Zagadnienia etyki niezależnej wg Tadeusza Kotarbińskiego
 
 
Pięćdziesiąt lat temu, w 21 numerze czasopisma „Kronika”, Tadeusz Kotarbiński opublikował tekst zatytułowany Zagadnieniu etyki niezależnej, tekst, który dał początek nowemu spojrzeniu na etykę, wprowadził pojęcie etyki niezależnej, etyki, zarówno niezależnej od religii jak i od „filozoficznego światopoglądu”.
 
Ta twórcza inicjatywa intelektualna wybitnego polskiego filozofa wzbudziła szerokie zainteresowanie wielu środowisk społecznych, zwłaszcza intelektualistów świeckich i katolickich; w kwestii tej etyki wypowiadał się m.in. ks. Karol Wojtyła, późniejszy papież Jan Paweł II. Wszystkie dotychczasowe dyskusje wokół etyki niezależnej były też dyskusjami nie wolnymi od wątków polemicznych. Takimi pozostały one do dzisiaj.
 
Świadomi wagi, ale nade wszystko przekonani o aktualności idei etyki niezależnej w warunkach współczesnych, charakteryzujących się postępującą pluralizacją poglądów i postaw, a zarazem poszukiwaniem płaszczyzn integrujących, przypominamy niżej obszerne fragmenty tekstu Tadeusza Kotarbińskiego Zagadnienia etyki niezależnej. W ten sposób pragniemy także dać świadectwo pamięci o Autorze tekstu w 25. rocznicę Jego śmierci.
 
Korzystamy ze sposobności i drukujemy równocześnie teksty profesorów Włodzimierza LEBIEDZIŃSKIEGO, Mieczysława MICHALIKA i Jerzego J. WIATRA odzwierciedlające współczesne kontrowersje wokół tej etyki.
Redakcja
 
* * *
 
Zagadnienia etyki niezależnej
 
Autor: Tadeusz Kotarbiński
 
 
Mowa będzie o etyce niezależnej. Od czego niezależnej? Od religii. Albowiem dominuje u nas etyka religijnie ugruntowana. Uzasadnia ona własne hasła naczelne odwołując się do Boga, do życia przyszłego, do pośmiertnego wymiaru nagród i kar za czyny dobre i złe. Jest jednak spora ilość ludzi niewierzących ani w istnienie Opatrzności, ani w życie przyszłe. Ci więc potrzebują etyki, która by się obywała bez takich uzasadnień. A przyda się ona także i osobom wierzącym w przypadku zachwiania się lub zgoła utraty wiary religijnej, co zdarza się często. Źle, jeżeli wraz z wiarą załamuje się etyka.
 
Problem jest u nas teraz aktualnie i społecznie ważny.
 
Czy to możliwe? Odpowiedź na takie pytanie może być tylko empiryczna. Możliwość okazuje się czynem. Aby okazać możliwość etyki niezależnej, trzeba podać jej przykład. Ci zaś, którzy próbują konstrukcji takich przykładów, mogą być dobrej myśli, widząc, że osiągają piękno moralne w życiu swym różni ludzie, którzy zerwali z religią i wyznają przyrodniczy pogląd na rzeczywistość. Tacy mają świadomość moralną, i to nie oderwaną od praktyki, lecz przeciwnie, kształtującą ich czyny. Tę świadomość moralną trzeba sobie uświadomić poszukując zasad etyki niezależnej.
 
Wyjaśniło się tedy, co mamy na myśli domagając się niezależności etyki, ale nie było mowy o „etyce” samej, o jej problematyce. Otóż pozwolimy sobie określić jej zadanie, przyjmując, że etyka to teoria kierowania życiem duchowym człowieka. Nie mówimy po prostu „życiem”, lecz życiem duchowym. Albowiem higiena np. to też teoria kierowania życiem, ale z punktu widzenia zdrowia fizjologicznego, i nie należy do etyki, tak samo jak sztuka lekarska, przywracająca zdrowie zachwiane... W obrębie zaś generalnego zadania etyki mieszczą się i wypełniają sobą jej całość trzy zadania poszczególne. Są one przedmiotem dociekań tzw. felicytologii, tzw. prakseologii oraz etyki w węższym tego słowa znaczeniu. Tak więc felicytologia - to krótko mówiąc – teoria kształtowania życia szczęśliwego. Zastanawia się ona nad tym, jak trzeba żyć, aby być szczęśliwym i nie popaść w stan przeciwny szczęśliwości, stan, kiedy człowiek mówi o sobie, że jest nieszczęśliwy. Prakseologia pilnuje sprawności, mówi o tym, jak trzeba się zachowywać, jeśli się chce być skutecznie czynnym, działać jak najsprawniej, a nie być niedołęgą. To technika dzielności. Natomiast etyka właściwa (a ona ma być przedmiotem obecnego roztrząsania) interesuje się tym, jak trzeba żyć, by być porządnym człowiekiem, by żyć zacnie, a nie żyć w stanie hańby. Oczywiście problemy i wskazania tych trzech działów zazębiają się wzajemnie, chociażby dlatego, że dzielność potrzebna jest do tego, by unikać klęsk, by bronić się przeciw nieszczęściom, a z drugiej strony szczęśliwym być nie można, jeśli kogo nękają wyrzuty sumienia z racji popełnianych czynów haniebnych. Ale ważne jest wyróżnienie tych trzech głównych problemów kierowania życiem duchowym, z których każdy inaczej organizuje całość dociekań.
 
