Aktualność dzieła Josepha Conrada

Autor: Daniel Zbytek
 

Jądro ciemności Josepha Conrada to arcydzieło literatury światowej, którego wybitne znaczenie dla ludzkiej kultury nie uległo zmianie od czasu opublikowania ponad sto lat temu. Niestety, przesłanie książki jest wciąż aktualne, choć stało się nieobecne w mediach i w dyskusjach politycznych w Polsce i innych krajach europejskich, zaabsorbowanych uwspółcześnioną wersją „misji białego człowieka” na wzór tej, która uzasadniała kolonializm XIX wieku i o której pisał Conrad. Dobrze więc stało się, że Wydawnictwo podjęło się wydania książki w nowym tłumaczeniu.
 
Roi des Belges, statek którym podróżował Conrad wzdłuż rzeki Kongo
 
Dzieło Conrada to opis podróży kapitana Marlowa na rzecznym parowcu, płynącym wielką rzeką wśród afrykańskiej dżungli w głąb tajemniczego lądu. Opis pełni podwójną rolę – jest raz rzeczywistym lądem zamieszkałym przez „Obcych”, ale równocześnie doświadczaniem, które pozwala poznać jednostce ludzkiej samego siebie, a także zrozumieć zachowania innych ludzi, zarówno białych, jak i miejscowych. Mieszkańcy Afryki, początkowo określani jak zwierzęta, stopniowo w narracji Conrada przeistaczają się z istot, tylko zewnętrznie przypominających ludzi, w jednostki, które są takie same jak przybysze z Europy, mające swoje marzenia, idee, ukształtowane wierzenia, którzy cierpią, przeżywają radości i smutki. „...zamustrowaliśmy kilku z nich jako załogę tego rejsu. Porządni ludzie – ci ludożercy – na swoim miejscu. Dało się z nimi pracować i jestem im za to wdzięczny” (s. 54); „najgorsze, co może się przydarzyć, to podejrzenie, że nie są nieludzcy. Pojawia się z wolna. Tamci wyją, skaczą, obracają jak bąki, wykrzywiają przeraźliwie gęby, a sama myśl o ich człowieczeństwie przeszywa dreszczem – człowieczeństwie takim jak nasze”(s. 56).
 
W opisie tym przygody kapitana Marlowe służą autorowi do realizacji podstawowego celu – pokazania kulturowego zderzenia ludzi Zachodu, Europejczyków, z miejscową ludnością. Marlowe jest obserwatorem, ale i uczestnikiem wydarzeń. Jądro ciemności to prezentacja archetypu zła, jakie wyrządził i wyrządza Zachód ludziom na innych kontynentach, wykorzystując swoją przewagę techniczną do bezwzględniej, brutalnej realizacji swoich celów, najczęściej pozyskania naturalnych zasobów – kości słoniowej w czasach Conrada, a ropy naftowej współcześnie. Europejczycy i Amerykanie tylko z tego względu, że posługują się wynalazkami technicznymi, uważają ludzi na innych kontynentach za prymitywnych, choć to najczęściej oni właśnie reprezentują znacznie niższy poziom cywilizacyjny. Współcześnie najlepiej to prezentuje popularny film „Avatar” – choć to kolorowy obraz dla przeciętnego widza i odnosi się do wyimaginowanego świata, jest de facto protestem przeciw agresji osiłków wyposażonych w mięśnie zamiast mózgów.
 
Conrad nie ogranicza się jednak tylko do okazania zła wyrządzanego mieszkańcom Czarnego Lądu. Ukazuje, że sami Europejczycy są nie tylko narzędziami zła, ale i jego ofiarami. Przychodzi tu na myśl Korzenie totalitaryzmu Hanny Arendt (Niezależna Oficyna Wydawnicza, Warszawa 1993), która przedstawia Niemców, jako ludzi „wydrążonych”, pozbawionych jakiegokolwiek poczucia rzeczywistości, gotowych służyć jakiejkolwiek ideologii, która stanowiłaby wytłumaczenie ich bezbarwnej egzystencji, pozbawionej celu i znaczenia. W masowym odbiorze nie tylko religie, ale także i idee Oświecenia stały się tylko pozbawionym znaczenia hasłem, za którym nie kryje się żadne znaczenie, żadne przesłanie. W najlepszym razie służą jako narzędzie uzasadniające praktyki niemające nic wspólnego z ideowym przesłaniem. Agent Kurtz w Jądrze ciemności, najskuteczniejszy zdobywca kości słoniowej dla swoich belgijskich mocodawców, w imię misji białego człowieka” to „wysłannik miłosierdzia i nauki, i postępu (s. 39) która ma przynieść cywilizację Zachodu Murzynom Afryki posługuje się technicznymi zdobyczami Europy do mordowania Afrykanów celem ustanowienia swojej, niczym nieograniczonej władzy.
 
