Etyka, moralność i siedem „władz duszy”

Autor: Dionizy Tanalski
 

Nauczyciele, etycy i kapłani uważają, że nauczanie moralności jest konieczne, bo bez niego ludzie nie nabyliby potrzebnej wiedzy o wartościach i nie umieliby, lub nie chcieliby postępować moralnie. (Przysłówek „moralnie” odnosi się tu do postępowania nie wedle jakiegokolwiek systemu wartości, wedle jakiejkolwiek bądź moralności, lecz do postępowania według tej moralności, którą etyk lub moralista uznają akurat za słuszną). Za tym rozumowaniem kryje się przesłanka, że ludzie nauczani moralności będą postępować, lub postępują, zgodnie z nią, zaś nie nauczani nie będą wiedzieli, jak postępować – wobec czego postępować będą bez rozeznania dobra i zła, na oślep, raz dobrze, raz źle, częściej źle niż dobrze, a przy tym nie będą świadomi, że postępują dobrze lub źle. Wszakże ten logicznie poprawny wniosek często, jak wiemy, nie sprawdza się w praktyce, bowiem, po pierwsze, ludzie nie zawsze chcą być nauczani, po drugie, nawet jeżeli chcą, to często postępują niezgodnie z przekazywanymi im wartościami i regułami postępowania.
 
Jest w tym pewien, pozorny raczej, paradoks, który da się łatwo wytłumaczyć, gdy obserwujemy przejście człowieka z wieku dziecięcego w świat dorosłych. Wtedy zaczynamy kierować się w swoim postępowaniu przede wszystkim wiedzą nie tyle nauczaną, co wynikającą z praktycznych życiowych okoliczności, bowiem to one głównie, a nie zawodowa pedagogika i moralizowanie, decydują o powodzeniu w życiu. Kiedy jest się zależnym od, na przykład, pracodawcy (silniejszego ekonomicznie i instrumentalnie niż zatrudniany pracownik), a dodatkowo ma się na utrzymaniu rodzinę, i owa zależność jest warunkiem względnie stabilnej i pomyślnej perspektywicznie egzystencji własnej i rodziny, to wszelkie moralizowanie schodzi przeważnie na plan dalszy. Rozstrzygają warunki bytowe a nie lekcje i wykłady. Dobrze, gdy warunki te harmonizują z przestrzeganiem nauczanych norm moralnych. Wtedy i egzystencja jest jakoś zapewniona, i sumienie spokojne. Lecz, jak wiemy, zwykle harmonii tej nie ma, lecz jest konflikt między wymogami bieżących okoliczności a słuszną moralnością.
 
Nie oskarżałbym łatwo ludzi o hipokryzję, gdy w przymusowych bytowo warunkach odchodzą doraźnie od nauczanej moralności. Wszak przeważnie nie usiłują oni oszukiwać siebie i innych – i my zwykle także nie czujemy się przez nich moralnie oszukani, bowiem wszyscy znamy reguły życiowej gry i cała rzecz dzieje się przy otwartej kurtynie, wobec przytomnej widowni, która zresztą także w tej grze uczestniczy.
 
Czy za to wszystko odpowiedzialni są etycy i moraliści?
 
Gdy nauczają, że krzywdzić i zabijać nie wolno – odpowiedzialni nie są. Gdy zaś uzasadniają owo krzywdzenie i zabijanie – są.
 
Lecz zagadnienie nie sprowadza się do odpowiedzi powyższej, bowiem pytanie zasadnicze dotyczy kwestii odpowiedzialności i „nieodpowiedzialności” etyków i moralistów w „robieniu” historii.
Słowa „nieodpowiedzialność” użyłem nieco przewrotnie, w każdym razie w dwóch znaczeniach: pierwsze odnosi się do swoistej niefrasobliwości etyków i moralistów, gdy uprawiają swój zawód nie bacząc zbytnio na mizerne, a niekiedy okrutne efekty swojej działalności; drugie mówi o tym, że historię i życie codzienne ludzie robią sami nie tyle pod wpływem moralistów, ile pod ciśnieniem bieżących potrzeb lub wykalkulowanych interesów. Etycy i moraliści w tym stopniu, w jakim nie robią historii, nie są za nią odpowiedzialni.
 