Obrawszy jako temat zagadnienia etyki właściwej, traktującej o walorach moralnych postępowania, wypada przede wszystkim zastanowić się bliżej nad treścią głównych pojęć, którymi ona operuje wypowiadając swoje zachęty i przestrogi. Cóż to znaczy żyć zacnie? Cóż to znaczy postępować haniebnie? Oto odpowiedź: haniebnie - to znaczy, że się przez to zasługuje na pogardę ze strony ludzi godnych szacunku, a zacność jest tego przeciwieństwem. Zacnie postępuje, kto zasługuje przez to na szacunek ludzi godnych szacunku. Krócej, czyny haniebne - to czyny godne pogardy, czyny zacne - to czyny godne szacunku. A porządnym człowiekiem jest ten i tylko ten, kto nie zasługuje na pogardę, zacnym - ten i tylko ten, kto zasługuje na szacunek. I rzecz jasna, że te oceny podlegają stopniowaniu. Znaczenia słów zostały więc ustalone i można już teraz za ich pomocą sformułować naczelne zagadnienie. A brzmi ono tak: co trzeba czynić, a czego nie czynić, aby być porządnym j zacnym człowiekiem.
 
Tu powstaje kwestia metody. W jaki sposób dojść do odpowiedzi na to pytanie i jak tę odpowiedź uzasadnić. Chcemy to zrobić empirycznie, doświadczalnie, na zasadzie obserwacji i namysłu nad jej danymi. Aliści u samego progu zamierzonej podróży czyha szkopuł. Jak to? Chcecie dociekać, co zasługuje na pogardę, a co na szacunek... W czyich oczach? Wszak różnymi czasy i w różnych krajach tak dalece rozmaicie feruje się wyroki moralne, tak bardzo niezgodne wydaje się oceny, że bodaj od razu należałoby raczej zrezygnować z możności otrzymania jednolitej odpowiedzi. Wszak sumienie sumieniu nierówne, zmienia się jego głos w ciągu wieków i co kraj, to obyczaj... Na to prosta wystarczy odpowiedź. Nie chcemy w tej chwili uprawiać etologii, lecz etykę... Nie idzie nam o to, by opisywać, co kiedy uważano za dobre lub złe, lecz o to nam idzie, by ująć istotę dobra i zła moralnego, rozumianego w tym sensie, w jakim my je tutaj i teraz rozumiemy. Idzie o to, by uwyraźnić głos naszego własnego obecnego sumienia. Wolno założyć, że ono w gronie Czytelników jest wspólne. I wolno prosić o zastanowienie się wspólne nad tym, czego się ono domaga, przez przyjrzenie się w myśli naszym własnym dokonywanym ocenom.
 
Czy nie jest prawdą, że wahają się one wedle pięciu chyba linii wahania... Po pierwsze - czcimy bohaterów, którzy z wielkim wysiłkiem znoszą, ból fizyczny i inne cierpienia, a nie załamują się w obstawaniu przy swoim, potępiamy zaś tych, co ze strachu robią wszystko, czego się domaga grożący. Po drugie – szacunek zyskuje człowiek ofiarny, dobry dla innych, a wstręt moralny budzi sobek, egoista, złośliwiec. Po trzecie, i może nade wszystko: ceni się sobie etycznie prawość, a potępia nieprawość. Prawość - jako postępowanie sprawiedliwe, jako wypowiadanie się prawdomówne, jako dotrzymywanie danego słowa, gdy przeciwnie, oburzenie wzbudza wyrządzanie niesprawiedliwości, kłamliwość, niespolegliwość. Po czwarte - gardzimy pijakami, nałogowcami, ludźmi bez woli, a w wysokiej mamy cenie ludzi opanowanych. I wreszcie, po piąte - podobają nam się moralne sublimacje motywów, typy o upodobaniach szlachetnych, w przeciwieństwie do tych, co się kierują motywacją prymitywną, elementarną. Mówi się wtedy o uleganiu niskim instynktom itp. Mamy tedy następujące linie oscylacji naszych własnych ocen etycznych:
1) męstwo - tchórzostwo,
2) dobre serce - zły człowiek,
3) prawość - nierzetelność,
4) panowanie nad sobą - brak woli,
5) szlachetność - niskie motywy.
 