Narrator dojrzewa wraz z czytelnikiem, coraz więcej rozumie, lub zdaje mu się, że rozumie, rozwiewa się mgła fałszywych idei, jądro ciemności odnajduje w sobie samym, w innych ludziach „wydrążonych”, łasych na władzę, pieniądz, kość słoniową, ropę naftową – choć te dobra materialne w miarę upływu czasu przestają mieć znaczenie i stają się tym, czym są w rzeczywistości – towarem, przedmiotem handlu, a prawdziwe znaczenie zaczyna mieć jego pragnienie panowania nad innymi ludźmi, nad światem materialnym i duchowym. „Można też być istotą tak podobłocznie nieziemską, iż jest się całkiem ślepym i głuchym na wszystko, prócz anielskich chórów. Ziemia wówczas jest tylko podpórką dla stóp..” (s. 77). Brutalnie sprowadzają czytelnika na ziemię podsumowujące słowa Kurtza: „Wytępić całe to bydło” (s. 78).
 
Jądro ciemności napisane w roku 1899, dziewięć lat po podróży Conrada wzdłuż rzeki Kongo czerpało z doświadczeń autora w tej, wówczas belgijskiej kolonii, ma niestety wartość uniwersalną. Niestety, bo po dziś dzień, Zachód stara się narzucić ludom innych kontynentów swój system wartości. Ale nie tylko dotyczy to ludzi, którzy różnią się od Europejczyków i Amerykanów kolorem skóry czy kształtem nosa, ale wszelkich innych, których można zadekretować, jako „Obcych”, jeśli będzie taka polityczna potrzeba umożliwiająca zdobycie kontroli nad masami i przejęcia niepodzielnej władzy.
 
Narrator, Marlow, prezentuje sam siebie, jako zwolennik „kontrowersyjnych”, jak to określają jego przełożeni, metod Kurtza. Uważa go za człowieka wyjątkowego, celebrytę, narzucającego swoją, groźną i prymitywną wizję świata innym ludziom, dążący, aby ta wizja stała się obowiązująca, aby została uznana za godną poświęcenia prawdę. Przypomina to współczesne media, opisujące „naszych dzielnych chłopców” walczących z Talibami, niezadających sobie trudu, aby przedstawić racje drugiej strony, albo po prostu zapytać, jaki jest sens zachodniej interwencji w Iraku lub Afganistanie. Dziennikarze, jak Marlow, też tylko zachwycają się współczesnymi Kurtzami, starając się unikać tematów zakazanych i niewygodnych, jak np. liczby ofiar wśród ludności cywilnej. Mimo dążenia do fałszowania realnej sytuacji, mimowolnie, jak Marlow u Conrada, pokazują tragiczną rzeczywistość. „Zgroza, zgroza” to ostatnie słowa Kurtza, gdy w obliczu własnej śmierci pojął istotę swej haniebnej działalności.
 
Autor Jądra ciemności miał jednak pewną dozę sympatii dla swego bohatera – pozwolił mu zrozumieć sens swych działań. Dzisiejsi decydenci polityczni szacują zyski i straty, podobnie jak przełożeni Kurtza doceniali rezultaty działalności swego najbardziej skutecznego agenta – przeliczalne w tonach dostarczanej kości słoniowej. Ale oni coraz bardziej obawiali się skutków jego działalności – wywołanych w imię panowania nad „czarnuchami” wojen międzyplemiennych, wyludniania się olbrzymich obszarów lądu, coraz większego niebezpieczeństwa dla białych czyhającego ze strony miejscowej ludności. Nie mają wyrzutów sumienia, za grosz ludzkiej solidarności, werbalnie tylko głoszonej, jako moralny nakaz wyższej cywilizacji białych. Ludobójstwo uprawiane przez Kurtza widzą jako zagrożenie dla swoich interesów handlowych. Inni biali nie chcą, jak Kurtz, być bogami dla miejscowych, wykorzystywać międzyplemienne animozje, aby dzięki technice, jaką biali dysponują – przede wszystkim broni palnej, prowadzić wojny jednych plemion z innymi, aby szybko się wzbogacić. Opisy działań Kurtza w Jądrze ciemności przypominają wojnę w Afganistanie – plemiona Tadżyków i Hazarów przeciw Pusztunom, lub odwrotnie – zależnie od sytuacji. W Afganistanie przestało już przecież chodzić o walkę z terrorem, Al Kaidą i wszelkimi innymi organizacjami Dżihadu. Mordercy Al Kaidy, którzy zaatakowali 11 września 2001 Nowy Jork i Waszyngton nie byli przecież Afgańczykami – to w większości wykształceni Arabowie z Arabii Saudyjskiej – podobnie jak ich nominalny przywódca, Osama Bin Laden. Oczywiście nikt rozsądny, nawet ze Stanów Zjednoczonych, nie będzie atakował Arabii Saudyjskiej – stamtąd ropa płynie bez przeszkód, a biznesu pilnują miejscowi szejkowie – nie szkodzi, że antydemokratyczni bigoci, wyznający najbardziej skrajny fundamentalistyczny islam wahabitów. Oni są „nasi”, dają nam zarobić i nie przeszkadza im to, że odbywa się to kosztem miejscowych i milionów robotników z całej Azji.
 