1
 
Od czasów Monteskiusz a i Rousseau dominuje w myśli politycznej kanon trzech władz w państwie demokratycznym: ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej. Wcześniej funkcje tych trzech władz pełnił jednocześnie mniej lub bardziej oświecony autokrata świecki (książę, król, cesarz), lub religijny (kapłan, biskup, papież). Współcześnie wymienia się też władzę czwartą – media informacyjne, która wprawdzie nie jest sytuowana w państwie konstytucyjnie, lecz swoją rolę panowania nad poglądami i postawami ludzi, a przez to pośrednio i nad trzema władzami pierwszymi, pełni bardzo skutecznie. Wysuwa się więc funkcyjnie na miejsce pierwsze, wskutek czego powstało, nieznane wcześniej, „społeczeństwo informacyjne”. Lecz i to nie jest pełną listą panteonu władz, bowiem przemożną rolę w życiu współczesnych ludzi, i ciągle chyba rosnącą, grają „władza” piąta – ekonomiczny rynek oraz lawinowo rozwijająca się „władza” szósta – technika, i to te dwie ostatnie właśnie coraz silniej dominują we współczesnym życiu społecznym, a przez to i w poglądach oraz postawach ludzi. Ciągle też istnieje w różnym stopniu władza instytucji religijnych.
 
Naiwny jest już dziś pogląd, że wymienione „władze” pełnią swoje tylko i wąsko pojęte odrębne zawodowe funkcje, poglądy zaś i postawy moralne ludzi kształtują tylko zawodowi nauczyciele, wychowawcy, etycy, kapłani; w rzeczywistości jednak wszystkie te „władze”, mimo swych zawodowych odrębności, pełnią też swoisty „rząd dusz”. Ogólne świadome zarysy swojej aksjologicznej pedagogiki mają władze ustawodawcze, sądownicze i wykonawcze oraz media, nie mają jej zaś ani ekonomiczny rynek, ani technopol, choć ich wpływ na ludzkie „dusze”, czyli poglądy i postawy ludzi, jest bardzo silny, coraz silniejszy – i przeważnie wygrywający w starciu z wpływem „władz” pozostałych.
 
Wprawdzie nie chciał być w XVI wieku „królem sumień” obywateli władca państwa polskiego król Zygmunt II August; w końcu wieku XIX Kościół rzymskokatolicki deklaratywnie zrezygnował z władzy nad „sprawami ziemskimi”, pozostawił sobie tylko „władzę dusz” a władzę nad „sprawami ziemskimi” przyznał państwu – lecz i deklaracja króla, i podział władz na „ziemskie” i „duchowe” nie unicestwiły przecież rzeczywistego wpływu króla i państwa na poglądy moralne i postawy ludzi, a Kościoły nie zrezygnowały, odpowiednio do swych sił, z „władzy ziemskiej”.
 
Gdy obserwuje się siłę pedagogiczną wymienionych „władz” i ich wpływ na kształtowanie się moralnych poglądów i postaw ludzi, to trzeba by uszeregować je tak:
1. ekonomiczny rynek,
2. technopol,
3. media,
4. instytucje prawodawcze,
5. wymiar sprawiedliwości,
6. instytucje wykonawcze państwa,
7. instytucje wychowawcze religijne i świeckie.
 
Największy wpływ na moralną kulturę ludzi mają dwie pierwsze „władze”, przy czym w duecie owym pierwsze skrzypce gra rynek, który decyduje, co ma robić technika, a wraz z nią i nauka. Duet ten podporządkowuje sobie poważne (coraz poważniejsze?) obszary nauki i rządzi światem coraz bardziej, często wbrew powszechnie przyjmowanemu, przynajmniej deklaratywnie, kanonowi wartości: „nie zabijaj!”, „nie krzywdź!”, „nie mów fałszywego świadectwa!”, „czyń dobro!”... itd. Duet ten karmi, odziewa, buduje, łoży na kulturę; ale i zabija, i krzywdzi, i oczernia...! Jest w konflikcie z owym kanonem, choć rzecznicy tego duetu potrafią usprawiedliwić nim wszystko.
 
Najdalej od podstawowego kanonu wartości znajduje się rynkowy sektor militariów, który produkcją narzędzi zabijania napędza też liczne dziedziny nauki oraz inne sektory rynku dostarczające mu swoje produkty. Po zabiciu, zburzeniu, wygłodzeniu, skażeniu i zarażeniu chorobami trzeba bowiem odbudować, nakarmić, oczyścić i leczyć – a to też zadanie rynku.
 
