O fenomenie religii
Autor: Jerzy Ładyka
Wśród komentarzy o pobycie w Polsce papieża Benedykta XVI w 2006 r. warto zwrócić uwagę na wypowiedzi dwu wybitnych filozofów o roli i funkcji religii. Ks. Adam Boniecki, redaktor „Tygodnika Powszechnego”, w rozmowie z profesorem Leszkiem Kołakowskim zadaje pytanie: „Przypomnę hasło podróży Papieża: «Trwajcie mocni w wierze». W czym mamy trwać my wierzący? Jaka jest rola chrześcijaństwa, rola religii i rola kultury w tym świecie, który zdaje się jednak bez niej obchodzić?”.
Fragment dłuższej odpowiedzi profesora:
„Ksiądz Adam mnie pyta, pyta nas wszystkich tu obecnych, po co właściwie jest Bóg, po co jest w naszym umyśle i po co jest religia. Muszę się tu odwołać do czegoś o czym sam już kiedyś pisałem. Nie potrafię tego zacytować dokładnie, ale rzecz polega na tym: życie każdego z nas jest porażką. Nieuchronną porażką. Oczywiście są tacy, którzy sobie wyobrażają, że tak nie jest, że są ludźmi sukcesu, że mogą się cieszyć ze swoich osiągnięć i nie potrzebują żadnego wsparcia. Ale ci, którzy ich pychy nie podzielają, a więc my wszyscy, wiedzą, że życie kończy się porażką, a mimo to mają powody, żeby je akceptować. To wiara religijna daje nam akceptację życia. Można wierzyć, że jest jakiś sens w świecie i w jego dziejach, i w naszych dziejach prywatnych - na przekór różnym przeciwnościom życia, przeciwko okropności historii.
Nie możemy tego udowodnić w takim sensie, w jakim się udowadnia twierdzenia fizyki albo chemii. A przecież możemy mieć intuicję moralną, która nam to podpowiada, i możemy się tej intuicji nie obawiać. Dlatego religia nie tylko jest ważna, ale wręcz niezbędna do tego, żebyśmy owo poczucie sensu mieli... Mimo faktu, że intuicja może nas zwodzić, myślę, że intuicje odnoszące się do ostatecznego sensu nie są bezpłodne i chociaż nie mają umocowania w naukowych założeniach, nie są również poznawczo jałowe. Przeciwnie - one są dobre i mamy prawo wierzyć, że nie są tylko zgodne z naszymi życzeniami, z naszymi mniemaniami, nie są tylko czymś, co nas wspiera i dlatego w to wierzymy (bo oczywiście wtedy nic miałyby żadnego oparcia oprócz naszych życzeń), ale że jest to osobny akt poznawczy. Osobny, to znaczy różny od poznania empirycznego, które ogranicza się do naszych codziennych percepcji i w które wierzymy, chociaż i to również może być kwestionowane i bywało kwestionowane przez filozofów" (Tygodnik Powszechny, nr 22/2006).
