Kolejne seanse nienawiści

Autor: Andrzej Biernacki
 

Sztaby polskiej radykalnej prawicy, którą część społeczeństwa polskiego obdarzyła przed pięciu laty swoim zaufaniem, i zapewniła dostęp, ponad rzeczywistą zresztą miarę, do różnych instrumentów władzy i wpływu, uznały od samego początku, że tylko wzniecanie konfliktów i permanentnej wojny domowej, tylko życie w napięciu i niepewności, może im zapewnić względne trwanie. Wszelki ład czy pokój społeczny, budowany na choćby niewielkiej przestrzeni porozumienia czy zrozumienia racji odmiennych od własnych, jest bowiem dla nich śmiertelnym zagrożeniem, podważa ich istotę, ich zdegenerowany typ legitymizacji, niezależnie od demokratycznego frazesu, którym zresztą nie gardzą.
 
 
Dlatego dzień bez konfliktu jest w ich rozumieniu dniem straconym. Z tym większą energią każdy stracony czas wypełniają coraz bardziej wymyślnymi seansami nienawiści, czerpanymi z tyle coraz głębszych, co bardziej zatrutych źródeł.
 
Trzy przykłady z ostatnich miesięcy, opisane zresztą przez wiele mediów, dobrze ilustrują filozofię konfliktu owych sztabów.
 
Oto w jądrze tych sztabów, w zarządzanym jeszcze przez Mariusza Kamińskiego Centralnym Biurze Antykorupcyjnym, które po upadku rządu PiS, pozostając w niezmienionym kształcie, stało się tykającą bombą pod nowo wyłonionym rządem, narodziła się tzw. afera hazardowa, z przewrotną premedytacją nie mająca na celu ujawnienie i wyeliminowanie tych czy innych nieprawidłowości związanych z branżą hazardową, lecz w istocie uderzenie w obecny rząd, a zwłaszcza w osobę jego premiera. Nie ma potrzeby na tym miejscu uzasadnić powodów tego uderzenia, powodów zupełnie „racjonalnych” z punktu widzenia sztabów skrajnej prawicy zabiegających o reelekcję obecnego prezydenta, lecz z innego niż reelekcyjnego punktu widzenia to uderzenie trzeba traktować jako cios, zadany haniebnymi metodami, w demokratyczny proces wyborczy, w jeden z fundamentów państwa, w imieniu którego działał Kamiński, jego ludzie i jego polityczni protektorzy. Tzw. afera hazardowa to także wniesienie w polskie życie publiczne, ponad rzeczywistą miarę, niepokoju i elementu społecznej destabilizacji. Źle, bardzo źle, że tej „aferze” tyle czasu i miejsca poświęciły polskie media, skądinąd słusznie narzekające na niepodejmowanie rzeczywistych problemów czy debat.
 
Nie koniec na tym. Kiedy bowiem ów sztab, trzymajmy się już tego skrótu identyfikującego wiadome siły polityczne i osoby, zorientował się, zwłaszcza po oczyszczeniu CBA z personalnego brudu, że nie udało się wysadzić rządu Tuska i jego samego w powietrze, postanowił zagrać nieczystymi kartami wobec gen. Wojciecha Jaruzelskiego i Aleksandra Kwaśniewskiego. Moralistom z IPN, a w istocie wiernym posłańcom sztabu, którym nie schodzi z ust wołanie o „prawdę”, która ma nas wyzwolić z mrocznych miazmatów „komunistycznej przeszłości”, nie przeszkadzało posłużyć się dokumentami, które arbitralnie uznali za wiarygodne tylko dlatego, że uznali je za wygodne w rozpętaniu kolejnej prowokacji wobec osób cieszących się niemalejącym, a do tego poważnym zaufaniem i poparciem społecznym. Takie osoby, uznano w sztabie za co najmniej przeszkadzające w realizacji ich strategicznego planu reelekcyjnego.
 
