Czy rzeczywiście „wiara religijna daje nam akceptację życia?”

Autor: Zdzisław Cackowski


1
 
Profesor Leszek Kołakowski (Tygodnik Powszechny nr 22/2006), na co zwrócił mi uwagę profesor Jerzy Ładyka („Res Humana” nr 5(84) 2006, s. 13), objaśnia ludzką potrzebę Boga i religii tym, że „życie każdego z nas jest porażką. Nieuchronną porażką”, twierdząc, że „To wiara religijna daje nam akceptację życia”.
 
Moje myślenie na temat źródeł religijności styka się, choć bardzo, ale to bardzo słabo, z myślą, że źródłem świadomości religijnej są ludzkie życiowe porażki. W ogóle ten termin jest najwyraźniej niestosowny, bowiem ludzkie porażki są stopniowalne - od porażek do PORAŻEK, a może jeszcze nieco dalej - do całkowitego załamania się.
 
Porażki: ooo - ppp - ppp - PPP - PPP/C - Z
Ból: ooo - bbb - bbb - BBB - BBB/C - Z
Cierpienie: ooo - ccc - ccc - CCC - CCC/C - Z
Strach: ooo - sss - sss - SSS - SSS/C - Z
 
Czyli, porażka (ból, cierpienie, strach) może być zerowa (ooo), odczuwalna (ppp), dokuczliwie odczuwalna (ppp), bardzo strasznie odczuwalna (PPP), wreszcie odczuwalna tak strasznie, że tylko cud może być nadzieją/NADZIEJĄ (PPP/C) i wreszcie załamanie(Z).
 
Skala, intensywność, dokuczliwość porażki, bólu, cierpienia, strachu nie zależy wyłącznie od treści porażki, bólu, cierpienia, strachu. Dokuczliwość tych negatywnych doznań zależy od tego, na ile skutecznie człowiek jest w stanie im przeciwdziałać. Dokuczliwość zerowa nie wymaga przeciwdziałania, nie stwarza problemu czy problemów. Dokuczliwość mała (ppp, bbb, ccc, sss) może albo wzbudzać działanie - przeciwdziałanie, albo - niekiedy - nie. Dokuczliwość mocna (ppp,...) woła o przeciwdziałanie i gdy ono jest, gdy człowiek jest w stanie tej dokuczliwości przeciwdziałać skutecznie (choćby częściowo skutecznie), to wówczas ta dokuczliwość nie rośnie, nie potężnieje. A kiedy człowiek wobec tej mocnej dokuczliwości jest bezsilny, gdy jest wobec niej całkowicie BEZSILNY, wówczas owa dokuczliwość potężnieje, stając się BÓLEM, CIERPIENIEM, STRACHEM/TRWOGĄ. Wtedy ludzie wobec takiego BÓLU/CIERPIENIA połączonego z całkowitą wobec niego BEZSILNOŚCIĄ stają wobec dwóch tylko możliwości: mogą wtedy liczyć na CUD (mieć NADZIEJĘ) albo się załamują (Z). Potrzeba CUDU/NADZIEI rodzi się tam, gdzie w cierpieniu nie ma żadnej (ludzkiej!) nadziei.
 
Uważam, że religia jest formą kultury najbardziej nasyconą cierpieniem ludzkim. Zgadzam się z tezą Miguela de Unamuno, że Kościół to miejsce zbiorowego płaczu, co można by też zastąpić formułą, że religia jest zbiorowym płaczem, choć ten płacz jest w wielu religiach ukrywany głoszeniem CHWAŁY, CHWAŁY, CHWAŁY. Ważny tu jest i płacz i płacz zbiorowy.
 
Trzeba więc, koniecznie trzeba, co jest wymogiem elementarnym (bez czego grożą nam frazesy), odróżniać od siebie porażki, to znaczy porażki i PORAŻKI. Istnieją bowiem, jak przed chwilą stwierdziłem, porażki (nieodłączne od ludzkiego życia) oraz PORAŻKI totalne, gdy można liczyć tylko na cud albo się załamywać i iść na druty z elektrycznością (jak bywało w Auschwitz).
 