Wypowiedź profesora skłania do uwag. Zatrzymajmy się nad zdaniem: „Życie każdego z nas jest porażką”. Autor nie uzasadnia dlaczego, uznając chyba za oczywiste, że skoro każdemu człowiekowi wiadomo, iż jego egzystencja kończy się śmiercią to ma on powód, aby swą drogę życia oceniać w perspektywie klęski. Ale tak nie jest. I autor o tym wie. Stwierdza więc, iż nie zgadzają się z kwalifikacją życia jako porażki ci, którym los sprzyja - zachwyceni swymi osobistymi sukcesami, przepełnieni pychą, uznają życie nawet za wielką wygraną a nie porażkę. Tych autor nie uwzględnia w swoim rozumowaniu. Wydaje się to dziwne. Nie daje się bowiem zaprzeczyć, że osiągnięcia w rzetelnej pracy i uczciwym życiu utrwalają w myśleniu i odczuwaniu ludzi pogodną opinię o życiu. A taka postawa daleka jest od przygnębienia powodowanego gorzkim poczuciem klęski. Stan pogody życia nie musi wyrastać z wybujałego egocentryzmu i egoistycznych ograniczeń. Może być efektem bezpretensjonalnej samooceny zgodnej z faktycznym stanem rzeczy. Ponadto zauważyć należy, że przeciwstawieniem tezy o życiu - porażce jest nie tylko samopoczucie ludzi, których los obdarza pomyślnością. Jest nim również stan ducha i praktyka codzienności ludzi, a jest ich olbrzymia większość, którzy, świadomi bólu życia traktują zarazem samo życie właśnie jako cenność niezwykłą i wartość najwyższą. Własna egzystencja, po prostu moje życie samo w sobie, jest swoistym cudem górującym nad bogactwem, urodą czy szczęściem w miłości. Z reguły nawet bolesne porażki nie wyrywają z korzeniami satysfakcji najwyższego rzędu, jaką jest poczucie tożsamości własnego istnienia. Przestrzeń życia stanowi podstawę, jest tłem, gdzie zdarzają się porażki, krachy, klęski, przegrane i tak dalej - czy może więc być z nimi tożsame.
W swych rozważaniach autor ogranicza się do omawiania postaw ludzi religijnych włączając w tę zbiorowość również siebie: „To wiara religijna daje nam akceptację życia ... religia nie tylko jest ważna, ale wręcz niezbędna do tego, żebyśmy to poczucie sensu mieli”.
Zrozumiałe jest, że taki punkt widzenia nie podlega ocenie zewnętrznej. Jest określony przez wiarę, jest zakorzeniony w indywidualnej potrzebie autorytetu Boga, której kwestionować nie sposób. Można jednakże zastanowić się nad tym, co się przez sens życia i świata rozumie i jakie relacje to pojęcie wyznacza. Z tekstu L. Kołakowskiego wynika, jak sądzę, że używa on kategorii sensu utożsamianego z religijną Prawdą, która stanowi punkt odniesienia dla prawd formułowanych w zakresie ocen eschatologicznych. Chodzi a takie rozumienie prawdy, które ilustrują na przykład powiedzenia bohaterów Fiodora Dostojewskiego: cóż ze mnie za kapitan, jeśli nie ma Boga; lub: jeśli nie ma Boga, to wszystko dozwolone.
Czy wiara religijna w sens życia i świata jako PRAWDA otwierająca nadzieję na zmartwychwstanie i sąd ostateczny zaspokaja głód eschatologiczny ludzi wierzących? Czy wiedza ta staje się podstawą dla ufności i pogody ducha, gdy w obrębie myśli kościelnej obowiązuje zasada wierności słowu bożemu nawet w przypadku, gdy się go nie rozumie? Pytania te nie są retoryczne. Zwłaszcza gdy zważyć, że religia przejawia się nie tylko w czystej idei indywidualnego przeżycia wiary. Funkcjonuje w nierozerwalnym związku z instytucją Kościoła spełniając rolę duchowego spoiwa wspólnoty zorganizowanej w hierarchiczną strukturę, która strzeże nienaruszalności dogmatycznej doktryny.
Na zagadnienia te zwraca uwagę profesor Zdzisław Cackowski w artykule „Bóg może się zdrzemnąć”. „W związku z wizytą papieża Benedykta XVI w Polsce ponownie uświadamiam sobie, że dla księży religii objawionych religijna wiara jest z zewnątrz, to znaczy nie z ludzkiego doświadczenia. Czasami odwołują się oni do ludzkiego doświadczenia, zwłaszcza tragicznego (bo to z niego rodzi się potrzeba cudu, a więc i potrzeba wiary), ale nie mogą tego źródła wiary zbyt eksponować, bo dyskwalifikowaliby OBJAWIENIE ... «Dlaczego śpisz Panie?» W taki sposób „Tygodnik Powszechny” zatytułował przemówienie papieża w Birkenau.