Czy nie pominęło się czego ważnego? Chyba nie. Mógłby kto zapytać: gdzie tu ocena godności własnej, jako dobra moralnego, jako tego, co zasługuje na szacunek, i jako tego, czego brak ściąga słuszną pogardę? Sądzę, że to walor pochodny: oceniamy w ten sposób tych, co z innych względów zasługują na szacunek i sami są tego świadomi i dokładają starań, by być takimi oraz by ich traktowano wedle należnej im miary szacunku.
 
Zbliżamy się do problemu centralnego. Czy jest jaka swoista wspólność w wymienionych pięciu rodzajach ocen etycznych? A jeśli jest, to co jest tą ich odrębnością, co jest - powiedzmy - istotą oceny etycznej i rdzeniem moralnej wartości postępowania. Zanim jednak spróbujemy sformułować domysł w tej mierze, skorzystajmy z dokonanych już stwierdzeń, by nieco pogłębić rozumienie niezależności etyki niezależnej... Przede wszystkim jednak - chyba wolno nam potwierdzić, daną na początku jej charakterystykę. Toż przecie nie potrzeba odwoływać się do Opatrzności ani do nieśmiertelności, by uznać za słuszne, jeśli się chwali męstwo, dobroć serca, prawość, godność własną, szlachetność motywacji. Każda z tych ocen jest wyrazem uczuciowości istot dzielnych, uczciwych, istot z górnym polotem. Kto tak czuje, ten nie odczuwa potrzeby zaświatowych uzasadnień, by porwać się do obrony słabszego, by zwrócić pożyczone pieniądze, by nie pozwolić sobie na zdradę wierności małżeńskiej. Czuje on i rozumie, że tak jest dobrze i słusznie, niezależnie od tego, czy istnieje Ktoś Najlepszy i Wszechpotężny, i niezależnie od tego, jak się to opłaca wobec perspektywy życia przyszłego i pozgonnego wymiaru sprawiedliwości. Oceny tego rodzaju żywe są nawet u dzieci... Łączą one porządnych ludzi o różnych ideologiach... Więc potwierdza się charakterystyka etyki niezależnej jako niezależnej od religii.
 