Zatem, w każdym obszarze ludzkich doświadczeń przykrych, czyli takich, które wymagają odpowiedniego działania, to znaczy przeciwdziałania, mamy do czynienia z doznaniami różnego stopnia. Ból może być bliski zera, może być większy, może być bardzo duży i wreszcie może być straszny - BÓL. Przy czym owa skala bólu nie zależy wyłącznie od samego bólu. Zależy ona od formy i perspektywy jego pokonywania. Podobnie jest z cierpieniem: cierpienie nikłe - cierpienie dokuczliwe - duże cierpienie - CIERPIENIE. Znowu tutaj podkreślam, że miarą bólu i cierpienia jest jego iloczyn z perspektywą skutecznego przeciwdziałania, a skok jakościowy między jednym i drugim tkwi w perspektywie ludzkiego przeciwdziałania oraz braku takiej perspektywy, kiedy (choć nie zawsze) rodzi się NADZIEJA (różniąca się istotnie od nadziei) na ratunek pozaludzki, cudowny. Podobnie ze strachem: lęk nikły - lęk dokuczliwy - duży lęk (strach) - STRACH. Stopniowalność bólu, cierpienia, strachu zależy istotnie od tego, czy ludzie dysponują środkami przeciwdziałania czy też nie dysponują. Czyli, podstawowe rozróżnienie bólu, cierpienia i strachu wiąże się z BEZRADNOŚCIĄ czy też z ZARADNOŚCIĄ.
 
Konkluzja po tym, co wyżej napisałem, polega na tym, że słowo „porażka”, bez analizy jego zróżnicowanej treści, zwłaszcza bez analizy jego powiązania z możliwościami ludzkiego przeciwdziałania, nic ale to nic nie znaczy dla analizy religijności.
 
2
 
Podstawowym napędem ludzkiej aktywności jest ból, cierpienie i strach. Owszem, ludzie działają także w imię spełniania pięknych, wzniosłych, wspaniałych zamiarów. Sądzę jednakże, iż większą część swojej energii ludzie zużywają na przeciwdziałanie zagrożeniom. „Cokolwiek by nam nie opowiadano, istnieje na całym obszarze Wszechświata, w całej przestrzeni Bytu, jeden jedyny element okropny, niemożliwy, nie do przyjęcia, jedna jedyna rzecz naprawdę i absolutnie przeciwna nam, a miażdżąca: ból. Na nim, na niczym innym, oparta jest cała dynamika istnienia. Usuńcie ból, a świat stanie się obojętny…” (Gombrowicz, IX, s. 232/233).
 
Człowiek (i jako jednostka, ale nade wszystko jako zbiorowość, jako wspólnota) prawdopodobnie więcej energii zużywa na przeciwdziałanie (przeciwdziałanie zagrożeniom, także przez siebie dla siebie tworzonym) niż na działanie, na realizację pozytywnych dla siebie celów, zamiarów (zob. Cackowski, 1981). Z tą suponowaną przeze mnie przewagą przeciwdziałania nad działaniem (czego najwidoczniej wymaga nasz świat. Warunki egzystencji w nim) wiąże się najwidoczniej niezwykle ważna konstatacja znanego neurologa amerykańskiego, Antonio Damasio: „Trudno sobie wyobrazić, by jednostki i społeczności, kierowane w równym lub większym stopniu szukaniem przyjemności niż ucieczką przed bólem, mogły w ogóle przetrwać. Niektóre zjawiska społeczne, które obserwujemy w coraz bardziej hedonistycznej kulturze, potwierdzają tę tezę. Dalszego wsparcia dostarczają jej prace moje i moich kolegów na temat neuronowych korelatów różnego rodzaju emocji. Zdaje się, że istnieje znacznie więcej zróżnicowanych emocji negatywnych niż pozytywnych, i oczywiste jest, że przetwarzaniem emocji negatywnych, i pozytywnych zajmują się inne systemy mózgowe. Być może podobne przemyślenia snuł Tołstoj, pisząc na początku Anny Kareniny: „Wszystkie szczęśliwe rodziny podobne są do siebie kropka w kropkę; każda zaś rodzina nieszczęśliwa jest nieszczęśliwa na swój własny sposób”. (Damasio, s. 296). Słowem, nieszczęście w naszym świecie jest bogatsze od szczęścia, zagrożenia bogatsze od oddziaływań korzystnych, w związku z czym przeciwdziałanie zagrożeniom jest ważniejsze od działań pozytywnych, na co zwracał także uwagę Konrad Lorenz w swej książce Tak zwane zło, wykazując, że agresja w świecie zwierzęcym (więc chyba i w ludzkim) jest koniecznym elementem aktywności życiowej. Agresja, aktywne, także uprzedzające, przeciwdziałanie bólowi, cierpieniu, lękowi. Istota pozbawiona czy pozbawiana takiego nastawienia, pozbawiana jest elementarnych dyspozycji życiowych.
 
