Ludzkie zdrowie
Autor: Stanisław Kubiak
Nie wydaje się rozsądne wierzyć, że społeczne konflikty ze służbą zdrowia zostaną szybko uładzone. Nie zostaną, raczej będą nabrzmiewać i przeradzać się w coraz drastyczniejsze antagonizmy. Medycyna została bowiem osadzona na pozycji tak wyróżnionej w społecznym podziale pracy, że może sprawować więcej władzy niż się jej należy. Wszak dłużej żyjący więcej niż dawniej chorują i uzależniają się nieodwołalnie od medycyny. A trzeba w dodatku pamiętać, że zachorowania mnożą się dziś znacznie szybciej niż efektywność lecznictwa. Rośnie więc trwała nierównowaga rynkowa pomiędzy popytem na pomoc medyczną a jej podażą, co grozi wstrząsami społecznymi i politycznymi. Drożejąca bowiem medycyna wymaga przeznaczenia coraz większych, często brakujących dochodów na ratowanie zdrowia i życia. I rodzi nierówności wołające o pomstę.
Politycy, zwłaszcza lewicowi, próbują ten bieg spraw zwolnić i zatrzymać. Raczej obawiają się i sprzeciwiają prywatyzacji i elitaryzacji medycyny. Politycy prawicowi za to wolą prywatyzację, żeby chorzy płacili za leczenie chorób, dzięki czemu medycyna ma szybciej osiągnąć nowoczesny dostatek. Wierzą, że dzięki bogatym pacjentom będzie ona lepiej leczyć także biednych. Bogate amerykańskie centrum kardiologiczne w tym systemie naprawiło serce przywódcy polskiego proletariatu (Lecha Wałęsy), jeżeli jednak Polacy dożyją sprywatyzowania kardiologii polskiej, to i ona, jako bogatsza pomoże biedniejszym.
Niestety, są to niewiarogodne wróżby. Rosnący popyt (bogatych!) na ratowanie zdrowia utraconego – jak dotąd – zawsze przebija potrzeby biedniejszych i głodnych. Przemysł farmaceutyczny jakoś nie zatroszczył się o biednych, za to wynajdował zatrzęsienie leków dla bogatych. Toteż lekarze, jak farmaceuci, wciągani do gry w dochody, nie będą wstępować do zakonu miłosiernych franciszkanów. Nic dziwnego, że znana amerykańska dziennikarka Elżbieta Olender, gościnnie na łamach „Gazety Wyborczej” (4–5.10.08), wołała: medycyna będzie czynić cuda, ale niewielu będzie na nie stać!
Toteż nieunikniona staje się medyczna feudalizacja kapitalizmu. Coraz lepiej widać jej bujnie rozwinięte zarodniki. Lekarze zrzeszają w się w związki tak hermetyczne i autorytarne, że niemal kastowe. Ze swej wiedzy wznoszą zapory niedostępne dla postronnych, chorzy przestają być dla nich partnerami, ponieważ nie starcza im do tego kompetencji. Wskutek tego nie mają – wbrew temu co się głosi – wolnego wyboru lekarza, bo skąd mają wiedzieć, który naprawdę lepiej leczy. W konsekwencji tej niewiedzy od dawna kupują leki na rzekomo wolnym rynku, w samej rzeczy w systemie kartkowym (na tak zwane recepty). Czekają też w wielomiesięcznych kolejkach na badania specjalne, które bogatsi mogą kupować sobie od zaraz.
Takie zależności należą – oczywiście – do degenerujących, toteż najlepiej byłoby zawczasu pytać: Czy nie moglibyśmy zapobiegać narodzinom oświeconego absolutyzmu medycznego? Otóż moglibyśmy, albowiem wcale…
nie musimy tonąć w powodzi chorób.
