O obrażaniu uczuć religijnych

Autor: Lech Ostasz
 
 
Co kryje się za zwrotem „To obraża moje uczucia religijne”? Zwrot ten stał się formułą - sloganem, który ludzie wierzący religijnie dość często wypowiadają. W niniejszych analizach ograniczamy się do religii chrześcijańskiej, zwłaszcza zaś katolicyzmu. W tej formule mówi się tylko o „uczuciach”, ale przecież obok uczuć musi wchodzić w grę także rozum. Poprawniej byłoby więc mówić: „To obraża moją postawę religijną, moje uczucia i myśli związane z religią”, ale przyjmijmy, że zwrot ten jest skrótowym wyrażaniem się.
 
Zastanówmy się, czego wyrazem może być zarzucanie innym, że „obrażają uczucia religijne”?
Czy jest wyrazem a) płytkiej i naiwnej religijności?
Czy b) ideologiczno-politycznym chwytem?
Czy wyrazem c) chęci zachowania dotychczasowej pozycji i stanu religii, którą się wyznaje?
Czy też d) obroną przed kimś, kto myli krytykowanie z obrażaniem?

Sądzę, że zwykle jest przypadkami a-c. Tej tezie chcemy się tutaj przyjrzeć, podać argumenty na jej rzecz i odrzucić możliwe kontrargumenty. Jednak zauważmy najpierw, że jeśli zarzucanie innym, iż „obrażają uczucia religijne” jest przypadkiem d), to powstaje pytanie, czy gdy ktoś kogoś obraża, to ktoś, kto czuje się obrażany powinien reagować obrażaniem się? Wydaje się, że jeśli reaguje obrażaniem się i przechodzi do atakowania tego, kto go obraża (lub o kim sądzi, że go obraża), to znaczy, że przydziela obrażaniu ważną rolę i że stosuje strategię wet-za-wet. Przechodząc do punktów a- c objaśnijmy, że termin „naiwny”, który pojawił się w punkcie pierwszym, użyty jest tutaj również w znaczeniu „infantylny”, tj. w takim znaczeniu, że ktoś oczekuje od innych bezwarunkowej akceptacji, której ma prawo oczekiwać małe dziecko od rodziców. Jednak dorośli współobywatele nie są rodzicami dla siebie wzajem. Gdy wierzący religijnie nie są akceptowani bezwarunkowo i z tego powodu są skłonni obrażać się, to zachowują się przynajmniej trochę infantylnie.
 

Plakat zachęcający do adopcji psów ze schronisk, a nie ich kupowania. Kampania amerykańskiej organizacji PETA z Joanna Krupą wywołała wielkie oburzenie. Polska modelka z anielskimi skrzydłami unosi się nad gromadką psów, a w dłoniach trzyma krzyż, którym zakrywa swoje intymne części ciała.

 
Wiadomo, że ludzie którzy są w zdecydowany sposób zaangażowani w religię, muszą dzielić swoje przeżycia na sferę codzienności i sferę boskości, profaniczną i sakralną. W powyższym zdaniu użyłem nieco twardo brzmiącego słowa „muszą”, ale uważam, że zasadnie, gdyż przecież bez podziału na te dwie sfery nie ma w ogóle religii. Jeśli ludzie religijni uważają, że ci, o których sądzą, iż „obrażają ich uczucia religijne” dotykają sfery drugiej, to przyjmują, że można z punktu widzenia sfery codzienności obrazić sferę boskości. Jeśli tak uważają, to zdają się niepoprawnie rozumieć zarówno sferę pierwszą, jak i drugą. Co więcej, jeśli uważają, że sferę drugą można wystawiać na szwank wypowiedziami czynionymi w sferze pierwszej, to można powiedzieć, że w jakimś zakresie sami obrażają tę drugą sferę, gdyż nie dostrzegają tego, iż ma ona składać się z boskości bądź świętości, która rozpatrywana w sobie powinna być ponad możliwością obrażenia. Skłonny jestem zaryzykować tezę, że ci spośród ludzi religijnych, którzy obrażają się na tych, którzy ich krytykują lub prowokują, nie są w rzetelny sposób religijni. Dlaczego? Wiara religijna ze swej definicji kieruje się poza uwarunkowania spotykane w codziennym życiu, a więc powinna ona pomagać w wytwarzaniu przez osobę wierząca psychiczno-metafizycznego dystansu wobec ludzkich spraw, w utrzymywaniu spokoju wobec codziennych uwarunkowań i trudności, w tym także wobec tego, co może na pierwszy rzut oka nie podobać się czy właśnie obrażać.
 