3
 
Duchowość cudowności a duchowość rozumności. Pisałem już nie tak dawno na łamach „Res Humana” (Nr 4-5/2005) o duchowości cudownościowej (religijnej) oraz o duchowości rozumnościowej. Teraz wracam do tej sprawy, wracam w nieco innej formie oraz w nieco innym kontekście.
 
Człowiek zawsze i ciągle żyje w dwóch światach: w świecie cierpienia i BEZSILNOŚCI wobec niego (w świecie cierpienia i niemocy) oraz w świecie cierpienia połączonego z ludzką skutecznością (mocą) przeciwdziałania cierpieniu.
 
Jeden z tych dwóch światów, świat ludzkiej mocy, to ten obszar świata, w którym i z którym człowiek sobie radzi, wobec którego jest skuteczny swoim przedmiotowym działaniem. Zasadniczo skuteczny, a nie skuteczny absolutnie, bo i w tym świecie (w tym skrawku świata) mogą się zdarzać, i zdarzają się nader często przykre zaskoczenia. Nieco inaczej: każde skuteczne działanie (także myślenie) jest skuteczne tylko w pewnym obszarze, poza którym ta skuteczność się kończy...
 
A oto drugi świat, czy też - lepiej - drugi obszar ludzkiego świata, czyli obszar ludzkiej bezsilności, bezsilności ludzkiego działania przedmiotowego w obszarach o szczególnym znaczeniu dla człowieka. Bezsilności wtedy i tam, gdy i gdzie skuteczność jest wręcz konieczna, dramatycznie konieczna - w bólu i cierpieniu. Gdy pod Troją wojsko greckie masowo padało, to nie dało się zastosować skutecznego działania przedmiotowego, do którego dzisiaj by się odwołano: badania żywności i usunięcie z niej ewentualnych toksyn, szukanie infekcji bakteryjnych i przeciwdziałanie im na przykład antybiotykami. Wtedy takie postępowanie było niemożliwe, czyli rzeczowe przeciwdziałanie pomorowi wojska było poza obszarem mocy ówczesnych ludzi. Ale wszak znaleziono „przyczynę” nieszczęścia w gniewie Apollina (zastępcza lokalizacja źródła zagrożenia i nieszczęścia), w gniewie sprowokowanym winą Achajów wobec Apolinowego kapłana; „przyczyna” więc nieszczęścia była w obszarze zastępczym, do którego nie sięgała moc ludzkiego działania przedmiotowego, ale mogły sięgnąć działania symboliczne, znakowe, ofiarnicze, przebłagawcze.
Nakładanie się na siebie tych dwóch światów i przeplatanie się ich ze sobą najwyraźniej widać w dziejach ochrony zdrowia. Obrazem tych dziejów są dwie sinusoidy przesunięte względem siebie o całą fazę: jak medycyna górą, jak jej skuteczność ewidentnie rośnie, wówczas spada liczba cudownych uzdrowicieli, i odwrotnie - im gorzej ze skutecznością medycznej ochrony zdrowia w jakiejś wspólnocie ludzkiej, tym więcej bogów uzdrawiających, uzdrawiających świętych, znachorów-cudotwórców, słowem - tym więcej cudów. Tak było zawsze, i tak jest ciągle. Ten drugi świat, to świat (znowu rzecz ujmuję skrótowo i symbolicznie) cywilizacji gromnicy, albo cywilizacji świętej Apolonii.
Tu, w tym obszarze ludzkiego cierpienia i bezsilności też się rodzi i rozwija duchowość, ale innego rodzaju niż duchowość (intelektualność) świata ludzkiej mocy. Temu światu towarzyszy duchowość cierpienia i BEZSILNOŚCI - duchowość NADZIEI (nie nadziei), i – w perspektywie - TRANSCENDENTNEJ ZALEŻNOŚCI.
 