Atoli zarazem ujawniła się nam inna jeszcze niezależność, szersza... Niezależność od filozoficznego światopoglądu... Jak się układa w głowach myślicieli obraz stosunku psychiki do materii w strukturze wszechświata, czy materia myśli, czy duch od niej odrębny, czy przedmiotami wiedzy ludzkiej są byty absolutnie obiektywne, czy też wiedza ma do czynienia tylko z obiektami w postaci materiału zewnętrznego, ukształtowanego przez formy umysłu ludzkiego, czy wszechświat jest skończony czy nieskończony w czasie i przestrzeni itp. - co to ma do rzeczy w przypadku zagadnień etycznych trzeźwo postawionych... Czy tak, czy owak rzeczy się mają w ogólnej strukturze bytu, jasne jest, że znęcanie się jest gałgaństwem, że stchórzyć - to rzecz podła, że czyn nauczycielki Ludwiki Wawrzyńskiej, która rzuciła się w ogień, by uratować obce dzieci, zasługuje na cześć. Skonstatujmy więc śmiało, że etyka rzetelna - to etyka niezależna od filozofii. Czy to paradoks? I tak, i nie. Jeżeli przez filozofię rozumieć zespół kilku nauk, pod tą rubryką wyliczanych w katalogach bibliotek i wydawnictw - to będzie rzeczywiście paradoks, gdyż etyka właśnie należy do tego zespołu obok estetyki, teorii poznania, logiki i in. Jeśli etyka ma być dyscypliną teoretyczną, należącą do składu filozofii, rozumianej jako zespół pewnych dyscyplin - to rzecz jasna, nawoływanie do niezależności etyki od filozofii zawierałoby po prostu sprzeczność. Inaczej jednak układają się stosunki, jeżeli przez filozofię rozumie się systemy światopoglądowe, czyli to, co wypełnia sobą dzieła poświęcone historii filozofii. Etyka, naszym zdaniem, w równej mierze jak lecznictwo lub jak administracja, nie potrzebuje światopoglądowych uzasadnień. Jej wskazania pozostają niezmiennikami, wszystko jedno czy ktoś rozsądny jest materialistą czy idealistą, czy spirytualistą w dziedzinie ogólnej teorii bytu. Co tu jedynie potrzebne, ale za to bardzo potrzebne, to obrona przed fantazmatami w uzasadnieniach... Trzeba się opędzać od przesądu, skądkolwiekby on pochodził, a więc i od fantastyki pochodzenia filozoficznego, światopoglądowego. Tu pozwolimy sobie sformułować domysł, prosząc Czytelników o uczestnictwo w jego analizie i krytyce. Co właściwie podoba nam się etycznie w postawie i działaniach ludzi odważnych, dobrych, prawych i sublimowanych? Czy nie za to szanujemy takich, że można liczyć na nich jako na opiekunów? Że taki stanie twardo na placu w obliczu niebezpieczeństwa, broniąc tych, którzy są zdani na jego obronę, że takiemu nie zbraknie chęci, by pomóc innemu wydobyć się z klęski, że taki, skoro zapowiedział, że zrobi, co potrzeba, to dotrzyma zapowiedzi i zrobi, że taki nie ulegnie pokusom syreniego śpiewu i nie porzuci placówki ani domu dla doraźnych powabów, dla satysfakcji elementarnych, dla narkotyku... Może nie od rzeczy będzie tedy streścić lapidarnie sens naszego domysłu, mówiąc, że godny szacunku jest opiekun spolegliwy. I niech nam styliści pozwolą użyć tego śląskiego przymiotnika. Spolegliwy - to tyle, co taki, na którego można liczyć. Odwrotnie, na pogardę zasłużył, kto podopiecznych opuszcza w potrzebie czy to ze strachu, czy dlatego, że go nie obchodzą lub przestali obchodzić, bo on, sobek, dba tylko o swoją skórę, swoje mienie, swoje przyjemności, czy dlatego, że zapowiedź opieki potraktował niepoważnie, lekkomyślnie, albo dlatego, że dał się skusić jakiejś ponęcie i zszedł z posterunku albo się zamroczył, nie zdobywszy się na przeciwstawienie chętce doraźnej rozumnego, świadomością prześwietlonego powściągu. Pogardę ściąga na siebie postawa lub działanie świadczące o tym, że człowiek nie ma kwalifikacji na spolegliwego opiekuna, lecz przeciwnie, nie można na niego liczyć, nie można mu sprawy powierzyć, bo stchórzy, bo zdradzi, bo zaniedba, bo zlekceważy, bo mu nie starczy chęci, woli, serca, albo nawet odezwą się w nim i zwyciężą wrogie intencje względem dóbr znajdujących się pod jego opieką. Jeśli to wszystko prawda, w takim razie dość jasno już byłoby widać, za co się czci, a za co się moralnie potępia, i dość wyraźnie wyróżniałoby się to, jakiej domaga się motywacji nasz głos sumienia. Żąda on by postępowano wedle tych motywów, które charakteryzują strukturę emocjonalną spolegliwego opiekuna... Etyka niezależna jest niezależna jeszcze i w tym sensie, że własnego głosu sumienia nie podobna zastąpić głosem cudzym. W istocie rzeczy każdy z nas, niezależnie od kogokolwiek innego, odwołuje się przede wszystkim do własnego sumienia, Ono jest dla każdego z nas sędzią nad sędziami. Ono wydaje w każdej sprawie moralnej sąd surowy, bezwzględny, ostateczny.
 
„Kronika” nr 21, 1956.
 
* * *
 
Współczesne polemiki
 
 
 

 

Prof Włodzimierz Lebiedziński

 

 
Ze znacznym zainteresowaniem, graniczącym jednak z zażenowaniem, zapoznałem się z niektórymi wypowiedziami w sprawach etycznych, zamieszczonymi w „Res Humana” 2005, nr 61 pod ogólnym hasłem „Wobec moralnych problemów naszych czasów. Z dziedzictwa myśli Tadeusza Kotarbińskiego”. Nie od rzeczy sformułować przeto kilka uwag.
 
1. Jeśli ktoś pozostając na gruncie języka polskiego używa w ślad za T. Kotarbińskim pojęcia „etyka niezależna”, musi w pierwszym rzędzie odpowiedzieć sobie na pytanie, co na gruncie danego języka znaczy słowo „niezależny”, by następnie sprecyzować treść, jaką autor tego wyrażenia wkładał weń. W przeciwnym razie wszelkie deliberacje w tym zakresie są puste, jeśli nie wręcz bałamutne. Potwierdzają to niestety obszerne wypowiedzi niektórych dyskutantów. Rozumiem, że chcą oni być ideologicznie i światopoglądowo koncyliacyjni, zwłaszcza we współczesnych polskich realiach. Nie godzi się zapominać wszakże, że zawsze najważniejsza jest prawda, która w myśli ludzkiej zajmuje miejsce szczególne.
 
2. Rację ma oczywiście prof. B. Stanosz, wedle której „etyka niezależna Tadeusza Kotarbińskiego jest etyką niezależną od tradycyjnych, odwiecznych założeń dotyczących genezy czy natury norm etycznych, ich statusu poznawczego”. Jako jedyny prof. J. Ostrowski nie tylko wsparł przekonania prof. Stanosz, lecz stwierdził nadto, że „etyka niezależna jest etyką niezależną od Boga”. Kontynuując, prof. Stanosz konsekwentnie sądzi, że „gdyby rzeczywiście było prawdziwe stanowisko, jakie zostało tu wyrażone, to etykę niezależną równie dobrze może przyjmować osoba religijna, co np. także ateista” (s. 8). Nie wykluczam, że o takie właśnie „rozmiękczenie” propozycji T. Kotarbińskego chodziło owym dyskutantom.
 