Z kolei obrażanie się kogoś pod wpływem czyichś uwag dotyczących sfery codzienności (profanicznej), która jakoś jest powiązana ze świętością, może być również niezasadne. Będzie tak wtedy, gdy czyjeś uwagi pod adresem obrażającego się wynikają z obserwacji lub z opinii, że obrażający się jest niezdolny do odpowiedniego odnajdywania się w codziennym życiu, nie wykazuje dostatecznych umiejętności radzenia sobie z trudnościami w przetrwaniu i podtrzymywania jakości życia. Wtedy ci, o których obrażający się sądzą, że ich obrażają mogą pełnić wobec nich jakąś pozytywną rolę. Mianowicie w takim sensie, że ostro krytykując ich niedostateczne przystosowanie, „nieprzebierając” przy tym w słowach, przyczyniają się do tego, by zwiększyli oni swoje zdolności przystosowywania się do wymogów codziennego, konkretnego życia. Mogą to robić poprzez wskazywanie na niektóre słabe lub podejrzane strony wierzeń religijnych powiązane z pragmatycznymi konsekwencjami, poprzez zwracanie uwagi na nadmiar dewocyjności, który przyczynia się do kształtowania się zbyt sztywnej osobowości, poprzez stosowanie ironii, która pomaga w wytworzeniu psychicznego i kulturowego dystansu, poprzez przypominanie, że od czasu do czasu wszystkim dobrze jest brać ludzkie życie, zachowania, obyczaje i wierzenia, w tym religijne, bardziej lekko niż bardziej ciężko.
 
Karykatura Mahometa. Ten obrazek opublikowany w 2005 r. przez duński dziennik Jyllands-Posten spotkał się z ogromna falą krytyki w świecie muzułmańskim.
Obrażający się w sensie religijnym zwykle zakładają, że mają pewność, a nawet prawdę po swojej stronie. Pewność nie pokrywa się z prawdą. Poza tym sama pewność jest podejrzana. Filozof zajmujący się prawdą, M. Lynch pisze o tym następująco: „Pewność jest przywilejem fanatyków. Człowiek, który jest pewny, absolutnie pewny, że to, co mówi lub robi jest słuszne, jest człowiekiem najbardziej niebezpiecznym. Od chwili, w której poczułeś, że jesteś niezdolny popełnić błąd, czujesz się usprawiedliwiony, by nie słuchać pytań przychodzących od innych ludzi lub nie podejmować ich rozpatrywania. Masz po prostu słuszność, a ci, którzy nie zgadzają się z tobą, błądzą. To jest dogmatyzm. Wiele szkód można by uniknąć, gdyby ludzie byli mniej dogmatyczni, gdyby kłopotali się nieco bardziej o to, czy mają rację zanim zaczną działać. Innymi słowy, wszyscy możemy wyjść na tym lepiej, jeśli będziemy bardziej, a nie mniej, kłopotać się o to, czy nasze przekonania są prawdziwe”. (l) Czy obrażający się sprawdził, zanim zaczął się obrażać, jak jego własne przekonania mają się do prawdy? Przypomnę, że prawda nie jest czymś subiektywnym, ani nie może zostać ustalona w oparciu o samą wiarę.
 
Definicja prawdy według Arystotelesa brzmi: „Prawdziwość zdań polega na ich zgodności z faktami”(2) (według popularnej łacińskiej formuły: veritas est adequatio rei et intellectus; w wolnym tłumaczeniu: prawda jest odpowiedniością tego, co jest w rzeczach z tym, co jest w głowie). To, w co wierzą ludzie religijni nie spełnia wymogów stawianych w klasycznej definicji prawdy, w każdym razie dotychczas nikomu nie udało się tego wykazać (tj. nikomu o kim bym czytał, słyszał lub w inny sposób zdobył wiedzę). Może więc ktoś, kto ma energię na obrażanie się w sensie religijnym, przeznaczyłby jej część na wykazanie, że to, w co wierzy spełnia wymogi prawdy? Ale wtedy musiałby się zastanowić, podumać, pokontemplować, zmniejszyć wierzeniowe zaangażowanie, musiałby zapoznać się z wiedzą gromadzoną z mozołem przez ludzkość od tysiącleci (religia chrześcijańska liczy sobie około dwa tysiące lat, a po uwzględnieniu religii, od której się odszczepiła, tj. religii żydowskiej, około 3200 lat).
 