...Nasz dzisiejszy świat też jest dwoisty, bo są w nim obszary dostępne ludzkiemu skutecznemu działaniu (świat to „widzialny”), ale i obszary „niewidzialne”, to znaczy miażdżąco na ludzi działające, a ludzkiemu skutecznemu działaniu się nie poddające - świat „niewidzialny”.
 
Oto Salman Rushdie pisze („Wprost”, 28.10.2001) o Nowym Yorku jako „bijącym sercu widzialnego świata”: „Tej świetlanej stolicy widzialnego siły niewidzialnego zadały straszny cios. [...] Teraz musimy sprawić, by rana nie okazała się śmiertelna. By świat tego, co widzialne, zatriumfował nad tym, co otoczone tajemnicą, dostrzegalne tylko przez skutki swych okropnych czynów”. Bardzo to ciekawy i mądry język. Ale trzeba zauważyć, że w ogóle wielkie ludzkie klęski na tym właśnie polegają, że są skutkami niewidzialnego, nieuchwytnego, „duchowego”. Ogrom ludzkich klęsk na tym właśnie polega, że ich sprawstwo jest niewidzialne, bo nieuchwytne dostępnymi ludziom środkami. I stąd ogrom ludzkich klęsk skutkuje wyobraźnią niewidzialnego, nieuchwytnego, „duchowego”. Skutkuje on także lękiem przed tym niewidzialnym oraz kultem wobec NIEGO? Za tym lękiem i za tym kultem idzie, jako ich dalszy efekt - magia, kultura skuteczności (NADZIEI skuteczności) działań znakowych.
 
Kultura średniowiecza była ze swej istoty cudownościowo-religijna, magiczno-czarownicza. I z powodu tego magicznego nastawienia ludzi średniowiecza w tamtych czasach „każdy uczony jeśli był odrobinę za sprawny, ściągał na siebie podejrzenie o czary. Jest to nastawienie dokładnie przeciwstawne naszemu. My zastanawiamy się nad tym, jaką technikę ukrywa magik, a człowiek średniowiecza zadawał sobie pytanie, jaką magię ukrywa technik. Stąd niezbędność, z religijnego punktu widzenia, nadzoru nad uczonymi: w sprawy „naukowe” zawsze musi być zamieszany diabeł” (Minois 1995, s. 164).
 
4
 
Wedle Leszka Kołakowskiego „To wiara religijna daje nam akceptację życia”, życia z „nieuchronną porażką”. Sądzę, że racja tego Autora jest bardzo ograniczona, ograniczona do życia z bólem i cierpieniem, wobec których ludzie są bezradni, a ratunek znajdują w wierze, w wierze w cuda, w czary, a życie liczące tylko na cuda i czary. Ale czy to jest życie? Wiara nie daje tutaj akceptacji życia, lecz oferuje życiu - wcześniej i niezależnie od wiary akceptowanemu - ratunek, albo dokładniej - pseudoratunek, ratunek po życiu, ratunek przeciwstawiany życiu.
 
...Katecheci nauczali, że Boga przede wszystkim trzeba się bać. „Szczęście człowieka na ziemi polega - pisał święty Bernard - na lękaniu się Pana...” (s. 425). Modlić się do Boga trzeba z drżeniem, z lękiem, takie zalecenie upowszechniano jeszcze około połowy XVIII wieku. Ten obraz groźnego Boga pociągał za sobą „usunięcie śmiechu z życia chrześcijańskiego”, wszak Chrystus „nigdy się nie śmiał”. Tak też sądził Bossuet, choć nie tylko on (s. 425 i 426). Tu wręcz narzuca się apel, aby Czytelnik przypomniał sobie albo przeczytał „Imię róży” Umberto Eco.
 