W przypadku Generała posłużono się tzw. „notatkami” gen. Wiktora Anoszkina, które miał sporządzić z rozmowy przeprowadzonej nocą 9 grudnia 1981 r. w Warszawie pomiędzy jego przełożonym marszałkiem Wiktorem Kulikowem a gen. Wojciechem Jaruzelskim, rozmowy istotnie ważnej, dotyczącej sprawy wprowadzenia stanu wojennego w Polsce, a więc sprawy objętej najwyższym stopniem tajności, z czego zapewne zdawali sobie doskonale sprawę rozmówcy gen. Jaruzelskiego. I otóż owe „notatki” nie są zdeponowane we właściwym dla ich charakteru miejscu, lecz leżą sobie spokojnie przez wiele lat w prywatnym mieszkaniu owego adiutanta dowódcy Wojsk Układu Warszawskiego, aby znaleźć się – jako „darowizna” - w rękach… dokumentalisty filmowego, który, opisując tyle barwnie, co naiwnie „filantropijny” gest darczyńcy, orzeka z całą powagą, że „dzienniki zostaną przekazane temu archiwum, które zapewni najlepszy do nich dostęp badaczom”.
 
Powiedzmy krótko: to dokument, zarówno co do jego treści jak i okoliczności zmiany jego właściciela, co najmniej podejrzany, jeśli nie w całości, to w wielu jego miejscach, które można – po lekturze w wersji opublikowanej w mediach – łatwo wskazać. Nietrudno było bowiem np. dopisać lub wykreślić jedno słowo lub zdanie, będące skarbem dla „polityków historycznych”, aby te fałszywki puścić w publiczny obieg i aby „ciemny lud je kupił”.
 
Otóż i w tym przypadku zleceniodawcy i wykonawcy tej intrygi mylą się co do owego „ciemnego ludu”, sącząc mu dziś oszczerczy wizerunek generała Jaruzelskiego, bo ten „lud” trafnie wyczuwa nieczystą grę „notatkami” i jest przekonany, że prędzej czy później prawda o nich wyjdzie na wierzch. Teraz zaciera ręce Antoni Dudek, ongiś zajadły w swej niechęci do Generała publicysta wołkowego „Życia”, a dziś najbliższy doradca szefa IPN. To przyznajmy, ważne i długie ręce, które wiele potrafią. Miejmy nadzieję – do czasu. Warto w tym miejscu odnotować manipulację prezenterów TVN w ich, łamiącej wszystkie zasady zwykłej przyzwoitości i taktu, rozmowie z gen. Jaruzelskim w listopadzie ub. roku. Nadmiernie wysokie mniemanie o sobie i arogancja – cechy, niestety, właściwe wielu im podobnych ludzi telewizji, czynią z ich nie tylko niewolników politycznej poprawności, ale prowadzą do zachowań patologicznych.
 
I wreszcie … nowe „dzieło” funkcjonariusza historycznego Piotra Gontarczyka na temat Aleksandra Kwaśniewskiego: w artykule zamieszczonym w oficjalnej publikacji IPN, instytucji, w której pełni ważną funkcję publiczną, dowodzi, choć nie przytacza żadnych dowodów i wbrew orzeczeniu sądu lustracyjnego z 2000 roku – że Aleksander Kwaśniewski był tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie Alek. To „wykonane zadanie” Gontarczyka, zapewne zlecone, a co najmniej aprobowane przez sztab, jest na tyle prymitywne, co nacechowane wyjątkowo złą wolą, że nie zasługuje na większą ponad to co powiedziano uwagę, jeśli pominąć szkodę, którą wyrządza instytucji go zatrudniającej. Ale to sprawa nie nasza, lecz może już jego przełożonych, alergicznie skądinąd wrażliwych na tle swej mądrości mającej płynąć ze szczególnych łask czerpanych z esbeckich archiwaliów.
 
Trzy przytoczone przykłady nie są od siebie odizolowane. Tworzą jedną, swoiście logiczną całość, która obrazuje cele i metody, za pomocą których ów zidentyfikowany na wstępie sztab zamierza w nadchodzących miesiącach aktywnie wpływać na polskie sprawy i polskie życie. Konkludując – to wysoce szkodliwa dla kraju perspektywa, to droga prowadząca do destrukcji tego, z czym większość Polaków łączy swoją lepszą przyszłość i lepszy los. Może choćby dlatego, a jest to powód ze wszech miar wystarczający, aby siewcom nienawiści i niepokoju, którzy nie wyciągnęli żadnych wniosków z dwóch lat swych opresyjnych rządów, nie pozwolić na powtórkę takich rządów w demokratycznej wolnej Polsce.
 

Res Humana nr 1/2010, s. 4-5