Przeżycie obrażania się jest złożone. Silnie zależy ono od światopoglądu, zwłaszcza w przypadku „uczuć religijnych”. Można obserwować, że ci, którzy szybko obrażają się, tak kształtują swój światopogląd (a niekiedy tak go ustawiają), że bardzo często (w każdym razie częściej niż przeciętnie) zdroworozsądkowe uwagi innych odbierają i przeinterpretowywują (zwykle nieświadomie) jako „obraźliwe”, podczas gdy w szerszych i bardziej trzymających się realności ramach światopoglądowych uwagi te mogą być tylko uwagami zdroworozsądkowymi lub zdrowożartobliwymi.
 
Obrażanie się jest przeżyciem relacyjnym, tj. zależy od co najmniej dwóch podmiotów - od obrażającego się i od obrażającego. Nieprawdą jest, jakoby obrażanie się zależało tylko od obrażającego. Można to w uproszczeniu wykazać następująco: wobec dwóch lub więcej podmiotów zastosować tę samą (wystandaryzowaną) formułę obrażającą i porównać ich reakcje. Można dość łatwo przewidzieć, że poszczególne osoby, ku którym zostanie ta formuła skierowana, zareagują różnie, tj. dana osoba obrazi się lub nie obrazi, jeśli obrazi się to słabo lub mocno, na krótko lub na długo, będzie skora do wystąpienia przeciwko osobie wygłaszającej tę formułę lub nie, będzie przywoływać na pomoc innych lub nie, i tak dalej. Im osoba mądrzejsza, tym łatwiej będzie rozumieć, że obrażanie zależy też od niej samej i tym mniej się będzie obrażać. Prawdę mówiąc, jeśli jakaś religia nie uczy tego, że nie warto sobie i innym czynić życia gorzkim i kwaśnym przez pochopne obrażanie się, to jest to mało warta religia, przynajmniej w tym aspekcie.
 
Nie jest psychologicznie rzeczą możliwą, aby ktoś obrażał się bez większego lub mniejszego, nierzadko walnego pomagania sobie w tym. Zdarza się, że ze słów dochodzących do kogoś, ów ktoś sam urabia powody dla swojego obrażania się. Ze słów-bodźców obojętnych może zrobić słowa, które będą dlań negatywnie obciążone lub ze słów słabo negatywnych może zrobić silnie negatywne (proces ten może oczywiście iść też w odwrotnym kierunku - pożądanym). Ktoś może w sobie mieć, by nie rzec, hołubić jakąś starą urazę wobec kogoś i odświeżać ją przy okazjach, które mu pod jakimś względem nie odpowiadają, co więcej, może nie tyle swoją urazę „odświeżać”, co zmieniać, dodawać do niej inne treści i wspomnienia. Może przy tym oświadczać: „Bo ty mnie znów obraziłeś”. Ów drugi może powiedzieć: „Na co się znów obraziłeś? Nie przypominam sobie, bym powiedział coś, co miałoby ciebie obrazić”. Taką relację między nimi można śmiało nazwać bardzo trudną.
 
Za pochopnym obrażaniem się może kryć się - co może potwierdzić każdy jako tako dobrze wykształcony psycholog - zbyt sztywna osobowość, obsesja, paranoja czy fobia (napisałem: „może kryć się”, co nie znaczy, że zawsze musi). Trzeba próbować choć trochę popracować nad sobą samym, a nie od razu pędzić ku innym z zarzutem wobec nich, że obrażają.
 
„Obrażanie się” osób religijnych może przybierać formę szantażu i „usprawiedliwiania” atakowania osób inaczej wierzących religijnie lub niewierzących religijnie, czyli, jak się wyżej wyraziliśmy, ideologiczno-politycznego chwytu.
 
