Syndrom katopolo
Autor: Wacław Sadkowski
Przysłuchiwałem się uważnie dyskusji o stanie moralnym społeczeństwa, zorganizowanej m.in. przez Redakcję „Res Humana” w listopadzie ubiegłego roku., zainaugurowanej ważką wypowiedzią prof. Andrzeja Walickiego. Debata owa skupiła się na rozpoznaniu zgroźliwych następstw, które pociąga za sobą zdziczenie obyczajowości politycznej, jakie od dwóch dekad obserwujemy, rewanżyzm i triumfalizm czołowych sił decydujących o klimacie współżycia społecznego w III Rzeczypospolitej. Chciałbym zgłosić do tej debaty - z konieczności ograniczonej do kilku godzin - pewne sugestie uzupełniające, jakie nasuwają się obserwatorowi przypatrującemu się tym zjawiskom przez pryzmat literackich analiz i osądów.
Otóż, w swych błyskotliwych i uderzających dociekliwością analityczną książkach (na szczęście już dostrzeżonych - autor znalazł się w gronie finalistów wysuniętych do nagrody Nike) młody pisarz Ignacy Karpowicz wprowadził w użytek publiczny kapitalne określenie typowej postawy ideowo-moralnej przeciętnego Polaka z przełomu XX i XXI - katopolo, oczywiście nawiązujące do znanego szeroko określenia discopolo. Przywołuję to określenie jako nad wyraz trafne, z wdzięcznością dla jego twórcy, ale nadaję mu treść, za którą już Karpowicz odpowiadać nie musi. W tej mojej wykładni na syndrom katopolo składają się trzy elementy. Pierwszym z nich jest bezrefleksyjny model katolicyzmu obrzędowego, panujący w Polsce od stuleci. Drugim -nacjocentryzm, będący pochodną również prowadzonej od stuleci indoktrynacji, wmawiającej ludziom, iż naród polski jest „przedmurzem chrześcijaństwa”, „Chrystusem narodów”, a następnie nowszej, realizowanej w PRL równie agresywnej indoktrynacji głoszącej, iż tzw. lud jest prawdziwą „solą ziemi”. W końcowym ćwierćwieczu XX. stulecia tezę tę obrócono przeciw jej pierwotnym głosicielom, a właściwie zastąpiono dążeniami do upodmiotowienia owego ludu, jako „siły przewodniej” w demokratycznym modelu polityczno-społecznym. Trzecią częścią składową syndromu katopolo są dziedziczne obciążenia narodowe tym co nazywam „genami pańszczyźnianymi”; pięćset lat pańszczyźnianego ucisku wytworzyło postawę biernego, samoobronnego oporu przeciw przeciążeniu pracą nieprzynoszącą ludziom ani osobistego pożytku ani osobistej satysfakcji wykonującym, podobnie jak w przeszłości, przymusową pracę niewolniczą. Ludzie ci stanowili w końcu XVII wieku 70 procent ludności „Korony i Litwy”, a w najszlachetniejszym i w najwyżej wysublimowanym, kodyfikatorskim wykładzie myśli obywatelskiej owego czasu, w Konstytucji 3 Maja nie ma nawet wzmianki o „stanie wieśniaczym”. W oficjalnej doktrynie politycznej PRL wprawdzie dowartościowywano słownie lud pracujący ponad miarę, ale między ową doktryną a praktyką gospodarczą i polityczną istniał głęboki rozziew.
Jeśli przez pryzmat tego syndromu katopolo przyjrzymy się obyczajowości publicznej panującej u nas niemal niepodzielnie, to zrozumiemy bezsens różnych doraźnych politycznych prób „wydłużania historycznej perspektywy widzenia”. Przeżyłem już kilka takich prób zakłamywania historii polityczną frazeologią; młodość upłynęła mi pod znakiem „rozprawy z ponurym dziedzictwem sanacji”, początek wieku dojrzałego - pod znakiem „naprawiania błędów i wypaczeń” doby stalinizmu - i tak dalej. Rozstawaliśmy się ze stagnacją „naszej małej stabilizacji”, hochsztaplerką „propagandy sukcesu”, a ostatnio demagodzy nie mogą doliczyć się Rzeczypospolitych (choć starcza do tego palców jednej dłoni) i uprawiają wręcz obsesyjną podejrzliwość wobec „układów”. Tymczasem perspektywę widzenia procesu formowania się swoistego „genotypu Polaka” trzeba wydłużyć o lat przynajmniej pięćset.
