Rozbite „lustro czasu”

Autor: Eugeniusz Kabatc
 

Jerzy J. Fąfara napisał niezwykłą książkę. Poświęcił ją pamięci Józefa Szajny i uwikłał nas, czytelników, w splot wydarzeń, faktów, okoliczności prawdziwych i wyobrażanych nie tylko przez siebie samego, ale i przez bohaterów tej poruszającej opowieści. Tego świetnie napisanego literackiego dyskursu, tej trudnej zarazem epopei o najtrudniejszym czasie wojny i okupacji niemieckiej, czasie obozowym, czasie zagłady i dna.
 
To sam Szajna nazwała tak (Dno) swoją relację o najgorszych latach swego życia. Tamte lata, obozu w Auschwitz, Birkenau, a potem w Buchenwaldzie, opisał w aliterackim skrócie, jakby świadom, że inni - wielu! - zrobili to już i jeszcze zrobią z iście dramatycznym rozmachem i umiłowaniem detalu. Ale to jego powściągliwe świadectwo jest wstrząsające, to „jedna wielka scena zagłady, gdzie króluje zło”. Gdzie, Boże, nie ma już Boga. Toteż powstała ogromna biblioteka książek na ten temat, książek polskich i obcych - straszny zapis masowego mordu i odczłowieczenia człowieka.
 
Józef Szajna, ten wybitny plastyk i twórca światowego teatru awangardowego (o którym Zbigniew Taranienko wydał właśnie w tym samym Podkarpackim Instytucie Książki i Marketingu kolejną swoją książkę), tak naprawdę nigdy nie dołączył ze swoją golgotą do autorów dokumentalnego słowa, dopiero w sztuce znajdując ujście dla swoich zmagań z ciężarem obozowej pamięci, z jej sensem w otchłani ludzkiego losu. „Wspomnienia należą do przeszłości”, pisał, „prawdziwy dramat nie wymaga wielu słów”, „obraz jest wszystkim”. Nie zlekceważył jednak słowa do końca, pisał mało, ale dużo mówił, wyjaśniając, komentując, uzasadniając swój stosunek do sztuki jako przedłużenia życia; wykładał, uczył, kierował ludźmi niczym prorok nowej wiedzy. W ostatnich latach połączył to wszystko - słowo i obraz - w wielką, humanistyczną potrzebę pamięci i pojednania, wyrażając ją w projekcie oświęcimskiego kopca, uwieńczonego swoją rzeźbą „Przejście”.
 
No dobrze, tak można by długo, bo temat jest ogromny, Jerzy Fąfara o tym wszystkim wie, a wiedząc, że nie da się takiego życia zmieścić nawet w najgrubszej książce, wybrał tego życia znaki szczególne i skonfrontował je z własną wiedzą o życiu, pozwalając swojej wyobraźni i pisarskiemu rzemiosłu nadać „rzeczy o Józefie Szajnie” wartość dzieła. Zakładając, że sztuka nie bierze się znikąd, sięgnął do rzeszowskich korzeni artysty, które on pisarz rodem z tego miasta, najlepiej i najgłębiej rozumie. Z panoramicznym rozmachem, lecz ze szczegółami w zanadrzu konstruuje obrazy opowieści wedle pękniętego zwierciadła czasu. Jest to konstrukcja zapożyczona z własnej wyobraźni oferującej współpracę żywym bohaterom tragicznej epopei, ich szczególnej wrażliwości nieustannie zagrożonej niebytem. Pisarz zdobywa się tu na ryzykowny krok osobistego włączenia się w przerysowany puls tego niesłychanego pogranicza być - nie być, na którym najtrudniej sprawdza się człowiek, zapadając zwykle w stan fizycznej i duchowej prostracji. Ucieczka zmysłów przed cierpieniem jest zrozumiała, staje się łaską prawa natury, która potrafi zawiesić ekran ciszy także nad umysłem człowieka. Nie jest to jednak ekran martwy, pojawiają się na nim strzępy przeszłości, kapryśne jak w krzywym zwierciadle, za którym „rzeka wciąż płynie, choć jest już sucha”; rozedrgane obrazy pamięci nie dają się zatrzymać ani na chwilę, wplątują się w szorstką materię realności, pozostają w nieustannym ruchu przestrzeni i czasu. Nic tu nie jest linearne, skojarzenia następują po sobie bez porządku, w bolesnych mgnieniach, przywołują minione lub tylko wymarzone chwile, a te nie dają się skleić w całość, zrywają się jak zleżała filmowa taśma, nie poddają się kontroli świadomości, są ulotne, niedokończone.
 