„Duch tego zalecenia jest oczywiście przeciwny duchowi encykliki Jana Pawła II, noszącej znamienny tytuł Bogaty w miłosierdziu swoim Bóg (Dives in misericordia), gdzie papież stwierdza między innymi: „W ten sposób miłosierdzie jest poniekąd przeciwstawione sprawiedliwości Bożej, okazuje się zaś nie tylko w tylu wypadkach potężniejsze od niej... ale także głębsze... Miłość niejako warunkuje sprawiedliwość, a sprawiedliwość ostatecznie służy miłości”. Te słowa Jana Pawła II są znakiem prawdziwego zerwania z długą i przytłaczającą tradycją „augustyńską” (s. 425). Ale do tezy Jeana Delumeau, że cytowane słowa Jana Pawła II „są znakiem prawdziwego zerwania z długą i przytłaczającą tradycją „augustyńską”, mam pewne istotne zastrzeżenie: Wszak Jan Paweł II nie wyrzekł się Boga z piekłem („Przekroczyć próg nadziei”, gdzie piekła broni wprawdzie łagodnie, ale broni go stanowczo), a Bóg z piekłem, to Bóg „augustyński”, Bóg niemiłosierny.
 
A jeszcze przy tej okazji warto się zastanowić nad warunkami i formami przemian istoty Boga. Bóg Starego Testamentu jest Bogiem surowym, mało powiedzieć surowym, jest Bogiem wręcz okrutnym - karzącym ludzi śmiercią bodaj za najmniejsze przewinienie, za najmniejsze nieposłuszeństwo, a nade wszystko za niewłaściwą wiarę. Bóg chrześcijański przez ponad 15 stuleci (od Augustyna aż do XX wieku) to Bóg podwójnie surowy, dokładniej – podwójnie okrutny. Podwójnie, bo - po pierwsze - Jego przedstawiciele czyli ludzie Kościoła karzą swoich wyznawców i nie tylko wyznawców tu na ziemi surowymi karami, często karą śmierci (stosu!), a trwało to aż do XVII wieku włącznie. Po wtóre zaś ten Bóg karze ludzi pośmiertnie, karze piekłem - wiecznymi mękami. Augustyn (w Państwie Bożym) odpierał współczesne sobie argumenty, że nic nie może być dręczone nieskończenie, bo wszystko dręczone prędzej czy później ginie, więc wieczne dręczenie czegokolwiek/kogokolwiek jest niemożliwe. Augustyn odpierał tę tezę twierdzeniem, że Bóg ma swoje sposoby, żeby grzesznik NIGDY nie wymknął się dręczeniu piekielnemu ze strony Boga. Jak takiego Boga, Boga tak bardzo gotowego do wiecznego dręczenia ludzi, jak taką postawę skojarzyć z miłosierdziem?! To bardzo trudne, wręcz chyba niemożliwe. Tymczasem w religijnej kulturze augustyńskiej, która zdominowała chrześcijaństwo na ponad 15 stuleci, męki piekielne miały stanowić istotny element szczęścia dusz zbawionych, którym obserwacja mąk bliźnich (cierpiących wieczne męki w piekle) przysparzać miała poczucia szczęścia. A przecież wśród cierpiących w piekle mogli być owych „szczęśliwców” najbliżsi - dzieci, rodzice, wnukowie,... I to miał być dodatkowy ogromny powód do szczęścia! Rozpacz! Dzisiaj ludzie są już chyba inni, mniej okrutni. Pytałem wielu przyzwoitych ludzi, czy byliby gotowi dręczyć, nie wiecznie, ale przez, na przykład, pięćdziesiąt lat jakiegoś zbrodniarza (np. Hitlera). Odpowiadali stanowczo NIE!
 