Wprawdzie istnieją etyki zawodowe, między innymi etyka biznesu, lecz nie widać jakoś, aby to ona władała rynkiem zgodnie z jej najważniejszymi wartościami i hamowała, na przykład, produkcję zbrojeniową. Rynek jest z natury odporny na władzę etyki, jego istnienie bowiem zależy od autonomicznego działania ekonomicznych samoregulatorów, a nie od woli etyków i nauczycieli moralności.
 
Rynek, i technopol nie są wynalazcami obłudy i zła. Mają świetnych protoplastów. Lud mojżeszowy po zdobyciu miasta Haj zabił 12 tysięcy ludzi, z kolei Filistyni zabili ponad 30 tysięcy bojowników ludu Jahwe. W pierwszej krucjacie krzyżowcy zabili 20 milionów ludzi, w krzyżowej krucjacie dzieci zginęły wszystkie – 40 tysięcy. A krucjat było osiem. W latach 1478-1810 inkwizycja hiszpańska w imię wartości skazała na spalenie blisko 32 tysiące osób (różne źródła podają różne wielkości). Historycy obliczają, że w zwalczaniu „czarownic” zabito w imię wartości i zasad od 1 do 9 milionów kobiet. W kolonizowanej Ameryce w ciągu 40 lat uśmiercono od 12 do 15 milionów rodzimych mieszkańców. W ciągu 6 tysięcy lat urządziliśmy sobie ponad 10 tysięcy wojen (niektórzy historycy podają liczbę 14 513 wojen). W stuleciach XVII–XX w wojnach europejskich zginęło około 92 milionów ludzi, a w samym wieku XX, według przybliżonych szacunków, zabito w wojnach na świecie 187 milionów osób. (Oczywiście, dane te nie są dokładne, lecz jednak, nawet mimo ewentualnych korekt w jedną lub drugą stronę, dostatecznie wymowne). Podzieliliśmy sobie wojny na „niesprawiedliwe” i „sprawiedliwe”, a niszczące i zabijające naloty NATO na Jugosławię nazwano „wojną higieniczną” i „humanitarną”, w której, poza uzbrojonymi bojownikami, zginęło, „higienicznie” zapewne i w celach „humanitarnych”, od 2 do 5 tysięcy cywilnych osób. W imię wartości zaniesiono wojnę do Iraku i Afganistanu... (Nawiasem mówiąc, w starciach zbrojnych ginie proporcjonalnie coraz więcej cywilów, uzbrojeni bojownicy bowiem są zwykle lepiej przygotowani do obrony, niż ludność cywilna – mogą więc sobie względnie bezpiecznie, „higienicznie” wojować). Szlachetni politycy, znakomici dowódcy wojskowi i ci wspaniali mężczyźni w swoich latających maszynach nie muszą, dzięki wspaniałej technice, zbliżać się nawet na odległość wzrokową do wyznaczonych celów i nie muszą się obmywać z wojennej krwi i brudu zniszczeń. Wykonują regulaminowo swoje zadanie, potem zaś otrzymują, również według troskliwego regulaminu, odpowiednio skomponowany posiłek i korzystają z regulaminowego odpoczynku, by w odpowiedniej porze, syci i higienicznie wypoczęci, znów mogli wykonać kolejne zadanie regulaminowego zabijania. Współczesne maszyny, wymyślane i konstruowane przez wspaniałych mężczyzn, których przecież nauczano o wartościach i normach moralnych, dbają o fizyczną i moralną „higienę” tych wspaniałych mężczyzn celujących i zabijających, a także „higienę” polityków polecających celować (i „przy okazji, niestety” zabijać)! Potem się szlachetnie współczuje.
 