Do obrażających się w sprawach religii, zwłaszcza pochopnie, należy wielu takich, którzy niezbyt chętnie zajmują się sobą, pogłębianiem swoich przeżyć, tak czy inaczej rozumianym „doskonaleniem siebie”, lecz chętnie i niekiedy żarliwie zajmują się innymi, chcą tych innych kontrolować, „grzebać” w ich psychikach, wywierać nacisk, by byli tacy sami jak oni lub podobni do nich, redukować ich do swojej miarki. Wielu katolików wtrąca się często (dawniej robili to nagminnie) w osobiste życie innych obywateli; spośród odłamów chrześcijaństwa w ich dzisiejszym kształcie katolicyzm robi to chyba najbardziej. Wielu przedstawicieli religii usiłuje dziś w znacznym zakresie (dawniej niemal w pełnym zakresie) kontrolować życie intymne kobiet, to, co obywatele robią w łóżkach, narzucać jeden model małżeństwa dyskredytując lub wprost atakując inne modele małżeństwa znane od początku dziejów człowieka. To wygląda na wersję płytkiej religijności. W ten sposób jest osłabiana lub zatrącana twórcza rola religijności jako, w pierwszym rzędzie, metafizycznego i misteryjnego przeżywania, pracy nad sobą samym w dużym stopniu niezależnie od tego, co dzieje się poza sobą, niezależnie od zawieruch historycznych, politycznych, od ewolucyjnej presji zwierzęcości w człowieku (na pierwszym miejscu agresywności). Religia chrześcijańska, odkąd stała się potężną religią instytucjonalną kooperującą z państwem, ma silną skłonność do takiego osłabiania lub zatracania sedna religijności.
 
Bardziej refleksyjni i bardziej cierpliwi przedstawiciele religii powinni powstrzymywać mniej refleksyjnych i mniej cierpliwych współwyznawców przed nadużywaniem formuły - sloganu „obrażanie uczuć religijnych”. Warto, aby przy zastanawianiu się nad zjawiskiem „obrażania uczuć religijnych” jakąś naukę wynosili także ci, którym zależy na tym, by religijność pełniła swoją rolę metafizyczną i misteryjną. Niechby z negatywnych skutków, jakie przynosi pochopne obrażanie się i stosowanie zwrotu: „to obraża moje uczucia religijne”, wszyscy zainteresowani wynieśli jakąś pozytywną naukę.
 
Przypomnijmy, że religia chrześcijańska jest religią nie tylko typu monoteistycznego (co motywuje do przekonania: tylko my mamy rację i my posiadamy „jedyną prawdę”, inni nie), ale i typu misjonarskiego (co znaczy: stanowczo proponujemy innym swój system religijny, a jeśli naszej stanowczej propozycji nie przyjmują, to ją narzucamy dostępnymi środkami; w przeszłości nie myślano o stanowczym proponowaniu, lecz od razu brano się za jej narzucanie, nierzadko przemocą). Zwolennicy tej religii zostali w jej ramach nauczeni (zwykle od dziecka), że tylko oni mają rację i „prawdę”, że ci, którzy nie są wyznawcami tej religii nie mają racji i tkwią w fałszu (tudzież „grzeszą”).
 
Wielu obrażających się przykłada do uwag pod swoim adresem lub do uwag nieadresowanych do siebie wprost, do uwag krytycznych i ironicznych, zbyt poważne, zbyt ciężkie, zbyt „obrażalskie” kryteria oceny tych uwag. To jest błędne i nieadaptatywne, w pewnym sensie jest też antyspołeczne. Zbyt poważne, zbyt ciężkie kryteria przykładają ludzie z dużymi napięciami psychosomatycznymi, lękami lub ze sztywnymi osobowościami, lub zwiedzione wąską, ortodoksyjną bądź fanatyczną ideologią.
 
Obrażający się bardzo często chcą utrącać krytykę swoich postaw przeprowadzaną przez innych, a nawet samą tylko możliwość krytyki swoich postaw. Jednak życie społeczno- polityczne musi zawierać element krytyki. Nikt, dosłownie nikt, nie był, nie jest i nie będzie nieomylny; każdy, dosłownie każdy, może być poddany krytyce innych (dotyczy to więc również inicjatorów i twórców religii, świętych, przywódców religijnych, w tym papieży itd.). Na tym polega mechanizm elastyczności, korygowanie błędów, znajdywanie dróg lepszego przystosowania i dbanie o zdrowie społeczne - przynajmniej w społeczeństwach stosujących polityczne rozwiązanie zwane demokracją. Rozumiem, że chrześcijanie mają z tym trudności. System religijny, w którym są wychowywani, zwykle od okresu dzieciństwa, i do którego kategorii i stylu oceniania mocno się przyzwyczajają, jest w swoim rdzeniu niedemokratyczny, ma cechy charyzmatyczne i autorytarne, które niekiedy przeskakują w totalitarne (dowody na to przedstawia wielu filozofów, historyków i innych naukowców, by wymienić kilkoro współczesnych: K.H. Deschner, H. Kung, A. Flew, U. Ranke-Heineman, H. Mynarek czy H. Herrmann, w Polsce B. Chwedeńczuk czy B. Stanosz). Jednak w ramach demokracji nie pozostaje nic innego jak uczyć się tego, co demokratyczne, ćwiczyć się w przyjmowaniu postawy tolerancji i cierpliwości, w tym także wobec bycia krytykowanym.
 