Szajnowe „dno” życia to nie śmierć, to kres pewnych wartości odczuwanych jako bezwzględność kamienia, zaciskający się mur, miażdżące czas, bez którego nic nie jest sensowne, logiczne, rzeczywiste...
 
*
 
Jak odnaleźć się od nowa w prawdzie? Szajna wydobyty z celi śmierci wraca do rzeczywistości piekła. Gdy kończy się piekło (nie do wiary!), otwiera się przed nim długa droga „życia w sztuce”, droga udręki w zupełnie innym wymiarze. Wszedł na nią „dantejsko” współtworząc ją z Poetą, sam stając się poetą w chaosie świata, choć nikt nie chciał wierzyć, że po Oświęcimiu jest to możliwe. Ta poezja czynu artystycznego niewiele miała wspólnego z pięknem, nie uspokajała bowiem, nie łagodziła cierpienia duszy, przeciwnie, drażniła sumienia, domagając się odpowiedzialności nie tylko za to, co się czyni, ale i za modlitwy człowieka: „zadbaj o siebie”, „umyj ręce”, wołał w porywie moralnego uniesienia. „Za zło na świecie jesteśmy wszyscy odpowiedzialni”. Gdy po raz pierwszy stanął w bramie obozu w Oświęcimiu, nie miał wyboru: w sposób widoczny brama głosiła: „Arbeit macht frei”, w niewidocznym dantejsko uprzedzała: „Przeze mnie droga w miasto utrapienia, (Przeze mnie droga w wiekuiste męki...) Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją” - przekład Edwarda Porębowicza. Nie wiem kiedy mu przyszła do głowy idea „drabiny do nieba”, wiem, że wyrastała z piekła (Mam ją w Warszawie po drugiej stronie ulicy - w ogrodzie Muzeum Narodowego - i nieraz z trwogą przyglądam się jak Duch Męczeństwa pokonuje jej ostatni szczebel: co tam zastanie?).
 
Tę bliskość Dantego w opisie człowieczej historiozofii przejmuje Jerzy Fąfara. To swoje arcytrudne, biograficzne studium o Szajnie poprzedza jako mottem pierwszymi strofami Boskiej Komedii, wyznającymi zagubienie „w życia wędrówce”, „w głębi ciemnego znalazłszy się lasu”. Jego pisarska wizja na tej drodze do piekła wycofuje się na rozległą panoramę młodości artysty urodzonego w ich wspólnym Rzeszowie, nasycając strony opowieści serdecznym ciepłem miasta, przyjaciół szkolnych, młodzieńczych porywów i marzeń, by wybuchem morderczej wojny rozbić czas dojrzewania i doświadczeń kształtujące się dopiero człowieczeństwo najgorszą udręką i poniżeniem. Idzie tu autor tropem swojego głównego bohatera, wciąż otaczając go jednak przyjaciółmi, też pechowymi na swój sposób, gdyż jako jedni z pierwszych trafili oni do obozu, co wydłużając im czas męki, jakoś tam przecież hartowało, uczyło trudnej gry na przetrwanie i ułatwiało pomoc innym. Narrator, za młody na to, by na własnej skórze odczuć okupacyjną a zwłaszcza obozową nieprawdopodobną rzeczywistość, posłużył się relacją bezpośrednich świadków, w porę indagując tych spośród przyjaciół Szajny, którym udało się powrócić z obozowego piekła z życiem. Niewielu doczekało się wyzwolenia, ale i oni patrzyli potem na siebie z niedowierzaniem, jak to się stało, że oni właśnie... wszak wszyscy jednako byli skazani na śmierć. Nieraz do Boga, którego tam utracili, zwracali się z tym pytaniem: dlaczego to nas uratowałeś, gdy inni ginęli jak muchy? Odpowiedź zawsze była podobna: Byście mogli zaświadczyć ludziom w pokoju o bohaterstwie ofiar i nikczemności katów. Więc zaświadczali jak mogli zdewastowanym zdrowiem i wyostrzoną pamięcią - o demonicznym złu tamtego świata i dobru, mimo wszystko uratowanym w człowieku. I o tych tajemnicach nigdy do końca nie zbadanych własnej psychiki, wokół których Szajna krążył nieustannie, także i wtedy, kiedy już „życie zamieniał w obraz, sięgając wciąż - choć czasem broniąc się przed tym - do tamtych przeżyć w bunkrze na bloku śmierci („pomieszczenie bez wyjścia, bez okna, bez powietrza”), gdy oczekiwanie na „rozwałkę” zbliżało go „do spraw ostatecznych”. Mówi potem (w Cervantesie): „Choć byłem już z pętli odcięty, śmierć pozostawała we mnie”. To w akcie samoobrony, wyznał w szkicu „wybory i odniesienia”, podjął próbę wyzwolenia się w sztuce. W każdym zmaganiu się z materią teatralnej rzeczywistości dokonywał wobec bagażu ciężkiej pamięci swoistego rozpakowania (Deballage), potykając się, podnosząc, nieprzerwanie poszukując najbardziej przejmującego, najgłębszego wyrazu dla swoich coraz dojrzalszych filozoficzno-artystycznych idei.
 