Etycy i moraliści dostrzegają konflikt między deklarowanym kanonem wartości a praktyką i odczytują go jako apel i bodziec do upartego tradycyjnego nauczania w przekonaniu, że nauczanie owo spowoduje zmianę postępowania ludzi bez względu na warunki, w jakich żyją. I nauczają! Od wieków! A im większa jest przepaść między wartościami i normami a rzeczywistością – tym nauczają zajadlej. Z różnym skutkiem – pozytywnym, mizernym, a czasami tragicznym! Także i dla moralizatorów. Sokrates został skazany na śmierć, Konfucjusz w drugim okresie swojego życia utracił poparcie możnych a jego dzieła nakazano spalić, Jezusa ukrzyżowano, Savonarola został spalony, Skargę okrzyczano wichrzycielem, Luter musiał się ukrywać, do Jana Pawła II strzelano. Niektórym wprawdzie się udało: Mojżesz, Jezus, Mahomet, Budda powołali do życia wielkie systemy filozoficzno-religijne (choć Jezus przypłacił to życiem), lecz zwycięstwa te, nawet okupione śmiercią, nie zlikwidowały rozdźwięków między nauczaną moralnością a życiem codziennym. Wielcy nauczyciele i moraliści zawsze są przedmiotem uważnego obserwowania przez tzw. opinię publiczną i przez władze. Gdy konflikt między potrzebami i interesami ludzi lub władz a nauczaną moralnością jest wielki, gdy moraliści z pasją i bezwzględnie głoszą swój moralny radykalizm i wyraźnie psują szyki zainteresowanym, szybko zostają „przywołani do porządku”. Zresztą i sami nauczyciele-moraliści nie byli i nie są bez winy: gdy tylko osiągali możliwość decydowania o losie i życiu ludzi, bywało, że egzekwowali swoje nauki i swoją wolę nawet przemocą i zabijaniem.
 
2

Czy to znaczy, że uprawianie etyki i moralizowanie jest w ogóle niepotrzebne?
 
Myślę, że etycy mogą i będą uprawiać czcigodną akademicką etykę tak długo, jak długo rynek zechce im za to płacić. Lecz nawet najlepsza dla etyków i moralistów perspektywa nauczania nie podważa, moim zdaniem, tezy, że za kulturę moralną społeczeństw odpowiedzialność główną ponoszą ludzie interesu, czyli ci wszyscy, którzy mają najsilniejszy, decydujący wpływ na losy indywidualne i społeczne ludzi.
 
Dominuje tradycyjne przekonanie, że nauczanie i wychowywanie musi odbywać się w oddzielnym procesie pedagogicznym przez oddzielnie pracujących w swoich dziedzinach nauczania nauczycieli i pedagogów, w oddzielnych „przedmiotach nauczania”, wśród których „przedmiotem” także jest etyka nauczana osobno przez etyków. I „przedmiot” ten lokuje się, według swoistej logiki, przeważnie w programach nauczania humanistycznego, czyli tam, gdzie kształci się ludzi, których wpływ na nasze życiowe sytuacje jest przeważnie pośredni i w ogóle słaby, w każdym razie znacznie słabszy, niż wpływ rynku, technopolu i mediów. Adeptom i działaczom tych sfer społecznych etykę podaje się – jeśli w ogóle się podaje – jako przedmiot nie podstawowy, lecz uboczny, dodatkowy, w niewielkim wymiarze godzin, bowiem przecież ich zadaniem nie ma być wychowywanie, lecz produkowanie, zarządzanie, informacja, działalność polityczna itp. – a te dziedziny nie mają, według obiegowych poglądów, z etyką nic wspólnego. „Przedmiot” ten nie jest im, rzekomo, potrzebny w ich zawodach.
 
W takim systemie „produkuje się” wykształconych humanistów, znających i rozumiejących etykę, którzy wszakże w minimalnym stopniu determinują nasze życiowe okoliczności, oraz coraz liczniejsze rzesze ekonomistów, techników, dziennikarzy i polityków, którzy właśnie nasze życie kształtują w stopniu decydującym, lecz którzy są przeważnie, niestety, kulturologicznymi analfabetami nie rozumiejącymi, że to oni właśnie decydują w stopniu przemożnym o życiowych bodźcach kształtujących katalogi wartości jednostek i społeczeństw. Politycy i dziennikarze, którzy odbyli studia politologiczne, socjologiczne czy historyczne, wiedzą co nieco o mechanizmach kształtowania się ludzkich postaw i myślenia (bo tam przeważnie uwzględnia się w programach nauczania „przedmioty” takie jak psychologia, etyka), lecz są oni tak uwikłani w realia ekonomiczne i „gry” swoich zawodów, że efekty owego humanistycznego nauczania pozostawiają gdzieś w dalekim tle swojej działalności. Dla zamazania ewentualnych wyrzutów sumienia, politycy ukuli nawet wygodny dla siebie, zgrabny a nieprawdziwy, aforyzm: „polityka nie ma nic wspólnego z moralnością”!
 
Co powinni więc robić etycy i moraliści?
 
Powinni przede wszystkim uświadamiać ludziom, że głównymi wychowawcami i nauczycielami wartości i norm moralnych są decydenci rynku, technopolu, informacji, a w dalszej kolejności sędziowie, parlamentarzyści i działacze administracji państwowej i publicznej i że to oni, a nie etycy i moraliści, ponoszą główną odpowiedzialność za naszą ludzką moralność.
 