Stosowanie formuły-sloganu, który tutaj krytykujemy, służy również jako zabieg retoryczny. Gdy zwolennik religii nie ma przekonujących argumentów i czuje, że musiałby ustąpić z zajmowanego stanowiska, tj. przyznać rozmówcy rację czy choćby pół racji, wykrzykuje: „Obrażam się!” lub w bardziej rozbudowanej formie: „Ten bądź ów obraża moje uczucia religijne!” Stosowanie tego zabiegu występuje zresztą nie tylko na płaszczyźnie religii i ideologii, lecz także podczas konfrontacji między ludźmi w codziennym życiu, szczególnie między ludźmi związanymi uczuciowo, a więc np. małżonkami.
 
W warunkach, w których jedna religia jest popierana przez państwo, a zwłaszcza popierana w bardzo szerokim zakresie, gdy struktura tej religii jest taka, że nie godzi się na równouprawnienie innych religii i na ateizm (a właśnie taka jest struktura religii monoteistycznej), formuła-slogan, który analizujemy i krytykujemy, służy tłumieniu wolności słowa i chęci narzucania innym bądź nawet wszystkim obywatelom doktryny religijnej tych, którzy twierdzą, że ich „uczucia religijne są obrażane”.
 
Ktoś może spytać, czy z przedstawianych analiz nie wynika, że każdy może wobec każdego formułować negatywne słowa, wyśmiewać czyjeś wierzenia, obrażać w sferze religijnej, a „obrażani” każdorazowo będą bardziej winni niż obrażający? Taki wniosek byłby niepoprawny.
 
Na poczet odpowiedzi na postawione wyżej pytanie trzeba odróżniać dwa konteksty w życiu ludzi i związane z nimi dwie sytuacje obrażania się. W jednym typie kontekstu każdy może wyznawać jaką chce religię lub nie wyznawać żadnej, jest wolność wyznania i wolność od wyznania, w dziedzinie politycznej praktykowana jest demokracja (demokracja realna, a nie tylko nominalna). Drugi typ kontekstu cechuje się brakiem wolności wyznania i brakiem demokracji. W tym drugim typie kontekstu zarzucanie innym, że „obrażają uczucia religijne” może być i bywa zasadne, tj. uciśnieni mają prawo obrażać się na uciskających, zwłaszcza, gdy ci ostatni nie chcą dopuszczać do tego, by ich krytykowano czy prowokowano.
 
Zwolennicy religii, zwłaszcza mało tolerancyjnej, mogą zawłaszczyć tak wiele terenów życia społecznego, politycznego, estetycznego, etycznego, massmedialnego i w ogóle kulturowego, że swobodne poruszanie się po terenach, które są zwykle właściwe życiu społecznemu, kulturowemu i aktywności twórczej zmusza tych, którzy nie są wyznawcami tej religii, do potrącania tych zawłaszczeń, nawet gdyby nie chcieli. Mogliby ich nie potrącać wtedy, gdyby zrezygnowali z chęci współkształtowania życia społecznego, z nieskrępowanej twórczości i znacznie zawęziliby zakres swojego dociekania prawdy; tego jednak mają prawo nie robić, co więcej, nie powinni robić. Zatem w tej sytuacji trudno lub wręcz czymś niemożliwym jest, by co jakiś czas nie obrażali tych, którzy zawłaszczyli te tereny. Prawdopodobnie tego też chce wielu obrażających się przedstawicieli religii po to, aby pojawiających się nowych harcowników kulturowych szybko pacyfikować i utrzymywać swój stan zawłaszczenia lub nawet go poszerzać. Maszerowanie dalej w tym kierunku jest zmierzaniem na pole bitwy zwane totalitaryzmem i ku kulturowej zapaści. Takie marsze inicjowano w różnych czasach i miejscach nie raz - skutki były opłakane, raczej dla wszystkich. Trudność polega na tym, że procesy, o których piszemy, są zwykle mało kontrolowane przez samych inicjatorów i wątpliwych, krótkoterminowych beneficjentów oraz odbywają się z dużym udziałem treści podświadomych i irracjonalnych. A unikaniem omawianej groźby powinni być zainteresowani ci wszyscy, którzy cenią życie i jego jakość. Moim zdaniem powinni być zainteresowani także ci, którzy pochopnie się obrażają.
 