3. Tymczasem profesorowie J. Wiatr i M. Michalik spróbowali nagiąć myśl Kotarbińskiego do swoich aktualnych preferencji ideowych. „Mówiąc o etyce niezależnej - twierdzi np. M. Michalik - mnie osobiście odpowiada takie rozróżnienie, przy którym etyka niezależna to z jednej strony etyka, która mówi o statusie ocen i powinności moralnych, która wskazuje na ich pochodzenie, a z drugiej - etyka niezależna to pewien program, który zawiera pewne hasła i postulaty dotyczące m.in. sprzeciwu wobec określonych przekonań czy postaw” (s. 30). Trzeba władać nie lada domyślnością, by zrozumieć o co tu chodzi. Sprawa staje się jednak bardziej jasna po przeczytaniu następnego fragmentu. M. Michalik informuje bowiem, że wykładając etykę przyszłym nauczycielom „nie czynię ze zróżnicowania światopoglądowego jakiejś nieprzekraczalnej granicy w kwestiach moralnych, (...) staram się w duchu etyki niezależnej Tadeusza Kotarbińskiego otwierać jak najlepszą przestrzeń zrozumienia i porozumienia” (tamże). Jestem głęboko przekonany, że postawa ta niewiele ma wspólnego z przekonaniami samego T. Kotarbińskiego, którego etyka niezależna jest przecież uwolniona od założenia religijnego. Właśnie dlatego jest ona niezależna. Nie znaczy to wcale, że jest ona niezależna od wielu innych założeń. Taka etyka nie mogłaby zaistnieć.
 
4. Charakterystyczne, że w ekumenicznych rozważaniach J. Wiatra i M. Michalika nieustannie przeplatają się i wzajem zastępują lub uzupełniają dwie płaszczyzny: praktyczna i teoretyczna. Oczywiście, w zakresie praktycznym ludzie powinni współdziałać niezależnie od własnych przekonań etycznych. W przeciwnym razie ostatecznie zginęliby. W aspekcie teoretycznym natomiast zamazywanie różnic, nieraz znaczących, między różnymi doktrynami etycznymi jest kardynalnym błędem. Niestety, takie pomieszanie dwóch wspomnianych płaszczyzn, sądzę że nieprzypadkowe, jest charakterystyczne wszystkim wypowiedziom prof. J. Wiatra, jak np.: „Etyka niezależna może być podstawą poszukiwania wspólnej płaszczyzny myślenia i działania, podstawą dialogu, do prowadzenia którego słusznie nawołuje prof. Tanalski” (s. 27). Chciałbym posłuchać takiego dialogu, w trakcie którego jeden dyskutant uzasadniałby, że bez Boga nie ma moralności, a drugi - odwrotnie, negowałby to założenie. W pełni wyobrażam sobie, dopuszczam i akceptuję natomiast dialog tych interlokutorów w kwestiach zachowań praktycznych.
 
5. W aspekcie moralnym dyskutanci podejmowali również wielce zatrważające problemy patologii społecznych. Prof. Z. Szawarski z pełną zasadnością skonstatował np.: „W każdym społeczeństwie żyją ludzie nieuczciwi, zdemoralizowani, lecz obecnie został przekroczony próg bezpieczeństwa społecznego, próg wobec którego nie wolno milczeć”. I dodaje: „Czegoś takiego 20-30 lat temu nie było” (s. 30). Ani jeden z dyskutantów faktycznie nie wspomniał nawet o istotnych przyczynach tego stanu rzeczy. Z pewnością są one różnorodne. Można wśród nich wyróżnić jednak zasadnicze, decydujące. Czyżby Marks niczego istotnego nie pozostawił po sobie w tym zakresie?! A jeśli dyskutanci z jakichś powodów nie chcieli przywoływać wskazówek metodologicznych Marksa, mogli przypomnieć choćby francuskich myślicieli oświeceniowych. Np. Helvetius uczył, że nie istnieje wrodzony zmysł moralny. Wszystko jest nabyte. A znaczy to, że właściwości ludzi zależą od tego, jakie otrzymali wychowanie, w jakim żyli ustroju, jakim prawom podlegali. Trudno zatem, zdaniem Helvetiusa, mieć ludziom za złe hipokryzję, jeśli prawa do niej skłaniają. Należy przeto zmienić ustrój społeczny, dopasować go do potrzeb ludzkich. Podobnie Rousseau z tych samych powodów nawoływał do zbudowania państwa równości, sprawiedliwości i wolności. W tym samym kierunku zmierzał Wolter nawołujący do zmiany feudalno-monarchistycznego ustroju społecznego. Wedle niego celem działania praktycznego jest naprawa istniejącego zła. Przykłady można mnożyć. Trzeba było zatem choćby pobieżnie wskazać na obiektywne uwarunkowania rozlicznych polskich zjawisk patologicznych. Jeśli w wyniku tzw. transformacji bożkiem uczyniono pieniądz, a zysk wydźwignięto ponad wszystkie inne wartości, nie można się dziwić powstającym dylematom moralnym. Nie pomoże tu najlepszy opiekun spolegliwy. Potrzebne są jakościowo inne, znacznie mocniejsze środki naprawcze. Nie ma na to wszakże najmniejszych szans ani w najbliższej, ani w dalszej perspektywie. Podzielam zatem w pełni uzasadniony pesymizm prof. Szawarskiego.
 