Rosnące uzależnienie pacjentów od medycyny dałoby się zmniejszyć przez zwiększenie ich zdrowotności. Dobre zdrowie oznacza wszak dobrą kondycję fizyczną i psychiczną, zwiększoną odporność na choroby, względnie samodzielną zdolność radzenie sobie z zagrożeniami zdrowotnymi i zmniejszony popyt na medycynę. Tak dochodzimy do pytania: Czemu medycyna nie zajmuje się rozwijaniem i umacnianiem zdrowia, a tylko ratowaniem zdrowia utraconego. Zdrowie jest przecież dobrem społecznym, i jako takie powinno być stałym przedmiotem jej troski.
Niestety – nie jest przede wszystkim dlatego, że medycyna uformowała się jako wielkie pogotowie do walki z chorobami. Koncentruje się przeto w pierwszej kolejności na stanach szczególnych zagrożeń. Jak na polach bitewnych – najpierw zajmuje się ratowaniem zagrożonych śmiercią. W drugiej kolejności – lżej rannymi i chorymi, a w końcu, ewentualnie, czasami – profilaktyką. Ten historyczny porządek postępowania jest dodatkowo wzmocniony przez prywatyzację. W prywatno - rynkowym systemie regulacji zachowań – leczenie zamienia się w finansowo skalkulowaną transakcję. Nawet menedżerowie akcji profilaktycznych występują de facto jako akwizytorzy. Oto szacują wyniki swej pracy przy pomocy wskaźnika rekrutacji chorych, który podaje – ile oto osób dowiedziało się, że powinni się leczyć: u kardiologów, onkologów i tym podobnych. Takim działaniem oczywiście pobudzają popyt na specjalistów, wzmacniają ich rynkowy prestiż, lecz nie zwiększają jeszcze podaży kardiologów, onkologów i innych deficytowych specjalistów. Po takich akcjach pacjenci zauważają, że skoro tak trudno dostać się do lekarza, to najlepiej nie wiedzieć, że go potrzeba! Albo poszukać tańszych znachorów, którzy zresztą świetnie prosperują obok przodującej w świecie medycyny amerykańskiej.
Takie właśnie leczenie i ratowanie życia wypiera na pobocza umacnianie zdrowia. A przecież dobre zdrowie także potrzebuje medycznych kwalifikacji, okazuje się jednak mniej zyskowne niż ratowanie chorych. W rezultacie prywatny rachunek opłacalności medyków (i farmaceutów) wypycha na pobocza społeczne rachowanie zdrowotności państwa i obywateli. Trudno się przeto dziwić, że większość lekarzy nie traci czasu na rozwijanie kultury zdrowego życia. I próbuje korzystać ze zwyżki cen na ich usługi. Ale wiedzieć też trzeba, że ten popyt wzrasta nie tylko wskutek rosnącej długowieczności, ale także dzięki wydajnej pracy rynku. Albowiem rynek okazał się pod tym względem największym i najbardziej demoralizującym urzędem pedagogicznym. Wszak jego…
…przedsiębiorczość zajęła się wydajnym pomnażaniem chorych…
Rosnąca zachorowalność po prostu okazała się skorelowana ze zjawiskiem wypierania z rynku produktów dobrej jakości zdrowotnej przez niezdrowe i szkodliwe. Przedsiębiorstwa robią dobre interesy na szkodzeniu zdrowiu, zwłaszcza, że są zwolnione z ponoszenia kosztów wyrządzanych przez siebie szkód. Przysłoną tej kosztownej abolicji rynkowej jest oczywiście mit o rzekomej wolności nabywców, którzy ściągnięci czy raczej zwabieni do lunaparków konsumpcji, mają pozornie wolny wybór, chociaż tak naprawdę nie wiedzą, co kupują.