Jest różnica, gdy „obraża się” wyznawca religii, która w danym kraju jest bezwzględnie dominująca, bardzo silna, za którą stoją murem instytucje państwowe, a gdy obraża się wyznawca religii mniejszościowej, marginalnej, atakowanej przez innych, w tym przez wyznawców dominującej religii. Mniej nieuzasadnione (lub jeśli ktoś woli: bardziej uzasadnione) może być obrażanie się tego drugiego.
 
Trzeba też oddzielać czyjąś wiarę religijną (akty wiary) i instytucję religijną, do której ktoś należy od bycia człowiekiem, bycia osobą. Można krytykować - niekiedy nawet ostro, czyli na granicy obrażania - akty wiary, tym bardziej instytucję, ale nie ludzi (należy unikać tzw. argumentum ad personam). Jednak trzeba przyznać, że nie zawsze jest łatwo te rzeczy odróżniać, zwłaszcza w toku swobodnie płynącej wypowiedzi lub spontanicznej wymiany zdań. Jest to szczególnie trudne w przypadku krytykowania tych ludzi wierzących religijnie, którzy bardzo dużą częścią siebie identyfikują się z aktami swojej wiary (zapominając o innych składnikach swojej podmiotowości lub lekceważąc je) i z instytucją, a więc ludzi, którzy uprawiają ostry redukcjonizm antropologiczny. Redukcjonizm tego rodzaju można wyrazić formułą: ja = moja wiara (redukcjonizm występuje też, gdy ktoś powie: ja = mój popęd lub ja = moje uczucie, lub ja = mój intelekt itd.). Dlatego tym bardziej wymagana jest wyrozumiałość i powściąganie swojego pochopnego obrażania się.
 
Przedstawicie religii mają naturalnie prawo - jak każdy podmiot - bronić swojego stanowiska, gdy krytykują je lub w jakikolwiek sposób nastają na nie inni. Jednak bronić nie powinno znaczyć: natychmiast, bez głębszego lub przynajmniej średnio zaawansowanego zastanowienia przechodzić do ataku (bądź kontrataku). Następnie, inni ludzie nie mogą godzić się na wszystko, czego przedstawiciele religii chcą bronić (bądź chcą narzucać - ten przypadek jest zresztą dużo częstszy), tj. gdy w efekcie tego, czego chcą przedstawiciele religii inni ludzie narażani są na cierpienia, mają istotnie uszczuplaną wolność osobistą, nie mogą żyć zgodnie z naturalnymi procesami i wyznacznikami życia. Na przykład, jeśli przedstawiciele religii chcą, by wszyscy obywatele kraju, w którym mają oni duże wpływy, nie mieli prawa do rozwodu, to jest to stanowisko niezgodne z etyką i z prawami człowieka (w ogóle jest to absurdalne stanowisko). W takim przypadku bardzo ostra krytyka doktryny i praktyki przedstawicieli instytucji religijnej, a jeśli krytyka nic nie daje, to nawet ich obrażanie wydaje się uzasadnione (gdyż ludzie bez prawa do rozwodu często cierpią z tego powodu lub nie uzyskują takiego poziomu satysfakcji w życiu małżeńskim, jaki im przysługuje na mocy naturalnego i kulturowego współbycia obu płci). Tak, wtedy można nie oglądać się na to, czy przedstawiciele systemu ideologicznego zabraniającego rozwodów poczują się obrażeni, czy nie. Bez zgodzenia się na taką ekspresję postaw ludzie byliby wystawieni na narzucanie im wszystkim jednostronnych rozstrzygnięć ideologicznych, a w bliższej lub dalszej konsekwencji totalitaryzmu. Jeśli religia jest związana z władzą polityczną, to w przypadkach takich, o jakich nadmieniliśmy wyżej, można wobec niej stosować prawo, które można stosować wobec państwa, tj. ius resistendi (prawo do stawiania oporu).
 
 
Jest to druga część artykułu profesora Lecha OSTASZA, której część pierwsza jest analizą postawy obrażania się z powodów światopoglądowych, głównie religijnych. Część pierwsza tekstu ukazała się w RES HUMANA 2007, nr 3/4.
 
 
Res Humana nr 5/2007, s. 28-33