która jest narodowa czyli swojska, a która liberalna czyli obca. Oddzielone tylko trzema dniami, dwie podróże do Katynia dwóch przywódców kraju ujawniły, że walka o władzę karmi się historią a nie realiami socjalnymi i gospodarczymi. Wbrew zasadom na demonstracyjną pielgrzymkę do Katynia prezydent zaprosił całe dowództwo wojska, przedstawicieli wszystkich sejmowych partii politycznych oraz reprezentację tak zwanego państwa podziemnego z lat okupacyjnych, „żołnierzy wyklętych” i rodzin katyńskich, by dla opinii publicznej stała się oczywistą różnica między liberałami z PO, a narodowym obozem PiS, by J. Kaczyński znów mógł powiedzieć „My stoimy tu gdzie patrioci a oni stoją tam gdzie stało ZOMO”.
Tak pomyślane widowisko przerwała straszliwa katastrofa. Nikt jej nie przewidywał, ale w każdym momencie przygotowania widowiska kierowano się nie racją stanu państwa polskiego, lecz interesami tej politycznej partii, której credo zamyka się w cynicznym haśle: „Państwo jest o tyle polskie o ile My nim kierujemy, a jeśli go nie kontrolujemy jest tylko administracją z obcego nadania”. Uczestnicy podróży do Smoleńska stali się zakładnikami tak myślącej, ksenofobicznej partii. Czego uczy nas katastrofa? Jej sens powoli dociera do prostych ludzi, bo odsłaniająca się prawda jest okrutna. Poraziło nas odkrycie do czego prowadzi uparte trzymanie się błędnych diagnoz politycznych. Nasze oczy patrzyły na trudne do zidentyfikowania szczątki dziewięćdziesięciu sześciu ofiar, którzy w większości byli ludźmi szczególnego zaufania. Reprezentowali nasze polityczne interesy, wyborcy każdemu z nich ufali bo wedle deklaracji oni ich bronili. Niekiedy się mylili, ale na ogół liczyli się z nadrzędnością instytucji i zasad, by skutki błędów nie naruszały kondycji państwa. Katastrofa uzmysłowiła nam grozę przyczajoną w fałszywych diagnozach politycznych. Tej prawdy nie okupi się żalem, apelami o „chwilę zadumy”, nie zmyje łzami. Dlatego moje myśli na temat tragicznej katastrofy opatruję tytułem: Niepotrzebna podróż – zmarnowane biografie. Pomysł by kampanię wyborczą pretendenta do powtórnej elekcji rozpocząć od „patriotycznego” widowiska zakończył się katastrofą. Oczywiście ludzie są do zastąpienia, ale świat bez nich, bez ich doświadczenia będzie inny. I zapewne przez długi czas nie będzie lepszy. Słabsza będzie kondycja państwa, niedobre a może wręcz chore będą stosunki między ludźmi. Polityka zawsze rządziła i decydować będzie niepodważalna reguła: nie intencje są ważne, lecz skutki działań. Nie to ma znaczenie, czego chciał polityk zapewniający, że jest najlepszym patriotą (a może jedynym?). Ważne jest to, co mu z jego wyszło. Wyborcy mają więc nie tylko prawo, mają obowiązek powiedzieć temu politykowi: „A jak nie potrafisz nie pchaj się na afisz”!
Władysław LORANC
* * *
Śmierć prezydenta
Śmierć Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego i towarzyszących Mu osób w dniu 10 kwietnia 2010 roku pod Smoleńskiem pogrążyła kraj w żałobie. Prezydent nie był osobą popularną, wątpliwe były jego szanse na reelekcję w planowanych na jesień wyborach prezydenckich, ale reprezentował cały polski naród, był naszym najwyższym przedstawicielem, został wybrany demokratycznie w roku 2005 w wyborach powszechnych i z tego względu zobowiązani jesteśmy, niezależnie od naszych poglądów politycznych, czy naszego osobistego zdania, do najwyższego szacunku. Zginął Prezydent Rzeczypospolitej.
Polacy przeżyli szok – tragiczne zakończenie misji prezydenckiej, śmierć towarzyszących Mu w locie żony, przedstawicieli rządu, parlamentu, najwyższych wojskowych, duchownych obrządku katolickiego i prawosławnego, członków osobistej ochrony i pilotów pogłębiło powszechne poczucie ogromnej straty. Polska pogrążyła się w żałobie.