6. Z żalem przyznaję, że prof. M. Michalik zaskoczył mnie nadto następującym sformułowaniem: „Chociaż etyka niezależna w okresie, kiedy programowa laicyzacja była jedną z ważnych części składowych indoktrynacji ideologicznej polskiego społeczeństwa ...” (s. 5). Wydaje się, że prof. Mieczysław Michalik z wiadomych obopólnie powodów powinien raczej unikać podobnych wyrażeń. Pod względem etycznym byłoby to bardziej wiarygodne, poważne i zasadne. Wówczas nadal, jak dotychczas zresztą, szanowałbym go jako człowieka i uczonego...
 
* * *
 
 

 

Prof. Mieczysław Michalik

 

 
W tekście tym (pomijając przyjęty w nim, tak często dzisiaj stosowany w różnych polemikach insynuacyjno-mentorski język i styl) znajdują się merytoryczne stwierdzenia odnoszące się do niektórych wypowiedzi w dyskusji nad aktualnym znaczeniem etycznej spuścizny Tadeusza Kotarbińskiego wymagające nieco szerszego ustosunkowania się, właśnie ze względu na rangę tej spuścizny.
 
1. Wyjściową w tekście jest kwestia znaczenia słowa „niezależny” na gruncie „danego języka” i odkrywcza teza, iż w ujęciu Tadeusza Kotarbińskiego etyka niezależna jest „uwolniona od założenia religijnego”. Tylko, że tej oczywistości nikt z dyskutantów nie kwestionował. A skoro już mamy analizować to pojęcie stosowane w „danym języku” należy koniecznie dodać, iż według Autora tej koncepcji wyrażonej zwłaszcza w „Sprawach sumienia” jest ona niezależna nie tylko „od religii”, od uzasadnień odwołujących się „do Boga, do życia przyszłego, do pośmiertnego wymiaru nagród i kar za czyny dobre i złe” - ale też pragnął On „pogłębić rozumienie niezależności etyki niezależnej”. Ujawnia się bowiem „inna jeszcze jej niezależność, szersza... Niezależność od filozoficznego światopoglądu (...) Etyka (...) w równej mierze jak lecznictwo lub jak administracja nie potrzebuje światopoglądowych uzasadnień (...) Jej wskazania pozostają niezmiennikami, wszystko jedno, czy ktoś rozsądny jest materialistą czy idealistą (...) Trzeba się opędzać od przesądu, skądkolwiekby on pochodził, a więc i od fantastyki pochodzenia filozoficznego, światopoglądowego”. W tym tkwi przesłanka zasady dialogu oraz wspólnego respektowania określonego zestawu wartości i dyrektyw moralnych. Czytamy nadto w „Sprawach sumienia”: „Etyka niezależna jest niezależna jeszcze i w tym sensie, że własnego głosu sumienia nie podobna zastąpić głosem cudzym”. Otóż to - jest to protest przeciwko wszelkiemu doktrynerstwu.
 
2. Prof. Lebiedziński wyraża głębokie przekonanie, że taki sposób wykładu etyki dla studentów, który nie czyni ze zróżnicowania światopoglądowego nieprzekraczalnej granicy w kwestiach moralnych, polega natomiast na tym, by w duchu etyki niezależnej otwierać jak najszerszą (a nie „jak najlepszą”) przestrzeń zrozumienia i porozumienia - „niewiele ma wspólnego z przekonaniami samego T. Kotarbińskiego, którego etyka niezależna jest przecież uwolniona od założenia religijnego”. Otóż głęboko się tu myli, skoro jak wynika z poprzednich uwag etyka niezależna jest uwolniona także od znacznie szerzej niż „założenia religijne” pojmowanego światopoglądu.
 