Ale zastanówmy się nad pytaniem o powody i formy przemian bogów/Boga. Podstawowy powód przemiany Boga tkwi w przemianie ludzi. Nie mogę, niestety, powiedzieć, że dzisiejsi ludzie wolni są od okrucieństwa. Ale jednak chyba są mniej okrutni niż tysiąc lat temu. Okrucieństwo augustyńskiego Boga już nie całkiem dzisiaj ludziom odpowiada. „Groźny Bóg, bardziej sędzia niż ojciec - wbrew miłosierdziu, jakie Mu się przypadkiem przypisuje; sprawiedliwość Boska połączona z zemstą; przekonanie, że pomimo Odkupienia liczba wybranych będzie niewielka, gdyż cała ludzkość zasłużyła na piekło wskutek grzechu pierworodnego; pewność, że każdy grzech rani i znieważa Boga; odrzucenie wszelkiej rozrywki i wszelkiego ustępstwa wobec natury, gdyż oddalają zbawienie - wszystkie te elementy „prymitywnej teologii krwi”, by odwołać się do wyrażenia użytego przez Bultmanna (Kerygma und Mythos, I, s. 42), kierują nasze spojrzenie ku „chrześcijańskiej nerwicy”, którą potwierdzają w sposób już niewątpliwy badania współczesnej psychiatrii” (s. 426).
 
W związku z pracą Freuda - Kultura jako źródło cierpień - Delumeau pisze, że „za każdą cywilizację płaci się „wyrzeczeniami kulturowymi” i wymogami moralnymi” (s. 427). Nie jest łatwo wytyczyć adekwatnie granicę między normą a patologią. „Wyłożywszy te zastrzeżenia, nie może jednak ani klinicysta, ani historyk negować, że chrześcijaństwo niesie w sobie ryzyko obciążenia swoich wiernych brzemieniem nieufnego i represyjnego poczucia winy” (s. 428). W kulturze religijnej poczucie winy jest jednak szczególne! Bo, jest ono poczuciem winy przed ABSOLUTEM niewiadomym, a wszystko wiedzącym; nieodpowiedzialnym, a egzekwującym odpowiedzialność. Tę myśl potwierdza też Jean Delumeau, pisząc, że „grzech ciąży bardziej niż wina, gdyż zawiera w sobie pojęcie osobistej odpowiedzialności nie tylko wobec ludzi, ale również wobec Innego, którego nie da się zwieść” (s. 428).
 
Czyż przywołane wyżej dokumenty „nie pokazują jasno patologicznej trwogi przed Bożym sądem, nadmiaru skrupułów, przetrawiania w myślach grzechu (pierworodnego, śmiertelnego i powszedniego), fiksacji na tle śmierci? Narzuca się zatem diagnoza zbiorowej nerwicy poczucia winy, nerwicy, którą trzeba nie osądzić, ale wyjaśnić i wytłumaczyć. Przez nerwicę poczucia winy rozumiemy tutaj „religijną i patologiczną dewiację chrystianizmu, która ogniskuje swoje posłanie na przypominaniu o grzechu i która zawęża siebie do narzędzia walki z grzechem” (Detto et desire, s. 97). Jej obsesyjny charakter przejawia się poprzez treści psychiczne, które „nękają” umysł, narzucają się, wciągają do niekończącej się walki z samym sobą (czasem prowadzącej do prawdziwej utraty łaknienia). Człowiek miota się w nieustającym rachunku sumienia, posuwa się do eskalacji umartwień, skupia swoje wewnętrzne spojrzenie na myśli o śmierci. Świat zewnętrzny wydaje mu się pozbawiony spójności, przedmioty odrealnione, życie nieustającą walką przeciwko nieczystemu i zgniłemu światu” (s. 428; podkreślenie moje Z. C.).
 