Oto kupowali sobie auta, żeby nie jeździć zatłoczonymi tramwajami, autobusami i pociągami. I zapchali swymi autami ulice tak mocno, że nie da się po nich jeździć. I degradują miasta, w których żyją. Okrążają nimi samych siebie i swoje domy, otaczają się spalinami i opiłkami zdartych opon oraz hałasem. Po niewczasie, oczywiście, zauważają, że spaliny zatruwają im życie, a od hałasu komunikacyjnego głuchną, toteż domagają się teraz nowych i szerszych dróg, albo marzą o nowych mieszkaniach za miastem. Koszty zdrowotne tej coraz bardziej anachronicznej mody na indywidualną motoryzację w amerykańskim stylu, oczywiście, rosną, ale nie są wpisane w ceny aut i modernizacji miast oraz dróg, za to obarczają budżety państwa, samorządów i gospodarstw domowych.
Ale jest to ledwie drobna ilustracja gospodarki, która coraz wydajniej zwiększa zachorowalność i koszty zachowania zdrowia. Pomińmy kosztowne choroby z nadkonsumpcji: nikotyny i alkoholu. Ale oto jest sól, produkt zwykły i popularny, jak wódka. Wszyscy jedzą jej za dużo, chociaż przyspiesza choroby układu krążenia, zwłaszcza nadciśnienia tętniczego, które osiągnęło rozmiary epidemiczne.
Nadciśnienie, oczywiście czyni choroby serca najczęstszą przyczynę zgonów i zapewnia kardiologii pozycję króla medycyny. Ale sól nie dość, że tania, jest jeszcze ciężka. Pozwala tanio zwiększać ciężar przetworów mięsnych i rybnych. Wykreowana na komponent konserwujący i smakowy – pobudza apetyt i pragnienie; restauratorzy wiedzą, że gdy doda się soli z pieprzem do jedzenia, to goście wypiją i zjedzą ponad przyzwoite normy. Oczywiście, bardziej społecznie usposobieni medycy wołają – ludzie nie jedzcie tyle soli, to szkodzi? Ale kto ich w tym zgiełku interesów usłucha?
Na liście epidemii chorób serca z nadkonsumpcji jest cukier. Dodaje energii, siły, ale przecież oszukuje organizm. Tworzy bowiem złudne poczucie sytości i pozostawia organizm z niedoborem witamin i minerałów. Zmniejszając odporność przechodzi w otyłość, która wyzwala cukrzycę i przyspiesza choroby stawów. Ale przemysł cukierniczy ma bardzo pomysłowe służby marketingowe, podobnie jak producenci piwa i papierosów. I wywindował się na pozycje jednej z najbardziej rentownych branż spożywczych, czego w żadnym razie nie da się powiedzieć o warzywach i owocach. Kto tedy ponosi koszty tego oszukańczego interesu cywilizacyjnego, a kto na nim zyskuje?
Wybitni oto kardiolodzy wielokroć ostrzegali nabywców przed nadmiernym spożyciem tłuszczów zwierzęcych, jako rodzących miażdżyce, ale przecież nie oni rządzą rynkiem. Z apeli kardiologów skorzystał za to przemysł tłuszczów roślinnych, który zaczął wypierać z rynku tłuszcze zwierzęce. Wówczas przemysł mięsny z mleczarskim zaczęły sprzedawać tłuszcze pochowane w kiełbasach i serach. Wprawdzie zwiększyła się sprzedaż olei i tak zwanych margaryn miękkich, korzystniejszych dla zdrowia niż smalec, ale wzrosło spożycie margaryn twardych (cukierniczych!), które szkodzą z nawiązką. Zawierają bowiem duże dawki miażdżycorodnych izomerów trans. I producenci, zamiast ponosić koszta wywozu tych tłuszczów na śmietniska, utylizują je w żołądkach nabywców, którzy w dodatku płacą im za wykonanie tej utylizacyjnej usługi.