Jaki wniosek wynika z powyższej tezy? - Taki mianowicie, że nauczanie wartości i norm moralnych dotyczyć powinno przede wszystkim (obok nauczania dzieci – co zresztą przeważnie nie rozstrzyga z góry o ich „dorosłej” moralności) tych osób, które najsilniej decydują i będą decydować o najważniejszych sprawach naszego życia, oraz tych nauczycieli, którzy kształcą i będą kształcić osoby aktywne w sześciu wyżej wymienionych „władzach”. I nauczanie to nie powinno odbywać się tylko, jak dotąd, za pośrednictwem oddzielnych przedmiotów nauczania – jak to tradycyjnie bywa, lecz wkomponowane być powinno we wszystkie podstawowe zawodowe przedmioty nauczania jako ich integralna problematyka. I nie o samo wkuwanie wiedzy o wartościach i normach moralnych tu idzie, lecz przede wszystkim o nauczenie osób, które będą lub są aktywne w owych „władzach”, dostrzegania ich decydującej roli w determinowaniu ludzkich losów oraz funkcji moralnej (kulturotwórczej) ich zawodowej działalności. Te bowiem rodzaje działalności ludzi – a nie tradycyjna szkolna pedagogika – wywierają najsilniejszy wpływ na kształtowanie systemów wartości, norm moralnych, na ludzki los i na ludzkie postępowanie.
 
Wymaga to istotnej reformy kształcenia nauczycieli przedmiotów tak zwanych niehumanistycznych na wszystkich szczeblach kształcenia i wychowania. Nauczyciele ci bowiem muszą być świadomi kulturotwórczych i moralnych skutków ludzkich działań w sferach gospodarki, techniki, informacji, polityki – i świadomość tę muszą umieć przekazać swoim uczniom i studentom! Bez takiej wiedzy i bez świadomości swojej misji wychowawczej nawet najdoskonalsi w swoich dziedzinach uczeni i fachowcy będą nadal, tradycyjnie, kształcić nowe kolejne pokolenia doskonałych nawet uczonych i fachowców – lecz zarazem analfabetów pod względem rozumienia ich funkcji kulturotwórczych. A więc – nie można tego niestety wykluczyć – także szkodników i konstruktorów technik krzywdzenia i zabijania. Nich mi zainteresowani tzw. zawodowi niehumaniści wybaczą, lecz ciśnie się tu obrazek przysłowiowej małpy z brzytwą, której używa ona nieświadomie źle.
 
Wymaga to też zmiany nauczania humanistów-etyków. Muszą oni otrzymać elementarną choćby wiedzę o teoriach i realnych mechanizmach ekonomicznego rynku, technopolu i mediów – inaczej bowiem nie będą umieli przekazać adeptom wiedzy o kulturotwórczych i moralnych skutkach ich przyszłych (i aktualnych) zawodowych działań.
 
Jestem o tyle utopistą, o ile decyzje o sposobach wychowania i kształcenia fachowców nie należą, w społecznej organizacji władzy, do etyków i moralistów i dopóki twórczość, dyskusje i apele etyków i filozofów odbywać się będą w ich własnym gronie, bez wpływu na decyzje o kształcie oświaty i studiowania. Dopóki bowiem etycy będą przemawiać do etyków, a ekonomiści do ekonomistów, technicy do techników, a politycy do polityków, dopóki humanistykę uprawiać będziemy tylko lub głównie pośród „humanistów” i adeptów humanistyki, dopóki wreszcie wiedzę etyczną i świadomość moralną krzewić będziemy w oddzielnych przedmiotach nauczania głównie na studiach humanistycznych – czyli dopóki, w istocie, będziemy przekonywać sami siebie o słuszności naszych słusznych poglądów, a „niehumanistów” pozostawimy w spokoju w ich zaklętym kręgu galopujących rynku i techniki – dopóty będziemy się kręcić w kółko w błogim przekonaniu, że mamy szlachetną rację uprawiając naszą akademicką etykę i nauczając moralności tam, gdzie efekty tej działalności są akurat społecznie najsłabsze, zaś tam, gdzie świadomość etyczna i nauczanie moralności są bezwzględnie konieczne – będziemy nieobecni.
 
I nieodpowiedzialni!
 
 
Res Humana nr 2/2010, s. 25-29