To wielkie, i maksymalizowane, poczucie grzechu/winy („zbrodniczy człowiek”) tłumiło, m.in., ludzką agresywność, wynosząc „ponad rozsądne granice bierne cnoty posłuszeństwa i pokory” (s. 428/429). Jedność uczuć sprzecznych wobec Boga - Postaci o surowej/mściwej sprawiedliwości oraz pełnej miłosierdzia (!?), „tak że następujące dwa uczucia zdają się dzielić między sobą sumienie: stłumiona, ale obecna nienawiść do Prześladowcy, i wzniośle afirmowana miłość. To współwystępowanie uczuć sprzecznych zostało świetnie zanalizowane przez świętego Franciszka Salezego, kiedy napisał w Traite de l'amour de Dieu (Traktat o miłości do Boga): „(Trzeba) adorować, miłować i chwalić na zawsze mściwą i karzącą sprawiedliwość naszego Boga... i z taką samą rozkoszą jak szacunek całować prawą dłoń Jego miłosierdzia i lewą sprawiedliwości” (I, IX, rozdz. 8, s. 144). Taka ambiwalencja uczuciowa wydaje się psychiatrom jądrem nerwicy natręctw. Współwystępowanie odrzuconej nienawiści i miłości podkreślonej przez sam zakaz - oto konflikt, który wywołuje nerwicę i grozi wyczerpaniem w nieustającej walce wewnętrznej” (s. 429).
 
Średniowieczne traktowanie Boga ma charakter monarchiczny: Władca został rozgniewany, potrzebne jest jakieś zadośćuczynienie (s. 431). „Bóg zazdrosny i wierzyciel staje się, nader logicznie, krwiożerczy, kiedy grzechy ziemskie przepełniają miarę i rośnie wobec Niego zadłużenie” (s. 431).
 
NO I JAK TU MOŻNA MÓWIĆ I PISAĆ, JAK TO CZYNI PROFESOR KOŁAKOWSKI, że „To wiara religijna daje nam akceptację życia”. PRZECIEŻ TA WIARA PRZENOSI ŻYCIE Z OBSZARU ŻYCIA W OBSZAR ŚMIERCI, W „ZAŚWIATY”.
 
... Źródło więc wiary religijnej (=wiary w cud, w cuda) tkwi w odczuciu swojej bezradności wobec cierpienia, w całkowitej rezygnacji. Oto słowa S. Kierkegaarda („Bojaźń i drżenie”): „Nieskończona rezygnacja jest ostatnim stadium poprzedzającym wiarę; kto nie przeszedł przez ten wysiłek, nie może posiąść wiary; dopiero w nieskończonej rezygnacji staje się dla mnie jasna wieczna wartość mojej istoty i wtedy dopiero może być mowa o ogarnięciu egzystencji świata siłą wiary” (Kierkegaard, s. 46).
 
Rycerz wiary (Abraham) „godzi się na nieskończone wyrzeczenie swej miłości, tej treści swego życia; godzi się z bólem i wtedy staje się cud; czyni on jeszcze jeden wysiłek, dziwniejszy niż wszystko tamto, powiada bowiem: wierzę jednak, że będę miał ją siłą absurdu, siłą wiary w to, że Bóg wszystko może” (Kierkegaard, s.46/47). „To przeświadczenie jest równie jasne dla rycerza wiary; jedyna rzecz, która go może zbawić, to absurd, dlatego właśnie sięga on po wiarę. Uznaje jednym słowem niemożliwość, a w tej samej chwili wierzy w rzecz absurdalną...” (Kierkegaard, s. 47). „W ten sposób dostrzegam, że aby się zdobyć na nieskończony wysiłek rezygnacji, trzeba mieć siłę, energię i swobodę ducha; dostrzegam też, że to jest w ogóle możliwe. Ale sprawa następna musi przyprawiać o zawrót głowy; albowiem po uczynieniu wysiłku rezygnacji, siłą absurdu otrzymać wszystko, czego się tylko pragnęło, otrzymać to całe, nie uszczuplone - to ponad ludzkie pojęcie, to jest cud!” (Kierkegaard, s. 48).
 