Szaleństwo Kurtza i jego naśladowców w XXI wieku, nie dotyczy tylko białych – także i miejscowych. Przywódcy plemienia, z którymi Kurtz podejmował swoje ostatnie wyprawy nie chcieli się pogodzić z jego wyjazdem – on był im potrzebny do zniszczenia odwiecznych wrogów sąsiedniego plemienia. Zarzuca się Conradowi rasizm, gdyż pokazuje czarnych, jako nieokrzesanych ludożerców – ale przede wszystkim on ich pokazuje, jako ludzi – może i kanibali, ale w warunkach dżungli była to normalna praktyka, moralnie nie różniąca się od europejskich praktyk mordowania jeńców czy niewinnej ludności wrogiego państwa. Nie jest również rasizmem ukazanie przywódców plemiennych wykorzystujących przewagi techniczne białych do realizacji swoich celów politycznych. To ten sam świat ludzi wypełnionych pustką, walczących o osiągnięcie chimery – władzy dla samej władzy.
 
Conrad jest bezlitosny w odsłanianiu fałszu w każdej postaci – w ostatnich fragmentach powieści Marlow odwiedza ukochaną Kurtza, gdzieś w Europie, i mówi jej to, co ona chce usłyszeć: „Ostatnim słowem, jakie wymówił, było... pani imię” (s. 119). Czytelnik zna ostatnie słowa Kurtza, ale jego „Wybranka” nie oczekuje prawdy, nie interesuje ją jak żył i umarł jej mężczyzna – on też przez nią został potraktowany instrumentalnie, istotne było spełnienie jej oczekiwań, potwierdzenia samouwielbienia boskiej istoty ukochanej dzielnego bohatera Zachodu.
 
Conrad pokazuje, że ludzie Zachodu wszędzie, w każdych warunkach, pozostają „wydrążeni”, zniewoleni przez fałsz przez nich samych tworzony. Pozostają obcy sobie nawzajem, także ukrywają prawdę przed sobą samymi.
Jądro ciemności, mimo że powstało ponad sto dziesięć lat temu, jest dziś równie aktualne jak było na początku XX wieku. Nie zmieniła się bowiem ludzka kondycja, trwa idea pogardy człowieka dla innego człowieka, poczucie wyższości wobec „innych”, którymi może być ktokolwiek. Mimo dwudziestowiecznych doświadczeń totalitarnych wojen, Holocaustu, „pól śmierci”, gułagów, zawsze znajdują się ludzie, którzy uważają, że są depozytariuszami nadludzkiej mądrości upoważniającej ich do panowania nad innymi ludźmi.
 
 
Joseph Conrad 1920W wydaniu poznańskiego „Vespera” zamieszczony został również esej Przemysława Czaplińskiego przybliżający Czytelnikowi historię powstania arcydzieła i jego odbioru w kolejnych latach – w tym także głosy krytyczne uznające Conrada za rasistę. Rzeczywiście, autor posługuje się słownictwem, dziś uważanym za niepoprawne politycznie: „negry”, „czarnuchy”, „ludożercy” itp. – ale ta krytyka pomija najistotniejszy fakt, że Conrad w tak określonym innym widzi człowieka – używa słownictwa zrozumiałego dla współczesnych mu Europejczyków, aby pokazać haniebne praktyki białych w Afryce. Pogardliwy „czarnuch” to ten sam słownik, jak „Żydek”, „Polaczek”, „kułak”, „fellach” – pozwalający nam, ludziom, co odnosi się za każdym razem do kogoś innego, podkreślić nasz „wyższy” poziom i dystans, jaki nas dzieli o tych, którzy, choć wygadają, cierpią i radują się tak samo jak my a przecież z definicji aktualnie obowiązującej i akceptowalnej powszechnie ideologii, do rodzaju ludzkiego nie należą.
 
Słowa uznania należą się tłumaczowi, Jędrzejowi Polakowi. Udało mu się uwspółcześnić dawne tłumaczenie sprzed kilkudziesięciu lat i w pewnym stopniu przekazać bogactwo języka, jakim się posługiwał Conrad. Conrad, mimo że język Szekspira nie był jego językiem ojczystym, to mistrz języka angielskiego, który zrewolucjonizował sposób przekazu w tym języku, wprowadzając wiele nowych słów lub nadając innym nowe znaczenie.
 
Jadro ciemności to lektura obowiązkowa każdego inteligentnego człowieka, należąca do kanonu powalającego nam zrozumieć szaleństwa ludzkości.
 

Res Humana nr 2/2010, s. 14-17