3. Przejdźmy do kwestii komplementarności etyki niezależnej jako swoistego systemu. Otóż w moim (i nie tylko w moim) ujęciu etyka ta istotnie z jednej strony orzeka na płaszczyźnie teoretycznej „o statusie ocen i powinności moralnych”, wskazuje na ich niezależność w przywoływanych powyżej znaczeniach. Wszakże pojęcie „etyka niezależna” jest nazwą własną szerzej rozumianego systemu obejmującego - (z drugiej strony) ów rozwinięty, normatywny program, moralne hasła, idee i postulaty, a także negację określonych przekonań czy postaw. Taki program jest wszak istotnym składnikiem etyki. Czytamy w „Sprawach sumienia”: „Wyjaśniło się tedy, co mamy na myśli domagając się niezależności etyki, ale nie było mowy o etyce samej, o jej problematyce”. A jest to „teoria kierowania życiem duchowym człowieka”, a obok szczegółowych jej dziedzin (felicytologii i prakseologii), „etyka właściwa” traktuje o „walorach moralnych postępowania”, odpowiada na pytanie, „co trzeba czynić, a czego nie czynić, aby być porządnym i zacnym człowiekiem”. W tym obszarze występuje m.in. idea spolegliwego opiekuna, wrażliwości na cudze cierpienia, czcigodności - oraz potępienie gałgaństwa, zasady „cel uświęca środki”, lekceważenia praw innych, zachłanności materialnej, osiągania celów własnych kosztem innych, itp. Charakterystyczne w tej koncepcji jest wyróżnienie owych „linii oscylacji” ocen etycznych: męstwo - tchórzostwo, dobre serce - zły człowiek, prawość - nierzetelność, panowanie nad sobą - brak woli, szlachetność - niskie motywy. Takie zaś oceny łączą „porządnych ludzi o różnych ideologiach” - są one żywe „nawet u dzieci”.
 
Są to stwierdzenia oczywiste, powszechnie zrozumiałe, nie uwikłane w abstrakcyjne, metafizyczne dywagacje, odwołujące się do realiów życia i współżycia ludzi. Ich formułowanie i propagowanie jest możliwe na drodze empirycznej, uwzględniającej praktyczne doświadczenia ludzkie. Konieczność budowania zrębów etyki niezależnej i wychowawczego propagowania dyrektyw moralnych T. Kotarbiński również uzasadniał praktycznie wskazując na cele „leczniczo-społeczne”.
 
Uwagi powyższe potwierdzają więc aktualność „w naszych czasach”, zgodnie z zasadą realizmu praktycznego, Jego koncepcji etycznej - także jej uniwersalność.
 
4. Czy przeto błędne jest założenie, że zasady etyki niezależnej mogą być adresowane nie tylko do ludzi niewierzących. W jakim sensie może ją przyjmować również „osoba religijna”? Czy założenie takie istotnie oznacza „rozmiękczanie” propozycji T. Kotarbińskiego i naginanie ich przez zwolenników tego „ekumenicznego” założenia do „swoich aktualnych preferencji ideowych” (!?). Straszne.
 
Autor etyki niezależnej kierował bezpośrednio swe przesłania do „wyznawców światopoglądu bezreligijnego”, bowiem choć dominuje „etyka religijnie ugruntowana” jest jednak „spora ilość ludzi niewierzących ani w istnienie Opatrzności, ani w życie przyszłe. Ci więc potrzebują etyki, która by się obyła bez takich uzasadnień”. Opinię tę wyrażał w sytuacji, w której „socjalizm naukowy, prąd dzisiaj przewodni (...) związany jest zasadniczo z naukowym poglądem na świat, w którym (...) nie ma miejsca ani na Opatrzność, ani na życie przyszłe”[1]. W sytuacji pustki „etycznej powstałej na miejsce utraconej etyki tradycyjnej”. Jakaż jednak jest sytuacja współcześnie w naszym społeczeństwie? Jakież to poglądy na świat dominują i są propagowane? Czy jest wśród nich - czy dominuje - ów „naukowy pogląd na świat”? A jeśli nie - to czy programowe, dyrektywne wezwania etyczne należy adresować tylko do ludzi niewierzących i tym samym skazywać na niebyt koncepcję etyki niezależnej, jak skazuje się ją z pozycji teologicznych, odsyłać ją do historycznego lamusa?
 
Możliwość aprobaty założeń etyki niezależnej przez ludzi o różnych przekonaniach światopoglądowych, ideologicznych, także przez wierzących dotyczy oczywiście owej praktycznej, normatywnej jej warstwy - uniwersalnych zasad moralnych. Sam T. Kotarbiński w dość obszernym wykładzie zatytułowanym „Wychowanie moralne w programie socjalistycznym” („Medytacje o życiu godziwym”) nie różnicował np. ludzi na wierzących i niewierzących. „Porządny człowiek - to każdy, kto spełnia minimum niezbędne warunków uznania moralnego. Kto zaś ich nie spełnia, jest istotą godną złych wyroków sumienia”, a wysoką skalę czcigodności zwaną w „tradycji religijnej” świętością, utożsamiał z pojęciem bohaterstwa „w terminologii laickiej”. Ze względu zatem na uniwersalność dyrektyw moralnych zawartych w etyce niezależnej można ją oferować ludziom niezależnie od ich przekonań religijno-światopoglądowych. Odnosi się to rzecz jasna przede wszystkim do jej warstwy praktycznej, normatywnej. Oczywiście, są problemy moralne, których tak pojmować i rozstrzygać nie sposób, jak choćby problemy świadomego macierzyństwa, aborcji, kary śmierci czy samobójstwa - które są odmiennie rozumiane ze względu na pozamoralne przekonania.
 