Żałoba przyjęła nadzwyczajne proporcje – setki tysięcy zniczy po prezydenckim pałacem, pielgrzymki do miejsc związanych z życiem prezydenckiej pary i innych tragicznie zmarłych, dziesiątki tysięcy widzów oddających cześć konduktom przemierzającym ulice Warszawy robiły wrażenie na wszystkich Polakach i zagranicznych obserwatorach.
Niestety, powszechna żałoba szybko przerodziła się w polityczny konflikt.
Kardynał Dziwisz jednoosobowo, łamiąc prawo kanoniczne, zdecydował, że jedynie godnym miejscem pochówku prezydenckiej pary jest Wawel – miejsce spoczynku królów i narodowych bohaterów. Ta decyzja, niewątpliwie wypływająca z pobudek politycznych, podzieliła naród. Szanujemy pamięć Lecha Kaczyńskiego, ale na pewno nie był on bohaterem godnym zająć miejsce w tym samym szeregu, co Kościuszko, Piłsudski czy Jan III Sobieski. Kard. Dziwisz bardzo się pospieszył – wyprzedził oficjalne inne ewentualne propozycje: Katedry Św. Jana, miejsce pochówku Prezydentów RP Narutowicza i Mościckiego, Powązek Wojskowych, gdzie spoczywa Prezydent RP Wojciechowski, czy Świątyni Opatrzności Bożej, która w zamyśle emerytowanego Prymasa, Kardynała Glempa, ma być narodowym sanktuarium i gdzie spoczął ostatni Prezydent RP na Uchodźctwie, Kaczorowski. Było by to dobre powiązanie – Kaczorowski i Kaczyński, podkreślenie ciągłości niepodległej Polski. Ale Kard. Dziwisz wyprzedził jednak swoich konkurentów z Episkopatu, przebił ofertę Wawelem. To, że podzielił naród, nie miało dla niego znaczenia – istotne było przejęcie dusz konserwatywnych, obskuranckich Polaków, których w czasie prezydentury reprezentował Lech Kaczyński i Partia Prawo i Sprawiedliwość pod przewodem jego brata bliźniaka Jarosława.
Lech Kaczyński stanie się ikoną Polski, która odchodzi w przeszłość. Takie są też komentarze prasy zachodniej. „The Economist” w nekrologu z dnia 11 kwietnia 2010 roku pisze; „On był postacią z innych czasów”. Francuski „Liberation” wspomnienie opublikowane w dniu 13 kwietnia 2010 roku, napisane przez Jeana Quatremera zostało zatytułowane „Lech Kaczyński: śmierć reakcyjnego nacjonalisty”. Oba te czasopisma nie należą do lewaków, to stateczne, liberalno – konserwatywne periodyki. Francuzów i Anglików nie obowiązuje w tym przypadku „Efekt Diany” (artykuł prof. I. Krzemińskiego „Zwolennicy prezydenta to mniejszość”, „Rzeczypospolita” z dnia 16 kwietnia 2010 roku) – jej śmierć także wywołała powszechną żałobną histerię nie tylko w Wielkiej Brytanii, ale prawie w całej Europie. Europejczycy, w dobie środków masowego przekazu, przede wszystkim telewizji, lubią uczestniczyć w imprezach masowych, ale szybko o tych ważnych dziś, zapominają, zaaferowani jakimś innym wydarzeniem.
Lech Kaczyński przejdzie do historii, jako współtwórca rządu PiS: reakcyjnego, bigoteryjnego, eurosceptycznego, nieliczącego się z odczuciami większości społeczeństwa, co do wielu osiągnięć czasu PRL, który tworzyli Polacy. Kojarzona z nim i jego bratem lustracja to nagonka na wszelkich inaczej, niezależnie myślących. Stworzenie list proskrypcyjnych rzeczywistych i domniemanych współpracowników Służby Bezpieczeństwa, selektywnie wykorzystywanych, jako narzędzie sprawowania władzy. Współpraca z Ligą Polskich Rodzin – antysemicką, ksenofobiczną partią, której elektorat w końcu PiS przejął, to jedna z najciemniejszych kart historii polskiej polityki.
Tragicznie zmarły Prezydent opierał się na tej części Polski, której znaczenia nie doceniano, a która ciągnie nasz kraj w przeszłość, już nawet nie w XX wiek II Rzeczypospolitej, ale wręcz w czasy szlacheckich szlagonów XVIII wieku, którym nasz kraj zawdzięcza upadek.
Jego niewątpliwą zasługą było uświadomienie nam, jak dużo jest jeszcze do zrobienia, jeśli chcemy, by Polska była pełnoprawnym i rzeczywistym partnerem innych krajów Unii Europejskiej.
Daniel S. ZBYTEK
Res Humana nr 3/2010, s. 1-5