Syzyfowe ostrzeganie przed szkodami
W tej sytuacji dobre rady o zdrowym życiu włóczą się po mediach i raczej udają, że coś więcej znaczą niż znaczą. Nie za bardzo też zajmują nabywców, ponieważ nie są oni w stanie oceniać jakości zdrowotnej kupowanych produktów. Kupują wszak dzieła coraz bardziej skomplikowanej pracy rąk i umysłów. Jako producenci mogą jeszcze wiedzieć, co produkują, ale jako nabywcy są amatorami jakości. Sensowne kupowanie zaczęło oto stawać się sztuką, wymagającą zgoła studiów. Studia ze specjalności żywienia albo towaroznawstwa albo wychowania fizycznego trwają pięć lat. Jak więc zwykli nabywcy mają racjonalnie wybierać spośród 20 rodzajów tłuszczów, 15 gatunków kaw, 30 rodzajów serów? Albo spośród 25 rodzajów kosmetyków?
Po prostu na rynku zdrowia tracą pozycję partnerów i podmiotów rynkowych. Zagonieni i zapracowani znaleźli się w zniewalającym świecie rynkowych iluzji i socjo-psychologicznych magów. Medycyna z ambicjami społecznymi nie ma w tym towarzystwie nic do gadania. O sposobie życia nabywców wszak dyktatorzy mody, scenarzyści i scenografowie rynkowego kina kupowania byle czego. I nie brak na to coraz bardziej wyzywających dowodów. Nauczyciele oto, zobligowani programami dydaktycznymi, uczą zdrowej diety, ale z poczuciem bezcelowości, albowiem gastronomia szkolna (stołówki, bufety szkolne, automaty) skuteczniej wdraża do zachowań przeciwnych wiedzy o zdrowiu. Można, oczywiście, zakazać szkolnej gastronomii szkodzenia, ale wtedy zastąpią ją sklepy przyszkolne, albo pokątny handel batonami co bardziej przedsiębiorczych uczniów. Toteż nauczyciele, jak lekarze i konsumenci, po prostu składają „broń”.
Czy zatem rozwijanie prozdrowotnej, rynkowej polityki gospodarczej nie staje się palącą koniecznością? Ależ oczywiście, staje się, tylko kto ją ma realizować, kto zechce to robić, kto podoła? Medycyna w natłoku chorych ulega raczej grze w biznes. Nefrolodzy, oczywiście, zauważają szaleństwo mody na koszulki negliżujące nerki, ale przecież nie będą walczyć z rynkową modą. To nie ich rola. Zresztą pacjenci, po chronicznym przeziębieniu nerek niechybnie podbiją ceny leczenia nerek. Ortopedzi od dawna wyrzekają na modę na wysokich obcasach, ale dzięki niej mają coraz więcej pracy. Dlaczego dermatolodzy nie mieliby łączyć się z farmaceutami, i zarabiać na oszałamiającym wprost wyborze zbędnych kremów. Słyszałem żartobliwą pogawędkę wesołych chirurgów: – Czy w przyszłości bardziej opłacą się operacje plastyczne poprawiające urodę, czy raczej ścinanie rozdętych od żarłoczności żołądków? Tymczasem różne ugrupowania polityków rozkładają bezradnie ręce i zwykle wyrażają nadzieję, że rynek w końcu wszystko lepiej załatwi niż oni.
Ale przecież nie załatwi, jest bowiem polem zdominowanym przez misje dochodowe przedsiębiorców. W przodującej medycznie Ameryce plaga hałasu komunikacyjnego zrodziła popyt na niezwykłe aparaty słuchowe. Dawniej kupowali je starcy, teraz także potrzebne są młodym, którzy słyszą coraz gorzej, wskutek czego kochają głośne grania. Już nie trzeba nam ciszy ani Bacha i Mozarta, wystarczy więcej otolaryngologów i producentów aparatów słuchowych! Tak właśnie rozkwita przedsiębiorczość a ludzi ożywiają nowe wyzwania konsumenckie. Biegają tedy jak ścigacze, do upadłego. Nie dosypiają, żeby tylko nie wypaść z obiegu rywalizacji. Przechodzą na nocny tryb życia. Za dnia – kawa albo „dopalacze” (substytuty narkotyków). Wzrasta popyt na pigułki nasenne i leczenie nerwic albo depresji. Przed psychiatrią także otwierają się nowe perspektywy. Pojawiło się zjawisko senności dziennej. Nie szkodzi – trzeba rozwijać ośrodki leczenie zaburzeń snu. I tak dalej – ale dokąd? Bo to nie są wcale żarty, to są zjawiska niemniej niepokojące niż przegrzanie klimatu. Bo tak rozwija się biznes a zdrowie upada.