I wtedy dopiero zrozumiałe staje się to, co inny pisarz współczesny - nieżyjący już nestor XX-wiecznego pisarstwa polskiego, Teodor Parnicki, scharakteryzował formułą „nie wolno, ale można”. Jest to ów „pragmatyczny permisywizm” sankcjonowany przez Kościół: na akt skruchy w chwili spowiedzi zdobyć się łatwo, a „dobra wola poprawy” jest nie do skontrolowania. W praktyce powszedniej grzesznik popełnia swe grzechy notorycznie i równie notorycznie bywa z nich rozgrzeszany. A jeśli dodać do tej praktyki „nieżyciowy” charakter wielu kościelnych norm etycznych np. w sprawie niedopuszczalności rozwodów, nie zawsze egzekwowanych (na wspomnianej na wstępie konferencji dowiedziałem się, że Kościół katolicki w Polsce godzi się na „unieważnienie” dziesięciu tysięcy związków małżeńskich rocznie - co przywodzi na myśl „dziewice konsystorskie” Boya Żeleńskiego) oraz tolerancyjność tegoż Kościoła wobec alkoholizmu (gdzie mu się równać z pryncypiami islamistów) zrozumiała staje się nie tylko hipokryzja, ale dość powszechna schizofrenia, o której mówił Teodora Parnicki. Ludzie wiedzą, że czegoś „nie wolno”, ale w praktyce przekonują się, że jednak „wolno” jakieś czyny popełniać, ulegać „słabostkom” zwłaszcza w imię dobrych stosunków z bliźnimi.
Prof. Szyszkowska i prof. Wiatr mówili na wspomnianej konferencji o konformizmie i karierowiczostwie; tu również przychodzi mi na myśl formuła językowa najtrafniej nazywająca taką postawę: stworzona przez Melchiora Wańkowicza (w polemice z „obrońcami godności Ojczyzny”, jaką toczył we wczesnym okresie swego emigracyjnego działania) nazwa „kundlizm”.
Wezwanie „Kupą, mości panowie, kupą” -jeszcze Sienkiewiczowskie - a w każdym razie przez autora Trylogii utrwalone - przychodzi na myśl, kiedy obserwuje się różne „kampanie”, także ,niestety, kampanie prasowe, w których „ani prawa ważą, ani sprawiedliwość ma miejsce”.
O stosunku do pracy - będącym prostym przedłużeniem zachowań poddanych pańszczyźnianych - jak najmniejszy wysiłek „na pańskim”, jak najwięcej świętowania - nie ma już co mówić. Podobnie jak o wypaczonym pojmowaniu wolności jako wyłącznie swobody osobistej, nieograniczonej żadnymi względami społecznymi, co oczywiście anarchizuje współżycie ludzi.
Co najważniejsze jednak, wszystkie te grzechy główne społecznej mentalności stanowią świetną pożywkę dla kolejnych inicjatyw „uzdrowicielsko-sanacyjnych” podejmowanych przez rzeczników instynktu państwowego, nie poczuciu obywatelskiej współodpowiedzialności, bo to inicjatywy generujące najwyżej zbiorowe psychozy.
Chciałoby się na zakończenie tych wypominków nie tyle strawestować, ile wykorzystać jako wielki pytajnik tytuł studium nieodżałowanej pamięci profesora Bogdana Suchodolskiego, napisanego w latach II wojny światowej i wydanego konspiracyjnie (pod pseudonimem Bolesława Jadźwiny): Skąd i dokąd idziemy?
Autor jest krytykiem literackim; przez wiele lat redaktorem naczelnym „Literatury na Świecie”; obecnie członkiem zespołu naszej Redakcji i wiceprezesem Polskiego Oddziału Stowarzyszenia Kultury Europejskiej.
Res Humana nr 2/2010, s. 30-31