Autor książki 18 znaczy żyć (sam Szajna niezbyt poważnie traktował spekulacje kabalistyki cyfrowej wokół swojego obozowego numeru - 18729) zaczyna swój ambitny „portret artysty z czasów młodości” od podwójnego przypomnienia kilku zasadniczych faktów. Otóż gdy Szajna spotyka niemieckiego papieża na terenie byłego obozu Auschwitz pod ścianą śmierci i mówi, że on tu już kiedyś stal skazany na rozstrzelanie, na rozpaczliwe pytanie jak to było możliwe, zdobywa się na odpowiedź, że przed kilkoma laty polski papież otrzymał już był z jego rąk w tej sprawie „wyjaśnienie”: obraz zatytułowany Numer, przedstawiający ukrzyżowany skolażowany obozowy pasiak...
 
„Człowiek zrzuca skorupę czasu i żyje”. Ukrzyżowany - zmartwychwstaje. Pisarz wkracza na teren eschatologiczny odważnie, postrzega zniekształcony gwałtem świat oczami Szajny, z którym próbuje w pewnej mierze utożsamić się, by móc z bliska zobaczyć to wszystko, by móc zrozumieć.
 
(Nie chciałbym włączać się w tak misternie zbudowaną opowieść jako kolejny narrator, kuszony własną pamięcią i wiedzą, rozmowami ucznia z mistrzem, boć wiem, że nigdy nie będą one skończone. Niech się zatem toczy swoim torem ta czuła rzecz o Szajnie, niech nas wzbogaca autorskim słowem, myślą, imaginacją. Wysoko ocenił ten wysiłek sam Mistrz tej swoistej kapituły prawdy, w jednym z listów do autora wołając: „Niech brzmią fanfary dla Jerzego Fąfary!”).
 
Człowiek staje bezradny z wnioskowaniem wobec tak bezwzględnej przemocy, jaką więzień przeżywa w bunkrze śmierci czy potem w karnej kompanii. Ale pisarz, towarzysząc temu losowi, zdobywa się na wiarę, że można jednak odbić się od tego dna upodlenia i męki, by po szczeblach wyostrzonych do granic możliwości zmysłów, żywej pamięci i utajonej wyobraźni wznieść się ku nowemu człowieczeństwu.
 
Wielka siła wewnętrzna musiała tkwić w tym człowieku, wielka siła nadziei wystawionej przeciwko ekstremalnym wyzwaniom, że już wtedy, w najtrudniejszych chwilach swojego życia, wywołał w sobie obrazy i odruchy ku czynom, jakie miały się stać fundamentem jego sztuki. Pisarz pochwycił to w locie i w posępną rzeczywistość obozową wpisał sceny z życia obok, chciałoby się powiedzieć, z życia normalnego, gdyby nie to, że mamy tu do czynienia z bytem raczej demonów w niebie (przyjęcie w domu Hoessów) i anioła w piekle (przykład siostry Marii) niż jakąkolwiek normalnością obozową. Fąfara, pisarz o ogromnej inwencji twórczej, zadbał też o to, by książka miała różnorodne impulsy formalne, by mogła zainteresować wszystkich. (Nie łudźmy się, tylko wszystkich wrażliwych.). Dzięki mu za to. A wydawcy za świetne opracowanie graficzne.

Jerzy H. FĄFARA, 18 znaczy życie, rzecz o Józefie Szajnie. Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu, Rzeszów 2009.
 
 
Res Humana nr 2/2010, s. 44-47