Czy zatem nie odsłaniają się nam na tym przykładzie korzenie gospodarczego kryzysu, wybuchłego w 2008? Amerykanie oto – jak nie wszystkim wiadomo – są dramatycznie zagrożeni przez otyłość. Powinni mniej jeść, bezwarunkowo, ale umiar w jedzeniu zagraża dochodom farmerów i zwiększeniem bezrobocie w przemyśle spożywczym. I zapowiada mniejsze – co też dość ważne – wpływy podatkowe do państwa. Zdrowe życie tylko zaostrzy amerykański kryzys finansowo-bankowy spowodowany nieumiarkowanym życiem na kredyt mieszkaniowy. I wyjścia już raczej nie widać, skoro zdrowe jedzenie (umiar!) zwiększa zagrożenie kryzysem przedsiębiorczości. Co więcej – zwiększa także zagrożenie przemysłu farmaceutycznego, zajętego produkowaniem leków i paraleków łagodzących skutki przejedzenia. Co więcej – zmniejsza produkt krajowy brutto. W dodatku godzi w media, które nie powinny drukować takich, jak ten esejów, ponieważ umiar konsumencki podcina gałąź reklamową, na której przysiadły. Toteż szukanie wyjścia z tego zapętlenia jest niezwykle trudne, ryzykowne i musi polityków onieśmielać, jeśli nie przerażać. Lecz czy z tego powodu mamy ich zwalniać z odpowiedzialności za brak prozdrowotnej polityki rynkowej?
Jak władza wyrzeka się zdrowego społeczeństwa
Pytam więc siebie i innych: co robić, żeby rynek zaczął sprzyjać zdrowemu życiu, zamiast je grzebać? Przecież polityka sprzyjająca prozdrowotnej przedsiębiorczości rynkowej musi być możliwa. Dlaczego więc członkowie ekip rządowych czy parlamentarnych i samorządowych jej nie inicjują? Może są ofiarami za nadto rozwiniętej specjalizacji? Może ich horyzonty społeczne i polityczne doznają uszczerbku przez nadmiernie specjalistyczny, cywilizacyjny podział pracy?
Resort zdrowia ofiarnie koncentruje się więc na usprawnianiu skutków czyli systemu ratowania chorych (tak samo poselska komisja zdrowia), a gospodarka, która jest przyczyną zwiększonej zachorowalności, nie jest jego rewirem. Gromadząc specjalistów medycznych przecież nie może zajmować się ekonomią społeczną. I pani lub pan minister mają sprawę z głowy. I już powierzają cały ten problem fachowcom z prawdziwego zdarzenia: w ministerstwach gospodarczych (przemysłu, rolnictwa, skarbu i infrastruktury). Niech oni monitorują rynek, wydajność i produktywność przedsiębiorstw, inflację i wartość złotego.
Jednakże ministerstwa gospodarcze, w ramach daleko idącej specjalizacji, nie mogą przecież uprawiać zdrowotnej polityki. Przecież nie znają się na zdrowiu. No to – kto ma to robić? W tym otoczeniu wielka musi być samotność premierów lub prezydentów. I tak systematycznie musi powiększać się w państwie, jak na drożdżach, rzeczywistość niczyja. Ministerialni czy parlamentarni medycy i ekonomiści bowiem zawsze nie znają się na czymś społecznie ważnym. Wskutek tego w rządzeniu państwem i samorządami pojawiają coraz rozleglejsze odłogi (czy ugory?) usprawiedliwionej nieodpowiedzialności.