„Tym sposobem zbawienie, mówiąc po ludzku, jest rzeczą najniemożliwszą w świecie; ale dla Boga wszystko jest możliwe! Taka jest walka wiary, która walczy, jeżeli tak można powiedzieć, obłędnie o możliwość. Możliwość jest bowiem jedyną siłą, która może zbawić”. „Czasami wynalazczość ludzkiej wyobraźni wystarczy do stworzenia możliwości, ale w ostatecznym rachunku musi się dojść do wiary, pomaga tylko to, że dla Boga wszystko jest możliwe”. „A jednak, mówiąc po ludzku, pojmuje, że jego zguba jest najpewniejsza ze wszystkich rzeczy. Na tym polega dialektyka wiary” (Kierkegaard, s. 177).
 
„Niepodobna jest wierzyć we własną zgubę. Rozumieć po ludzku swoją zgubę, a jednak wierzyć w możliwość, to jest wiara. Więc Bóg go ratuje - czasem pozwalając mu uniknąć przerażenia, które nieoczekiwanie, cudownie, Boskim sposobem okazuje się pomocą”. „Czy człowiekowi będzie okazana cudowna pomoc, zależy tylko od tego, ile namiętności rozumu włożył on w zrozumienie, że nic mu nie pomoże, i w jakim stopniu widzi jasno stosunek do tej Mocy, która mu pomoc przecież zsyła” (Kierkegaard, s. 178, podkreślenie moje - Z. C.).
 
Do tych wypowiedzi Kierkegaarda dodam kilka stów swojego komentarza. Tak, wiara walczy o wszechpotęgę możliwości (MOŻLIWOŚCI), o Boskość możliwości tam, gdzie nie ma żadnej możliwości. Wiara walczy o cud! Nie tyle, gdy potrzeba zbawienia, ale gdy potrzeba ratunku w beznadziei! Przede wszystkim „nieskończona rezygnacja” czyli załamanie się, perspektywa załamania się, jako ostatnia faza poprzedzająca wiarę. Ten termin jest nazbyt filozoficzny/literacki. Bliższe rzeczywistego doświadczenia byłoby wyrażenia „całkowite załamanie się w cierpieniu”, albo prawie całkowite załamanie się w cierpieniu, „prawie”, bo jednak NADZIEJA na cud (czyli wiara religijna), to znak nie całkowitego załamania się. Mój dyskomfort wobec Kierkegaardowego słowa „rezygnacja” płynie z tego, że ten termin nie eksponuje musu owej rezygnacji, dramatycznego musu. Wiara w cud/w cuda (wiara religijna) rodzi się z musu, z dramatycznego przymusu egzystencjalnego!
 
Dalej, nie całkiem mi pasuje wyrażenie „dopiero w nieskończonej rezygnacji staje się dla mnie jasna wieczna wartość mojej istoty”. Wszak tu trzeba dopowiedzieć ważną rzecz, że dopiero w całkowitym ludzkim załamaniu się, dopiero w całkowitym pozbawieniu mojej istoty wartości konkretnej, doczesnej, ludzkiej ta moja istota szuka ratunku w „wartości wiecznej”. Ta „całkowita rezygnacja” nie jest zabawą umysłową, ona jest życiowym dramatycznym wymuszeniem, a wiara religijna jest przeciwko temu wymuszeniu buntem, tak jak u Unamuny buntem jest żądanie życia, wiecznego życia i żądanie(!) istnienia Boga (to żądanie istnienia Boga też jest wyrazem buntu, buntu przeciw śmiertelności), który ma (bo po to ma istnieć!) zapewnić - wbrew oczywistościom rozumu - wiecznotrwałość życia.
 
I jeszcze, „aby się zdobyć na nieskończony wysiłek rezygnacji, trzeba mieć siłę, energię i swobodę ducha”. Ta rezygnacja nie ma na swoim zapleczu „swobody ducha”, ale jest musem, dramatycznym musem i wymuszeniem, choć - to trzeba przyznać - ów duch jeszcze siłę trwania i przywiązania do życia ma, bo jego „nieskończona rezygnacja”, nie jest jednak nieskończona, wszak ten duch jeszcze chce trwać i żyć i dlatego skomli o cud.
 

Res Humana nr 6/2006, s. 13-19