Czy takie wołanie do Boga nie jest bluźnierstwem? Wszak jeden z wielkich kapłanów katolickich nie tak dawno pisał do swego przyjaciela, żeby nie oskarżał Boga o jego cierpienia, ale przeciwnie, aby modlił się o to, by «starł mnie na miazgę - propter magnam gloriam Suam». Inny zaś wielki kapłan zwracał się do Boga słowami «Boże Wszechmogący, zawsze dobry, nawet wtedy, gdy pozwalasz by Twoje dzieci były złamane bólem». Sądzę, że Benedykt XVI z takiej postawy się nie wyłamuje, chyba nie może. Boga trzeba chwalić, chwalić, chwalić wbrew wszystkiemu. Może na wszelki wypadek. Może ze strachu - tak może sobie pomyśleć ateista, a może każdy, nawet katolik może tak sobie przez chwilę pomyśleć? Ale pewnie tylko przez chwilę!
Papież w końcowej części swej mowy też Boga chwali i prosi Go, aby nigdy więcej! Ale na początku zdaje się buntować, stwarza wrażenie bluźniercy. To chyba tylko retoryka, jednak nie jest to pusta retoryka! Papież chyba czuje, ze tego rodzaju słowa są ludziom potrzebne, potrzebne są one także, a może przede wszystkim, ludziom wiary ... Papież nie chce Boga obrażać, nie może, nie wolno mu i nie chce bluźnić. A jednak, nawołując do pokory, zachęca jednocześnie do NATARCZYWEGO wołania do Boga o to, aby się przebudził, aby nie spał, tak jak w czasach masowego mordowania ludzi. Nie chce bluźnić a jednak!
Wydaje mi się, że ta dwuznaczność jest konieczną, niezbywalną cechą autentycznej wiary... Wiara autentyczna, a trudno wykluczyć osoby o takiej postawie, nie może nie mieć pretensji do Boga, nawet jeżeli wyrażanie tych pretensji może się takiej wierze wydawać niebezpieczne. Otóż właśnie, papież Benedykt XVI mówił (przynajmniej w części swojej wypowiedzi) jak człowiek autentycznej wiary w Boga i mówił - jakby - w imieniu tych, którzy autentycznie w istnienie «żywego Boga» wierzą. A wierząc nie można nie mieć pretensji, żalu, nie można nie wołać do Boga, aby nie spał, aby się obudził... O milczeniu Boga wobec zbrodni papież mówił... Natomiast o milczeniu Kościoła w tamtych czasach papież nie powiedział.... Nie tylko Bóg nie jest więc bez winy ale i Kościół, a nade wszystko ludzie, ludzie, ludzie! LUDZIE nie wykręcajcie się przed odpowiedzialnością! Może właśnie ludzie powinni dać wreszcie spokój bogom i Bogu, a zająć się sobą i swoim światem - zająć się tak, aby ograniczać źródła nienawiści i wrogości miedzy sobą, a przez to i potwornych zbrodni?! NIKT/NIC za ludzi tego nie zrobi! Wszak papież nam powiedział, że Bóg, nawet jeśli istnieje, to może się zdrzemnąć, choćby na chwilę, na BOSKĄ chwilę” („Przegląd”, nr 25/2006).
Przedstawione w zderzeniu teksty obu autorów ukazują, że ich opcje światopoglądowe są różne. Ujawniają zarazem pewne podobieństwo, mianowicie powagę z jaką podejmują problematykę fenomenu religii, w rozpoznawaniu jej źródeł poznawczych i psychologicznych. Od wieków przyciągają myślicieli kwestie relacji między punktem widzenia wiary religijnej i rozumu. W obszarze poznawczym tych dwu form oglądu rzeczywistości szuka się danych i argumentów zbliżających człowieka do rozjaśniania tajemnicy życia i świata. Nie inaczej jest i dzisiaj.
Res Humana nr 5/2006, s. 13-15