Jedyną klamrą łączącą wysokie i podzielone władze pozostają pieniądze. Jedni je wydają a drudzy zarabiają, a możliwości ministerstw społecznych uchodzą za wypadkową wielkości przydzielonych im pieniędzy przez tych co zarabiają. I jakby teraz nie kombinować i kluczyć - ministerstwa społeczne pokładają wszystkie nadzieje w dochodach gospodarki, jakby sama dochodowość przedsiębiorstw warunkowały większe zdrowie narodu, chociaż Bogiem a prawdą nierzadko zdrowiu szkodzi. Tak z umysłów wybitnych działaczy i specjalistów oraz polityków zostaje wymazany fakt, że poziom zdrowotności (jak i całej kultury) nie tylko zależy od wielkości dochodów, ale może przede wszystkim od sposobów ich pozyskiwania. Bo to przecież sposoby pozyskiwania i powstawania dochodów w największym stopniu sprzyjają albo szkodzą kulturze powszechnej, a kondycji zdrowotnej w szczególności.
W ten też sposób znika z pola widzenie wycena kosztów produktywności i zyskowności gospodarczej. Bystry i medialny w latach 2008-2009 poseł (z wykształcenia filozof) Janusz Palikot – jak wiadomo – dobrze zarabiał na wydajnej produkcji alkoholu. Ale przecież produktywność jego „gorzelni” – jakby jej nie mierzyć – deprecjonowała:
1. społeczny sens pracy ludzkiej i bytu robotników jego „gorzelni”
2. kulturę życia nabywców, zwłaszcza gdy wódka stawała się przyczyną umasowionej choroby alkoholowej.
I rzecz w tym właśnie, że w polityce ekonomicznej państw i samorządów dominuje Opcja Palikota, od nazwiska poselskiego reprezentanta przedsiębiorczości rynkowej, ale jeszcze nie społecznej. W tej polityce bowiem wielkość dochodów odseparowana zostaje całkowicie od sposobu ich powstawanie jak również w syndromie hazardowym. Albowiem dochody stały się głównym narzędziem scalanie rozdzielonych ministerstw (i komisji poselskich). Wszyscy więc otaczają ciasnym kręgiem ministerstwo finansów i wznoszą modły o większe pieniądze, a ministerstwo finansów i sejm wpisują do budżetu – ile komu się tym razem należy. W tych bowiem podziałach konkretne cele i zadania społeczne, socjalne, kulturalne, oświatowe już niczego nie wyznaczają gospodarce. Rządzą pieniądze. W rezultacie medycyna czuje się odpowiedzialna wyłącznie za ratowanie chorych w granicach dochodu krajowego brutto albo – by tak rzec – wielkości zysków „Palikota”. Obiecana Polakom w roku wielkiej odmiany (1989) społeczna gospodarka rynkowa znika z oczu, jako fantasmagoria społecznej solidarności.
Oczywiście, w tak spieniężonym porządku, państwo staje się bardziej ostoją przedsiębiorczego egoizmu firm i niż powszechnego zdrowia obywateli. Ekologicznie nastawieni posłowie i urzędnicy wymuszają oto uznanie przyrody za prawdziwe bogactwo gospodarcze, w odróżnieniu od potężniejszej medycyny, która odwraca oczy od gospodarki szkodzącej zdrowiu ludzkiemu. Mamy w rezultacie ministerstwo ochrony środowiska przyrodniczego i jego agendy, ale nie mamy ministerstwa ochrony człowieka i jego zdrowia. Mamy obronę przyrody (ochronę zwierząt) przed autostradami i obwodnicami, ale nie mamy ochrony zdrowia mieszkańców miast i ulic zajeżdżanych przez kawalkady tirów jak w Augustowie albo przy wielkomiejskiej ulicy Słowackiego w Gdańsku. Albowiem nie mamy polityki umacniania zdrowia i medycyny zdrowego życia.
