Choroba incydentalizmu
Autor: Zdzisław Słowik
Nawet nie wymagająca szczególnej bystrości obserwacja polskiego życia publicznego, zwłaszcza politycznego w ostatnim czasie, skłania do przekonania o postępującej incydentalizacji tego życia. Świat bowiem, który oglądamy, o którym słyszymy i czytamy – to świat permanentnego incydentu: niby coś się dzieje, są jakieś spory, wypadki, zdarzenia czy wypowiedzi, lecz są one wszystkie razem po prostu incydentami, wypadkami o niskim, jeśli nawet żadnym stopniu istotności, o wadze odległej od realnej rzeczywistości. Najczęściej występują w maskach, ukrywających ich rzeczywisty cel i sens.
Przyjrzyjmy się tym maskom, ukażmy twarze, które skrywają.
Oto ponownie, w roli zgoła dyżurnej, wskrzesił się teatr widm przeszłości, widm zemsty i odwetu: wyemitowany nieprzypadkowo w porze największej (potencjalnie) oglądalności przez jedynkę publicznej telewizji pseudodokument o Wojciechu Jaruzelskim, prymitywny w swej treści i formie propagandowy paszkwil przypominający najgorsze czasy nieodległej przeszłości, to obliczony z całym cynizmem instrument odbierania społeczeństwu dobrej o Generale pamięci, zrealizowany na polityczny obstalunek tej formacji czy tego politycznego sztabu, który wciąż żyje wizją „IV RP” i wciąż chce tworzyć nową polską historię, obliczoną dziś na użytek reelekcji Lecha Kaczyńskiego. To obrzydliwe praktyki, hałas wielki i toksyczny dym, za który ktoś już zapłacił i zapewne zapłaci jeszcze więcej.
Widmo nieodległej przeszłości wskrzesił też wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie emerytur b. funkcjonariuszy służb specjalnych PRL, także pozytywnie zweryfikowanych przez solidarnościową już władzę. Niezmiernie wnikliwa, jeśli nie miażdżąca krytyka tego niejednomyślnie zresztą przyjętego orzeczenia, przeprowadzona przez publicystkę „Gazety Wyborczej”, nie pozostawia złudzeń: wciąż żywe jest w wielu środowiskach, nawet takich, które tworzą Trybunał Konstytucyjny, myślenie w kategoriach politycznych, a nie w kategoriach prawnych; że dla wielu mijający czas nie wygasza – jak zaleca orzecznictwo Trybunałów Międzynarodowych – sporów z przeszłości, lecz ma te spory wciąż odświeżać, wciąż rozdrapywać zabliźniające się rany.
Jest gorzkim paradoksem, że w tym nieustającym sporze o przeszłość nie oszczędzono całkiem ostatnio życia i dzieła Ryszarda Kapuścińskiego: dziennikarz „Gazety Wyborczej”, Artur Domosławski, w opublikowanej właśnie swej nader ambitnej i budzącej szacunek, co ponad miarę rozwlekłej opowieści biograficznej o autorze Cesarza, nie przewidział, że swymi małostkowymi zgryźliwościami i wieloma bardzo subiektywnymi ocenami, wznieci na nowo spór na temat rzekomo „aktywnej” współpracy Kapuścińskiego z polskim wywiadem, jakby te kontakty, sporadyczne i wymuszane, były jakimś jego śmiertelnym grzechem, zdolnym przekreślić całe życie. Szef inkwizytorów IPN pospieszył już z bliskich mu łamów „Rzeczpospolitej” sformułować przesłanki aktu oskarżenia i zarazem wyroku, które skłoniły autora biografii do potrzebnej i mądrej polemiki z oszczercą. W taki sposób zresztą, jak uczynił to w swej książce o swym „szczególnym przyjacielu, bliskim i nie do końca bliskim”; bardzo bliskim dla tych wszystkich, których w swych książkach uczył mądrzej widzieć współczesny świat.
Życie polskie w świecie incydentalnym wypełniają w stopniu niemniejszym prace sejmowych komisji śledczych. Uściślijmy: nie wszystkich. Dwie z nich: do sprawy wyjaśnienia tragicznej śmierci Barbary Blidy czy sprawy tzw. nacisków, a w istocie – patologii dwuletnich rządów PiS, to prace nad wyraz doniosłe i trzeba prace tych komisji mocno wspierać w ich dążeniu do ujawnienia prawdy i sprawców zła. Inaczej w przypadku prac tzw. komisji hazardowej, fascynującej do granic obłędu wszystkie w istocie polskie media. Bo nie wiadomo do końca dlaczego uczyniły z ordynarnej prowokacji CBA, kierowanego przez jego niedawnego wodzireja, rzecz godną tak wysokiej adoracji, dlaczego dały się wciągnąć w tę fałszywą grę, w ten dobrze reżyserowany teatr złej sprawy.
Widać bowiem gołym okiem, patrząc bez uprzedzeń czy zacietrzewienia różnych sezonowych gwiazdorów tej komisji, na jej realne efekty, że chodzi nie o poważne wyjaśnienie złożonych zresztą spraw funkcjonowania kasyn czy salonów gier hazardowych, lecz o czystą politykę, o to, aby osłabić obecny układ rządzący w obliczu nadchodzących wyborów – prezydenckich, samorządowych i w nieodległym czasie także parlamentarnych. Tak, można zrozumieć PiS i jego gwardię o co toczą swą hazardową grę. Niedawny, poznański zjazd tej partii grze tej nadał rangę programową, w całej jego brutalności, zadęciu i pysze.
W końcu, w poczuciu pewnego zażenowania dodajmy, że w niedobry klimat incydentalizmu wpisuje się do pewnego stopnia wybrana przez PO droga wyłonienia kandydata tej partii w wyborach prezydenckich. Wnosi ona w polskie życie publiczne także rzeczy błahe czy niepotrzebny szum, zakłócający skądinąd ciekawy eksperyment polityczny.
Oto obraz kraju kwitnącej incydentalizacji życia publicznego, kraju masek, które trzeba odsłaniać. Zły to czas dla rozumności, rzeczowości i powagi. I chociaż pojawiają się na tym obrazie rzeczy czy inicjatywy istotnie ważne, to giną pod naporem błahości i miazgi. Czas wyjścia z tego klinczu wszelako się zbliża, choć, sądząc po wszystkim, czeka nas jeszcze wiele straconego czasu i krzywd. Tym bardziej nie wolno zmarnować nadchodzącej okazji, bo czas najwyższy kraj wyleczyć z jego choroby, choroby incydentalizmu.
Res Humana nr 2/2010, s. 5-6