5. Inaczej ma się sprawa w odniesieniu do teoretycznej (poprzestańmy przy tych terminach) warstwy etyki niezależnej. Na gruncie religijnym oczywiście nie do przyjęcia jest zasada niezależności etyki od uzasadnień teologicznych, co prowadzi do jej negacji. Ale i na tym gruncie przyjmowane przecież są praktyczne, racjonalne uzasadnienia określonych wartości (także życia) i reguł moralnych – nie mówiąc o zbieżności wartości i zasad głoszonych z różnych pozycji, np. zasady trzeźwości kierowców, i nie sposób dzielić ich na wierzących i niewierzących, choć można ją w różny sposób uzasadniać. Podobnie ma się sprawa w życiu gospodarczym, właśnie dlatego, że dominuje w nim żądza zysku i kult pieniądza, co przenosi się na życie społeczne w ogólności. Ponadto, a zwłaszcza młodzieży studenckiej warto w imię obiektywizmu prezentować cały system etyki niezależnej. (Jeśli na tym ma polegać m.in. mój grzech „koncyliacyjności”, chętnie się do niego przyznaję. Pojmowany w jakimkolwiek innym kontekście zarzut jest ewidentnie chybiony). „Przyda się ona także - pisał Tadeusz Kotarbiński o etyce niezależnej – i osobom wierzącym w przypadku zachwiania się lub zgoła utraty wiary religijnej (...) Źle, jeżeli wraz z wiarą załamuje się etyka”. Nasz polemista zgadza się, że: „w zakresie praktycznym [2] ludzie powinni współdziałać niezależnie od własnych przekonań etycznych”. Raczej niezależnie od swych przekonań religijnych, czy szerzej światopoglądowych, a w oparciu o uniwersalne wartości i standardy moralne, zawarte m.in. w etyce niezależnej, także w imię wspólnych celów praktycznych.
 
Przypisy
1 W swej wypowiedzi dyskusyjnej powiedziałem, że „programowa laicyzacja” była elementem „indoktrynacji ideologicznej społeczeństwa”. W związku z tymi określeniami prof. Lebiedziński pozwolił sobie na insynuacyjną inwokację pod moim adresem. Co jednak jest w tych stwierdzeniach nieprawdziwego? Czy oznaczają one wyparcie się z udziału w tym procesie? A czy ten udział nie może oznaczać krytycyzmu wobec niektórych treści i metod stosowanych w tym procesie? Określenie „indoktrynacja” może wywoływać skojarzenia negatywne. Wszakże oznacza ono - jak mówią encyklopedie - systematyczne, zorganizowane wpajanie jakichś przekonań, poglądów, idei, m.in. przez system oświatowy i środki masowego przekazu.
2 Zgoła niepojęty jest zarzut dotyczący przeplatania się m.in. w mojej wypowiedzi płaszczyzny teoretycznej i praktycznej. Oczywiście z różnych względów należy je rozróżniać. Oczywiście też są one z sobą powiązane i uzupełniają się. Rzecz w tym, by ich z sobą nie utożsamiać.
 
* * *
 
Prof. Jerzy J. Wiatr
 
Profesor Włodzimierz Lebiedziński ma oczywiście rację, gdy stwierdza, że etyka niezależna w rozumieniu Tadeusza Kotarbińskiego jest niezależna od „założenia religijnego”. Tego nigdy nie negowałem. Rzecz jednak w tym, że jest ona niezależna także od innych założeń ideologicznych - w tym od filozofii marksistowskiej. Dlatego moja interpretacja myśli Kotarbińskiego wydaje mi się trafna nie tylko w aspekcie praktycznym, ale także teoretycznym. Czy możliwy jest dialog między zwolennikiem i przeciwnikiem tezy, iż „bez Boga nie ma moralności”? Jak najbardziej. O ile dyskusję o istnieniu (lub nieistnieniu) Boga uważam za nierozstrzygalną, a tym samym jałową, o tyle dyskusję o możliwości opierania moralności na innych przesłankach niż założenie istnienia Boga, uważam za wysoce potrzebną i od dawna prowadzoną.
 
 
Res Humana nr 5/2006, s. 24-31