Dramatyczną konieczność rozwijania gospodarki zintegrowanej z polityką społeczną, zdawał się kiedyś doceniać Jerzy Hausner, profesor ekonomii, który był wicepremierem. Co prawda nie słyszałem, żeby pytał, jak wpisać w politykę gospodarczą politykę prozdrowotną, ale już próbował kierować polityką społeczną i zarazem gospodarczą. I o to właśnie chodzi. Przed laty na Gdańskich Spotkaniach Lekarzy, Producentów i Konsumentów często pojawiał się taki właśnie nurt pytań granicznych, z którego wyrósł na przykład postulat rozwijania prozdrowotnej modernizacji i restrukturyzacji rolnictwa i przemysłu spożywczego, by kwitł warzywami i owocami. Ale okazywał się on absolutnie niezrozumiały dla ministerstwa zdrowia i rolnictwa. Pojawiało się tam także takie na przykład pytanie: Jak zwiększać konkurencyjność firm prozdrowotnych, aby wypierały z rynku przedsiębiorstwa nie sprzyjające zdrowiu albo mu wprost szkodzące? Dlaczego politycy społeczni i zdrowotni nie różnicują obciążeń podatkowych firm prozdrowotnych i przedsiębiorstw, które mnożą zachorowalność?
Lecz rządzący i posłowie, a nawet europosłowie nie chcieli na nie odpowiadać. A przecież przydałaby się medycynie porządna lekcja polityki proekologicznej. Może przydałoby się nawet stworzenie jednego ministerstwa (i jednej komisji poselskiej) ochrony człowieka i przyrody, jako realnej przeciwwagi ekonomii zaczadzonej fetyszyzmem Fiskusa. To bowiem nie ekonomia z finansami mają rządzić polityką społeczną, lecz dokładnie odwrotnie. Zanim będzie za późno. Dlatego właśnie trzeba monitorować zależności i sprzeczności pomiędzy gospodarką a kulturą zdrowego i chorego życia. I razem z ekologami tworzyć zintegrowany system zarządzania państwem przez konkretne cele (i zadania) społeczne. Dlatego należy oceniać gospodarkę zawsze przez pryzmat wskaźników jakości życia, które proponował Amaryta Sen (Nobel z ekonomii). Albo za pomocą wskaźnika ZIP (zintegrowanego indeksu pomyślności), którym Grzegorz Kołodko (profesor ekonomi) chciałby mierzyć sensy i bezsensy gospodarki. Zapewne nie da się raptownie tworzyć takiego systemu pomnażania zdrowia, ale nie można też czekać, aż zaczną nas nękać narastające katastrofy i kataklizmy zdrowotne. Tymczasem rzecznicy ekonomicznego liberalizmu wciąż praktykują jawne przerzucanie wszystkich win za szkody gospodarcze – od ekologicznych po zdrowotne – na rynek. I wciąż, uparcie zalecają – jak Leszek Balcerowicz – czekać aż on sam wszystko za nich naprawi. Albowiem rynek wszystko wie o wiele lepiej niż ludzie, w dodatku rzekomo sam sobie już nieraz poradził, jako sprawdzony system samoregulacji przez zaburzenia (jak brzmiało kiedyś szczere wyznanie Balcerowicza). Tak też umacnia się nam i rozkwita osobliwa wiara w cudowną, naprawczą moc zaburzeń. Tyle tylko, że owa samoregulacja przez zaburzenia w sprywatyzowanej i urynkowionej medycynie zapowiada szczególną kondensację dramatów i tragedii. Ponad tragiczną miarę ludzkiej wytrzymałości.
Autor artykułu jest publicystą, byłym wieloletnim prezesem gdańskiego Forum Zdrowia QUO VADIS – grupy profesorów Akademii Medycznej i Akademii Wychowanie Fizycznego i Sportu, wykładał też na AWFiS socjologię zdrowego życia w gospodarce rynkowej.
Res Humana nr 1/2010, s. 12-17